poniedziałek, 20 czerwca 2022

Jak rozwiązaliśmy ZSRR...



Kiedy rozpadł się Związek Radziecki, w nowej Rosji Gennadij Burbulis zajmował kluczowe stanowiska. Był wicepremierem i sekretarzem stanu. Odegrał istotną rolę podczas negocjacji w Białowieży, gdzie zdecydowano o rozwiązaniu ZSRR. Przekonał Borysa Jelcyna, by powołał do rządu młodego ekonomistę Jegora Gajdara dla wprowadzenia radykalnych reform gospodarczych. Mówił cicho, jakby lekko przez nos. Odszedł z polityki po cichu, bez skandalu. Dopiero teraz, kiedy nadeszła wiadomość o jego śmierci zrozumiano, iż odszedł jeden z najważniejszych autorów historycznych wydarzeń 1991 roku. 


Z Gennadijem Burbulisem, jednym z sygnatariuszy umowy o rozwiązaniu Związku Radzieckiego w 10ą rocznice tego wydarzenia rozmawia Zygmunt Dzięciołowski.

 

 

Pieriestrojka miała na celu odnowienie radzieckiego komunizmu, jednak bardzo szybko okazało się, że postawiła Związek Radziecki wobec problemów o historycznej skali. Kiedy pana zdaniem podłożono minę, która rozsadziła imperium?

 

Gennadij Burbulis:



Na początku 1990 roku zebraliśmy się na posiedzeniu opozycyjnej Międzyregionalnej Grupy Deputowanych, żeby podsumować wyniki dotychczasowej pracy. Wtedy uświadomiliśmy, iż nadeszła pora, by zabrać się za politykę na poziomie republikańskim, a nie jak do tej pory ogólnoradzieckim. To wtedy wyznaczono cel, jakim było zdobycie przez Borysa Jelcyna pozycji głowy jednej z republik. Na pewno historia potoczyłaby się inaczej, gdybyśmy wówczas nie postanowili, że w wyborach do parlamentu Rosji zgłosimy w Swierdłowsku kandydaturę Jelcyna, a później postaramy się o jego wybór na stanowisko Rady Najwyższej. Można jednak na wydarzenia z początku lat dziewięćdziesiątych spojrzeć szerzej. Wtedy uświadomimy sobie, że impuls rozpadu obecny był w strukturze państwa radzieckiego od początku. Przez 70 lat realizowano utopijną ideologię o zgubnych skutkach dla setek milionów ludzi.

 

Pojawił się wówczas termin "defilady suwerenności". Wszystkie republiki, po kolei ogłaszały swoją niezależność. Gruzja, Litwa, Uzbekistan, "ciągnęli z nas latami ile wlezie, wszystko co mają zawdzięczają nam, a teraz pokazują, że mają nas w nosie" - tak reagowano w rosyjskich środowiskach nacjonalistycznych. Pamięta Pan jakie zdumienie wywołało wezwanie pisarza Walentyna Rasputina, by to Rosja plunęła na wszystko i wystąpiła ze Związku? Przecież to nie był glos przedstawiciela demokratycznej opozycji....

 

Na pewno było ono świadectwem powagi sytuacji. Wtedy mogło się to wydawać taktyczną zagrywką ze strony nacjonalistów. Ale Rasputin, nie związany z moskiewską elitą władzy dobrze wyczuwał co dzieje się w rzeczywistości. Parlament Rosji przyjął decyzję o jej suwerenności w czerwcu 1991 roku. Wśród deputowanych komuniści byli w większości. Ale w uroczystym uniesieniu, przez 15 minut klaskali wszyscy razem. Trudno w to dziś uwierzyć, ale w porównaniu z innymi republikami Rosja w największym stopniu pozbawiona była samodzielności. Kiedy wybraliśmy rząd rosyjski okazało się, że zgodnie z radzieckim prawem będzie on odpowiadał za 7% rozlokowanej w Rosji gospodarki. Pozostałą częścią administrowały organy centralne.

 

Także inny pisarz, Aleksander Sołżenicyn zgłosił swoją propozycję reorganizacji państwa. Według niej narody Azji środkowej, Zakaukazia miały pójść swoją drogą, obowiązkiem zaś Rosji było zjednoczenie terytoriów zamieszkałych przez narody słowiańskie, Białorusi, Ukrainy, północnego Kazachstanu.

 

Ta propozycja opierała się na fałszywych przesłankach. W końcu XX wieku świat poszedł inną drogą. Integracja narodów słowiańskich, sztuczna aktualizacja jakichś mesjanistycznych wątków z ich historii byłaby absurdem. Znacznie ważniejsze jest dla nas przezwyciężenie imperialnego dziedzictwa zrozumienie, że  rzeczywistość wirtualna nie zna granic, a możliwości rozwoju są związane z doskonaleniem technik komunikacyjnych. Właśnie znów spotkaliśmy się z niektórymi uczestnikami spotkania w Białowieży. Dla Stanisława Szuszkiewicza, ówczesnego szefa białoruskiej Rady Najwyższej, na szczególną krytykę zasługuje wspieranie przez Rosję białoruskiego neokomunizmu. Jaki sens ma dla Białorusi eksploatowanie anachronicznej tradycji wielowiekowych związków z Rosja, zamiast poszukiwania realnej, strategii europejskiej? Jednoczyć możemy się w oparciu o nowy system wartości, nie w oparciu o fundamentalistyczne idee słowiańskie zakorzenione w prawosławiu.

 

Rozmawiam z przyjaciółmi w Moskwie i słyszę od nich, a jednak to był cud, to się mogło nie zdarzyć... Im nie trudno sobie wyobrazić, że do dziś mieszkają w Związku Radzieckim...

 

Nie zgadzam się. Po zamachu z sierpnia 1991 roku, rozpad ZSRR był nieuchronny, a my podejmując decyzję o jego rozwiązaniu nie mieliśmy innego wyjścia. Dziś nawet rozumiemy lepiej, iż w żadnym wypadku nie wolno nam było się od niej uchylić. To co zrobiliśmy w grudniu w Białowieży zapobiegło kataklizmowi na ogromna skalę. Groziła nam okrutna wojna domowa z tragicznymi skutkami da pokoju światowego.

 

Były prezydent Ukrainy Krawczuk utrzymuje, że w Białowieży do końca namawialiście go do utrzymania w jakiejś formie wspólnego państwa.

 

To prawda. Najbardziej domagał się tego Jelcyn. Do tej pory krąży wersja, iż to on zniszczył państwo, by pozbawić stanowiska Gorbaczowa. To nonsens, bo Jelcyn w Białowieży bardziej od innych, przejmując się możliwymi skutkami likwidacji starego państwa, chciał np. zawiązania konfederacji. Wreszcie przekonaliśmy go, że to niemożliwe i dalsze rozmowy z Gorbaczowem nie mają żadnego sensu. To Krawczuk zapytał dramatycznie, to co wierzycie mu, wierzycie choć w jedno jego słowo? Zamilkliśmy, nikt z nas nie ufał Gorbaczowowi, czuliśmy, że będzie kręcił jak zwykle. W rezultacie wymyślono formułę Wspólnoty Niepodleglych Państw. W aktualnej wówczas sytuacji była prawidłowa. Konstatowała rozpad, umożliwiała jednak utrzymanie calego procesu pod kontrolą, zapobiegała całkowitemu chaosowi.

 

To pan wymyślił nazwę Wspólnota Niepodległych Państw?

 

Nie.

 

W Rosji do dziś panuje przekonanie, iż wówczas nie zdawaliście sobie sprawy z tego co zmajstrowaliście.

 

6 listopada 1991 roku podjął pracę nowy rząd Rosji. Jego szefem był prezydent Jelcyn, wicepremierami m.in. Jegor Gajdar i ja. Formowaliśmy go w warunkach całkowitej katastrofy gospodarczej. Przez miesiąc biliśmy głową o ścianę poszukując skutecznych mechanizmów prawnych, administracyjnych, nawet siłowych, dzięki którym moglibyśmy rozwiązać bodaj jeden problem otrzymany w spadku po poprzedniej epoce. Nawet sam się dziwię, kiedy przypominam sobie do jakiego stopnia nasze działania były wówczas podyktowane pragmatyką. Lecąc na Białoruś czuliśmy, że związek się rozpadł, jednak wyjątkowo trudno nam było pogodzić się z myślą o utracie Ukrainy. Nie potrafiliśmy sobie wyobrazić dokąd miałaby odejść najbliższa nam republika. Oczywiście zadawałem sobie pytanie, jakie będą konsekwencje naszej decyzji dla ludzi, tu jednak nie wszystko można było przewidzieć. Dopiero teraz widać jakie to było trzęsienie ziemi, jak bardzo wpłynęliśmy na losy milionów rodzin i obywateli. Ale pamiętam też podczas powrotu z Białowieży uczucie, iż zapisaliśmy nową kartę w historii świata. Gigantyczne imperium, groźne dla całej kuli ziemskiej przestało istnieć.

 

Odczuwał pan radość?

 

Pamiętam wewnętrzną sprzeczność w swoich emocjach. Związek Radziecki był moją ojczyzną, a ja przyłożyłem ręki do jego zniszczenia. Z drugiej strony ja i miliony ludzi odczuwały wobec niej uzasadnione pretensje. Ale moją ojczyzna jest także Rosja, więc odczuwałem pewnego rodzaju uniesienie. Byliśmy wyzwolicielami. Białowieża oddała w nasze ręce odpowiedzialność za dzień jutrzejszy. Pojawiła się perspektywa przezwyciężenia chaosu. Otworzyły się nowe możliwości.

 

Zastanawiał się pan dlaczego Michaił Gorbaczow nie podjął aktywnych kroków, by przekreślić wasze decyzje? Przecież jako prezydent Związku Radzieckiego wciąż dysponował odpowiednimi pełnomocnictwami, by ukarać garstkę spiskowców.

 

Niedawno podobne pytanie zadano w telewizji innemu bliskiemu współpracownikowi Borysa Jelcyna z tamtych czasów. Michaił Połtoranin, wówczas minister do spraw prasy i informacji powiedział, iż sam się dziwi, że nas wszystkich wówczas nie aresztowano. Moja odpowiedź jest inna. Gorbaczow sam najlepiej rozumiał rzeczywistość i wiedział w jakim stanie zostawia państwo. Dobrze orientował się, co dzieje się w gospodarce. Kiedy bolszewicy przejęli władzę w 1917 znaleźli w skarbcu 1300 ton złota, my 280. Chaos sparaliżował możliwość zarządzania gigantycznym terytorium. Żeby kogokolwiek aresztować potrzebne jest oparcie w strukturach siłowych, choć by jeden oddany i wierny pułk. Przydałoby się dobrze chronione więzienie, albo posłuszny sąd. U Gorbaczowa nie było ani jednego ani drugiego. Już po Białowieży spotkał się z marszałkiem Szaposznikowem i zapytał go o nastroje w armii. Usłyszał, że nie ma na co liczyć, i że siły zbrojne z wielką nadzieją obserwują bieg wydarzeń. Gorbaczow nic by nie osiągnął, nawet gdyby okazał się zdolny do jakiegoś dramatycznego gestu.  I co z tego, gdyby ten pozbawiony wówczas autorytetu polityk przemówił w telewizji, apelując o ratowanie państwa? To by tylko dało skutek odwrotny od zamierzonego. Gorbaczowowi nie mogła pomóc także społeczność międzynarodowa, tak bardzo zakochany w nim zachód. Przecież już porozumieliśmy się z Bushem, nie przypadkowo zostaliśmy przez niego uznani. Świat na pewno obawiał się rozpadu imperium komunistycznego, ale jeszcze bardziej lękał się o los jego arsenału atomowego. Konieczny był wybór, z jednej strony istniała groźba niekontrolowanego rozpadu, nasilenie konfliktów etnicznych, pretensji terytorialnych, z drugiej pojawiła się możliwość zapanowania nad chaosem. Wzięliśmy na siebie odpowiedzialność, daliśmy gwarancje. Uzyskaliśmy powszechnie uznanie. Więc Gorbaczow nie protestował, bo rozumiał, iż de facto przestał już być głową państwa. I samo państwo odchodziło do historii.

 

Historia opuściła kurtynę w niecałe trzy tygodnie później, gdy wyprowadził  się z Kremla...

 

Przyznawałem się już do tego nieraz. Dla mnie najbardziej wzruszający był moment, gdy 25 grudnia na Kremlu zamiast radzieckiego sztandaru z sierpem i młotem załopotała trójkolorowa flaga Rosji. Zanim do tego doszło musieliśmy przekonać deputowanych Rady Najwyższej, by ratyfikowali nasze postanowienia. Trzeba było nadać im odpowiednią moc prawną. Z jednej strony jako sekretarz stanu odpowiadałem wówczas za wypracowanie strategii nowej poradzieckiej Rosji tak w polityce zagranicznej, jak i wewnętrznej, z drugiej byłem także I wicepremierem rządu i musiałem zajmować się bieżącymi sprawami. W zastępstwie Borysa Jelcyna podpisywałem najważniejsze dokumenty. Codziennie punktualnie o północy kładziono mi na stół raport o stanie zapasów państwowych. Z każdym dniem zmniejszała się w magazynach ilość cukru, soli, mazutu, ziarna, metalu. Rano po przyjściu do biura sprawdzaliśmy dokąd dotarły wagony z niezbędnymi towarami. Musieliśmy karmić i poić 150 milionów ludzi pozostałych na terytorium Rosji. To w pamięci utkwiło mi chyba niemniej, niż emocje związane ze znaczeniem historycznym tamtego okresu.

 

O spotkaniu w Białowieży opowiedziano już bardzo wiele. O saunie w jakiej spotkali się prezydenci i morzu wypitego alkoholu. O próbach nawiązaniu kontaktu z nieprzybyłym na spotkanie prezydentem Kazachstanu Nazarbajewem. Poznaliśmy już wszystkie istotne szczegóły?

 

Tak. Na pewno tak. W odniesieniu do naszego spotkania trudno mówić o jakichś zakulisowych sekretach. Pozostały zagadki historiozoficzne. W 1991 roku przestało istnieć wielkie mocarstwo, jednak ludzie do tej pory nie są świadomi co to takiego zniszczona machina państwowa. Jak w takiej sytuacji zarządzać masą spadkową? Oskarżano mnie później wiele razy, iż to ja podsunąłem Jelcynowi formułę jaką zaproponował on później byłym republikom radzieckim i podmiotom Federacji Rosyjskiej: "bierzcie tyle suwerenności ile jesteście w stanie udźwignąć". Jednak to nie mój język, nie mogę wystąpić o ochronę praw autorskich. Ale pytanie jak kierować takim pełnym wewnętrznych sprzeczności organizmem było wówczas szczególnie aktualne. Przy pomocy strachu, przekupstw? Pozostawało jedno wyjście. Dać ludziom szansę samodzielnej walki o przeżycie. Albo kwestia spadku po komunizmie. Jak z tym dać sobie radę? Jak przezwyciężyć pustkę w duszach i umysłach? Czy ktoś wówczas wynalazł specjalne mydło, rozpuszczalnik, którymi można by się obmyć jak z pyłu i brudu po dniu pracy? Przez 70 lat był komunizm, a teraz nagle zniknął. Co z tym zrobić?

 

Jak się panu wydaje, historia zapamięta was jako ludzi, którzy zniszczyli ZSRR, czy położyli fundament pod nowa Rosję?

 

Od tam tej pory brałem kilka razy w różnych kampaniach wyborczych, więc nauczyłem się odpowiadać na zarzuty jakie spotykają mnie stale. Mam wrażenie, że po to by dobrze rozumieć teraźniejszość trzeba dobrze pojmować przeszłość i przewidywać przyszłość. Rosji potrzebna jest strategia europejska. Już dość wiecznego przekonania o naszej wyjątkowości, wiecznego zadawania sobie pytania kim jesteśmy. Gdy ta przemiana się urzeczywistni, będziemy na pewno mogli powiedzieć, iż zbudowaliśmy nową Rosję.

 

Ma pan przeczucie, kiedy przestaniemy mówić o Rosji z dodatkiem, "nowa", albo "poradziecka".

 

Jest taka anegdota, iż Rosjanie zamiast budowania dróg produkują "wiezdiechody" pojazdy terenowe, zdolne do poruszania się w każdych warunkach. Rosja stanie się normalną, nie poradziecką Rosją, kiedy odwrócimy tę logikę i zamiast za wytwarzanie "wiezdiechodów" zabierzemy się za drogi.

 

Rozmawiał w Moskwie ZDZ

 

 

Gennadij Burbulis (ur.1945), najbliższy współpracownik Borysa Jelcyna w pierwszym okresie jego rządów (do 1993 r.) Nazywany rosyjskim szarym kardynałem był I wicepremierem. Równolegle piastował specjalnie dla niego utworzone stanowisko sekretarza stanu. W czasach radzieckich wykładowca marksizmu-leninizmu w Swierdłowsku (dziś Jekaterynburg). Od samego początku z entuzjazmem wsparł pieriestrojkę, wybrany do parlamentu rosyjskiego wstąpił do opozycyjnej Międzyregionalnej Grupy Deputowanych. Wówczas znalazł się w gronie sojuszników walczącego z Gorbaczowem Borysa Jelcyna. W swoich wspomnieniach, były szef ochrony Jelcyna, gen. Korżakow, zalicza Burbulisa do inicjatorów porozumienia w Białowieży. Obecnie jest szefem fundacji "Strategia" i deputowanym do Rady Federacji, wyższej Izby Parlamentu Rosyjskiego z obwodu nowogrodzkiego.