Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oleg Kaszyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oleg Kaszyn. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 października 2015

Do absolutnego zła nie pisze się listów



List znanego dziennikarza Olega Kaszyna do przywódców Rosji na razie nie doczekał się odpowiedzi. Władze nie zareagowały na sugestię, iż śledztwo w sprawie napadu na Kaszyna w 2010 roku zostało sparaliżowane, by uratować skórę jego zleceniodawcy, gubernatora obwodu pskowskiego Andrieja Turczaka. Bez reakcji pozostały zarzuty o demoralizację narodu, o działania Kremla prowadzące do jego całkowitej dezorientacji. Jednak list Kaszyna, wzorowany na słynnym posłaniu pisarza Aleksandra Sołżenicyna do przywódców ZSRR wzbudził ożywioną dyskusję w rosyjskich mediach niezależnych, w sieciach społecznościowych. Obok głosów poparcia pojawiły się reakcje sceptyczne. Jedną z nią był tekst Alfreda Kocha, aktywnego polityka w latach dziewięćdziesiątych, dziś emigracyjnego publicysty. Jego zdaniem, pisanie listów do obecnej władzy jest przejawem bezgranicznej naiwności. Obecna władza jest absolutnym złem, a pisanie do niej listów jest zdradą dobra.
  


Autor: Alfred Koch  





Pod rządami Borysa Jelcyna zajmował wysokie stanowiska w aparacie władzy. dziś jest emigrantem politycznym, mieszka w Bawarii. Jednak jego  teksty i wypowiedzi są uważnie czytane przez publiczność w Rosji. Często budzą spory i polemiki. 




Oto co myślę na ten temat: taki gatunek dyktatury jak rosyjsko-radziecka jest jednak w stanie ewoluować i zmieniać się.

LIst Sołżenicyna

Tylko popatrzcie: czterdzieści dwa lata temu Sołżenicym napisał swój słynny list do przywódców ZSRR. Była to sensacja. KC KPZR, Wydział Ideologiczny, Wydział Piąty KGB, Związek Pisarzy ZSRR, itd., mówiąc krócej, cała radziecka maszyna propagandowa, ideologiczna, karna i odpowiedzialna za bezpieczeństwo wpadła w histerię.

Ludzie trafiali do więzienia za przechowywanie tekstu. Za rozpowszechnianie, za to, że go czytali. Konfiskowano urządzenia do kopiowania. Zaostrzono kontrolę nad korzystaniem z maszyn do pisania. Kseroksy na noc zamykano na kłódkę, na drzwiach stawiano pieczęć.

Na Sołżenicyna rzuciła się specjalnie wyszkolona armia dziennikarzy, pisarzy, działaczy kultury. Nawet w szkołach odbywały się pięciominutowe sesje nienawiści, opowiadano kim jest ten Sołżenicyn - to wróg ludu i naszego ustroju.

Władzom wydawało się, że prosty radziecki człowiek przeczyta tekst i koniec: rozpadnie się władza radziecka. Prosty człowiek radziecki utraci swą wiarę, wniosek narzucał się sam: przepadła sprawa socjalizmu.

Więcej nawet: w tamtych czasach przywódcy komunistyczni poczuli się wręcz obrażeni, że tak o nich się myśli. Oni, dniem i nocą, rwą sobie żyły, z zatroskaniem myślą o społeczeństwie, a tu jakiś niegodziwiec rzuca oszczerstwa na uczciwych bolszewików… 

Władza dzisiejsza ma skórę o wiele grubszą i jest o wiele mniej wrażliwa. Oto Kaszyn napisał nowy "List do przywódców (numer 2)". Nie będę analizował jego wartości literackiej, ten tekst, być może,  nie jest gorszy nawet od posłania Sołżenicyna (to kwestia gustu). I co? A no nic…

Brak reakcji

Nawet mowy nie ma, by zaczęły się konfiskacje urządzeń do kopiowania na masową skalę, nikt nie zakazuje sprzedaży smartfonów i komputerów. Nie zarządzono blokady Facebooka. Nie podjęto decyzji, by w ciągu 24 godzin wyrzuć Kaszyna z Rosji do ulubionej przez niego Szwajcarii. Nawet Pieskow nie wystąpił z żadnym komentarzem.

Centrum "E" nie "ruszyło nawet główką". Żadna odpowiedź nie pojawiła się w programach telewizyjnych. W przedszkolach nie uruchomiono programu porannych lekcji wychowawczych z paleniem portretu Kaszyna. Nie wydarzyło się w ogóle nic….


A przecież nie da się powiedzieć, iż Kaszyn jest dziennikarzem niezbyt znanym. Wręcz przeciwnie, jest świetnie znany. Nie prawdą byłoby też twierdzenie, iż jego listu nikt nie przeczytał. Przeczytały dziesiątki tysięcy ludzi. A przeczytają jeszcze setki tysięcy.

O co więc chodzi? Skąd wzięła się taka flegmatyczna reakcja władz? Nie boją się rozczarowania ze strony prostego Rosjanina? I że ten list w jego świadomości zasieje wątpliwości? że doprowadzi do zmiany w jego stosunku do władz?

Nie, nikt się nie boi. To świadectwo jak bardzo w ciągu tych 42 lat zmieniła się władza, do jakiego stopnia dostosowała się do rzeczywistości. Co to znaczy, że się dostosowała? Władza zrozumiała, iż cały ten zgiełk nie ma najmniejszego znaczenia.

Mamy was w…

Uważacie, że jesteśmy złodziejami? No tak, przecież specjalnie tego nie ukrywamy. Uważacie, że w Rosji są ludzie, których nie obowiązuje prawo? Oczywiście, że są. Dobrze to wiecie, a my wiele razy, w jawny i demonstracyjny sposób tłumaczyliśmy jak jest. Jesteście zdania, że mamy was w dupie? Nareszcie, zrozumieliście, jaki mamy do was stosunek. A już nam się zdawało, że wszyscy jesteście nieuleczalnymi tępakami.



Po pięciu latach śledztwo doprowadziło do wykrycia sprawców napadu na Olega Kaszyna. Czy sprawiedliwość dosięgnie w końcu zleceniodawcą, gubernatora obwodu pskowskiego, Andrieja Turczaka? 


Zapamiętajcie to debile: zwisa nam, co o nas myślicie. Czytajcie wszystkie literki po kolei: z-w-i-s-a. Jasne? Co zrobimy w związku z listem Kaszyna? Nic. Dobrze to zrozumieliście. Zrobimy zero. Nawet nie będziemy go czytać. Cała ta historia jest nam obojętna.

Powstałby ten list, albo nie, i tak nasze zachowanie wobec was się nie zmieni. Dusiliśmy was do tej pory, będziemy dusić dalej. W naszych oczach jesteście świniami oraz idiotami. Takimi zostaniecie. I piszcie swoje szpargałki, ile wam dusza zapragnie. Papier zniesie wszystko. I wasze nieszczęsne dziecięce popiskiwanie.

Opowiadać o was pionierom, to poniżej godności. Pokrzyczycie, pokrzyczycie i zamkniecie się, zmęczycie się. A nam wszystko jedno, pies szczeka, karawana jedzie dalej. Ciekawe, jak to się stało, że przez te czterdzieści dwa lata tak się zmieniliśmy? Pewnie dlatego, iż zrozumieliśmy, to czego nie rozumieliśmy wcześniej. Nie mamy do czynienia z żadnym narodem.

Kaszyn pisze - "zdemoralizowaliście naród". Zdemoralizowaliśmy, to prawda, ale nie naród. Nie da się zdemoralizować narodu. Prawdziwy naród odtwarza swoją moralność, wszystkie jej elementy. Naród ją przechowuje. Właśnie moralność jest immanentną cechą narodu. Narodowi nie da się zabrać moralności. Innymi słowy, naród bez moralności nie jest narodem.

Demoralizujemy tłum

W ten sposób demoralizujemy motłoch, tłum. Tylko motłoch pozwoli się zdemoralizować. Tak więc naszego największego odkrycia w ostatnich latach dokonaliśmy wtedy, gdy zorientowaliśmy się, że w Rosji nie ma żadnego narodu.

Jak to się stało? Pod tym względem zapewne macie rację: stuletnie ludobójstwo nie mogło pozostać bez konsekwencji. Być może historia jest jeszcze bardziej złożona. Może wszystko zaczęło się jeszcze wcześniej, ale to nie ma już teraz znaczenie. Nasi poprzednicy dokonali wielkiej rzezi - wystarczy, by zniszczyć jakikolwiek naród. Nawet najzdrowszy i pełen energii.

Tak czy inaczej, obecne władze rosyjskie posłużyły się brzytwą Ockhama i odcięły wszystko to, co zbędne. Nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę. Władza zrozumiała moment szczególnie istotny: ideologia jest wyjątkowo szkodliwa. Wyznając ideologię szybko popada się w doktrynerstwo, traci się szansę na dokonanie optymalnego wyboru. Efektywne decyzje można podejmować tylko przekraczając granice ideologii.

Nagi pragmatyzm

Z tego też powodu władza zrezygnowała z moralności (moralność to jeden z różnych przejawów ideologii). Nagi pragmatyzm władzy doprowadził ją do nieoczekiwanego wniosku: najlepiej rządzi się wtedy, gdy można kupić większość a wobec mniejszości zastosować przemoc. To wszystko. Taki jest początek i koniec całej kuchni rządzenia.

Jeśli udało się kupić większość,  to wówczas przełknie ona każdy twój fortel. Ta przekupiona większość pozbawiona jest moralności, więc jej zdaniem to logiczne, że brakuje jej też i władzy. Więcej nawet, tego rodzaju publika odbierze moralność w zachowaniu władzy, jako jej słabość i brak zdecydowania.

Po co o tym piszę? Moim zdaniem żadne apele pod adresem władzy niczego nie dadzą. Wszystkie te listy są przejawem dzikiej naiwności, a nawet w pewnym sensie wyrazem pozerstwa. Człowiek dostał po głowie żelaznym łomem - a on jeszcze nie rozumie… A gdyby nie dostał…?

A teraz to wezwanie pod adresem nie istniejącego bytu, nie wiadomo jakiego "narodu". Ach, zostawcie go w spokoju, nie znęcajcie się nad narodem, nie demoralizujcie go, nie dezorientujcie…

Jeszcze krócej. Mamy do czynienia z całkowitym i absolutnym złem. Zrzuciło ono z siebie wszystkie listki figowe, za to nosi na ręku zegarek za miliony rubli. To zło przechwala się, że jest złem. Jest złem świadomym swojego zła. To prawda, nawet stworzyli dla siebie własną szatańską cerkiew. W niej pełno jawnych i oczywistych przykładów bluźnierstwa i wypaczania nauki Chrystusa.

Pisanie listów pod adresem tego zła nie tylko jest pozbawione sensu, może być także nieuczciwe. Zło gra przecież z wami w uczciwą grę. Tłumaczy ci wprost, nie licz na nic. A ty kłamiesz samemu sobie, próbujesz przekonać siebie i otoczenie, iż dialog jest możliwy, wystarczy tylko by władza cię usłyszała. Takie postępowanie jest nie tylko nieuczciwe wobec zła. Jest także zdradą dobra.

Kiedy zaś zdradzamy dobro, ono znika…



Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciołowski


Oryginał ukazał się najpierw na stronie prowadzonej przez autora na "Facebooku":


Tekst został później szeroko rozpowszechniony w rosyjskim Internecie.




LIst Olega Kaszyna do przywódców Rosji:

"Odpowiadacie za gigantyczną katastrofę moralną". Oleg Kaszyn pisze do przywódców Rosji.





*Alfred Koch (ur. 1961), rosyjski polityk orientacji liberalnej, związany z formacją Jegora Gajdara i Anatolija Czubajsa. Publicysta, biznesmen. W latach 1993-1997 pracował w Komitecie d.s. Własności Państwowej, w ostatnim okresie na stanowisku przewodniczącego. Był współodpowiedzialny za program prywatyzacji, który stal się źródłem bajecznego bogactwa dla garstki rosyjskich oligarchów. Pod rządami Władimira Putina stal się jego radykalnym krytykiem. W obawie przed aresztowaniem wyjechał z Rosji w 2014 roku. Mieszka w Niemczech. Jego strona w Facebooku cieszy się gigantyczną popularnością. 








Inne teksty Alfreda Kocha na "Media-w-Rosji":



Przez lata Alfred Koch cieszył się w Rosji podejrzaną reputacją. Zarzucano mu współudział w programie złodziejskiej prywatyzacji najbardziej dochodowych gałęzi gospodarki rosyjskiej. Potępiano za rolę, jaką odegrał w likwidacji niezależnej telewizji NTV. Zawsze jednak był przekonanym zwolennikiem gospodarki i polityki liberalnej. Teraz przekonania zaprowadziły go do obozu najbardziej zawziętych przeciwników prezydenta Putina. Pisany przez Kocha na emigracji w Bawarii blog cieszy się w Rosji gigantycznym zainteresowaniem. Koch pisze z rozmachem, nie wstydzi się wulgaryzmów, bez litości tropi przejawy demoralizacji w obozie władzy. Jego rozmówcą w wywiadzie dla magazynu Sobiesiednik jest Dmitrij Bykow, błyskotliwy poeta, eseista, satyryk, dziennikarz. Rozmawiają o tym, co najważniejsze. O wojnie na Ukrainie, zabójstwie Niemcowa, przyszłości Władimira Putina.



Wesele Dmitrija Pieskowa, rzecznika prasowego prezydenta Rosji wciąż jest gorącym tematem w rosyjskich mediach społecznościowych. Mieszkający dziś w Bawarii Alfred Koch, polityk i publicysta oszacował koszta hotelu, kolacji weselnej i występów zaangażowanych artystów. Jeśli zapłacił ktoś inny, to oznacza, że Pieskow skasował łapówkę. Jeśli rachunek - pyta Koch - uregulował sam rzecznik, to skąd kremlowski urzędnik wziął tyle kasy…. 



Porozumienie z Iranem budzi w Rosji niepokój. Napływ tamtejszej ropy naftowej na światowe rynki może doprowadzić do istotnego spadku cen tego surowca. Alfred Koch, polityk liberalnej orientacji, były minister do spraw prywatyzacji, dziś emigrant polityczny zamieszkały w Niemczech apeluje do Władimira Putina, by wyzbył się fałszywej nadziei. Ropa po 60 dolarów za baryłkę oznacza, iż Rosja ruszy szlakiem wiodącym ku katastrofie gospodarczej. W warunkach sankcji udzielane jej kredyty będą drogie i uwarunkowane politycznie. Pora - Koch ostrzega prezydenta Rosji - zapomnieć o wybrykach w starym stylu.



Oficjalna propaganda rosyjska grzmi: ofiarowaliśmy Polsce wyzwolenie, dla niego zginęły setki tysięcy naszych żołnierzy. "Związek Radziecki sam nie był państwem wolnych ludzi, nie mógł nikomu zapewnić wolności" - odpowiada w Moskwie polska ambasador, pani Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. W rosyjskim Internecie posypał się na nią grad obelg.

Jednak nie wszyscy Rosjanie popierają punkt widzenia oficjalnej, propagandy. Na swojej stronie w Facebooku, polską ambasador wziął w obronę Alfred Koch, polityk, publicysta, jedna z najbarwniejszych postaci na rosyjskiej scenie politycznej: "Nie da się jednostronnie przyznać sobie tytułu wyzwoliciela. Pod tym względem potrzebna jest także zgoda wyzwolonego. Może nie?"





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com





Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego. 



środa, 16 lipca 2014

Prosta recepta na karierę w mediach…..



W propagandowej maszynie Kremla coraz większą rolę zaczynają odgrywać przedstawiciele młodszego pokolenia dziennikarzy. W lojalnych wobec władz programach telewizyjnych, radiostacjach i gazetach krzyczą głośno, by w ten sposób przyspieszyć własną karierę. Humorystyczny felieton Olega Kaszyna podpowiada młodym, jaka droga najszybciej wiedzie do sukcesu.



Autor: Oleg Kaszyn, specjalnie dla „Pskowskiej Guberni”.






Właśnie ukończyłem dwadzieścia lat, dopiero co zaliczyłem studia dziennikarskie - nie pytajcie, czy w Moskwie, czy w Pskowie, to nie ma znaczenia.  Jestem naprawdę dobry. I szukam teraz pracy. Mogę się zatrudnić w gazecie, mogę w telewizji, w Moskwie, albo w Pskowie. Rodzice zadbali o moje wychowanie, przez całe życie czytałem odpowiednie książki, potrafię odróżnić dobro od zła. Znam na pamięć wiersze Brodskiego, dzisiaj tak wypada. Mogę też recytować Gumilowa, bo jego twórczość lubię szczególnie. Śmieszy mnie Dmitrij Kiseliow i program „Wremia”, nikt nie musi mi przypominać daty śmierci Anny Politkowskiej. Szanuję „Nową Gazietę” i „Pskowską Gubernię”, nie mam problemu z odróżnieniem prawdy od fałszu.




W dzisiejszej Rosji nawet kamizelka z wielkim napisem "Prasa" nie gwarantuje
dziennikarzom bezpieczeństwa podczas rozpędzanych przez oddziały specjalne demonstracji. 


Moja pierwsza redakcja


W końcu znalazłem pracę w gazecie, to moja pierwsza redakcja w życiu. Czuje się świetnie, jakbym był jednocześnie Hunterem Thompsonem (znany reporter amerykański, twórca stylu „gonzo” – „mediawRosji”) i Leonidem Parfionowem (jeden z najbardziej znanych w Rosji niezależnych dziennikarzy telewizyjnych – „mediawRosji”). 

Wybrałem ten właśnie zawód, by naprawiać świat i pomagać ludziom.

Moje pierwsze zadanie może nie okazało się szczególnie heroiczne, ale od czegoś trzeba w końcu zacząć. Mer naszego miasteczka będzie otwierał nowe przedszkole, pójdę tam i napiszę wesoły oraz interesujący reportaż w stylu Andrieja Kolesnikowa (autor zabawnych tekstów o Wladimirze Putinie publikowanych w gazecie „Kommersant”, nie przekraczających jednak granicy tego, co dozwolone – „mediawRosji”), którego zacząłem czytać w jedenastej klasie i czytam do tej pory.

Przychodzę więc do przedszkola, przyglądam się, robię zdjęcia, notatki, potem siadam do komputera i piszę swój reportaż. Opowiadam o wszystkim. Najpierw o tym, iż na mera trzeba było czekać dwie i pół godziny. I że do jego przyjazdu, dzieci nie wypuszczano na obiad. Organizatorom zależało na tym, by dostojny gość, jak raz, zobaczył dzieci w stołówce. Wspomniałem także o zablokowaniu ulicy, po to by mer wraz ze swoją kolumną mógł przejechać z budynku administracji do przedszkola, a potem podczas ceremonii otwarcia, w spokoju przeciął czerwoną wstęgę. Nie mogłem przeoczyć i incydentu z udziałem ochroniarza mera, wielki jak byk z wytatuowanym na palcach imieniem Wasia odepchnął staruszkę, gdy ta próbowała zwrócić się z czymś do mera.

Więc napisałem to wszystko. Redaktorowi mój reportaż się spodobał. Poprosił tylko, bym wykreślił fragmenty o stołówce, kolumnie limuzyn mera oraz o staruszce. Redaktor pozostawił za to ostatnie zdanie: „czas pokaże”. Trochę się tym przejąłem, że z tekstu wycięto wszystko. Ale redaktor mi wytłumaczył, że obecne czasy nie są łatwe, redakcja wynajmuje pomieszczenia od miasta i płaci ulgowy czynsz. W dodatku już w niedalekiej przyszłości umowę najmu trzeba będzie przedłużyć. Przedłużenia wymaga jeszcze jedna umowa, o współpracy informacyjnej z miastem, wszystko to głupstwa, jednak mamy porządnego redaktora, w końcu na wszystkim zna się najlepiej.

Konferencja prasowa mera


Nieco później wysłano mnie na konferencję prasową mera. Nie udało mi się zadać pytania, za to zaprzyjaźniłem się z jego rzecznikiem prasowym. Fajny facet, także studiował dziennikarstwo, jest o trzy lata starszy ode mnie, więc z wydziału go nie pamiętałem. Umówiliśmy się, że się spotkamy w bliskiej przyszłości i wypijemy. I o wszystkim pogadamy. Spotkaliśmy się, pogadaliśmy. Wypiliśmy, zostaliśmy przyjaciółmi. Rzeczywiście, chyba jestem jeszcze zbyt młody i nie wszystko rozumiem, ale rzecznik wszystko mi wytłumaczył i opowiedział. Choćby o trudnej sytuacji miasta i o byłym merze i podejmowanych przez niego staraniach, by zdestabilizować sytuację. Wiele dowiedziałem się o Kremlu i Departamencie Stanu, rzeczywiście, wciąż jeszcze w wielu sprawach się nie orientuję.

Kiedy wysłano mnie na kolejną imprezę z udziałem mera, przyglądałem mu się jakby przez nowe okulary. Przecież i on ma swoją rację. Porządny facet, a tak mu trudno. Naokoło sami wrogowie, społeczeństwo nie potrafi okazać wdzięczności. Ludzie powinni okazywać mu poparcie, a oni nie, stale na coś się skarżą: choćby na ochroniarza z tatuażami, znów odpędził od mera kolejną staruszkę. Obserwowałem tę sytuację ze współczuciem, jednak w reportażu o niej nie wspomniałem – po co miałbym to robić? Sam mer świetnie wyśmiał swoich krytyków, widzą tylko drzewa, ale nie widzą lasu. Nie chciałbym bym być takim jak oni, ja dostrzegam las. Jak mi się wydaje Hunter Thompson też widział las.

Wrogowie mera już całkiem zwariowali. Całe miasto okleili plakatami z wezwaniem, by ludzie przyszli na nielegalną demonstrację – zarzucają merowi korupcję. Podobno mer nie przestrzegał prawa, a czy jego wrogowie gotowi są postępować zgodnie z prawem? Czy na prawdę tak trudno napisać odpowiednie podanie o zgodę na przeprowadzenie demonstracji? Od redaktora dostałem kamizelkę z napisem „Prasa”. Chodziłem w niej po placu, fotografowałem uczestników demonstracji, pytałem ich, po co na nią przyszli. Co za nieprzyjemni, zezowaci ludzie, całkiem podobni do moich sąsiadów, w ogóle mi się nie spodobali. W końcu na plac przyszedł OMON, kamizelka za bardzo mi nie pomogła, trzy razy dostałem pałą po nerkach, ale nie zabrali mnie do komisariatu.

W wydziale prasowym komendy milicji też znalazłem przyjaciół. Wytłumaczyli mi, że na organizację tej demonstracji jakieś pozarządowe organizacje związane z Ameryką przekazały kupę kasy. Teraz tę sprawę bada Komitet Śledczy. Już postawiono pierwsze zarzuty. Obserwuję chłopaków z wydziału prasowego, ich robota jest taka niewdzięczna, w swoim życiu widzieli więcej trupów, niż ja obejrzałem filmów. Więc kiedy poprosili mnie, bym im pomógł i przekazał swoje zdjęcia uczestników demonstracji, oddałem im całą fleszkę z aparatu, może znajdą tam, co jest im potrzebne. 

Jeszcze tylko Majdanu brakowało w naszym mieście.

Skandal


A na koniec wydarzył się skandal. Nasz redaktor przez cały czas przyjaźnił się z merem. Ale w zeszłym tygodniu w gazecie ukazała się jakaś niesprawdzona informacja na temat gospodarki komunalnej, mer bardzo się zdenerwował. Rzecznik rasowy opowiadał, że po jej przeczytaniu przyjmował środki uspokajające. Koszmar. Powinienem powiedzieć, że nasza gazeta jest własnością prywatną. Właściciela widziałem ze dwa razy, to szanowany w mieście obywatel, właściciel wielkiego przedsiębiorstwa. Dziś zobaczyłem go po raz trzeci, - przyszedł do redakcji i przyprowadził nowego redaktora, miłą, sympatyczną, młodą kobietę, kuzynkę mera. Od razu powiedziała, że pragnie, by nasza gazeta stała się bardziej interesująca, współczesna, dynamiczna. Kiedy nas poproszono o zabranie głosu, powiedziałem, że jej program mi się podoba, i że istotnie, czego, jak czego, ale dynamiczności nam brakowało. Na pewno w oczach Huntera Thompsona. Jeszcze dodałem, iż stary redaktor, oczywiście, był w porządku, jednak redakcją kierował nie bardzo… Przez cały rok nie dał mi ani jednego interesującego zlecenia… Ciągle to samo, rutyna i nuda….

Mamy teraz porę obiadu, całą redakcją siedzimy w stołówce, ale ja, nie wiadomo dlaczego, zostałem sam, nikt nie chciał ze mną usiąść, choć dookoła nie ma wolnych stolików. Siedząc sam czuję się dobrze, znalazłem czas, by napisać, choćby ten kawałek… A poza tym wieczór będę miał rozrywkowy… W mieście otworzono nową restaurację, rzecznik prasowy mera zaprosił mnie i chłopaków z wydziału prasowego urzędu spraw wewnętrznych na zamkniętą dla postronnych imprezę. Nigdy do tej pory nie byłem na zamkniętych imprezach, więc trochę się denerwuję….




Oryginał opublikowany została na stronie internetowej regionalnej gazety „Pskowskaja Gubiernia”





*Oleg Kaszyn (1980), znany dziennikarz związany w przeszłości z dziennikiem „Kommersant”. W 2010 stał się ofiarą brutalnego pobicia, wiązanego powszechnie z jego działalnością publicystyczną. Publikuje obecnie na portalach slon.ru, colta.ru. Sporym echem odbił się niedawno jego reportaż z Krymu opublikowany przez nacjonalistyczne wydawnictwo internetowe „Sputnik i pogom”. W październiku 2012 roku wybrano go do Rady Koordynacyjnej Opozycji.




Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com




poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Krymski scenariusz na wschodzie Ukrainy?


Wzrost napięcia na wschodzie Ukrainy, demonstracje i przejmowanie budynków państwowych przez siły prorosyjskie mogłoby świadczyć, iż Moskwa szykuje tam powtórkę scenariusza z Krymu. Znany moskiewski dziennikarz Oleg Kaszyn jest innego zdania: cena za aneksję Donbasu byłaby o wiele za wysoka i prezydent Putin zdaje sobie z tego sprawę. 




Autor: Oleg Kaszyn




Szydercza parodia kijowskiego Majdanu uzupełnia wydarzenia na wschodzie Ukrainy o dodatkowy rys, to co się dzieje nie przypomina kryzysu politycznego, a ponury reality show kojarzący się z modnymi filmami z dziedziny fantastyki produkowanymi w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku.

„Wasza sotnia”- „Nasza sotnia”


Tam ludzie stali na placach i tu też stoją na placach, tam opony i tu opony, tam ktoś pod przymusem klęczał na kolanach przed demonstrantami, tutaj dzieje się tak samo. Na szczęście Wschód nie ma jeszcze swojej „niebiańskiej sotni”, ale w tej atmosferze jaka teraz panuje, trudno bronić się przed dziwnym przeczuciem. Zwłaszcza, iż trudno oczekiwać, by reżyserów „rosyjskiej wiosny” cechował jakiś szczególny humanizm. Paralela „wasza sotnia” – „nasza sotnia”, jak by ponuro to nie brzmiało, dawno już przestała być nieprawdopodobna.


Na pierwszy rzut oka siły prorosyjskie usiłują doprowadzić na wschodzie Ukrainy
do realizacji tego samego scenariusza co na Krymie. Zajmowane są budynki
państwowe, pod adresem Wladimira Putina kierowane są apele o pomoc. 

Po przyłączeniu Krymu i przekształceniu go w obwód Federacji Rosyjskiej nic już nie wydaje się niemożliwe. Któż mógłby jeszcze dwa miesiące temu wyobrazić sobie, iż Dmitrij Miedwiediew poprowadzi w Symferopolu zebranie na temat społeczno-gospodarczego rozwoju półwyspu. A on te zebrania prowadzi, one są ważne nie tylko z punktu widzenia przyszłego rozwoju Krymu, ale z innego też, nikt nie myślał, że coś takiego się w ogóle zdarzy. I szkoda że nie myślał….

Więc dziś obserwując, to co się dzieje na wschodzie Ukrainy, kto zaręczy, iż obwody doniecki, charkowski i Ługański będą świętowały Nowy Rok jako części składowe tego samego państwa, w którym świętowały początek roku 2014…. Nagle rozbudzony imperializm władz rosyjskich, jak do tej pory, nie zderzył się z żadnym oporem (z wyjątkiem czysto retorycznego) ze strony Ukrainy, jest więc gotów tworzyć cuda. Dziś, gdy z Doniecka, Charkowa, Ługańska docierają do nas podobne wiadomości do tych, które półtora miesiąca temu napływały z Symferopola i Sewastopola, warto zastanowić się, kiedy znów na Kremlu obie izby naszego parlamentu zbiorą się na podniosłym posiedzeniu Zgromadzenia Federalnego, dla uroczystego podpisania umowy o przyjęciu kilku nowych obwodów w skład Federacji Rosyjskiej.

Ale im bardziej wydaje nam się, iż perspektywa ta robi się coraz bardziej realna, z tym większą pewnością można powiedzieć, iż nie zdarzy się to nigdy. Rosja nie przyłączy do siebie ani jednego regionu Wschodniej Ukrainy. Nie będziemy świadkami nowego uroczystego posiedzenia na Kremlu. Nie będzie podpisania umowy, ani demonstracji z wyrazami solidarności, z udziałem zaufanych pracowników sfery budżetowej przeprowadzonej pod hasłem „Donbas jest nasz”. Wraz z zakończeniem „rosyjskiej wiosny” nadejdzie „rosyjskie lato” – pora, gdy wszyscy rozjeżdżają się na urlopy, życie zamiera, a w telewizji pokazują powtórki starych programów.

Czym różni się Donbas od Krymu?


Tylko na mapie wydaje się, iż są do siebie podobne – tu krosteczka Krymu, tam zakrętas Donbasu. Ale w rzeczywistości regiony te nie są do siebie podobne. Na poły izolowany, przez 23 lata nikomu niepotrzebny, pogrążony w gospodarczej depresji Krym, dla Ukrainy pozostawał czymś na kształt Północnego Kaukazu dla Rosji. Z jedną różnicą, na Ukrainie nie rozbrzmiewało hasło „dość karmienia Krymu” i działo się tak dlatego, iż przez te lata nikt Krymu nie podkarmiał. Nikt tam nie wysyłał żadnych pieniędzy, mieszkańcy musieli dawać sobie radę sami, zarabiając na przyjeżdżających na Krym letnikach. Innymi słowy, wciąż nie wiadomo, czy aneksja Krymu przez Rosję stanowi dla Ukrainy rzeczywistą stratę, niech Ukraińcy sami sobie odpowiedzą na to pytanie, w końcu to ich sprawa. Nas interesuje co innego: oto terytorium Rosji uległo zwiększeniu, zdobyliśmy Krym, ale tam nie ma niczego wartościowego na czym moglibyśmy skorzystać, wszystko jest na odwrót, na rozwój Krymu trzeba będzie przeznaczyć ileś tam miliardów i odbędzie się to na ulubionych przez elitę rosyjską zasadach „weźmy co swoje”. Ktoś będzie musiał (wiadomo kto) wybudować most, ktoś ośrodki wypoczynkowe, ktoś inny zwycięży w przetargu na budowę linii kolejowej z Jałty do Symferopola, a jeszcze ktoś dostanie prawo na wykopanie tunelu dla metra w Sewastopolu. A to tylko gospodarka, w dodatku pozostanie nam Krym jako niewyczerpane źródło patriotycznego uniesienia, „Krym znów jest nasz” i tak dalej. Z której strony nie popatrzycie na Krym, to nie zdobycz, a cudo.

Czy to samo jest możliwe z Donbasem, można mieć wątpliwości. Jest to szczególnie ważny region o podstawowym znaczeniu dla państwa, tu mają swoje siedziby największe ukraińskie grupy finansowo-przemysłowe. Donbas ma swoją elitę, interesy, konflikty, pieniądze i jeszcze więcej – tutaj nie zadziałają te mechanizmy, które okazały się skuteczne w małym i ubogim Symferopolu. Tutaj, albo trzeba przyjąć Rinata Achmietowa do spółdzielni „Jezioro” (aluzja do grupy biznesmenów z otoczenia prezydenta Putina, którzy wspólnie z nim należeli przed laty do budującej dacze spółdzielni o tej nazwie – „mediawRosji”), albo stanąć do wojny. Hasło „Donbas jest nasz” już nie zabrzmi tak dumnie, jak krymski oryginał. Targi z Zachodem, lub Kijowem w sprawie Krymu, powrót prezydenta Janukowicza na „lojalne wobec niego terytorium”, działania drażniące Ukraińców, nasilające się wraz z przybliżaniem się daty wyborów – proszę bardzo, można ile wlezie, ale we wschodnio-ukraińskich obwodach powtórka krymskiego scenariusza – nie, nie, cena będzie za wysoka.

Jak się wydaje, Putin rozumie to bardzo dobrze. Może dla kogoś zabrzmi to dziwnie, ale obserwując obecną „hałaśliwą wiosnę” można dostrzec potwierdzenie tego, iż wiele więcej się nie zdarzy. Przez piętnaście lat spędzonych wspólnie z Putinem, można było przyzwyczaić się do jego sentymentalnej skłonności do konspirowania (może nie starczyło mu w młodości zabawy w szpiegów, a może źródła jej tkwią w specyficznej dla Petersburga etyce lat dziewięćdziesiątych) – Putin nigdy nie daje do zrozumienia, jaką decyzję podejmie jutro. Spróbujcie sobie przypomnieć, czy o którymś z podjętych przez Putina kroków wiedzieliśmy zawczasu….

Jeśli więc wszystko wskazuje dziś na to, że Rosja gotowa jest przyłączyć także terytorium Donbasu, to ta gotowość świadczy chyba najlepiej, że ten scenariusz nie będzie zrealizowany.

Nie, nie przyłączy.




*Oleg Kaszyn (1980), znany moskiewski dziennikarz związany w przeszłości z dziennikiem „Kommersant”. W 2010 stał się ofiarą brutalnego pobicia, wiązanego powszechnie z jego działalnością publicystyczną. Publikuje obecnie na portalach slon.ru, colta.ru. Sporym echem odbił się niedawno jego reportaż z Krymu opublikowany przez nacjonalistyczne wydawnictwo internetowe „Sputnik i pogom”. W październiku 2012 roku wybrano go do Rady Koordynacyjnej Opozycji. 




Oryginał artykułu można znaleźć na portalu slon.ru: http://slon.ru/russia/pochemu_donbass_ne_stanet_chastyu_rossii-1080142.xhtml