sobota, 22 listopada 2014

Trzy scenariusze: klasztor, wojna, bomba atomowa



Prognozowanie przyszłości udaje się rzadko. Historia i polityka same piszą własne scenariusze. A jednak czasem warto popuścić wodze fantazji. Aleksander Szmieliow, publicysta i dyrektor Programów Sieciowych w moskiewskiej Szkole Wychowania Obywatelskiego nie boi się fantazjowania. I może dlatego potrafi ostrzec rodaków i świat, iż  przyszłość Rosji pełna być może niewiarygodnych niespodzianek.
  



Autor: Aleksandr Szmielow


 


Nasz pociąg toczy się ze skarpy pod dowództwem szalonego maszynisty, z głośnika niosą się dziarskie marsze, większość pasażerów z ochotą sobie przy nich podśpiewuje. Nie można wpłynąć na to, co się dzieje, wszystkie przejścia do głównego wagonu są szczelnie zablokowane, dobrze przygotowani konduktorzy ostro ucinają jakiekolwiek przejawy niezadowolenia już na początkowym etapie podróży. Co w takiej sytuacji może zrobić ta niewielka grupa, świadoma rozmiarów problemu? Tylko wróżyć – z jaką siłą nastąpi uderzenie, kto je przeżyje i jak będą urządzać się potem ci, którzy ocaleją. (…)





Co Władimira Putina i Rosję czeka w przyszłości? Jego ucieczka do klasztoru,
wieloletnia wojna między regionami, wybuch atomowy?




„Efekt motyla”


W dzieciństwie wielkie wrażenie wywarło na mnie opowiadanie „I uderzył grom” amerykańskiego twórcy fantastyki Bradburego.  Jego centralna myśl posłużyła później za osnowę filmu pod tytułem „Efekt motyla”: opowiadał on,  jak  rozgnieciony w czasach prehistorycznych owad może zmienić wyniki wyborów prezydenckich w USA i zasady ortograficzne. Od tej pory przyszłość istnieje w mojej świadomości w postaci nieskończenie rozgałęziającego się drzewa: rozleje Annuszka olej w tym, a nie innym punkcie – i los Związku Pisarzy ZSRR ułoży się w taki, a nie inny sposób sposób, rozleje zaś pół metra bardziej na prawo – i wszystko pójdzie zupełnie inaczej.

Odpowiednio, bardziej lub mniej gruntownie jestem gotów przewidzieć jedynie ogólne  wektory – w jakim kierunku według moich przeczuć wszystko podąża. Konkretny zaś rozwój wydarzeń zawsze zależy od ogromnej ilości czynników, które nie podlegają jakiejkolwiek prognozie. Dlatego też w ramach naszej gry na początku ustalę trzy względnie bezsporne według mnie tendencje, a następnie zaproponuję trzy możliwe scenariusze rozwoju tych tendencji: optymistyczny, neutralny i pesymistyczny. Nieco upraszczając, aby pokazać najbardziej wrażliwe punkty, i rozumiejąc, że realna przyszłość będzie najprawdopodobniej leżeć gdzieś pomiędzy nimi.


Trzy pewniki w punkcie wyjścia


Dysponujemy więc takimi oto pewnikami:

1. Pod koniec 2014 trudno moim zdaniem wyobrazić sobie, iż Władimira Putina opuści swą posadę w związku z upływem kadencji bądź, tym bardziej, z powodu przegrania z kimkolwiek wyborów. Toteż pozostają nam tylko trzy warianty przyszłej zmiany władzy: śmierć najważniejszej osoby, rewolucja bądź „przewrót pałacowy”.

2. W czasie wydarzeń na Ukrainie Putin przekroczył „czerwoną linię” w swoich stosunkach z Zachodem i nie uda się już tego odwrócić. Przy tym zapełniające ekrany naszych telewizorów  „pięciominutówki nienawiści” są bardzo silnym narkotykiem, odwyknąć od niego z własnej woli praktycznie się nie da. Toteż podstawową ideologią obecnego reżimu nieuchronnie pozostanie walka z „wrogiem” – wewnętrznym i zewnętrznym. Każdego dnia coraz bardziej histeryczna.

3. „Roszada” roku 2011 faktycznie pogrzebała wewnątrzpolityczny ustrój tworu państwowego pod nazwą „Federacja Rosyjska” w tej formie, w jakiej funkcjonował on od 1993 roku. Krym 2014 poddał pod wątpliwość integralność terytorialną tego tworu (jeśli 84% obywateli tego, czy innego kraju oświadcza, iż nie zgadza się z jego granicą państwową i żąda jej siłowej zmiany, to zmiana ta może pójść wszakże nie tylko w stronę powiększenia terytorium, ale i w stronę jego pomniejszenia). Wreszcie „rosyjska wiosna” i kampania antyukraińska razem wzięte zmuszają do zastanowienia się, czy Rosjanie w ogóle przetrwają jako jednolity naród, czy nie czeka nas los Rzymian? Wszakże jakikolwiek sukces Ukrainy będzie od tej pory postrzegany jako sygnał dla potencjalnych „Syberyjczyków”, „Kozaków” czy „Pomorców”: w czym niby my jesteśmy gorsi? W związku z pojawieniem się przepisów o odpowiedzialności karnej za wezwania do separatyzmu zagadnienie to można ostatnio rozpatrywać tylko ze sporym lękiem, dlatego też na wszelki wypadek napiszę wprost: nie tylko nie wzywam do jakiegokolwiek rozpadu Rosji, ale i gotów jestem dołożyć wszelkich starań, aby taki rozpad nie nastąpił. W końcu sam też mieszkam w Moskwie, a potencjalna „Moskowia” nieuchronnie będzie miejscem dosyć mrocznym, ubogim i depresyjnym: bez zasobów naturalnych, bez poważnego przemysłu, z jednym przeludnionym megalopolis i całą kupą wymierających wsi, z dzikimi kompleksami dawnej metropolii oraz nieatrakcyjną historyczną genezą w postaci moskiewskich książąt od Iwana Kality do Iwana Groźnego. Kto niby zechce żyć w takim miejscu! Jednak niestety nie wszystko leży w zasięgu moich możliwości, istnieje ogólna logika procesu historycznego, nad którą nie panuje nikt.

A teraz o tym, jakie scenariusze możliwe są przy uwzględnieniu tych trzech czynników.


Scenariusz optymistyczny: Putin ucieka do monasteru



Z każdym dniem pogłębia się kryzys ekonomiczny związany ze spadkiem cen na ropę naftową, sankcjami oraz nadmiernymi wydatkami budżetu. Euforia z powodu „powrotu Krymu” stopniowo wygasa. Wśród najróżniejszych grup społecznych – lekarzy, nauczycieli, emerytów, przedsiębiorców, pracowników biurowych i tak dalej – narastają nastroje protestu. Począwszy od zimy 2014-2015 zaczynają oni coraz częściej wychodzić na ulice, kreując nowych liderów opozycji.

Aby zminimalizować napięcie społeczne Kreml podejmuje decyzję o przeprowadzeniu  w 2016 względnie konkurencyjnych wyborów do Dumy Państwowej, wyniki których stają się z kolei przyczyną nowej fali protestów. Władza brutalnie rozprawia się z protestującymi (największe wrażenie na ówczesnych ludziach wywiera rozstrzelanie wielotysięcznego marszu Moskwian, próbujących przekazać prezydentowi swą petycję, w „krwawą” niedzielę 22 stycznia 2017). Jednak 2 marca 2017 zdarza się cud. Gdy Putin wybiera się na otwarcie pełnego patosu okrągłego stołu poświęconego stuleciu abdykacji Mikołaja II – objawia mu się cała rodzina carskich męczenników. Dzięki nim widzi przyszłość, jej obrazy są takie, iż ujrzawszy je gwałtownie zmienia swoją linię, wraca na Kreml, podpisuje dekret o swojej dymisji i wyjeżdża do Monasteru Pskowsko-Pieczerskiego, gdzie przyjmuje święcenia mnisze.

Pełniącym obowiązki prezydenta zostaje zgodnie z Konstytucją Dmitrij Miedwiediew. Od razu ogłasza przeliczenie głosów na wyborach do Dumy, a następnie, aby podzielić się z nowowybranymi parlamentarzystami odpowiedzialnością za losy kraju, proponuje im wyłonienie spośród swego składu Rządu Tymczasowego. Razem będą rządzić państwem w okresie przejściowym, do wyborów prezydenckich w 2018 roku.

Oczywiście wszyscy z przerażeniem czekają na październik, zwłaszcza że wśród regularnych wojsk rosyjskich i ochotników rozlokowanych na Krymie i w Donbasie prowadzona jest aktywnie propaganda pod hasłem „Ukraińcy nie są naszymi wrogami, nasi wrogowie to ojczyści oligarchowie i jedinorossy”. Jednak właśnie dlatego, że wszyscy tak na to czekają, w październiku nic się nie dzieje, w listopadzie zresztą też.

W rezultacie, mimo względnego chaosu i okresowych prób buntu, w Rosji udaje się przeprowadzić wybory prezydenckie, po czym nowo wybrany prezydent bierze się za reformy gospodarcze i poprawę stosunków z otaczającym światem. Proces trwa długo i jest trudny, jednak na pomoc przychodzi aktywnie rozprzestrzeniający się na całym globie terroryzm islamski, jego mięsem armatnim stają się coraz częściej przechodzący na islam biali Europejczycy, Amerykanie i Rosjanie. W celu walki z tym złem zostaje utworzona Koalicja Antyterrorystyczna, przystępują do niej UE, USA, RF oraz Izrael. Stopniowo przekształca się ona w ponadpaństwowy sojusz  na wzór Unii Europejskiej, utworzonej wcześniej na podstawie Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali.


Scenariusz neutralny: wezwanie do „Ruskiego Risorgimento”



Wszelkie oznaki niezadowolenia tłumione są coraz ostrzej, Duma Państwowa pozostaje maszynką do przyklepywania wprowadzających coraz to nowe zakazy ustaw, na skutek konfrontacji z Zachodem ogłoszony zostaje zakaz wyjazdów za granicę, Rosja traci łączność ze światowym Internetem i popada w całkowitą izolację. Na wyborach w 2016 przekonująco wygrywa „Jedna Rosja”, na wyborach w 2018 – Putin, w 2021 i 2024 – to samo. Opozycyjna działalność polityczna uznana zostaje za przestępstwo karne („zdrada Ojczyzny”), w kraju przywrócona zostaje kara śmierci.

Wreszcie jakieś wydarzenie staje się impulsem do niekontrolowanego wybuchu gniewu społecznego: może nim być uchwalenie ustawy wprowadzającej karę ukamieniowania za seks pozamałżeński, albo prawa pierwszej nocy dla sekretarzy lokalnych komórek partii „Jedna Rosja”. Podobna reakcję wzbudzić może akt samospalenia pozbawionego licencji handlarza warzywami, albo atak apopleksji głównej osoby w państwie. Ludzie wychodzą na ulice i cały terytorium całego kraju ogarniają niekontrolowane pogromy. W rezultacie Rosja rozpada się na wiele części. Niektóre terytoria zabiera sobie Ukraina (korzystając z pomocy tajemniczych „uprzejmych ludzi” w kamuflażu, bez znaków rozpoznawczych), niektóre – Chiny, a pozostałe stają się niepodległymi państwami, próbującymi zbudować swoją tożsamość narodową jako „Wołżanie”, „Riazańcy”, „Ussuryjczycy” i inni.

Tak oto mija 10-15 lat. Potem w jednym z nowopowstałych państw – niech będzie to Republika Niżegorodzka – do władzy przychodzi partia, która naczelną zasadą swej ideologii ustanawia „zbieranie ziem ruskich”. Ogłoszona zostaje  mobilizacja i wezwanie  do „Ruskiego Risorgimento”. Ze wszystkich stron do Niżnego Nowogrodu ściągają podstarzali bohaterowie „rosyjskiej wiosny” na czele ze Striełkowem, tutaj zaczynają rozpowszechniać komunikaty i manifesty wzywające, by nie oszczędzać „Sybirów”, „Uralów”, „Twerów”, „Kubanów”, „Riazanów”, po czym oddziały ochotnicze zaczynają swój pochód. Na początku odnoszą sukcesy: Federacja Samarsko-Saratowska, Księstwo Iwanowskie i Związek Jarosławski poddają się bez walki, Chanat Symbirski próbuje się nieco sprzeciwiać, ale siły są mimo wszystko zbyt nierówne. Jednak na granicach ze Zjednoczonym Królestwem Wiatki i Wołogdy – gdzie zabronione jest samo słowo „rosyjski”, a obywatele uznają się za „Wiatyczów”, wyraźnie wymawiających „o” w nieakcentowanej pozycji – lokalne potyczki przekształcają się w masową krwawą wojnę wszystkich przeciw wszystkim.

W konsekwencji do 2050 terytorium dawnej Rosji pozostaje jednym bezgranicznym polem walki. Niektóre miasta i regiony kontrolują „ochotnicy”, niektóre – nowoutworzone struktury quasi-państwowe, niektóre – po prostu zwykłe bandy. ONZ stale omawia na swych posiedzeniach problem katastrofy humanitarnej w „północnej części Eurazji”, jednak nikt nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności za jego rozwiązanie, dlatego też żadne debaty nie przynoszą rezultatów.


Scenariusz pesymistyczny: Putin naciska czerwony guzik



Po okresie krótkiego zawieszenia broni walki na wschodzie Ukrainy zostają wznowione. Rosja uznaje DNR, LNR oraz Naddniestrze jako niepodległe państwa. Od razu po śmierci Nazarbajewa rozpoczyna się „rosyjska wiosna” na północy Kazachstanu. Następnie – w Łotwie i Estonii. USA i Unia Europejska raz za razem ogłaszają kolejne pakiety sankcji przeciwko Rosji, jednak podsycają one tylko gniew naszych rodaków. W telewizji obowiązuje propaganda w jednym stylu: zgodnie z nim „trwa wojna Rosji i Zachodu, a kto ma jakiekolwiek wątpliwości, jest zdrajcą i wrogiem narodu”.

Wreszcie (najprawdopodobniej w krajach bałtyckich) dochodzi do otwartej konfrontacji żołnierzy rosyjskich z wojskami NATO. Na posiedzeniu w Brukseli Sojusz Północnoatlantycki ogłasza, iż zmuszony jest przyjąć wyzwanie. Pomimo utrzymanych w zwycięskim tonie relacji rosyjskiej propagandy państwowej, dosłownie po kilku dniach walki staje się jasne: gorącą wojnę przeciwko NATO Rosja przegrywa. I jeśli nie zastosuje broni jądrowej, to amerykańscy żołnierze wkrótce znajdą się na Kremlu.

„Wiesti niedieli” w przystępnej formie donoszą tę myśl do widzów, niekończące się talk-show Władimira Sołowjowa i Arkadija Mamontowa tylko ją wzmacniają. Widzów ogarnia wzniosły patos, podchwytują propagandową myśl, iż „lepiej umrzeć stojąc niż żyć na kolanach”. Codziennie do Władimira Putina trafiają apele, by nie lękał się i wcisnął czerwony guzik. Wzywają go do podjęcia tej decyzji parlamentarzyści Dumy Państwowej, eksperci, robotnicy rolni, pracownicy „Urałwagonzawodu” i osobiście Ramzan Kadyrow. Sondaże Ośrodka WCIOM oraz „Centrum Lewady” potwierdzają,  iż takie rozwiązanie popiera 84% ludności, a „kapitulanci” i „zdrajcy narodu” są w oczywistej mniejszości.

W konsekwencji, w pewnym momencie wszystkie stacje telewizyjne nadają orędzie prezydenta do narodu:  oczywiście nikt nie chce umierać, jednak nie możemy dopuścić do triumfu naszych wrogów, nigdy nie żałowaliśmy ofiar dla zwycięstwa i teraz również nie pożałujemy. 

Rozbrzmiewają gromkie oklaski i prezydent wciska guzik. Za chwilę znika w bunkrze…


…I to już wszystko. Dalej nie ma już niczego.






Oryginał ukazał się na portalu snob.ru: http://snob.ru/profile/27323/blog/83004
Tłum.: T.C.







*Aleksander Szmieliow (ur. 1978), Dyrektor Programów Sieciowych w Moskiewskiej Szkole Wychowania Obywatelskiego. Publicysta, działacz polityczny, w przeszłości redaktor naczelny  internetowego magazynu „Wzgljad”. 


















Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com

1 komentarz:

  1. Będzie to mieszanina 1 2 3 bez bomb wodorowych :)

    OdpowiedzUsuń