poniedziałek, 11 maja 2015

Władimirze Władimirowiczu, za co pan nas nienawidzi?



Mało gdzie na wschodzie Ukrainy toczyły się równie zacięte walki. Nie przerwano ich nawet po podpisaniu porozumienia w Mińsku. W końcu separatyści przejęli kontrolę nad ważnym ze strategicznego punktu widzenia miastem Debalcewe. Bomby zamieniły je w ruiny, 80 % domów legło w gruzach. Wadim Babenko uciekł z Debalcewe po wkroczeniu separatystów. Czuje się Ukraińcem, od samego początku opowiedział się po stronie Majdanu, nie rozumie dlaczego Ukraina miałaby się podzielić. W rozmowie z radiem "Swoboda" opowiedział, jak żyło się w Donbasie przed Majdanem, jakie zmiany przyniosły rządy separatystów i dlaczego napisał list do prezydenta Putina.




Rozmawiał Dmitrij Wołczek





Jak na każdej wojnie najbardziej tragiczny los spotkał ludność cywilną



 

Za co Rosjanie nas zabijają? Co zrobiliśmy wam złego?


Przedsiębiorca z miasta Debalcewe, opuszczonego przez armię 

ukraińską po ciężkich walkach, napisał list do Władimira Putina







List do Putina


 „Chciałbym pana zapytać, czy pan w ogóle ma pojęcie, co wyrabiają wasi „powstańcy” w naszym spokojnym niegdyś miasteczku? – pisze do prezydenta Rosji Wadim Babenko – Docierają do pana informacje o grabieżach, zabójstwach i rozbojach, dokonywanych przez „bojowników o Noworosję”? Chyba jako prezydent Rosji powinien pan wiedzieć o tych zajściach. To niech mi pan odpowie, za co w tej chwili Rosjanie tak bardzo nienawidzą nas, Ukraińców?

Za co Rosjanie nas zabijają? Co zrobiliśmy wam złego? Żyliśmy spokojnie, pracowaliśmy, wychowywaliśmy dzieci, aż tu ni stąd, ni zowąd przyszli Rosjanie i zaczęli zrównywać z ziemią nasze miasta i wsie, zabijać naszych starców i dzieci.

Czy panu jako prezydentowi, i po prostu jako człowiekowi, naprawdę nas nie szkoda? Przecież jeszcze niedawno szczerze wierzyliśmy w ideę braterstwa naszych narodów. Po co nas pan skłócił z naszymi rosyjskimi braćmi? Jak ja, ojciec trojga dzieci, mam im teraz powiedzieć, że zabijają nas rosyjscy żołnierze?

Co mam powiedzieć swojemu zapłakanemu dwuletniemu synowi, kiedy wyrzutnie „Huragan” ostrzeliwują nasze miasto z obszarów kontrolowanych przez pańskie wojska? Dlaczego moje sklepy spożywcze zostały ograbione przez kozaków Kozicyna? Czy panu, tak zwyczajnie po ludzku, nie żal nas i naszych dzieci?"





Po tym, jak władzę w Debalcewem zagarnęli separatyści, Wadim Babenko zmuszony był opuścić rodzinne miasto. O swoich losach opowiedział Radiu Swoboda:






Wadim Babenko:
Od 2002 roku prowadzę własny biznes. W Debalcewem miałem dwa sklepy spożywcze. Aktywnie popierałem Ukrainę, byłem na Majdanie. Kiedy w mieście przebywały wojska ukraińskie, pomagałem naszym żołnierzom, czym tylko mogłem. W moim domu mieszkali oficerowie batalionów „Połtawa” i „Ruś Kijowska”. Teraz mam za swoje… Kiedy do miasta weszli separatyści, miejscowe sprzedawczyki od razu pokazały mnie komu trzeba: „O, ten to jest za Ukrainą”. Przyszli jacyś faceci z komendantury wojskowej i wynieśli mi ze sklepu wszystko. Cenniejsze rzeczy zabrali sobie, a resztę, - kaszę, ryż, - rozdali ludziom. W jednym z tych sklepów rozdawana jest teraz z ramienia DRL pomoc humanitarna. Maksyma zwolenników „Donbabwe” i „Ługandy” brzmi: jeśli można ci coś odebrać, to na pewno odbierzemy. Skrzywdzili w ten sposób wielu ludzi, nawet spośród własnych zwolenników. Choćby jedną z kobiet, która zajmowała się biznesem. Nie mogła doczekać się ich przyjścia, popierała ich. Przyszli i zrobili u niej to samo, co u mnie: wynieśli z domu wszystko, co się dało, załadowali do jej własnego autobusu i wywieźli.

Dmitrij Wołczek:
A pański dom?

Babenko:
W domu stacjonuje 15 brygada międzynarodowa wraz z adiutantem komendanta brygady, niejakim „Abchazem”. Są tak bezczelni, że wydzwaniają do mnie na prywatny telefon. Numer dostali od miejscowych zdrajców. Dzwonią i pytają, gdzie mają szukać łyżek albo widelców. A teraz nawet piszą w sieciach społecznościowych: „dziękujemy za dom, warunki nam bardzo odpowiadają”.


Były pracownik


Wołczek:
A kto na pana doniósł? Sąsiedzi?

Babenko:
Były pracownik mojego sklepu. Przepracował u mnie 10 lat. To starszy gość, alkoholik. Jak tylko separatyści weszli do miasta, od razu założył sobie białą opaskę, jak policaj z czasów Wielkiej Wojny Ojczyżnianej, i poleciał kablować: „A Wadik to się kumplował z ukraińskimi żołnierzami”. Udało im się nawet podrzucić mi do sklepu broń, żeby potem przy ludziach wynieść ją z piwnicy i twierdzić, że „wykryli” u mnie cztery automaty i granat. Nie miałem w domu niczego takiego, ale im potrzebny był pretekst. Kiedyś hobbystycznie zajmowałem się renowacją militariów, więc oczywiście znaleźli u mnie mundur majora wojsk wewnętrznych z czasów Wojny Ojczyźnianej i jakieś polskie sztandary. No i zrobili ze mnie faszystę, powiedzieli, że to flagi faszystowskie. Jak z takimi dyskutować, jeśli oni nawet flagi Polski nie potrafią rozpoznać?

Wołczek:
Był pan w domu, kiedy przejęli budynek?

Babenko:
Nie miałem z nimi bezpośredniego kontaktu. Ostatnie 20 dni spędziłem w piwnicy, bo na dwór po prostu nie dało się wyjść, tak strzelali. Moje dwuletnie dziecko biegało po domu i krzyczało: „Tata, pan robi pif-paf!”. I pokazywało na niebo. Wywiozłem stamtąd całą rodzinę, a sam zostałem. Separatyści wcale nie ostrzeliwali pozycji armii ukraińskiej, tylko miasto. To „grady”, to „smiercze” leciały nad naszymi głowami. Gdzieś koło domu tak gruchnęło, że nie tylko szyby popękały, ale i brama się zawaliła. Trafili też w garaż, rozbili mi autobus. Po tym zdarzeniu postanowiłem wywieźć rodzinę.

Wołczek:
Miasto jest bardzo zniszczone?





Ewakuacja z ogarniętego walkami Debalcewe udała się nielicznym.



Marzenia o raju


Babenko:
Praktycznie w 80%. Słowiańsk to pestka w porównaniu z Debalcewem. Debalcewe jest bardzo zniszczone. Miejscowi entuzjaści „republiki donieckiej” cały czas liczyli na to, że nowa władza zapewni im raj na ziemi. Wykrzykiwali coś o fińskich domkach, które dostaną w prezencie od Rosji. Ale obiecywany raj nie nastąpił. Debalcewe to jedyne miasto w obwodzie donieckim, gdzie nie ma gazu, więc w piecach od zawsze paliliśmy węglem. Miejscowi naiwniacy czekali na gwiazdkę z nieba, a okazało się, że ani fińskich domków nie dostaną, ani gazu im nikt nie podłączy, ani wypłat się nie doczekają. Figę z makiem dostali.

Wołczek
Czy w Debalcewem było wielu ukraińskich patriotów, zwolenników Majdanu? Czy też raczej czuł się pan mniejszością w agresywnym otoczeniu?

Babenko:
Nas, zwolenników Ukrainy, było z 10 procent. Pozostali, w większości ludzie słabo wykształceni i zahukani, wykrzykiwali: „DRL! DRL!”. No to mają, co chcieli. Teraz takich jak ja jest znacznie więcej.  Widziałem nawet, że na VKontakte utworzyła się grupa „Debalcewe”. Wielu ludzi przejrzało na oczy i mówią głośno, że nie chcą żadnej donieckiej „republiki”, chociaż wcześniej byli jej zwolennikami. Dotarło do nich w końcu, przekonali się na własnej skórze. Tyle że teraz to ich otrzeźwienie to musztarda po obiedzie.

Wołczek:
A ci ludzie, którzy zajęli pański dom? Po co do pana dzwonią? Chyba nie tylko po to, żeby spytać o łyżki?

Babenko:
Najpierw dzwonili z pogróżkami. Odpowiadałem spokojnie: „Słuchaj, porozmawiajmy. Powiedz mi coś o sobie. Ja mam skończone dwa fakultety, jestem ojcem trójki dzieci, kocham swoją ojczyznę. To moja ziemia, tu się urodziłem”. Wtedy mój rozmówca zaczyna opowiadać: „Jestem z Krasnojarska”.– „A gdzie się uczyłeś, jaką szkołę skończyłeś?” – „Jestem spawaczem”. - „A gdzie pracowałeś?”. Z naszej rozmowy wynikało, że to jakiś bezrobotny, nikomu nie potrzebny człowiek. Tyle, że z bronią w ręku. Nie ukrywał, że jest z Krasnojarska. Mówię do niego: „A jak ty trafiłeś do mojego kraju? Przyszedłeś tutaj i wygoniłeś mnie z własnego domu. Z czego ja mam dzieci wykarmić?”. Wie pan, tam mieszkają ludzie słabo wykształceni, nigdy niczego nie mieli. Tu zobaczyli nagle, że można wszystko zabrać za darmochę, nawet samochód czy autobus. Mi też zabrali autobus, wywieźli z domu wszystkie sprzęty. Z Debalcewego wyjechałem osobówką, zabrałem tylko rzeczy dla trójki dzieci. W DRL jestem poszukiwany listem gończym, na posterunkach milicji wisi mój portret. Niby że taki groźny ze mnie ukraiński terrorysta. Aż przykro patrzeć, jacy u nas idioci mieszkają. Sami chcieli tej swojej „republiki”, a jak ją w końcu dostali, to rozkładają ręce i nie wiedzą, co dalej robić.  Wszystko zniszczone, nie ma infrastruktury, nie ma fabryk i przedsiębiorstw. A oni nie chcą kiwnąć nawet palcem. Sami przed sobą nie potrafią przyznać, że są zwykłymi durniami. Komendant naszej milicji był kiedyś moim przyjacielem. W głowie mu się coś poprzestawiało, ale ogólnie facet jest w porządku.  Jest samotny, stracił rodzinę. Kiedyś zadzwonił do mnie po pijanemu, płakał w słuchawkę i opowiadał, że żona odeszła. Powiedziałem mu: „Widzisz, Andriej, ani rodziny nie masz, ani flagi, ani ojczyzny”. Nawet rodzona matka z nim nie rozmawia przez to, że poparł „republikę” doniecką. A przecież to normalny facet, i nie łapówkarz, jak to zwykle bywa z naszą milicją. Po prostu coś mu się tam w głowie uroiło.


Decyzje zapadły w Mińsku


Wołczek:
Bitwa za Debalcewe rozpoczęłą się od razu po podpisaniu porozumienia w Mińsku. Dlaczego miasto się poddało?

Babenko:
Sądzę, że w Mińsku los Debalcewego został przesądzony. Debalcewe to najwyższy punkt na Wyżynie Donieckiej, w dodatku mieści się tu węzeł kolejowy. Z punktu widzenia sztuki wojennej wysokość na poziomem morza jest bardzo istotna. Wygrywa ten, kto rozmieścił artylerię na jakimś wzniesieniu. Wcześniej Debalcewe oddzielało „republikę” ługańską od „republiki” donieckiej. Po zajęciu miasta rebeliantom udało się połączyć. Nasi mogli chociaż uprzedzić, powiedzieć: „Patrioci, Ukraińcy, wyjeżdżajcie z miasta, zamierzamy się poddać”.  Wtedy zdążylibyśmy wywieźć choćby cokolwiek. A tak – zdołaliśmy spakować jedynie podręczny bagaż. Armię ukraińską wypierała z miasta armia rosyjska, regularne wojska. Rozmawiałem z wieloma chłopakami z naszych sił zbrojnych; walczyli bezpośrednio na pierwszej linii. Opowiadali, że wróg zaczął wysyłać przeciwko nim małe grupy dywersyjne, atakowały ich znienacka w zupełnie niespodziewanych miejscach. My zaczynamy w to miejsce przerzucać rezerwy, a oni już atakują z innej strony. Nasze siły były zupełnie nieskoordynowane. Bataliony milicyjne miały swoje odrębne dowództwo, a siły zbrojne podlegały komuś zupełnie innemu. Gdyby te jednostki stanowiły spójną całość, nikt by im nie dał rady. Niestety, zabrakło tego spoiwa i wszystko skończyło się tak, a nie inaczej.

Przepełnia mnie nienawiść do Rosjan, a przecież jeszcze rok temu wydawało mi się, że co za różnica, czy uważam się za Ukraińca czy za Rosjanina? Teraz myślę już inaczej. Myślę o sobie „jestem Ukraińcem”. Natomiast Rosjanie zwolennicy wojny na Ukrainie, to nasi wrogowie. Byłem gotów iść na front, ale przecież mam troje dzieci. Zostaliśmy bez dachu nad głową. Jeden mój bliski kolega, major milicji, służy w batalionie „Złote Wrota”. Też stracił swój dom. Chociaż muszę przyznać, że większość moich dawnych znajomych walczy po stronie DRL. Nazywam ich wyrzutkami społecznymi. Wiem, nie powinienem tak o nich mówić, ale przecież ja ich znam jak własną kieszeń. 

Wcześniej byli nikim, teraz nagle dostali do rąk broń i od razu poczuli się jak paniska. Zachciało im się samochodu – poszli i wzięli sobie cudze auto. Zachciało się wódki – idą do sklepu i po prostu ją biorą.  Jestem zszokowany, jak Putin mógł pozwolić, żeby aż do tego doszło? W tej chwili w mieście grasuje sześć band. Te wszystkie DRL, ŁRL, kozacy - po prostu włosy się jeżą na głowie. A miejscowe sprzedawczyki pozakładały sobie białe opaski i teraz jeżdżą po domach, opuszczonych przez ukraińskich patriotów, i grabią wszystko jak leci.





80% miasta legło w gruzach. Debalcewe ostrzeliwano z obu stron z najcięższych rodzajów broni. 



Wolczek:
Wojska rosyjskie nadal są w mieście czy wycofały się już w lutym?


Strzelanina na punkcie kontrolnym


Babenko:
Teraz trudno powiedzieć, bo nie mają jakichś specjalnych znaków rozpoznawczych. Po mieście włóczą się kozacy. Podzielili między siebie strefy wpływów, kilka dni temu doszło nawet do strzelaniny na punkcie kontrolnym. W rezultacie zginął jeden z „Noworosjan”. Początkowo myśleliśmy, że to może nasza grupa dywersyjno-rozpoznawcza, ale okazało się, że to kozacy po pijanemu poprztykali się z tymi od „Republiki Donieckiej”. Zaczęła się strzelanina, jednego z nich trafiła kula. Zdaje się, że regularnych wojsk rosyjskich tu nie ma. Na nowo uruchomili węzeł kolejowy i przywrócili połączenie między Ługańskiem i Donieckiem, tak więc teraz składy towarowe docierają do Debalcewego i tu są rozładowywane. Na obrzeżach miasta zgromadzono naprawdę mnóstwo sprzętu. Mamy jednocześnie trzy komendantury, bo miasto zostało podzielone na strefy. 

Jakaś część podlega pod „Republikę Ługańską”, inna pod „Republikę Doniecką”. Chociaż tak naprawdę te przedmieścia podległe „donieckim” kiedyś uważane były za część Debalcewego. Bochenek chleba wydają tam co dwa dni, po bochenku na łebka. Początkowo po prostu rozdzielali rosyjską pomoc humanitarną oraz to, co zrabowali ze sklepów. A teraz już nie, teraz musisz najpierw odpracować dzienną normę i dopiero wtedy dojesz przydział, czyli pół bochenka chleba plus jakaś tam kasza w mizernych ilościach. Bida z nędzą.

Wołczek:
Jak pan sądzi, czy ta awantura z „Republiką Doniecką” wkrótce się skończy? A może przeciwnie – potrwa jeszcze bardzo długo?

Babenko:
Skończy się wtedy, kiedy zabraknie wsparcia ze strony Rosji. Wielu moich znajomych z Debalcewego mówi: „już nam wszystko jedno, kto będzie rządził”. To złe podejście. Tu powinna być Ukraina, nasza ojczyzna. Przecież to tu się kształciliśmy, tu wychowywaliśmy dzieci. Separatyści niczego nam nie dadzą. Tyle, że trudno to wytłumaczyć ludziom, jeśli ich filozofia życiowa sprowadza się do: „niech rządzi, kto chce, byle nie strzelali”. Przecież właśnie dlatego to wszystko teraz się dzieje – bo wychowywaliśmy się na „błatnych” piosenkach, popularnych wśród kryminalistów; bo w młodości zachwycaliśmy się serialem „Brygada”. Zanim zaczął się konflikt zbrojny, rządzili u nas ludzie z przestępczego półświatka. Dla miejscowych przedsiębiorców wymuszenia i haracze były codziennością.

Wołczek:
To dlatego postanowił pan jechać na Majdan?

Babenko:
Tak, 30 listopada pobito studentów, 1 grudnia już byłem na Majdanie. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem taką masę ludzi. Podobno tego dnia było nas tam niemal milion. Wszyscy się ze sobą bratali. Ja miałem chorą nogę i lekko utykałem. Obcy ludzie podchodzili do mnie i pytali, czy potrzebuję pomocy. Wielokrotnie proponowano mi nocleg. Wszystkich ogarnął entuzjazm, w końcu udało nam się obalić Janukowycza. I gdyby wtedy nie wmieszał się Putin, gdyby nie udzielił wsparcia marginesowi z Donbasu…!





Z okazji Dnia Zwycięstwa 9go maja nowe władze miasta zorganizowały obchody na wielką skalę. 



Kiedyś byłem dumny, że pochodzę właśnie z Donbasu. Kiedy służyłem w armii i ktoś pytał mnie albo moich ziomków, skąd jesteśmy, zawsze odpowiadaliśmy: „Z Donbasu”. A dziś wstyd mi się do tego przyznać. Wstydzę się, że półanalfabeci z moich rodzinnych stron krzyczeli: „To my utrzymujemy całą Ukrainę”. Teraz wiadomo, że Donbas funkcjonował wyłącznie dzięki dotacjom z budżetu. A nasi ludzie… Powiem bez owijania w bawełnę, jacy są: obudził się taki o 6.00 rano, szedł do pracy, w południe już był podpity, a pod koniec dnia pracy - po prostu pijany w sztok. Potem powrót do domu, awantura, seria solidnych kuksańców dla żony i dzieci. Żona płacze, dzieci płaczą,  a nasz „bohater” nareszcie kładzie się spać. Rano pobudka o 6.00, i wszystko od początku. Tak właśnie wygląda ich codzienność, tacy oni są.

Potem zaczęło się straszenie banderowcami. Rozpowszechniano niestworzone historie, np. że banderowcy gotują dzieci w wielkich kotłach. Jak można coś takiego wymyśleć? Tłumaczyłem znajomym, przecież nigdy nie byliście w zachodniej części Ukrainy. A ja tam odsłużyłem wojsko, potem wielokrotnie jeździłem kupować samochody. Wiem z doświadczenia, że mieszkają tam życzliwi, normalni ludzie, tacy sami Ukraińcy jak my. Tyle tylko, że oni rozmawiają po ukraińsku, a my po rosyjsku.  Ale przecież i oni, i my jesteśmy Ukraińcami. Mnóstwo razy jeździłem do Łucka czy do Równego, żeby kupować tam samochody. Ledwie zdążysz przyjechać, a już cię serdecznie witają. Choć widzą cię pierwszy raz, od razu zapraszają do siebie, do domu. Człowieka, który miał mi sprzedać samochód, znałem wyłącznie z rozmów telefonicznych, a jednak od razu zaprosił mnie pod swój dach, przedstawił rodzinie. Nas początkowo taka otwartość dziwiła: „A skąd oni wiedzą, czy nie jesteśmy jakimiś bandytami?”. Ta serdeczność miło nas zaskoczyła. Ale naszym idiotom ze wschodu, tej masie alkoholików z marginesu społecznego, bez trudu udało się wmówić, że ci z zachodniej części kraju to jacyś mordercy. Ot, na przykład, całkiem niedawno spuszczono wodę ze sztucznego jeziora, żeby odnaleźć w nim zwłoki dziewczyn, rzekomo zgwałconych przez ukraińskich żołnierzy. Rozumie pan? To przecież świadczy o mentalności tutejszych ludzi. Kto normalny uwierzy, że ukraińska armia mogła gwałcić i mordować, a potem wrzucać obciążone kamieniami trupy do jeziora? Wstydzę się, że kiedyś tutaj mieszkałem, że byłem ich sąsiadem. Wstyd mi za tych ludzi.


Postawimy ich przed sądem


Wołczek:
Jakie ma pan plany na przyszłość? Zamierza pan wrócić do Debalcewego?

Babenko:
Nie chcę tam wracać. Trudno mi żyć obok tych ludzi. Myślę, że jak tylko Rosjanie się wycofają, cała ta awantura od razu się skończy, a separatyści najzwyczajniej w świecie zwieją. Pamięta pan, jak jeszcze nawet pod koniec lat 80-tych w ZSRR sądzono policajów z czasów II wojny światowej? Jeden taki przypadek zdarzył się nawet w naszym mieście. Pamiętam, chociaż byłem wtedy dzieciakiem. Oskarżony był już naprawdę starym człowiekiem, a jednak KGB zdołało go wytropić. I to samo będzie z separatystami. Sądzę, że kiedyś w przyszłości wszyscy oni zostaną pociągnięci do odpowiedzialności.

Wolczek:
Dlaczego postanowił pan napisać do Putina?

Babenko:
Pisałem też do Poroszenki, do Jaceniuka. Prosiłem, żeby zapewniono bezpieczeństwo mojej rodzinie. Wtedy ja sam mógłbym wstąpić do armii, walczyć o swój kraj. Nie otrzymałem odpowiedzi. Natomiast do Putina napisałem prosto z mostu: „Władimirze Władimirowiczu, nazywam się tak i tak, chciałbym spytać, za co nas pan tak nienawidzi? Co myśmy Rosjanom zrobili? Kiedyś uważałem was za braci, a teraz co mam o was myśleć?”. I niech pan sobie wyobrazi, że dostałem list podpisany przez sekretarza Putina: „Pańskie pismo zostało zarejestrowane i w trybie przewidzianym odpowiednimi przepisami otrzyma pan odpowiedź w terminie dwóch miesięcy”. Ale póki co obiecanej odpowiedzi jeszcze nie otrzymałem.





Tłumaczenie: K.K.
Oryginał ukazał się na portalu svoboda.org:
http://www.svoboda.org/content/article/26972620.html




*Dmitrij Wołczek (ur. 1964), od 1988 roku dziennikarz rosyjskiej redakcji Radio Swoboda. Redaktor naczelny portalu svoboda.org. Poeta, tłumacz literatury anglojęzycznej. 













Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com




środa, 6 maja 2015

Stawianie pomników Stalinowi jest niedopuszczalne



Dla sporej liczby Rosjan zbrodnie Stalina się nie liczą. W ich oczach był zwycięzcą wielkiej wojny światowej. W przededniu organizowanych w Rosji, na wielką skalę, obchodów jubileuszowej rocznicy zwycięstwa, coraz częściej pojawiają się inicjatywy uczczenia jego pamięci. Zgłaszane są postulaty, by wznieść mu pomnik, wieszane są plakaty z jego podobizną. Stowarzyszenie "Memoriał" pamięta przede wszystkim o ofiarach jego represji. W swoim oświadczeniu, opublikowanym z okazji obchodów zakończenia wojny, wyraża zdecydowany protest przeciw upamiętnianiu zasług Stalina w jakiejkolwiek formie.   




 

Słynne zdjęcie z Budapesztu. Rok 1956. Rewolucja węgierska przede wszystkim rozprawiła się z pomnikiem tyrana. 


 

Każdego roku, przed 9 maja, a zwłaszcza wtedy, gdy przypada jubileuszowa rocznica zwycięstwa, w różnych regionach Rosji, inicjowane są w rozmaitych kręgach próby wzniesienia pomnika Stalinowi, lub chociaż rozwieszenia plakatów z jego portretem. Próbuje się często te starania kamuflować, Stalin pojawia się nie sam jeden, a w szerszym gronie marszałków, kawalerów orderu zwycięstwa, przywódców koalicji antyhitlerowskiej. A jednak umieszczenie razem ze Stalinem innych postaci z historii nie zmienia istoty sprawy. Budowa jakiegokolwiek pomnika z postacią Stalina byłaby bluźnierstwem. 


Zbrodnie Stalina w historii naszej ojczyzny były bezprecedensowe. Osiągnęły tak wielkie rozmiary, iż pojawienie się jego portretów w przestrzeni publicznej, w jakimkolwiek kontekście o charakterze pozytywnym jest niedopuszczalne i winno być zabronione przez prawo.



Miejsce w muzeum


Nie idzie nam o to, by wykreślić imię Stalina z historii i wprowadzić zakaz wymieniania go. Sam Stalin tak właśnie postępował z zamordowanymi przez siebie byłymi współpracownikami. Miejsce dla dyktatora winno się znaleźć w salach muzealnych, podręcznikach, monografiach historycznych objaśniających charakter jego działań. Place naszych miast są nie dla niego.


Stalin jak Iwan Groźny


Przypomnijmy: na pomniku tysiąclecia Rusi w Nowgorodzie, odsłoniętym w 1862 roku, wśród zasłużonych dla niej działaczy państwowych, nie ma Iwana Groźnego. Decyzje, by go zignorować podjęto z powodu popełnionych przez niego niegodziwości. Z drugiej strony, roli tego tyrana w historii naszej ojczyzny trudno nie zauważyć.



Jeśli człowiek przekroczy pewne granice, traci prawo do szacunku ze strony społeczeństwa. Brak prawnego zakazu na publiczne wychwalanie Stalina świadczy o tym, iż państwo wciąż jeszcze nie uświadomiło sobie istnienia tego rodzaju granic.



Międzynarodowe Stowarzyszenie "Memoriał"
5 maja 2015 roku


Tłumaczenie: ZDZ


Oryginał ukazał się na portalu colta.ru:
http://www.colta.ru/news/7218




*Memoriał - założone w 1989 roku rosyjskie stowarzyszenie zajmujące się badaniami historycznymi i propagowaniem wiedzy o represjach w czasach radzieckich. Kilkakrotnie nominowane do Nagrody Nobla. 











O Memoriale na blogu "Media-w-Rosji":



Niewiele rosyjskich organizacji obywatelskich cieszy się na świecie takim szacunkiem i uznaniem, co stowarzyszenie „Memoriał”. Powszechnie znane są jego starania o upowszechnienie wiedzy o represjach w czasach komunistycznych oraz działania na rzecz obrony praw człowieka. Dlatego informacja o tym, iż Ministerstwo Sprawiedliwości wystąpiło do sądu z wnioskiem o jego likwidację wywołała szok światowej opinii publicznej.


W wywiadzie udzielonym magazynowi „The New Times” Arsenij Rogiński, członek kierownictwa „Memoriału” i dawny więzień polityczny tłumaczy, jaka jest obecna sytuacja stowarzyszenia. Jego zdaniem władzom nie uda się sparaliżować jego działalności, a Rosja w przyszłości wróci na drogę wiodącą ku demokracji i przestrzeganiu prawa.


 Z Arsenijem Rogińskim rozmawiał Kirył Michajłow





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






wtorek, 5 maja 2015

Ze stu wysłanych na front wróciło trzech



Dla Kremla pod rządami Władimira Putina, 70ta rocznica zakończenia II wojny światowej to okazja do wielkiej fety wpisującej się w strategię odbudowy geopolitycznej potęgi Rosji. Nie jest ważna prawda o tragicznej wojnie, bardziej liczy się rozmach defilady na Placu Czerwonym. Dla kremlowskich propagandystów ważna także jest rehabilitacja stalinowskiego Związku Radzieckiego. Był niezwyciężony i dał światu pokój. Sędziwy historyk i politolog Georgij Mirski inaczej patrzy na wydarzenia sprzed lat. Kraj nie był przygotowany do wojny, dla dowództwa życie własnych żołnierzy nie miało znaczenia, w wojsku panował strach nie przed Niemcami, a własnymi organami bezpieczeństwa. Za swoje zwycięstwo Związek Radziecki zapłacił gigantyczną cenę.



Autor: Georgij Mirski


 



W maju 1942, w kotle pod Charkowem do niewoli dostało się ok. 250 tys. radzieckich żołnierzy.
W pierwszych latach wojny straty radzieckie były gigantyczne. 



Co mogę powiedzieć o wojnie? Na ten temat wszystko już zostało napisane, powiedziane. A przy okazji pojawiła się taka masa przekręceń i falsyfikacji, że zaczynam odczuwać pragnienie, by dokąd jeszcze żyję, dopowiedzieć coś od siebie i narysować choćby w miniaturze prawdziwy obraz wojny. Przede wszystkim chciałbym zdemaskować podwójne kłamstwo plewiące się z niewiarygodną szybkością z roku na rok: z jednej strony mówią nam, że Stalin i jego rząd przygotowali kraj na wypadek wojny, i że przed napaścią ze strony Hitlera udało się umocnić zdolności obronne Związku Radzieckiego, z drugiej, że to zaskoczenie wywołane inwazją było na początku przyczyną wielkich strat. Wróg miał wówczas ogromną przewagę, niewiele brakowało, by lawina niemieckich czołgów i samolotów zadała nam ostateczny cios.


Kraj był nieprzygotowany


Obie te opinie pozbawione są podstaw. Moja teza jest następująca: kraj był nieprzygotowany do wojny z powodu szkodliwej (by posłużyć się sformułowaniem z tamtych lat), wręcz zgubnej polityki Stalina - tuż przed jej wybuchem Armia Czerwona została pozbawiona kadry dowódczej. Mieliśmy więcej od Niemców czołgów i samolotów, ich jakość była nie gorsza, wręcz lepsza, trudno też mówić o jakimś wielkim zaskoczeniu. Absolutnie wszyscy, poza Stalinem, nie mieli wątpliwości, że wojna wybuchnie lada dzień, ale strach przed zwierzchnością (skutek represji), lęk paraliżujący inicjatywę własną, niski poziom kadry dowódczej, brak profesjonalizmu, bezmyślność, bałagan, wszystko to doprowadziło do katastrofy.

Więc w jaki sposób szykowaliśmy się do wojny"? Piosenka "Jeśli jutro wybuchnie wojna" pochodziła z filmu, na podstawie którego my chłopcy z tamtych lat, wyobrażaliśmy sobie przyszłą wojnę. W refrenie padały słowa: "Małą krwią, uderzeniem potężnym", w końcu jednej ze zwrotek śpiewano: "I ruszą do przodu dziarskie wozy". Wydawało się, że tak jak w 1919 i w tej wojnie będzie się używać wozów ciągniętych przez konie. Nie przypadkowo, na początku wojny, Stalin mianował na stanowiska dowódcze w trzech rodzajach wojsk swoich starych kumpli, "dowódców-kawalerzystów", Budionnego, Timoszenkę, Woroszyłowa. Niemieccy generałowie natychmiast starli ich na miazgę.

Nieszczęście polegało i na tym, iż wszystkich nauczono całkowicie wierzyć w każde słowo pochodzące z góry: tak właśnie będzie, już za kilka tygodni odniesiemy zwycięstwo. Przez pierwszych 10 dni, po wybuchu wojny 22 czerwca, stale wymienialiśmy się wiadomościami: wkroczyli do Prus Wschodnich i Polski, lada dzień zajmiemy Warszawę i Koenigsberg.

Dopiero co ukończyłem 15 lat. Pełniąc dyżury na dachu domu, w składzie ochotniczej drużyny pionierskiej, z przykrością myślałem o tym, iż na tę wojnę nijak zdążyć mi się nie uda. Ale ona się przeciągnęła. Trzy lata później, gdy dobiłem osiemnastki, uwierzyłem, że jednak powalczę. Miałem za sobą szkolenie, nauczyłem się strzelać z moździerzy, w końcu przyszła wiadomość, iż do wojska biorą mój rocznik - 1926. Zgłosiłem się do wojenkomatu w dzielnicy "Sowietskaja" z prośbą, by mnie powołano, dostałem jednak odpowiedź odmowną: "Prośbę odrzucić. Służy w oddziałach obrony przeciwlotniczej. Przyznano mu odroczenie". Pracowałem wtedy w firmie "Tiepłosieti Mosenergo", jako zatrudnionego w niej robotnika przyjęto mnie do oddziału "Moskiewskiej Obrony Przeciwlotniczej". Do końca wojny pracowałem w sieciach ciepłowniczych. Kiedy nastąpił ten dzień, 9 maja, śpiewałem i tańczyłem na Placu Czerwonym. Widziałem szczęśliwe twarze, podrzucałem do góry z innymi nielicznych obecnych tam żołnierzy frontowych, a także oficerów amerykańskiej misji wojskowej; czyż można było od razu zapomnieć, iż tylko dostawy amerykańskiej żywności jesienią 1942 roku uratowały nas od śmierci głodowej?



Żołnierz radziecki wysłany na pierwszą linię frontu ginął po kilku dniach. Jeszcze
mniejsze szanse na przeżycie mieli wcieleni do batalionów karnych  


7 godzin


Ale czym była ta wojna, dowiedziałem się od jej ofiar, gdy w roku 1942 pracowałem jako sanitariusz w szpitalu dla ewakuowanych rannych na ulicy Razgulaj. Pamiętam długie prowadzone z nimi rozmowy, przybyli przede wszystkim spod Rżewa, gdzie przez półtora roku Armia Czerwona usiłowała zająć niemieckie pozycje. Potem policzono, iż liczba ofiar wyniosła 700 tysięcy. Wszyscy opowiadali to samo, jakby się umówili: "Rzucają nas z lasu na otwarte pole, śnieg, niemieckie miny rozstawione jak na szachownicy, jeśli kogoś ranią - koniec. Sanitariusz przed nocą nie dopełznie, mróz minus 20". Żaden z tych rannych nie spędził na froncie więcej, niż 5 dni. Ale bywało i gorzej. W mieszkaniu miałem sąsiada, nazywał się Marlen Popow, został ranny w Stalingradzie, opowiadał, iż u niego w szpitalu, żaden z żołnierzy walczących na pierwszej linii frontu nie przetrwał więcej, niż 2 dni. Potem obliczono, iż w okresie najbardziej zajadłych ataków niemieckich w Stalingradzie, średni czas życia żołnierza na pierwszej linii wynosił 7 godzin.

W wierszu Borysa Kunajewa "Desant pancerny" opublikowanym w czasopiśmie "Drużba Narodow" (sam autor był żołnierzem, jednym z tych rozmieszczanych z automatem na czołgu wysłanym do ataku) są i takie słowa:

                                 "I kiedy ryczą hordy stalowe,
                                 rzucając desant na tyły wroga,
                                 dowódca żyje godziny połowę,
                                 żołnierza krótsza ku śmierci droga."  

A na koniec:

                                 "Atak trwał mniej niż godzinę,
                                 Żywych w oddziale zostało dwóch
                                 Obydwaj odnieśli rany…."

Co wieczór oglądam w stacji "Kultura" program "Moja wielka wojna". W każdym wydaniu żołnierze frontowi mówią to samo: "po kilku dniach mieliśmy w dywizji jedną trzecią składu" albo "rano łączność zabezpieczało 45 ludzi, pod wieczór zostało ich dwóch", itd.

Na przestrzeni pierwszych trzech lat proporcje strat wynosiły średnio 1:5 na korzyść Niemiec. W najgorszych miejscach (Mga, Siniawino, Miasnoj Bor, Pyrzyczółek Newski - (pola boju podczas bitwy o Leningrad - "mediawRosji")) 1:10. Dopiero w połowie 1944 roku sytuacja zaczęła się odwracać, straty niemieckie rosły w katastrofalnym tempie, coraz bardziej przewyższając nasze. Pola pod Berlinem i Koenigsbergiem pokryły niemieckie trupy. Ale to był już koniec wojny. Jej ostateczny bilans dla nas pozostał straszny.


Niemcy były silne


Jak można kwestionować oczywistą prawdę: im wróg był silniejszy, tym zwycięstwo nad nim było cenniejsze. Niemcy były silne, jak nigdy. W październiku 1939 roku, po zwycięstwie nad Polską, występując na zjeździe partyjnym, Hitler oświadczył (jego słowa cytuję z pamięci, czytałem je w gazecie "Prawda", Hitler był wtedy sojusznikiem Stalina, jego przemówienie opublikowano prawie w całości): "stworzyliśmy armię, która - mogę to powiedzieć otwarcie - nie ma sobie w świecie równych". Hitler miał rację. Armii podobnej do Wermachtu, z którym zderzyliśmy się w 1941 roku nie było nigdy wcześniej. Słynny generał Guderian, dowódca armii pancernej, doszedł z nią do Tuły (choć nie udało mu się jej zdobyć) pisał, iż w pierwszych latach wojny, każda dywizja niemiecka była w stanie pokonać przeciwnika przewyższającego ją liczebnie trzy razy.






Tego rodzaju konstatacja nie oznacza, iż rzucamy oszczerstwa na naszych  żołnierzy i poniżamy ich.  Wręcz na odwrót, cześć i chwała naszym żołnierzom, za to iż w końcu pokonali takiego wroga. Tutaj nie rozmawiamy o ich bohaterstwie. Nikt nie będzie go kwestionować. Tutaj zwracamy raczej uwagę na poziom wyszkolenia, profesjonalizm, umiejętność kierowania różnymi rodzajami wojsk. Interesuje nas kwestia precyzji i dokładności działań podejmowanych przez wszystkie tryby radzieckiej machiny wojennej. Pod tym względem Niemcy przewyższali nas zdecydowanie. Co więcej, lotnicy niemieccy mieli za sobą o wiele więcej wylatanych w ramach szkolenia godzin, więc nawet jeśli nasze samoloty były lepsze, nie zapobiegło to naszym gigantycznym stratom. Akademik Jurij Ryżow napisał w "Nowej Gazietie" (15.04.2015), iż straty naszego lotnictwa były 3 razy większe, niż niemieckiego. Także doświadczenie niemieckich czołgistów było o wiele bogatsze, potrafili lepiej manewrować, a ich celowniczy, częściej trafiali w czołgi przeciwnika. W ten sposób, udawało im się kompensować niższą od naszego jakość niemieckiego pancerza.

Nasi demagodzy, generałowie, doktorzy nauk, literaci wręcz wściekają się, gdy im tłumaczyć, iż nasze straty były większe, niż niemieckie. To przecież rzuca cień na Stalina, a im zależy na restauracji stalinizmu. Najważniejsze, by udowodnić, iż stalinowska elita władzy sprawdziła się.


Dowódcom nie zależało na żołnierzach


Jednak musimy odróżniać, to co obiektywne, nieuniknione, od tego, co wynikało ze słabości systemu. Nie powinniśmy się dziwić, gdy słyszymy o rozmiarach strat poniesionych w pierwszych latach wojny. Wręcz na odwrót, mamy też podstawy do dumy i zachwytu. Tak, wielu żołnierzy poddało się panice, uciekło, zdezerterowało. Ale przeważyły ponadludzkie wysiłki, upór, poświęcenie, bohaterstwo żołnierzy Armii Czerwonej i ich dowódców. Niemiecki generał Halder, szef sztabu niemieckich wojsk lądowych, już we wrześniu 1941 roku odnotował w swoim dzienniku: "każdego dnia, podczas kampanii wschodniej, tracimy średnio 196 oficerów". W czerwcu 1942 roku Halder zauważył, iż w ciągu roku Wermacht stracił 1 milion 300 tys. ludzi, czyli 40,62% wszystkich sil rzuconych na front wschodni: "na niektórych odcinkach, załogi czołgów przeciwnika porzucają swoje pojazdy, jednak w większości przypadków, zamykają się w nich i wolą spłonąć razem z czołgiem".

W ciągu pierwszego, strasznego roku wojny Armia Czerwona dokonała więcej, niż mogłaby osiągnąć jakakolwiek inna. Jestem o tym przekonany. Wytrzymaliśmy. Ale cena mogła być o wiele mniejsza. Halder pisał o rosyjskiej taktyce ataku, nawet w tych wypadkach, gdy inicjowano go z oddalonych pozycji i brakowało odpowiedniego wsparcia artyleryjskiego: "atakuje piechota z okrzykiem "hura". Rzucana jest w określonym porządku bojowym (do 12 fal), stąd niewiarygodnie wielkie straty przeciwnika". Autorzy wszystkich niemieckich wspomnień bardzo się dziwią: "Nasze karabiny maszynowe zabijają jedną falę Iwanów za drugą, a jednak wciąż rzucają ich do przodu, po trupach, na śmierć. Radzieckim dowódcom w ogóle nie zależy na życiu swoich żołnierzy."




Rozstrzygnięta w styczniu 1943 roku bitwa pod Stalingradem odwróciła losy wojny. 



Chaos i bałagan


Wspomniałem tu już program telewizyjny "Moja wielka wojna". Kombatanci mówią w nim nie tylko o stratach. Wciąż wspominają bałagan, chaos, bezsensowne rozkazy. Dowódcy bez namysłu rzucali całe pułki i dywizję na pewną śmierć. Należało zdobyć wioskę, albo wzniesienie, przed określoną datą, nawet jeśli nie było odpowiedniego przygotowania artyleryjskiego. Majorzy i pułkownicy bardziej, niż wroga bali się, że ich zdejmą, lub rozstrzelają, taka mogła być reakcja dowództwa, jeśli w określonym terminie nie zdobyli wyznaczonego punktu. W tym celu można było posłać na śmierć połowę własnych ludzi. Pilnował ich SMIERSZ, organy bezpieczeństwa, wystarczyły najmniejsze podejrzenia, by rozstrzeliwać żołnierzy i ich dowódców. Tak właśnie działał system stalinowski. Był okrutny i pozbawiony uczuć, nie cenił życia ludzkiego. Były w nim obecne strach przed ludźmi, podejrzliwość, działanie na pokaz, obłuda, autoreklama i uniżoność. W chwilach krytycznych górę brały dezorganizacja i zagubienie, byliśmy świadkami upokarzającej ucieczki kierownictwa partyjnego i wojskowego z Moskwy 16 października 1941 roku (do dziś mam przed oczami widok czarnych "emek" wyładowanych rodzinami z walizkami, mknęły po Twerskiej w kierunku Szosy Entuzjastów).


Ze stu wróciło trzech


Nie, kraj nie był gotowy do wojny. W większości chłopskie społeczeństwo nie chciało bronić Stalina z jego znienawidzonymi kołchozami. Czy nie to było przyczyną, iż w ciągu pół roku od początku wojny, poddało się około 3 milionów żołnierzy radzieckich i ich dowódców. Jak bardzo władzy Stalina musieli nienawidzić pochodzący ze wsi robotnicy… Zarządzona przez niego kolektywizacja złamała im życie. Jak wiele przekleństw rzucanych pod adresem rządu słyszałem w latach wojny... Jak często ludzie dzielili się nadzieją, iż sojusznicy zmuszą Stalina do likwidacji kołchozów i wprowadzenia wolności handlu i zatrudnienia. Jak to tak, daj ludziom odetchnąć….

Dopiero wtedy, gdy ludzie uświadomili sobie, że los Rosji wisi na włosku, wojna nabrała ojczyźnianego, patriotycznego charakteru. Osiągnięcia narodu rosyjskiego i innych nie mają sobie równych w historii. Odniesiono zwycięstwo nad diabelskim złem, największym jakiekolwiek zrodziło się z ludzkiej podłości i słabości. Ale okazało się to możliwe, tylko dzięki przezwyciężeniu wad i potworności systemu stalinowskiego. Zwycięstwo zostało odniesione nie dzięki systemowi, tylko na przekór.

Opowiadając o wojnie studentom, zawsze kończę w ten sam sposób:

- "Ze wszystkiego, co powiedziałem, zapamiętajcie jedno, z każdych stu młodych ludzi urodzonych w 1921, 1922 i 1923 roku i wysłanych na front, po zakończeniu wojny do domu wróciło trzech. To pomoże wam zrozumieć jaka to była wojna".


Tłumaczenie: K.W.




Oryginał ukazał się na portalu radia "Echo Moskwy": http://www.echo.msk.ru/blog/georgy_mirsky/1541468-echo/





 *Georgij Mirski (ur.1926), rosyjski historyk i politolog przez lata związany z Instytutem Gospodarki Światowej i Stosunków Międzynarodowych Rosyjskiej Akademii Nauk. Autor licznych publikacji naukowych i publicystycznych na temat krajów Bliskiego Wschodu, zjawiska terroryzmu, fundamentalizmu islamskiego. 










Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com