Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja cenzura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja cenzura. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 maja 2016

Pożegnanie z "RBK"



Przez dwa lata holding medialny RBK zadziwiał odwagą i niezależnością. W jego redakcjach zebrano najlepszych rosyjskich dziennikarzy. Na kierowniczych stanowiskach właściciel, oligarcha Michail Prochorow zatwierdził charyzmatycznych profesjonalistów, takich jak była redaktor naczelna rosyjskiego wydania magazynu "Forbes" Jelizawieta Osetinskaja. Dzięki nim, niezbyt cenione wcześniej telewizja, agencja, portal i gazeta RBK wspięły się na wyżyny, ich materiały śledcze rozpalały wyobraźnię, demaskowały rosyjskie patologie. Do czasu. Niedawny materiał RBK o farmie ostryg położonej po sąsiedzku z jedną z dacz Putina wyczerpał cierpliwość Kremla. Obecne kierownictwo RBK zmuszono do odejścia.

W pożegnalnym artykule redakcja niezależnego portalu "Meduza" składa podziękowania kolegom z RBK.




Materiały wolnej od cenzury telewizji RBK nie jeden raz wywoływały irytację Kremla. 




13 maja holding RBK zwolnił ze stanowisk szefów swoich redakcji. Pracę stracił redaktor naczelny gazety RBK Maksym Soljus, redaktor naczelny RBK Roman Badanin i redaktor koordynator połączonych redakcji Jelizawieta Osetinskaja.



Cud

W ciągu ostatnich dwóch lat Osetinskaja, Badanin, Soljus oraz dziesiątki redaktorów i dziennikarzy RBK dokonali cudu. Udało im się zrobić coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwe, nierealne. W tym czasie niezależne dziennikarstwo w Rosji znalazło się w stanie agonii. Za to RBK stała się naszym głównym niezależnym środkiem informacji. Powstawały tam świetne materiały śledcze, RBK mogła pochwalić się znakomitą reputacją i wielomilionowym audytorium. Taką ocenę działalności RBK można sformułować bez żadnej taryfy ulgowej, bez uwzględniania specyfiki naszych trudnych czasów.

Piątek 13 maja okazał się w rzeczywistości nieprzyjemnym dniem dla nas wszystkich, i dla dziennikarzy i dla czytelników. Tego dnia, na naszych oczach dokonała się likwidacja cudu. Tego nie da się uzasadnić w żaden sposób. Tej decyzji właściciela holdingu nie poprzedziły żadne obiektywne analizy, nie da się jej wytłumaczyć żadnymi "interesami państwa". Jest ona wynikiem "obrazy" i chęci odwetu. Koledzy z RBK popatrzyli nie w tę stronę gdzie wolno, zachowywali się nie tak, napisali coś nie tak. Przecież mówiono wam byście nie wsadzali nosa w nie swoje sprawy. A wy wsadzaliście. To co przydało się RBK, nie jest wynikiem walki z ideowym przeciwnikiem. To przykład podejrzanych rozliczeń w ciemnym zaułku. Tym zaułkiem, prawda, stało się dziś całe rosyjskie dziennikarstwo.



Najpierw Jelizawieta Osetinskaja osiągnęła wielki sukces na stanowisku redaktor naczelnej rosyjskiego wydania magazynu "Forbes". Później, w ciągu dwóch lat przekształciła holding medialny RBK w instytucję nowoczesną i wiarygodną. 



Gra warta  świeczki


Czy ta gra warta była świeczki? Rzecz jasna, że warta. Ci ludzie, którzy obecnie zniszczyli RBK, nawet nie zdają sobie sprawy jakiej misji służył holding w obecnym kształcie. Nie potrafią pojąć niczego poza anegdotami, nie jasna pozostaje dla nich logika owych dziwnych ludzi gotowych nabić sobie guza. A przecież ta logika nie jest taka skomplikowana: wystarczy zrozumieć, iż zdarzają się na świecie profesjonaliści, specjaliści zakochani w swojej pracy, gotowi do jej wykonywania.

Na pewno znajdzie się ktoś, kto po raz kolejny powie, iż to nie władze państwowe, a samo społeczeństwo domaga się cenzury i odwraca od dziennikarzy. Jednak co w takim razie począć z wielomilionowym audytorium RBK? Znajdzie się także ktoś, kto po raz kolejny oświadczy, iż należy do końca targować się z ludźmi w mundurach, by zachować stanowisko i zespół współpracowników. Jednak, czy można sobie wyobrazić, iż ludzie z redakcji RBK poparliby takie stanowisko?


Wielkie podziękowania


Wielkie podziękowania dla was, Liza, Roman, Maksym. Wielkie podziękowania dla wszystkich pozostałych pracowników RBK, za waszą działalność zawodową, ze wiarę w to, że służyliście dobrej sprawie, za niechęć do kompromisu z własnym sumieniem. Lepsze czasy nie nadejdą nigdy, a my się nie zmienimy. Tak więc będziemy ciągnąć to jakoś dalej.


Redakcja "Meduzy"


Tłum.: ZDZ

Oryginał ukazał się na niezależnym rosyjskim portalu meduza.io . Siedzibą portalu jest stolica Łotwy Ryga:  https://meduza.io/feature/2016/05/13/den-kogda-ne-stalo-rbk


*RBK (RosBiznesKonsulting), rosyjska grupa medialna. W jej skład wchodzą stacja telewizyjna, portal internetowy, liczne wydawnictwa drukowane. Powstała w 1993 roku. Od końca lat dziewięćdziesiątych RBK należał do liderów rosyjskiego rynku medialnego, choć niejednokrotnie jego wydawnictwom zarzucano publikację materiałów na zamówienie, sprzecznych z dziennikarską etyką. Grupa poniosła znaczne straty finansowe w związku z kryzysem 2008 roku. Od 2010 jej inwestorem został niepozbawiony ambicji politycznych oligarcha Michaił Prochorow. W 2013 roku do zespołu RBK dołączyła była redaktor rosyjskiego wydania magazynu "Forbes" Jelizawieta Osetinskaja. Był to moment przełomowy w historii holdingu. Osetinskaja, zajmując stanowiska szefa połączonych redakcji zgromadziła wokół siebie wyjątkowy zespół najlepszych dziennikarzy, redaktorów, wydawców. Szczególnym uznaniem cieszyły się materiały śledcze RBK demaskujące najróżniejsze rosyjskie patologie. Władze poirytowane działalnością i postawą RBK zainicjowały wymierzone w holding działania prokuratury i organów śledcze. Szczególną irytację Kremla wywołała głośna publikacja RBK poświęcona córce Władimira Putina, Jekatierinie Tichoinowej. W redakcjach przeprowadzono szereg rewizji, właściciela grupy poddano presji. W maju pojawiła się wiadomość o wszczęciu śledztwa przeciw kierownictwu RBK pod zarzutem machinacji finansowych. 13 maja holding dokonał zwolnień wśród redaktorów naczelnych swoich redakcji. W nowej konfiguracji trudno przypuszczać by grupa RBK kontynuowała działalność w swoim niedawnym stylu.





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com




Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego.

czwartek, 5 listopada 2015

Internet pod nadzorem: spowiedź rosyjskiego informatyka



Kontrola nad Internetem jest jednym z priorytetów Kremla. Od dłuższego czasu prowadzony jest rejestr stron zabronionych, blokowane są strony, portale, konkretne publikacje. Jak na co dzień prowadzona jest w Rosji kontrola Internetu? Jak się przed nią chronić? Dmitrij Okrest, dziennikarz niezależny z Moskwy, zapisał relację informatyka zatrudnionego w niewielkiej firmie zajmującej się dostawą Internetu. Policjantom i prokuratorom brakuje kwalifikacji, najważniejsze, by ich sprawozdania podobały się zwierzchnikom. Na rynku dostępne są "czarne", nierejestrowane usługi internetowe. Władze jednak starają się dokręcić śrubę, domagając od dostawców wdrożenia nowych systemów kontroli.



Autor: Dmitrij Okrest





W porównaniu z telewizją rosyjski Internet jest przestrzenią wolności. Jednak Kreml nie lekceważy zagrożenia z tej strony i podejmuje szereg kroków mających na celu zwiększenie kontroli rosyjskiej sieci. 


  

Od 2012 roku w Rosji prowadzony jest scentralizowany rejestr zabronionych w Internecie stron. Nie jest to federalna lista materiałów o charakterze ekstremistycznym. Na tej ostatniej znajduje się masa wszelkiego rodzaju ulotek i plików video niezdarnie opisanych przez komornika sądowego. Rejestr stron zabronionych jest dokładniejszy, wniesiono do niego 100 tys. adresów. FSB nie sprawdza jednak jak stare zakazy są przestrzegane, dla nich ważniejsze jest, by spisy nowych zakazów przychodziły na czas z serwerów Roskomnadzoru (rosyjska agencja rządowa sprawująca kontrolę nad mediami - "mediawRosji"). Zgodnie z przepisami dostawcy Internetu winni codziennie dokonywać aktualizacji rejestru, jednak w rzeczywistości sprawdzają te informacje raz na trzy dni.

Kurator z FSB

Każdy dostawca Internetu ma swojego kuratora z FSB. Dotyczy to także naszej firmy, chociaż to co robimy jest typowym przykładem działalności na małą skalę, obsługujemy 10 tys. gospodarstw domowych. Funkcjonariusz FSB odpowiada za dzielnicę, odpowiada za monitoring całego szeregu miejscowych dostawców. Jest szczęśliwy, kiedy może powiedzieć: "ok, w porządku, oni już swój spis zaktualizowali". Dysponuje też odpowiednią statystyką, jeśli się spóźnisz, a on zauważy, zaraz telefonuje. Zaczynają się zarzuty, groźby. Na naszych znajomych nakładano kary, jeśli administratorzy nie uzupełnili czarnej listy.

W odróżnieniu od FSB, prokuratura sprawdza, czy możliwy jest dostęp do zabronionych stron wniesionych do rejestru. Zgodnie z obowiązującą procedurą prokuratura winna oskarżyć każdego moskiewskiego dostawcę, który by się nie orientował, iż na czarną listę wpisano jakąś nową stronę. Całkiem niedawno dostaliśmy mandat, 50 tysięcy rubli. Podobno w 2011 roku nie zainstalowaliśmy jakiejś blokady, a oni obudzili się teraz. Prokurator sam mówi: "bądźcie grzeczni i zapłaćcie, potrzebujemy więcej spraw, nasze sprawozdanie kwartalne musi wyglądać odpowiednio."

Istnieją różne sposoby egzekwowania zapisów na czarnej liście. Można tępo zablokować całą stronę, portal, tak postępują duzi operatorzy. Ale można też konkretny adres, link, tak postępujemy my, choć z technicznego punktu widzenia jest to operacja bardziej złożona, a zatem droższa. Tak ogólnie, jeśli jesteś klientem małego operatora, to twoja szansa dostępu do treści zakazanych będzie większa. Na tym poziomie kontrola jest mniejsza. Swoim znajomym otworzyłem w ogóle dostęp do wszystkich stron, przecież nikt z nich nie pójdzie na skargę do prokuratury. Teoretycznie tego rodzaju usługi można by realizować i na zasadach komercyjnych.

Na wezwanie blokujemy wszystko

Latem zeszłego roku wybuchła panika w związku z kwestią separatyzmu. W konsekwencji zablokowano wszystkie materiały o federalizacji Syberii. To była robota "na piechotę", korzystając z analizy semantycznej, szukaliśmy słów "markerów". Gdy poprosi się o dane w wyszukiwarce, używając takich "markerów" jak "Putin-terroryzm-na Kaukazie" widać, że blokada realizowana jest już przez "Yandex".  Dostawcy Internetu nie mają z tym nic wspólnego.
Blokujemy stronę tylko wówczas, gdy przychodzi do nas odpowiednie pismo z powołaniem się na decyzję sądu. Ale rejonowe i dzielnicowe placówki "organów" muszą wykonać normę. Na przykład, do naszej sieci podłączają się pracownicy prokuratury rejonowej, oni mają jednego bzika, jakiś sąd w Chanty-Mansyjsku coś zakazał, teraz oni szukają takich rzeczy. Nie napiszą do Roskomandzoru,  nie domagają się odpowiedniego uzupełnienia oficjalnego rejestru - od razu pędzą do sądu. Zabroniona stronę trzeba wyłączyć jak najprędzej.

Rzecz jasna, kiedy przychodzi do nas wezwanie, blokujemy wszystko. Wcześniej jednak nie mogliśmy wiedzieć, iż coś należy zablokować. O tym, sąd w Chanty-Mansyjsku podjął tego rodzaju decyzję, można dowiedzieć się tylko na jego stronie. Kiedyś zapytano mnie w sądzie: zablokowaliście? Odpowiadam: oczywiście! No i idziemy do komputera, żeby sprawdzić "zablokowaną stronę". No i rzecz jasna, ona otwiera się natychmiast, sąd nie jest podłączony do naszej sieci, ich dostawca także nie ma pojęcia o decyzji syberyjskiego sadu. Zaczynają na mnie patrzeć zdziwionymi oczami. W rezultacie dla sędziego i asystentki prokuratora muszę wygłosić zaimprowizowany wykład, o tym jak funkcjonuje Internet. Usiłuję im wytłumaczyć, że dostawca nie jest w stanie zablokować jakiejś strony wszędzie, w najlepszym wypadku na terytorium swojej dzielnicy. Choć wygląda na to, że moje słowa do nich trafiają, to i tak będą do nas przychodzić nowe podobne wezwania, zablokujcie stronę natychmiast i wszędzie.

Na czarnych listach jest polityka (na przykład kasparov.ru, grani.ru), jest i religia. Tutaj najczęściej chodzi o śmiecie. Te rzeczy nie są ani interesujące, ani znaczące. Blokadą najczęściej obejmuje się mało popularne strony z długachnymi adresami. Wyglądają na lewiznę, zaprojektowano je tak, że czytać się nie da. Całkiem niedawno zablokowaliśmy bazę z danymi paszportowymi - tam i tak znalezienie czegoś było niemożliwe.

Co to takiego SORM - 2?

W chwili obecnej wszyscy dostawcy Internetu powinni dysponować "SORM" w wersji numer 2 (Zespół Środków i Metod Technicznych stosowanych w ramach prowadzonych czynności operacyjno-śledczych). Mamy obowiązek przechowywania w pamięci przez dwa lata wywoływanych adresów. Na razie systemu SORM - 2 całkowicie wdrożyć się nie udało. Prace z tym związane nie są ani tanie ani łatwe. Jednorazowy test systemu kosztuje 200 tys. rubli. Testy wykonuje kilku monopolistów - stąd takie ceny. Wielkie firmy zapewniające dostęp do sieci dysponują większymi możliwościami, mają też więcej klientów. Ale wiele problemów związanych jest ze skalą i ilością danych. Nie mamy takich technicznych możliwości, dzięki którym moglibyśmy dążyć z zapisaniem danych o objętości 40 gigabajtów.

Nie dysponujemy odpowiednim dla SORM żelazem. Organy domagają się oczywiście, byśmy całkowicie wdrożyli SORM - 2. Ale dziś sytuacja wygląda tak, że oni bez nas nie wiedzą nic. Kiedy rodzi się podobna potrzeba, facet z FSB po prostu telefonuje, a ja sam szukam w naszej bazie danych kto i dokąd chodził.

A tak w ogóle, nasz rynek IT jest bardzo mały. Wszyscy tu się nawzajem znają. Na przykład ja sam znam gościa, który montował czujniki w biurze u Nawalnego. Nawiasem mówiąc, za tę operację dostał naganę. Gdyby zamontowane przez niego czujniki zostały ustawione w trybie biernego zbierania informacji, a później dane byłyby wysyłane o 4 nad ranem, nikt tych czujników nie potrafiłby namierzyć. Kto to zamawiał, gdzie jeszcze instalowano podobne urządzenia, nie mam pojęcia.

Analfabetyzm funkcjonariuszy

Poziom wyszkolenia informatycznego pracowników zatrudnionych w organach jest katastrofalny. Oni nie potrafią posługiwać się nawet tymi instrumentami, jakie są dziś dostępne. Policjantom wydaje się, że numer IP jest podobny do numerów rejestracyjnych samochodu i nie rozumieją, że z jednego numeru korzystać mogą tysiące ludzi.

Niedawno przyniesiono do nas pendrive'a zgubionego przez funkcjonariusza z sąsiedniej dzielnicy. Na nim masa spraw kryminalnych, setki śledztw. Znalazłem właściciela poprzez jego skrzynkę na portalu Odnoklassniki.ru, do niej z resztą i tak ktoś się już włamywał. Funkcjonariusz ucieszył się, całe swoje życie przechowywał na tym pendrivie, ten gość nawet nie rozumiał, że dane należy szyfrować i zawsze zapisywać kopię zapasową. Albo inna historia, niedawno chodziłem na komisariat, tam wszedłem do ich sieci lokalnej. Znalazłem w niej lawinę wirusów. A oni nawet nie byli podłączeni do Internetu. Więc o jakich kwalifikacjach funkcjonariusze mielibyśmy mówić?

Teraz ci właśnie funkcjonariusze starają się znaleźć w sieciach społecznościowych internautów rozprzestrzeniających nielegalne materiały. W pracy, na co dzień,  funkcjonariusze korzystają z prywatnych kont pocztowych na mail.ru, a tam przecież jest masa dziur, im nikt nie założył poczty służbowej. Zaczynają swoje e-maile od tytułu, potem powołują się na numer śledztwa, wreszcie piszą o co im chodzi: "proszę udostępnić informacje o użytkowniku sieci Internet wchodzącym do serwisu "Wkontaktie" w następujących godzinach….". W porządku, kiedy podają także numer IP, u nas w ciągu sekundy na "vkontaktie" wchodzi 300 użytkowników. Za to nie interesują ich ani Odnoklasniki.ru, ani Facebook, w ich sprawie nie zwracano się do nas ani razu. W kwestiach politycznych funkcjonariusze szukali informacji przede wszystkim podczas protestów na Placu Blotnym, albo w czasie wyborów. W ciągu miesiąca przychodziło po pięć wniosków, a tak dostajemy średnio nie więcej niż 3.

W 80% przypadków muszę zatelefonować i przepytać ich, żeby zrozumieć dokładnie, o co im chodzi. Pytanie musi być sformułowane prawidłowo, to połowa sukcesu. Mamy także dziedziny, gdzie chętnie współpracujemy. Bezpłatnie, na zasadach społecznych, pomagam w walce z działalnością nielegalnych klubów hazardowych. Nie potrzeba wiele, by udowodnić tego rodzaju działalność, wystarczy sieć i wyjście do Internetu dla wszystkich wchodzących w nią komputerów. Ale funkcjonariusze na co dzień zajmują się rabunkami, albo gwałtami, im na prawdę trudno poruszać się w internetowym chaosie. Próbowałem porozmawiać z ich informatykami (funkcjonariuszami Centrum do Walki z Ekstremizmem). Poznaliśmy się na jakimś seminarium. Zaproponowałem im bliższą, lepszą współpracę, ale oni też okazali się wyjątkowo tępi.

Siedź cicho!

Może więc ta paranoja jest nieuzasadniona? Od roku jednak widzę, jak próbują zrobić porządek. Nie da się już założyć sieci tak, by cię nie zauważyli. Zaczęto dokręcać śrubę. Dlatego nasza firma nie chce zajmować się telefonią. Wcześniej to wszystko było czysto formalne, ale teraz jeśli chcesz w to wejść, musisz obowiązkowo wdrożyć SORM. Inna sprawa, iż jeśli zmniejszą się rozmiary rynku legalnego, to czarny szybko to sobie odbije. Im silniej będzie ograniczany Internet legalny, tym większe będzie zapotrzebowanie na czarny.

Zgadzam się z tym całkowicie, że przestępców trzeba łapać. Ale w dzisiejszych warunkach, jeśli system SORM-2 zostanie wdrożony całkowicie, to z Internetu będzie się korzystać także w sposób nielegalny. Kiedy przejdziemy na SORM-3,  funkcjonariusze FSB będzie mógł bez sankcji prokuratora zajrzeć do sieci za pośrednictwem dostawcy i zorientować się jaką fotkę wykłada właśnie jego klient, albo o czym rozmawia, korzystając z komunikatorów.

Dostawcy będą mieli obowiązek przechowywać tego rodzaju dane przez dwie doby, to znaczy cały nasz strumień danych, 5 gigabitów na sekundę będziemy musieli gdzieś zapisywać na dwie doby. Rozmiary potrzebnej pamięci osiągną wariackie rozmiary. O ile się orientuję, SORM-3 na razie nie działa w zwykłym Internecie, ale niewykluczone, że posługują się nim na poziomie Federalnej Służby Ochrony, albo informatycy zatrudnieni w obiektach o znaczeniu strategicznym.

Zdecydowana większość internautów nie chce się ukrywać. Z szyfrowania korzysta ułamek procenta. Naprawdę musimy się wysilić, żeby analizując naszą bazę danych znaleźć kogoś posługującego się TORem (przeglądarka dla anonimowego podłączenia się do sieci). Żeby nie zwrócono na człowieka uwagi, wystarczy nie rozrabiać, nie chodzić na demonstracje i wrzucać do sieci zdjęć zajadłych opozycjonistów. Najlepsza ochrona polega na tym, by się nie wyróżniać… Wówczas FSB się tobą nie zainteresuje. Ale, jeśli już się wyróżnisz, to masz przechlapane. Wtedy radziłbym, żeby pójść na giełdę i kupić sim karte zarejestrowaną na Kazbeka Alijewicza. Potem przy pomocy programu PGP trzeba zaszyfrować wszystko na komputerze. Na telefonie komórkowym warto zainstalować VPN. No i potrzebna będzie sesja realizowana przez Telegram. Inaczej wszystko będzie do chrzanu. Teoretycznie FSB powinno dysponować kluczem i algorytmem do rozszyfrowywania Telegramu, ale jak się wydaje, na razie im tego nie udostępniono.

Będzie jak w Korei Północnej?

Niedawno pisano, iż Roskomnadzor przeprowadził trening na wypadek, iż Rosja zostanie odłączona od Internetu. Podobno nie bardzo się udał, zawinili mali dostawcy usług sieciowych, którzy przesyłają nie rejestrowany "ruch". My sami nie zauważyliśmy ani wyłączeń, ani jakichś zakłóceń, choć w naszym wypadku 30 procent ruchu generują dostawcy zagraniczni. Tak, jak istnieją nielegalne ropociągi, tak istnieje też masa nielegalnych kabli, nigdzie nie zarejestrowanych.

Nawet na poziomie czysto fizycznym, materialnym całkowite odłączenie nie jest takie proste. Jeden z największych punktów wymiany ruchu znajduje się we Frankfurcie. Tam podłączona jest masa kanałów, w tym także rosyjskich. To jest wygodne rozwiązanie, przy pomocy kilku krótkich przewodów można połączyć ze sobą różnych operatorów. Jeśli będą blokowane kanały w punktach wymiany ruchu, to potrzebne będzie odcięcie kanałów wychodzących za granicę, na przykład do Europy. Ale to oznacza, że potrzebny będzie ośrodek wymiany danych na własnym terytorium.

Tak, czy inaczej w dalszym ciągu będą wykorzystywane kanały "nielegalne",  prowadzące do Frankfurtu. Żeby wszystko wyłączyć, trzeba wszystko kontrolować. Już teraz jest wiele różnych punktów, a z czasem ich ilość tylko wzrośnie - wszystkiego kontrolować się nie da, nie ma jeszcze takich możliwości. Obecnie najwyraźniej, ruch transgraniczny między różnymi krajami nie jest kontrolowany. Podejmowano próbę stworzenia jednego operatora odpowiedzialnego za ruch zagraniczny, ale skończyło się tylko na gadaniu.

Jeśli rzeczywiście testowano możliwości całkowitego wyłączenia, to jak mi się wydaje, chodziło zapewne o przygotowanie się do pełnej izolacji internetowej grożącej nam, gdyby zostały zaostrzone sankcje. Teoretycznie to jest możliwe, by globalne organizacje w rodzaju tych kontrolujących nazwy domen, czy rozdzielających numery IP wyłączyły jakiś kraj. W takim wypadku na początku powstanie chaos, ale w ciągu kilku dni rozwiniemy swój runet. Prawie tak jak w Korei Północnej.


Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciołowski


Oryginał ukazał się na portalu The Insider: http://theins.ru/obshestvo/15487



*Dmitrij Okrest, rosyjski dziennikarz niezależny, publikował na łamach "The New Times", "The Insider", Colta.ru," Russkij reportior"







Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego. 




piątek, 13 marca 2015

„Nowaja Gazieta”: nasza lojalność nie jest na sprzedaż



Jest bodaj najważniejszą w Rosji gazetą opozycyjną. „Nowaja Gazieta” powstała w 1993 roku. Od początku jej redaktorem naczelnym był Dmitrij Muratow. Od ponad 20 lat jest sumieniem Rosji. Demaskowała skandale polityczne, walczyła z korupcją. Jej dziennikarze Anna Politkowska, Jurij Szczekoczichin, Igor Domnikow zapłacili za pracę w „Nowej” życiem. Jej sytuacja finansowa zawsze była trudna. Od początku wspierał ją Michaił Gorbaczow i jego fundacja. Nieco później dołączył biznesmen Aleksander Lebiediew. Jednak te źródła wsparcia finansowego wyschły. Redaktor naczelny „Nowej Gaziety” ostrzega, iż już w maju może ona zniknąć z rynku.


 

 Rozmawiała: Marina Ozierowa, "Moskowskij Komsomolec".



 

Istnieje od ponad 20 lat. W świecie rosyjskich mediów "Nowaja Gazieta" jest wyjątkiem.
Nie kłamie, demaskuje skandale, walczy z korupcją. 



 Już w maju może przestać ukazywać się papierowe wydanie „Nowej Gaziety” – poinformował redaktor naczelny tego popularnego organu prasowego, Dmitrij Muratow. W wywiadzie udzielonym gazecie „Moskowskij Komsomolec” wytłumaczył, dlaczego niebezpieczeństwo, iż zniknie ona z rynku jest całkiem realne i poinformował, jaki los czeka, w takim wypadku, zespół redakcyjny.





Marina Ozierowa:
Czy to prawda, że „Nowaja Gazieta” zostanie zamknięta?

Dmitrij Muratow:
Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż w maju wydanie papierowe przestanie się ukazywać.

Ozierowa:
Dlaczego?


Od państwa nie dostaliśmy kopiejki


Muratow:
Mam nadzieję, iż zdaje sobie pani z tego sprawę, że nie działamy w warunkach rynkowych. W Rosji istnieje ograniczona ilość wydań prasowych, które korzystają z pomocy finansowej państwa. W ten sposób zniszczono rynek. Media te, wszystkie swoje koszta pokrywają z dotacji. Dodatkowym źródłem dochodu jest dla nich reklama. W naszym wypadku, nigdy nie dostaliśmy ani jednej kopiejki z budżetu. Rynek reklamowy jest regulowany przez to samo państwo, gazeta ją dostanie, w zamian za lojalność wobec władz. A my swoją lojalnością nie handlujemy.

Wszystkie wskaźniki, jakimi mierzona jest działalność mediów, są w wypadku „Nowej GAziety” doskonałe. We wszelkiego rodzaju notowaniach zajmujemy jedno z pierwszych miejsc. Możemy pochwalić się świetnym audytorium z segmentu „premium”. Czytelnicy są nam wierni latami. W każdym innym kraju, w którym działają sprawnie mechanizmy rynkowe, „Nowaja Gazieta” byłaby przynoszącym dochód projektem. Ale obecnie nasz główny inwestor jest niemal bankrutem... Zniszczono go…


Rozliczymy się ze wszystkimi


Ozierowa:
Ma pan na myśli Aleksandra Lebiediewa?

Muratow:

Tak. Aleksander Lebiediew przez wiele lat ten ciężar brał na siebie. Dziś jest naszym publicystą. Nie może jednak już pełnić roli inwestora. Nie chcemy zbankrutować, rozliczymy się ze wszystkimi do ostatniej kopiejki, oświadczam to z pełną odpowiedzialnością. Zobaczymy, jak sytuacja rozwinie się do maja… Wymyśliliśmy wspaniały projekt… „Wspaniale Karty Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”, to z naszej strony wyraz pamięci o niezmyślonej wojnie z niezmyślonym wrogiem. Mamy nadzieję, że zdołamy go zrealizować, bardzo byśmy chcieli.




Dmitrij Muratow jest redaktorem naczelnym "Nowej Gaziety" od 1993 roku, to jest od
początku jej istnienia. 



Ozierowa:
Jeśli druk gazety zostanie wstrzymany, być może „Nowaja Gazieta” pozostanie w Internecie?


"Nowaja" w internecie?


Muratow:
Na razie trudno powiedzieć. Nie jesteśmy wydaniem informacyjnym. Nasi dziennikarze pracują w terenie. Niekiedy zdobywają informacje w szczególnie trudnych warunkach. Nie zbierają jej w Internecie. Nie chcemy być swego rodzaju informacyjnym agregatorem internetowym.

Ozierowa:
Co stanie się z zespołem redakcyjnym?

Muratow:

W naszej redakcji pracują wspaniali, utalentowani ludzie. Jesteśmy świetnym zespołem, wolnym od intryg. Cokolwiek by się nie wydarzyło, nie zostawimy dziennikarzy samym sobie…


Tłum.: ZDZ


Oryginał wywiadu ukazał się na portalu gazety „Moskowskij Komsomolec”:
http://www.mk.ru/social/2015/03/12/novaya-gazeta-priostanovit-vypusk-v-mae-ee-investor-razoren.html






Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






piątek, 2 stycznia 2015

O telewizji, babci, Obamie i kokainie



Telewizja jest oczkiem w głowie kremlowskich propagandystów, zwłaszcza stacje o zasięgu ogólnokrajowym. To ich najlepsza maszyna do prania mózgów współobywateli. Analityczny, cotygodniowy przegląd wydarzeń politycznych Marianny Maksymowskiej emitowany przez stację REN TV od 2003 r. był wyjątkiem. Jego dziennikarzom pozwalano na więcej. Do czasu. W sierpniu „Tydzień z Maksymowską” zlikwidowano. Jego dziennikarze, nawet ci najlepsi i najpopularniejsi, tacy jak Roman Super zostali bez pracy. Rozumieli, że jeśli zechcą w telewizji znaleźć nową, w dzisiejszych warunkach będą musieli iść na kompromis. Okazało się jednak, że o kompromisie nie ma mowy. Od dziennikarza telewizyjnego – pisze Roman Super - wymaga się dziś wyłącznie dyscypliny wojskowej.
 

Autor: Roman Super 




 Roman Super jest reporterem telewizyjnym z wielkim doświadczeniem. Przez cały czas starał
się pracować zgodnie z najlepszymi tradycjami swego zawodu. 



W sierpniu 2014 roku stacja telewizyjna REN TV zamknęła swój program „Tydzień z Marianną Maksymowską”. Był to jeden z ostatnich niezależnych programów analitycznych poświęconych polityce w rosyjskim telewizyjnym mainstreamie. Na prośbę „Meduzy” były dziennikarz „Tygodnia” Roman Super opowiada o tym, jak poszukiwał nowej pracy związanej z telewizją.



Koniec lata 2014 roku. Jestem na urlopie. Pojechałem do rodziców. Za tydzień powinienem wrócić do pracy. Za dwa tygodnie szykuje się reporterski wyjazd. Za trzy – jeszcze jeden. 5 września na konto powinna przyjść zaliczka. 20 września – pensja. Mam nadzieję, że do końca roku uda mi się spłacić kredyt hipoteczny. Nagle przychodzi esemes.

„Przyjaciele, stało się. Zamknęli nas. Dziękuję wam za wszystko.”

Tak moja szefowa, prowadząca program, Marianna Maksymowska zawiadomiła nas, iż ani piątego, ani dwudziestego żadnych wypłat nie będzie. Kredytu nie uda się spłacić. Urlop przedłuży się. Pracy nie będzie. O przyczynach zamknięcia głośno nie rozmawiamy, wszyscy wiemy dlaczego.

Kiedy załatwiałem formalności i wypełniałem kartę obiegową, w każdym gabinecie słyszałem to samo”: „Jaka szkoda, że musicie odejść. Przez ostatnich pięć lat byliście najlepsi, w rosyjskiej telewizji nikt wam nie dorównywał. Jestem pewien, że ze swoim talentem pan nie przepadnie. Wszyscy będą chcieli pana zdobyć.” To samo dziewczyny z księgowości, z archiwum video, wydziału przygotowania antenowego… I stawiali swoje podpisy przybliżające chwilę rozstania.

Nie odczuwałem ani paniki, ani depresji. Wróciłem do domu z książeczką pracy, całkowicie pewien, iż już za tydzień znajdę pracę, że wezmą mnie wszędzie, dokąd się zgłoszę. Jakość naszych programów informacyjnych nie jest zbyt wysoka. Konkurencja w środowisku dziennikarzy działających w tej dziedzinie niemal nie istnieje. Moje doświadczenie, moja wiedza, styl, pieprzona charyzma, telegeniczność – będą się o mnie bić. Chcecie – mogę pracować w studio, na żywo. Chcecie – możecie wysłać mnie do dowolnego miejsca na świecie, przywiozę reportaż interesujący dla milionów. I jeśli zechcecie, rozprawię się w siedem minut z deputowanym Żelezniakiem z Dumy Państwowej.


Telefon numer jeden 

Wyznacza mi spotkanie jeden z redaktorów odpowiedzialnych, NTV szykuje nowy program informacyjny. Ma zabawną nazwę „AD”, jak gdyby jego liczni współpracownicy każdego dnia szykowali się do trudnego życia pozagrobowego.  Spotkaliśmy się w pobliżu Stawu Ostankinowskiego. Pogoda była fajna. Kaczki. Wymiana zdań.

- Roma, widziałem, ze postawiłeś „lajk” pod postem Dmitrija Olszanskiego (znany w Rosji publicysta o nacjonalistycznych poglądach – „mediawRosji”)  w Facebooku. Powiedz mi, co to znaczy?
- Pod którym postem?
- Kiedy opisał to, co Ukraińcy wyprawiali w Doniecku, Ługańsku. Co znaczy twój lajk?
- Nie pamiętam. Może tekst był fajnie napisany…
- Fajnie. Facet ma talent. Ale co ważniejsze. tekst odpowiadał rzeczywistości.
- Nie pamiętam.
- A ty co naprawdę myślisz o Ukrainie?
- Wojna. Co tu myśleć? Wojna to zło.
- Zło. Ale chyba rozumiesz, że Rosja w tej sytuacji podnosi stawkę…?
- Myślę, że Rosja uczestniczy w niepotrzebnej wojnie, ona w ogóle nie powinna była się zdarzyć.

Kręcimy się wkoło. Pogoda świetna. Kaczki. Redaktor odpowiedzialny tłumaczy, iż właśnie teraz nadeszły czasy, kiedy dziennikarz może się spełnić na 100%. Lata dziewięćdziesiąte należały do dziennikarzy bandytów. Pierwsza dekada dwutysięcznych była najlepsza dla oportunistów. A teraz mamy dziennikarstwo obywatelskie. W tej grze podnosimy stawkę.

- A ja w jaki sposób mógłbym pomóc? No, jak rozumiem chcieliście mi coś zaproponować…
- Na razie Roma nie wiem, czy możemy ci złożyć jakąś propozycję. Sam jeszcze się zastanów, czy możemy…? I zatelefonuj.

Jechałem do domu kolejką jednoszynową. Zrobiło mi się przykro. Redaktor odpowiedzialny z NTV nie zapytał co potrafię, czego pragnę, w jakiego rodzaju dziennikarstwie czuję się najlepiej. Nie omawialiśmy ani kwestii mojego wynagrodzenia, ani tego, kto będzie reżyserem programu, jak poszczególne tematy będą prezentowane. O zawodzie nie rozmawialiśmy nawet przez sekundę. Wysłuchałem monologu na temat wojny na Ukrainie. Obok pływały kaczki. Jak mówił Edward Murrow w filmie o dziennikarstwie „Dobranoc i powodzenia”: „jeśli kwaczesz jak kaczka i chodzisz jak kaczka – sam jesteś kaczką.”

Od naszego spotkania z redaktorem odpowiedzialnym upłynęły dwa tygodnie. Dowiedziałem się, że go zwolniono. Wystarczyła formuła „żeby więcej tu nie pracował, jasne?” Nie mam pojęcia, co było przyczyną. Może jego szefowie, zauważyli iż pod jakimś nieodpowiednim wpisem na Facebooku postawił swój lajk. Wygląda na to, ze lojalność, tak czy inaczej, nie zapewnia człowiekowi immunitetu. Można sobie na zadku wytatuować portret prezydenta – i tak może to nic nie dać. Gra na podwyższenie stawki, mówił o niej redaktor, w jego wypadku doprowadziła do degradacji. Trudno dodać coś więcej, nieszczęśliwy przypadek. Nie da się znaleźć innego wytłumaczenia.


Telefon numer dwa

Jeden z czołowych menedżerów innej stacji o zasięgu ogólnorosyjskim. Spotykamy się w kawiarni. Uśmiechnięty od ucha do ucha facet w marynarce przysiada się do mojego stolika, od razu proponuje, byśmy przeszli na ty i natychmiast zaczyna rozmowę o separatyzmie na Ukrainie.

- Roma, świetnie potrafię sobie wyobrazić, jaki mógłbyś nakręcić film o dniu codziennym separatystów w Donbasie. Można to zrobić super. Nie gorzej od facetów z Vice.
- Można. Chociaż mała szansa, by jakaś rosyjska stacja pokazała film o separatystach, tak jak zrobiliby go faceci z Vice.
- Dlaczego?
- Bo separatyści zachowują się, jak bandyci. To państwo zadecydowało, że są patriotami Rosji, nie bandytami.

Czołowy menedżer zamilkł i więcej się nie uśmiechał. Oczywiście nie było już mowy, ani o honorarium, ani w jaki sposób mógłbym być użyteczny dla stacji. Wracałem do domu i znowu opanowała mnie melancholia. Podczas rozmowy o moim możliwym zatrudnieniu jedynym tematem jaki poruszyliśmy były nie kwestie profesjonalne, a wojna.

Upłynęły trzy miesiące. Czołowego menedżera mianowano na jeszcze wyższe stanowisko. A nad nim – już tylko prezes.

Trzeci telefon zadzwonił ze stacji „Zwiezda”. Od razu pomyślałem, że stacja należąca do ministerstwa obrony natychmiast zamiast mikrofonu przydzieli mi automat, „wstążkę georgijewską”, mundur, oraz zmusi mnie, bym się ostrzygł na krótko, by zapobiec niebezpieczeństwu, iż do redakcji przyniosę wszy. Oddzwoniłem i powiedziałem, że nie dam rady przyjść na rozmowę o pracy. I nie poszedłem.

Poszedłem do babci na pierogi

Moja babcia jest człowiekiem prostym. Nie zdobyła wielkiego wykształcenia. Ale nie brakuje jej życiowej mądrości, potrafi intuicyjnie i zawsze prawidłowo odróżnić dobro od zła. I jej pierogi są zawsze takie, jakie powinny być u babci. Pijemy herbatę. Zajadam się.

- Roma, no i jak tam z pracą?
- Syf babciu.
- Przecież masz talent. Co to znaczy „syf”?
- Nikt dziś na talent nie zwraca uwagi. Dziennikarze stali się żołnierzami. Wysłano ich na front. Ale biorą tylko sprawdzonych, lojalnych i zdrowych.
- Zarazy.
- Kto?
- Kto? Kto? Obama. I Ukraińcy. Wszystkim napaskudzili. Cierpisz nawet ty, mój wnuk.
- Obama? Napaskudził mnie… W jaki sposób? Po co? I Ukraińcy?
- A kto odpowiada za tę wojnę? Obama. I Ukraińcy. Roma, a dlaczego nie możesz zająć się czymś niepolitycznym? Jak Małachow (Andriej Małachow – jeden najpopularniejszych w Rosji dziennikarzy telewizyjnych, showman, prowadzi przede wszystkim programy rozrywkowe – „mediawRosji”)
- On też zrobił program na temat Krymu, jeśli się nie mylę.
- No i w porządku, że o Krymie. Dzielny chłopak. Teraz właśnie trzeba robić programy o Krymie. Trzeba wszystkim opowiadać, że teraz jest nasz. Zawsze był naszym. Spróbuj, tu jest pieróg z kapustą…

Przeżuwam i uświadamiam sobie, że ten wirus rozprzestrzenia się szybciej od Eboli. Dociera wszędzie, zaraża telewizyjnych szefów, telewizory, mózg mojej babci, pierogi, kapustę, wszystko. Trochę później odbyłem podobną rozmowę z dziadkiem żony. Jest inwalidą o jednej nodze, przeszedł Wielką Wojnę Ojczyźnianą: kijowska junta, Krym jest nasz ! Dziadkowi, tak jak i babci, także było strasznie przykro, że zostałem bez pracy. Obama.

Wreszcie telefony ze stacji telewizyjnych ustały. Poczułem panikę. Wpadłem w depresję. Wydało mi się, że doświadczam końca świata. Zostałem bez pracy. Szukam jej, ale podczas rozmów kwalifikacyjnych, padają pytania, jakie powinni raczej zadawać oficerowie służb specjalnych, poszukując kandydatów do pracy wśród absolwentów szkoły FSB.

Mam do spłacenia kredyt hipoteczny. W domu małe dziecko. Żona tylko przez jakiś czas będzie się czuć lepiej – remisja. Więc muszę myśleć. Myśl ! MYŚL !

Kiedy skończyły się pieniądze z ostatniej wypłaty, zacząłem telefonować do przyjaciół pracujących w ogólno rosyjskich telewizjach. Może znaleźliby jakieś sprytne rozwiązanie… bokiem…. ostrożniutko…, by przecisnąć się między wydziałem odpowiedzialnym za nieprawdę, a wydziałem odpowiadającym za półprawdę, by dotrzeć do trzeciego, produkującego błyszczącą chałę – jak mądrze poradziła moja babcia (i został kimś w rodzaju Małachowa). Ale przyjaciele odpowiadali, że ostrożniutko teraz się nie da. Albo zakładasz mundur z naramiennikami, albo po cywilnemu zajmujesz się czymś zupełnie innym. Telewizja z wielkim rozmachem prowadzi teraz działania wojenne. Wszystkie siły, budżety, zapasy przeznaczone są dla frontu, mają przynieść zwycięstwo. Na tyłach też jest niebezpiecznie. Telewizyjni generałowie żyją w nieustannym napięciu.



Po przejęciu telewizji NTV przez koncern medialny Gazprom-Media Marianna Maksymowska 

przeniosla się do telewizji REN-TV. Tu przez ponad 10 lat udawało jej się realizować 

zdumiewająco otwarty przegląd politycznych wydarzen tygodnia. 


Jeden z moich przyjaciół, jak z raz w mundurze generalskim, pracuje w WGTRK (państwowy koncern medialny, właściciel stacji TV „Rossija” – „mediawRosji”), od kliku dni i nocy nie wychodzi z gabinetu. Co chwila dzwoni telefon, kierownictwo co 15 minut wydaje nowe psychoneurologiczne rozkazy:

- Kiedy to wszystko tylko się zaczynało, a Janukowicz dopiero co uciekł z Ukrainy, pomagała kokaina. Teraz i z nią nie jest lepiej. Roma, kicha do kwadratu. Trzymam się tylko dzięki temu, że mam dobry metabolizm, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Działam na autopilocie. Napięcie jest nie do zniesienia. Zdarzyło się, że z nerwów, z oczu poszła mi krew.
- Waszym widzom, też z oczu cieknie krew. Po co to robisz?
- Rodzina.

Wszyscy rozumieją wszystko. Telewizyjni szefowie rozumieją lepiej od innych. Na wielu ludzi w telewizji, poczucie, iż za chwilę wszystko się rozwali działa motywacyjnie. Jutro rozwali się wszystko w naszej firmie, w gospodarce, i tak w ogóle w kraju – to znaczy, iż już dziś trzeba w robocie wycisnąć z siebie wszystko. To oznacza, iż zgadzać się trzeba na wszystko. Każą kłamać, trzeba kłamać. Wydadzą polecenie, by prowadzący w programie na żywo, rozebrali się, szczeknęli, zrobili sobie zastrzyk z heroiny – będzie zrobione wszystko, striptiz, szczeknięcie, zastrzyk, co komu tylko przyjdzie do głowy. Ważne, by starczyło czasu na zrobienie wystarczających oszczędności, potem można razem z rodziną wyskoczyć z odjeżdżającego pociągu.

W październiku 2014 roku zastępca Olega Dobrodiejewa (szef państwowego koncernu medialnego WGTRK – „mediawRosji”) Siergiej Archipow porzucił stanowisko, wyjechał za granicę, tam będzie pracował.  W dziale prasowym WGTRK odmówili komentarza na ten temat, ograniczyli się do czterech słów: „Wyjechał do pracy za granicą.”

Mój dobry przyjaciel – człowiek porządny i utalentowany, przepracował wiele lat w WGTRK na stanowisku kierownika wydziału. Przez cały czas klął, cierpiał, czul się obrzydliwie, wytrzymywał… Miał jeden „humanitarny” cel, zamiast dla telewizji „Rosja” i państwa Rosja żyć i pracować w Europie. Zdobył to, o czym marzył…. Załatwił sobie prawo pobytu w jednym z przytulnych państw Unii Europejskiej i wyjechał.

I żeby tylko on. Przyjedźcie latem do Jurmały i przejdźcie się po nabrzeżu. Wśród spotkanych, co piąty – jeśli nie co czwarty – okaże się generałem rosyjskiej telewizji. Rosyjscy dziennikarze i prowadzący programów wykupili w Łotwie tysiące metrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej.


Mniejsze zło

Rozmyślałem więc przez cały czas. Wcześniej kolegom z tego samego roku na dziennikarstwie przyglądałem się podejrzliwie, zwłaszcza tym, którzy po studiach znaleźli pracę poza zawodem. Ktoś został na przykład rzecznikiem prasowym wicepremier Olgi Golodiec (odpowiada za kwestie socjalne w rządzie Dmitrija Miedwiediewa – „mediawRosji”). Ktoś inny trafił jako asystent do rzecznika do spraw dziecka Pawla Astachowa (Astachow cieszy się w kręgach liberalnych szczególnie marną reputacją – „mediawRosji”). No i jak? Przecież to takie nudne. A po drugie, gdy się zostanie asystentem Pawła Astachowa, przed snem zapewnie trzeba zdejmować z głowy bandaż z napisem: „Zjadam dzieci.” A poza godzinami snu trzeba go nosić przez cały czas.

Teraz, czy w ogóle da się w łatwy sposób znaleźć odpowiedź na pytanie, o to które zło jest gorsze? Umowne ministerstwo rozwoju gospodarczego, czy umowna dyrekcja programów prawnych NTV? Pytanie bardzo dziś wątpliwe.

Telewizja stała się państwem. Państwo przekształciło się w swój obraz z ekranów telewizji. Dziennikarz telewizyjny niczym się już nie odróżnia od urzędnika państwowego (i on też już dawno kupił mieszkanie nad morzem, tylko nie na Krymie). Urzędnik państwowy już się nie boi dziennikarza telewizyjnego (choć bać się go powinien przez cały czas). Wywiad w telewizji przypomina dziś codzienną odprawę, na której spotykają się podwładny (dziennikarz) i zwierzchnik (przedstawiciel władz). Telewizyjne tematy informacyjne zamieniają mózgi naszych babć, w to co powinno być w środku babcinych pierogów. W nadzienie.

A na razie będę kleić pierogi. Potem zobaczymy. Recepta jest prosta. Kolejne porcje mąki przesianej przez sito, zmieszane z solą wysypać na stolnicę.  Potem ugnieść miękkie ciasto, będzie się nieco kleiło do rąk. Ugniatać ręcznie przez 15-20 minut. W robocie przez 8 minut. Gotowe ciasto ułożyć na stolnicy i ugniatać je jeszcze przez kilka minut. Przygotować nadzienie. Od gotowego ciasta odrywać niewielkie kawałki, rozpłaszczać je palcami, albo wałkiem, wycinać z nich krążki o potrzebnej średnicy (8-10 cm). Po środku umieścić porcję nadzienia. Jeśli ciasto wciąż jeszcze trochę klei się do rąk, na stolnicę wysypać odrobinę mąki.



Tłum.: ZDZ




Artykuł ukazał się na lamach portalu Meduza.io . Portal pod kierownictwem Galiny Timczenko powstaje w stolicy Łotwy Rydze, pracują w nim dziennikarze dawnego moskiewskiego portalu lenta.ru
https://meduza.io/feature/2014/12/29/babushka-eto-svyatoe






*Roman Super, popularny rosyjski dziennikarz telewizyjny średniego pokolenia. Był reporterem telewizji REN TV. Laureat nagrody portalu SNOB w kategorii „Dziennikarstwo” w 2013 roku. Reporter telewizyjny 2013 roku – nagroda rosyjskich krytyków telewizyjnych. Jest autorem licznych artykułów publikowanych w prasie drukowanej i w sieci (GQ, Esquire, Afisza). 








Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






piątek, 16 maja 2014

Twitter i Facebook w Rosji: jak długo jeszcze?


Rosyjskie władze coraz częściej grożą zablokowaniem na terenie Rosji takich serwisów jak Twitter i Facebook. Po raz kolejny, z tego rodzaju ostrzeżeniem wystąpił przedstawiciel Roskomnadzoru, organizacji odpowiedzialnej w Rosji za kontrolę nad Internetem. Czy zbliżamy się do chwili, gdy groźby te zostaną wprowadzone w życie?

 

Materiał portalu slon.ru






Roskomnadzor” (Federalna Służba Nadzoru w Sferze Komunikacji, Technologii Informatycznych i Komunikacji Masowych) gotów jest w dowolnej chwili całkowicie zablokować na terytorium Federacji Rosyjskiej serwis Twitter i sieć społecznościową Facebook. Takie oświadczenie złożył w rozmowie ze stacją telewizyjną „DOŻD’” rzecznik prasowy tej organizacji Wadim Ampiełowski.

- Nasza organizacja rzeczywiście analizuje możliwość całkowitej blokady Twittera i Facebooka. Jak nam się wydaje taka decyzja nie niesie ze sobą żadnego ryzyka.

Blokadą szeregu zagranicznych serwisów groził wcześniej zastępca szefa Roskomnadzoru Maksym Ksienzov w wywiadzie udzielonym gazecie „Izwiestia”.

- Choćby jutro, możemy w ciągu kilku minut zablokować w Rosji Twitter i Facebook…. Jeśli w pewnym momencie dojdziemy do wniosku, że następstwa blokady sieci społecznościowych będą w istotny sposób mniejsze od tych szkód, jakie przynosi naszemu społeczeństwu nie konstruktywne stanowisko międzynarodowych kompanii, zrobimy to, do czego zobowiązuje nas prawo. – oświadczył Ksienzow.

Nieco wcześniej, w tym samym wywiadzie dla „Izwiestii” zastępca szefa "Roskomnadzoru" zauważył, iż Twitter jest firmą amerykańską i często wykorzystuje swoich użytkowników dla „promocji swych własnych korporacyjnych interesów  oraz interesów tego państwo, pod którego jurysdykcją się znajduje”.

Blokada sieci społecznościowych oparta na motywach politycznych wprowadzana była w ostatnich latach w szeregu krajów. Dla przykładu, w Chinach są zakazane Facebook, Twitter, a także wyszukiwarka Google i należący do niej serwis YouTube. W 2013 władze Turcji zablokowały dostęp do Twittera. Ich zdaniem serwis mikroblogów był aktywnie wykorzystywany przez opozycję.




Także na blogu „media-wRosji”:

Wzlot i upadek rosyjskiego Internetu

 


Obejmując władzę w Rosji Władimir Putin obiecywał, iż państwo nie będzie ingerować w działalność rosyjskiego Internetu. W tamtych czasach liczba użytkowników sieci w Rosji wynosiła 3 miliony. 15 lat później po dawnej niezależności rosyjskiej Sieci pozostały tylko wspomnienia. Kreml przestraszony rolą mediów internetowych w kreowaniu buntów o charakterze politycznym wydał im prawdziwą wojnę.


Autor: Nastia Czernikowa 





Obserwuj i polub nas na Facebooku: