Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja izolacja międzynarodowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja izolacja międzynarodowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 lutego 2015

Dlaczego nikt nie chce być naszym sprzymierzeńcem?



W swym wystąpieniu na jednym z posiedzeń rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa prezydent Putin wyraził radość w związku z tym, iż Rosja nie należy do żadnego sojuszu o charakterze międzynarodowym. Jego zdaniem, zobowiązania sojusznicze oznaczają utratę znacznej części suwerenności. A jednak brak sprzymierzeńców w świecie zewnętrznym jest dla wielu Rosjan źródłem niepokoju. Czy Rosja skazana jest na samotność? – pyta politolog Fiodor Łukianow. Jego zdaniem, tak długo jak jej gospodarka zachowa surowcowy charakter, a prognozy na przyszłość będą pesymistyczne, szanse na zdobycie prawdziwych sojuszników są zerowe.



Autor: Fiodor Łukianow




W głosowaniu na temat Krymu na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ stanowisko Rosji poparły:
Armenia, Białoruś, Boliwia, Kuba, Korea Północna, Nikaragua, Sudan, Syria, Wenezuela i Zimbabwe. 





Związek Radziecki dysponował swoim własnym blokiem polityczno-wojskowym. A jednak państwa wchodzące w jego skład nie były prawdziwymi sojusznikami ZSRR. Dla zdobycia sojuszników niezbędny jest pomysł na rozwój. Rosji trudno się nim pochwalić.

Po burzliwych wydarzeniach zeszłego roku, coraz częściej można się spotkać z opinią, iż Rosja znalazła się w izolacji. Bywa ona także formułowana ostrożniej, wtedy można usłyszeć o „geopolitycznej samotności”, albo, iż Rosja w ogóle pozbawiona jest sojuszników. Czy tak jest w istocie? I Jeśli tak, to co to oznacza?

Latem zeszłego roku, zaraz po katastrofie malezyjskiego samolotu na Ukrainie, prezydent Putin zwołał nadzwyczajne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa. Na nim wypowiedział znamienne zdanie: „Rosja, chwała Bogu, nie jest członkiem żadnego sojuszu…. Każdy kraj, który wchodzi w jakieś sojusze od razu zrzeka się części swojej suwerenności”.

Tego rodzaju wypowiedź mówi wiele o tym, jak władze rosyjskie odnoszą się do wszelkiego rodzaju aliansów, w tym także do tych inicjowanych przez siebie. Przykłady takich organizacji, jak Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, czy popularna dziś Euroazjatycka Wspólnota Gospodarcza dobrze ilustrują postawę Rosji. Z rosyjskiego punktu widzenia żadne zobowiązania sojusznicze nie mogą ograniczać swobody w podejmowaniu decyzji o charakterze strategicznym. Rosja odgrywa wiodącą rolę i określa zasady na jakich prowadzona jest gra, inni muszą się do nich dostosować.


Jako wzór traktujemy – świadomie, lub nie – wspólnotę zachodnią, w niej dominacja Stanów Zjednoczonych nie jest podważana

Jednak stosunki między dwoma wybrzeżami Oceanu Atlantyckiego nie są wolne od trudności, tak w odniesieniu do współpracy wojskowej (Europa faktycznie sabotuje ideę zwiększenia wydatków na cele wojskowe), jak i handlowo-gospodarczej (rozmowy o atlantyckim partnerstwie handlowym i inwestycyjnym napotykają wiele przeszkód). Jednak poczucie wspólnoty politycznej trwa i nikt na poważnie nie kwestionuje przywódczej roli Ameryki.

Wynika to z istnienia nielubianego przez nas zespołu wspólnych wartości. To one wraz ze zbiorem ideologicznych wyobrażeń są dla kolektywnego Zachodu solidnym spoiwem, choć interesy sojuszników nie zawsze są zbieżne. To poczucie wspólnoty powstało w latach zimnej wojny. Ważna była wówczas obecność wspólnego wroga, jednak te same korzenie o charakterze kulturowo-historycznym jeszcze bardziej przyczyniły się do pojawienia poczucia jedności. Mamy tu do czynienia z przypadkiem wyjątkowym, powstałym dzięki szczególnemu zbiegowi okoliczności, skopiowanie podobnego modelu gdzie indziej jest niemożliwe.





Rosja nigdy nie zgromadzi kręgu sojuszników, podobnego do wspólnoty zachodniej. Próby wbudowania systemu wartości do takich organizacji, jak BRICS (Grupa Państw Rozwijających się – „mediawRosji”), czy Euroazjatycka Wspólnota Gospodarcza prowadzą do powstania sztucznych konstrukcji. Wartości wspólne albo rodzą się w sposób naturalny i wynikają z historii, albo nie powstają w ogóle. Nawiasem mówiąc, wspólnej historii wcale nie musi towarzyszyć pojawienie się systemu wspólnych wartości. Wystarczy zwrócić uwagę na różnorodność państw należących do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Wspólnota Państw Niepodległych to jeszcze jeden przykład tego rodzaju.

Rosja, jak już powiedziano powyżej, w rzeczywistości liczy tylko na siebie. Tak samo, z resztą, jak i Stany Zjednoczone. Po 11 września, kiedy sojusznicy Ameryki w NATO po raz pierwszy w historii zaproponowali, by zastosować artykuł piąty umowy o bezpieczeństwie zbiorowym, Waszyngton w istocie machnął na nich ręką. Z drugiej strony, gdy podczas kolejnego kryzysu nie ma chętnych do wsparcia Moskwy, budzi to u nas określoną frustrację. Zdarzyło się tak w 2008 roku, gdy oprócz kilku państw egzotycznych, nie znalazł się nikt, kto byłby gotów uznać Abchazję i Osetię Południową. Tym bardziej sytuacja ta powtórzyła się z Krymem w roku 2014. Dyskusjom o tym, iż także Rosji potrzebne jest wsparcie towarzyszy autosugestia, iż Rosji w istocie go nie brakuje.

Współczesny świat nie jest mozaiką trwałych bloków i sojuszy. Nawet NATO przekształca się w sojusz a la carte, Waszyngton przyznał sobie prawo wyboru partnerów w zależności od bieżących okoliczności. Poza granicami Zachodu jeszcze bardziej brak trwałych sojuszy. Państwa rosnące w siłę kierują się przede wszystkim swoimi interesami, w żadnym wypadku nie chcą narzucać sobie żadnych ograniczeń. Obserwujemy rosnącą emancypację coraz większej ilości państw oraz demokratyzację systemu stosunków międzynarodowych.

Brak sojuszników nie jest synonimem izolacji, lub osamotnienia

Wiosenne głosowanie w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ na temat Krymu jest dobrą ilustracją omawianych zjawisk. Z jednej strony stanowisko Rosji wsparły pojedyncze państwa, przeciw niej głosowała połowa państw członków ONZ. Z drugiej druga połowa wstrzymała się od głosu, albo nie uczestniczyła w głosowaniu. Wśród nich znalazły się wszystkie państwa BRICS, a także niemało innych zasługujących na szacunek państw, takich jak Izrael. Wszystkie one nie chcąc wziąć udziału w osądzaniu Moskwy zajęły stanowisko pragmatyczne. W tej przestrzeni możemy próbować coś zrobić.

Związek Radziecki kontrolował cały blok polityczno-wojskowy. Jednak należące do niego państwa demokracji ludowej w Europie Wschodniej trudno byłoby uznać szczerych sojuszników. Państwa te znajdowały się pod kontrolą Kremla, gdy tylko ona osłabła, sojusz się rozpadł. Z drugiej strony ZSRR posiadał znaczące wpływy w trzecim świecie, wcale nie musiał ich narzucać. Można je było rozszerzać dzięki ideom postępu i rozwoju, z nimi kojarzono wówczas Moskwę. Dziś, kiedy prawdopodobieństwo nawiązania stosunków sojuszniczych opartych na starych klasycznych zasadach stało się coraz mniej prawdopodobne, dla zdobycia poparcia niezbędne jest porozumienie ideowe.


Tylko, że wizerunek współczesnej Rosji i prognozy na temat jej przyszłości mało komu mogą się spodobać

Trudno liczyć na to, iż uda nam się zainteresować jakiekolwiek inne państwo naszą surowcową, lub zależną od koniunktury zewnętrznej gospodarką lub naszym wyobrażeniem o „świecie rosyjskim”.


Tłum.: ZDZ





Artykuł ukazał się na portalu rosyjskiego wydania magazynu „Forbes”:
http://www.forbes.ru/mneniya-column/mir/280355-odinokii-gigant-pochemu-mir-poteryal-interes-k-rossii




*Fiodor Łukianow (1967), politolog, publicysta, redaktor naczelny magazynu „Rosja w Polityce Globalnej”. W swych wystąpieniach publicznych reprezentuje zwykle punkt widzenia oficjalnej Moskwy, jednak w wersji „soft”, bez propagandowej przesady. Jest aktywnym uczestnikiem międzynarodowych konferencji, chętnie widzianym przez gremia zachodnie partnerem do rozmów i konsultacji.





Inne teksty Fiodora Łukianowa na blogu „Media-w-Rosji”:


Gdzie się podział Putin, pragmatyk, zwolennik „Realpolitik”?

Dokładnie piętnaście temu schorowany Borys Jelcyn mianował Władimira Putina na stanowisko premiera i ogłosił swoim następcą. Putin okazał się twardym pragmatykiem, zwolennikiem ”Realpolitik” dążącej do umocnienia na świecie równowagi sił. Dzięki niemu Rosja znów stała się znaczącym graczem na arenie międzynarodowej. Jednak włączenie do konfliktu ukraińskiego retoryki narodowo-romantycznej przekreśla ambicje Rosji w globalnym świecie. Skazuje ją na prowincjonalność i izolację. Co się stało z twardym pragmatykiem Władimirem Putinem – zastanawia się politolog i publicysta Fiodor Łukianow.


Cel Kremla: federalizacja Ukrainy

Rozmowa z Fiodorem Łukianowem, politologiem, redaktorem naczelnym magazynu „Rosja w Polityce Globalnej”.

Kreml zrobi wszystko, by nie dopuścić do przyłączenia się Ukrainy do wrogich sojuszy – przyznaje politolog Fiodor Łukianow. Destabilizacja na wschodzie kraju ułatwia Rosji realizację tego zadania. Trudno sobie wyobrazić bezpośrednią interwencję wojskową, jednak nie można wykluczyć, iż wydarzenia wymkną się spod kontroli. Jednak najlepszą szansę na uregulowanie kryzysu stwarza federalizacja Ukrainy.








Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com








czwartek, 11 grudnia 2014

Prosta jak automat Kałasznikowa: ideologia oblężonej twierdzy



Na Kremlu nie mają wątpliwości, Rosjanie potrzebują jasnego drogowskazu, jednoczącej ich idei. Tylko tak, w nadchodzących trudnych czasach, można będzie zapobiec ewentualnym niepokojom. Rozpatrywano różne warianty – pisze petersburski publicysta i ekonomista Dmitrij Trawin. Swoich zwolenników ma projekt euroazjatycki, prezydent Putin skłonny był raczej wywiesić sztandary konserwatywne. Zwyciężył wariant najprostszy i dla mas zrozumiały najbardziej. 


Do wyborów prezydenckich w 2018 roku obowiązywać będzie retoryka w stylu „żyjemy w oblężonej twierdzy”. Rosję otaczają wrogowie, wewnątrz knują zdrajcy.



 Autor: Dmitrij Trawin
 



 


Rosję otaczają wrogowie, wewnątrz czają się zdrajcy. W takim klimacie politycznym
nie ma mowy o żadnej liberalizacji polityki i gospodarki. 





Zaczęto nas przygotowywać do wielkiej wojny. To nie są przygotowania na wypadek konfliktu regionalnego, typu donbaskiego, który można obserwować na ekranie telewizora, nie odrywając się od butelki z piwem. Szykują nas, byśmy byli przygotowani na nadejście wydarzeń o historycznym znaczeniu, na skalę Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

W posłaniu wygłoszonym na forum Zgromadzenia Federalnego, Wladimir Putin ostro skrytykował Amerykę. Myślą tylko o nowych podziałach, jakież to podobne do działań Hitlera, ale na szczęście jemu się nie udało, Amerykanów spotka to samo.

Deputowani Dumy Państwowej, zgodnie z planem, powinni byli na początku grudnia uczestniczyć w ćwiczeniach prowadzonych w schronach położonych na terenie moskiewskiego metra. Chodziło o przygotowania na wypadek masowych bombardowań stolicy. Ze względu na posłanie prezydenta ćwiczenia odłożono, jak się ukrywać przed bombami deputowani przećwiczą ciut później.

Za to naszych parlamentarzystów, już w najbliższej przyszłości czeka rozpatrywanie projektu ustawy o państwach-agresorach. Zgodnie z nim, przyjęcie wymierzonych w Rosję sankcji równać się będzie agresji. Wystarczy, by terminu tego używano w naszej telewizji z odpowiednią częstotliwością, by obywatele przywykli do myśli, iż „europejska agresja wymierzona w luksusowe wille pana Rotenberga, może – uwaga – przekształcić się w prawdziwą wojnę.

Szef Służby Wywiadu Zagranicznego Michail Fradkow wytłumaczył, iż spadek wartości rubla jest skutkiem agresji ze strony zachodnich funduszy inwestycyjnych. Napadły na nasz kraj, by przeprowadzić swoje spekulacje walutowe. Zaczęła się prawdziwa wojna walutowa, święta wojna…

Przykłady jakie przytoczyłem pochodzą z naszych mediów, wystarczył tydzień, by je zebrać. W przyszłości tego rodzaju strumień informacji może tylko się zwiększać. Naszemu współobywatelowi, by obronić się przed czekającym go prędzej, czy później nieuniknionym praniem mózgu, potrzebna jest niewiarygodna wytrzymałość psychologiczna.

Co jednak dzieje się w rzeczywistości? Krajowi grożą określone niebezpieczeństwa, ale nie mają one nic wspólnego z obecną w mediach paranoją.

Warto cierpieć za ideę

Jeszcze w zeszłym roku na Kremlu uświadomiono sobie, iż nie da się uleczyć rosyjskiej gospodarki. Kremlowscy stratedzy zrozumieli o wiele wcześniej, niż dotarło to do milionów prostych Rosjan, że kraj doświadczy spadku kursu rubla i że czeka nas recesja. Nieszczęście polega na tym, iż stratedzy ci nie potrafią zaproponować żadnego realistycznego scenariusza przezwyciężenia kryzysu. I w rezultacie ich główną troską jest ratowanie reżimu w sytuacji, gdy spadają realne dochody obywateli. Przy okazji starają się skomponować jakąś ideologię. To ważne, by ludzie nie cierpieli tak po prostu, a za ideę. Za nią gotowi są dać z siebie więcej. Niekiedy są gotowi bronić jej z entuzjazmem.

Władze przestały zamawiać u ekonomistów programy rozwoju kraju. Choć mogłoby się wydawać, iż nadszedł najbardziej odpowiedni czas. Zamiast tego prowadzone są prace nad programem ideologicznym. Gospodarki nikt nie zamierza reformować, beznadzieja, z nią nic nie da się zrobić. Za to, od dawna istnieje przetestowana telewizyjna machina propagandowa zdolna do zarażenia ludzi wielką ideą.

Jakiego rodzaju ideologii potrzebuje teraz maszyna państwowa? Rzecz jasna, nie komunistycznej. Za bardzo się zdyskredytowała. Ale co ważniejsze, odwołując się do ideałów komunizmu, byłoby trudno wytłumaczyć masom, jak to się stało, iż tak jak dawniej w naszym kraju sąsiadują ze sobą mega bogactwo z mega biedą. Dlaczego źródła korupcji znajdują się na samej górze? Dlaczego jednostki są właścicielami pałaców we Włoszech, podczas gdy innych czeka długa kolejka na prom, gdy zechcą odwiedzić Krym.

Nacjonalizm? To rzecz jasna produkt świeży. Jednak nacjonalizm o charakterze etnicznym, odpowiednio podrasowany, może okazać się niebezpieczny. W naszym przypadku mógłby się zwrócić przeciw migrantom, nanosząc potężne szkody gospodarce uzależnionej w wielkim stopniu od pracy gastarbeiterów. A możliwy mógłby się okazać czarniejszy scenariusz: nacjonalizm niszczy jedność naszego wielonarodowego państwa.

Projekt euroazjatycki

Widać wyraźnie, iż ze wszystkich pomysłów ideologicznych umożliwiających umocnienie imperium, najwięcej pracy włożono w projekt euroazjatycki. Nie jesteśmy ani Europą, ani Azją. W żadnym wypadku nie jesteśmy peryferiami świata cywilizowanego, ani awangardowym oddziałem barbarzyńców wschodnich. Sami stworzyliśmy wielką cywilizację. Dlatego jesteśmy w stanie skupić wokół siebie Europejczyków i Azjatów przestraszonych potęgą świata atlantyckiego oraz groźbą anglosaskiej ekspansji niszczącej kultury narodowe.

W pewnym momencie, na odpowiednim szczeblu przyglądano się bliżej projektowi „euroazjatyckiemu”, zastanawiając się, czy nie nadaje się na podstawę ideologiczną obecnej Rosji. Jednak projekt ten przegrał. Na wiosnę w 2014 roku można było odnaleźć euroazjatyckie motywy w opracowanej przez Ministerstwo Kultury koncepcji polityki kulturalnej kraju. Jednak bardzo szybko dokument poddano korekcie, przekształcając go w nudny i bezosobowy produkt urzędniczego trudu.

Jak można wytłumaczyć klęskę projektu „euroazjatyckiego”? Wygląda na to, iż jej entuzjaści przestraszyli się, iż ideologia ta w zbyt wielkim stopniu rozmija się z realiami życia w naszym kraju.

Jak twierdzą „euroazjatyccy” specjaliści, Rosja jest naturalnym sprzymierzeńcem Europy kontynentalnej, jedynie kraje atlantyckie są naszymi przeciwnikami. Bieda polega na tym, iż ani Niemcy, ani Francuzi i Hiszpanie, nie mówiąc już o licznych spokrewnionych z nami narodach słowiańskich w żaden sposób nie chcą dostrzec istniejącej między nimi, a nami euroazjatyckiej wspólnoty. Odwrotnie, chętnie wstępują do NATO i Unii Europejskiej, popierają karanie Rosji przy pomocy sankcji. Nawet nasza telewizja nie dałaby rady wytłumaczyć skąd wzięły się tego rodzaju sprzeczności.

Konserwatywny Putin

Jak się wydaje, sam Władimir Putin skłonny był raczej poprzeć projekt konserwatywny, nie euroazjatycki. W posłaniu wygłoszonym w zeszłym roku, wspomniał o nim kilka razy. Jego zdaniem konserwatywne podejście stwarza szansę na zachowanie najlepszych tradycji i uchronienie państwa przed groźnym chaosem rewolucji. Staje się ona całkiem prawdopodobna, jako skutek nieprzemyślanych przemian.

Formalnie rzecz biorąc, Kreml nie wyrzekł się ideologii konserwatywnej. Ale w ciągu ostatniego roku nie zrobiono wiele, by w tym kierunku pójść dalej. Najpewniej dlatego, iż tego rodzaju podejście mogło się okazać nie całkiem zrozumiałe dla mas. Byłoby im trudno zorientować się, kogo należy łupić, dokąd biec, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Ideologia bywa efektywna, gdy wiadomo z kim się przyjaźnimy i przeciw komu. Kultywowanie dobrych tradycji, to nie ideologia, to czas spędzony wesoło przy stole. Kieliszek, zakąska, toast za to co najlepsze. Takiej „ideologii” potrzebny jest „tamada”, a nie wódz narodu, dla którego gotowi bylibyśmy ponieść różne, w tym i materialne,  ofiary. Trudno też spodziewać się, by programy telewizyjne poświęcone tradycji zgromadziły liczne audytorium. Aktywna część społeczeństwa szuka spisków, wrogów i zdrajców narodu, czeka na sygnał z kim się rozprawić i dokąd biec.

Oblężona twierdza

Tak więc na naszym rynku ideologicznym komunizm, nacjonalizm, euroazjatyckość, konserwatyzm okazały się mało konkurencyjne. Zwyciężyła konstrukcja prosta i skuteczna, jak automat Kałasznikowa, ideologia oblężonej twierdzy. Ze wszystkich stron otaczają nas wrogowie. Na zewnątrz zagrażają nam agresorzy, od wewnątrz zdrajcy. Za Majdan odpowiadają banderowcy, za Plac Blotny banderłogi. W pościeli leżą geje, w komputerach siedzą wirusy. Z góry, z powietrza mogą na nas spaść bomby, wydobywana spod powierzchni ziemi nafta na skutek działań wrogów może tanieć. Wypłacają nam kredyty w dolarach, znaczy to, że chcą nas nawrócić, odmawiają kredytów, to znaczy, że chcą rzucić na kolana.

Niemcom przypomnimy Hitlera, Francuzom Napoleona, Szwedom Karola XII, Rumunom Drakulę. Anglicy mogą tylko intrygować, Polacy rozprawili się z Iwanem Susaninem. Litwa pomagała Tatarom. Ameryka ukradła nam Alaskę, nieźle na tym zarabiając. Bez naszego złota na amerykańskich plantacjach, do dziś znęcano by się nad Murzynami.

W oblężonej twierdzy nie zawsze wystarcza jedzenia. Ale w niej możliwej zemsty wroga boją się bardziej, niż głodu. Im mniej na naszych półkach sklepowych towarów, im silniej rosną ceny, im bardziej tracą wartość nasze oszczędności, tym bardziej rośnie zapotrzebowanie na obraz zagranicznego wroga i agresora. Wirtualnego strachu nie da się utrzymywać bez końca, jednak do wyborów prezydenckich w 2018 roku wszelkiego rodzaju zagrożeń i niebezpieczeństwa powinno wystarczyć z naddatkiem.



Tłum.:  Zygmunt Dzięciołowski




Oryginał ukazał się na petersburskim portalu fontanka.ru:

http://www.fontanka.ru/2014/12/08/077/







*Dmitrij Travin, ekonomista, publicysta, profesor Uniwersytetu Europejskiego w St. Petersburgu, dyrektor Ośrodka Studiów nad Procesami Modernizacji. Członek opozycyjnego Komitetu Inicjatyw Obywatelskich powołanego do życia przez bylego ministra finansow Aleksieja Kudrina. 












Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com












niedziela, 2 marca 2014

Jaką cenę zapłacimy za ukraińską awanturę?

Ukraińska awantura przyniesie Rosji poważne następstwa. Polityk i publicysta Leonid Gozman przede wszystkim obawia się konsekwencji w polityce wewnętrznej. Jego zadaniem dalsze zaostrzenie kursu będzie nieuniknione. Rosję czeka umocnienie policyjnych mechanizmów kontroli nad społeczeństwem, więcej cenzury, militaryzacja nauki, emigracja młodzieży i rosnące zacofanie kraju. 


Stało się. I nie wiadomo, czym to się skończy. Upłynęło 25 lat, odkąd wyszliśmy z Afganistanu. Pora na coś nowego.

Najbardziej obrzydliwe jest w tym kłamstwo. Faszyści, banderowcy, pogromy. Potrzebujemy naszych wojskowych w związku z niebezpieczeństwem, jakie zawisło nad naszymi wojskowymi. Wszyscy pod tym względem jesteśmy jednomyślni. Jeden do jednego.


Nieuniknioną konsekwencją ukraińskiej awantury będzie dla Rosji
zaostrzenie kursu w polityce wewnętrznej i nasilenie represji wobec opozycji. 

Jak razie wydarzenia rozwijają się w zgodzie z najgorszym scenariuszem. Zbuntowane regiony nie oddzielają się, a stwierdzają nielegitymność Kijowa, to znaczy, że nasz dzielny i wierny przyjaciel Janukowicz będzie teraz zgłaszał pretensje do całej Ukrainy. Kijów, rzecz jasna, nie uznaje kreatur typu Aksjonowa (premier Krymu – „mediawrosji”). Mamy do czynienia nie ze zwykłą dyslokacją naszych sił zbrojnych w obcym kraju – tam toczy się prawdziwa wojna. Ładunek 200 (tak nazywano w czasach wojny w Afganistanie trumny z martwymi żołnierzami – „mediawrosji”), ranni. Zeszłym razem toczyła się tam do 1953 roku.

W porządku, Ukraińcy sami dokonają wyboru, będą bić się, czy ogłoszą kapitulację, z kim i na jakich warunkach się będą gotowi się porozumieć.

Ale czym zapłacimy my?


Nie będę wypowiadał się na temat gospodarki w warunkach realnej recesji, pod tym względem wolę posłuchać specjalistów.

Czy spotka nas izolacja na arenie międzynarodowej? Nie jest to oczywiste. Świat demonstruje swoje oburzenie z powodu naszego wojskowo-sportowego święta „Wiosna” (Aksjonow, jeśli ktoś nie pamięta), ale równocześnie ma do rozwiązania więcej ważnych problemów - Syria, Iran, Korea Północna. I potrzebuje nafty oraz gazu. Pozostają sprawy, na które reżim może nie zwracać uwagi – kwestia wizowa (ale nie dla wszystkich), rezygnacja z różnego rodzaju programów kulturalnych, oświatowych, wymiany naukowej, itd. Wygnają nas pewnie z grupy G-8. Jak się wydaje, nie uda się uniknąć zimnej wojny, ale Zachód nie zdecyduje się na podjęcie bardziej zdecydowanych działań.

Dokręcanie śruby….


Nieuniknione za to okażą się następstwa wewnątrz kraju i zetkniemy się z nimi niezależnie od przebiegu wojny.

Po pierwsze ulegnie zaostrzeniu kurs władz w polityce wewnętrznej. Opozycjoniści - i tak traktuje się ich jak wrogów Ojczyzny, teraz jednak, staną się ofiarą „prawa czasu wojny”. Zaostrzeniu ulegnie cenzura, już w ogóle nie będziemy mieli czym oddychać. Nasze życie zostanie ujęte w duchowe klamry, podporządkowane tradycyjnym wartościom i symfonii wykonywanej przez władze

Po drugie, nieprzyjemności mogą się spodziewać ci wszyscy, którzy utrzymują kontakty z cudzoziemcami. Podsłuch, obowiązkowe sprawozdania po każdym spotkaniu (w niektórych instytutach domagają się tego już teraz) i innego tego rodzaju przyjemności, tak dobrze znane każdemu, kto zdążył popracować przy władzy radzieckiej. Można się spodziewać wprowadzenia wiz wyjazdowych. W organach pracuje u nas wystarczająca liczba funkcjonariuszy (dla wielu stalinowski SMIERSZ to symbol oddania i bohaterstwa), sam zdążyłem to poczuć na sobie. Teraz znajdą pole do działania.

Po trzecie doświadczymy militaryzacji nauki i systemu kształcenia. Prace naukowe związane z obronnością, to prawdę mówiąc jedyny rodzaju nauki zrozumiały dla władzy. I to oznacza, że pozostali mogą się uspokoić i poszukać sobie pożytecznego dla kraju zajęcia. Nieunikniona militaryzacja gospodarki jeszcze bardziej obniży poziom konkurencji.

Po czwarte, emigracja. Rezultaty niedawnego badania mówią o tym, iż 39% młodzieży, i to tej bardziej wykształconej, myśli o emigracji. Z 40% zaraz zrobi się 80%. Co najważniejsze, wielu nie poprzestanie na rozmowach, zabiorą się do dzieła. Będziemy częściej za granicę wywozić dzieci, nie wszyscy maja ochotę na wychowywanie chłopców, tak by w przyszłości gotowi byli do obrony rodaków w którymś z braterskich dla nas krajów.

Po piąte. Wszystko to, o czym pisałem poprzednio sprawi, że staniemy się jeszcze bardzie zacofani. Będziemy mieli pozbawiony wewnętrznej konkurencji system autorytarny z archaiczną ideologią. Doświadczymy spadku wartości kapitału ludzkiego, utracimy zdolność do konkurowania z innymi. Jedną z możliwych konsekwencji będzie dalsze staczanie się w objęcia dyktatury, inną wybuch.
Pierwszego marca 1881 roku bomba Hryniewieckiego zniszczyła nadzieję na Konstytucję i rozwój w pokoju. Potem czekała nas już rewolucja. Kiedy piszę te słowa znów mamy 1go marca.



*Leonid Gozman (1950), polityk i publicysta, od czasów pieriestrojki związany z demokratyczną formacją Jegora Gajdara i Anatolija Czubajsa. Były współprzewodniczący liberalnej partii Sojusz Sił Prawicowych. 






Oryginał tekstu można znaleźć pod adresem: http://www.echo.msk.ru/blog/leonid_gozman/1269692-echo/