Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młode pokolenie Rosji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młode pokolenie Rosji. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 czerwca 2016

Nawalanka jest najważniejsza. O rosyjskich pseudokibicach we Francji


Zachowanie rosyjskich pseudokibiców na EURO 2016 wzbudziło szok. Nie spodziewano się takiej brutalności. Siergiej Smirnow dobrze orientuje się w zagadnieniach rosyjskiej subkultury futbolowej. W swoim artykule tłumaczy, kiedy kibice gotowi są do współpracy z władzą, a kiedy liczy się dla nich własny biznes. Dla piłkarskich chuliganów mniej ważne jest kibicowanie własnej drużynie, priorytetem jest nawalanka z kibicami drużyny przeciwnej. Do Francji rosyjscy pseudokibice pojechali, by siać przerażenie, pobić przeciwnika, zwiększyć poczucie własnej wartości. Kreml już podjął pierwsze kroki, przy przed Mistrzostwami Świata w 2018 roku zaprowadzić porządek, jednak jak ostrzega autor, nie będzie to łatwe, środowisko i subkultura pseudokibiców rządzą się własnymi prawami.



Autor: Siergiej Smirnow



 

Dla specjalistów orientujących się w problematyce rosyjskiej subkultury kibicowskiej zachowanie rosyjskich pseudokibiców we Francji na EURO 2016 nie było niespodzianką. 



"Nie byliśmy w Europie już od trzech lat. Za dwa tygodnie, w Niemczech będzie na nas czekać pół Europy…. Na początek, poznaj trochę cyfr: w Niemczech zarezerwowano miejsca dla czterech tysięcy Holendrów. To nie są wielbiciele tulipanów, oni przyjadą odpowiednio przygotowani"- to cytat z filmu " Firma" z 1988 roku. Zapewne nie nakręcono lepszego filmu na temat subkultury skupionych wokół piłki nożnej kibiców. Szef Klubu Sympatyków "West Ham", jego rolę gra Garry Oldman, składa kolegom z innych angielskich klubów propozycję połączenia sił podczas wyprawy na mistrzostwa Europy w 1988 roku.


Subkultura


W tamtych czasach, po tragedii z 1985 roku na stadionie Heysel w Brukseli (finał Pucharu Europy, dziś to liga mistrzów) Anglia pozbawiona była prawa do udziału w europejskich rozgrywkach pucharowych. W Brukseli chuligani Liverpoolu przeleźli przez ogrodzenie oddzielające ich od sektora zajmowanego przez kibiców Juventusu. Pod naporem usiłujących uciekać przed  Anglikami Włochów, zawaliła się ściana stadionu. Śmierć poniosło 39 ofiar. W okresie poprzedzającym tragedię 1985 roku brytyjscy pseudokibice zdążyli już zirytować nie tylko rząd angielski, lecz także mieszkańców wielu krajów europejskich. Praktycznie każdy wyjazd angielskiego klubu kończył się awanturami i bijatyką z miejscowymi i lokalną policją. Wtedy właśnie narodziła się specyficzna subkultura kibiców futbolu, powstały kluby-firmy, zaczęto zwracać uwagę na sposób ubierania się, obuwie, pojawił się właściwy dla tego środowiska żargon. Priorytetem dla pseudokibiców stało się nie wsparcie własnego klubu podczas meczu, a walka wręcz z pseudokibicami innych klubów.

O tym opowiada grany przez Garry Oldmana bohater filmu, chuligani pojadą do Niemiec, by uczestniczyć w bójkach z pseudokibicami z innych krajów. Stopniowo subkultury pseudokibiców zaczęły żyć zgodnie z zespołem niepisanych zasad. Ważne, by nie walczyć z normalnymi kibicami, oponentów należy szukać w gronie takich samych pseudokibiców drugiej strony. W tym środowisku pojawiła się konkurencja, tak wewnątrz poszczególnych krajów, jak i na poziomie międzynarodowym. Istnieje wrogość między fanatycznymi zwolennikami konkurujących ze sobą klubów. W przypadku rywalizacji międzynarodowej dodatkowym motywem konfliktu stają się sprzeczności zakorzenione w historii.


Powalczyć z oponentami


Jeśli chce się zrozumieć, co dzieje się obecnie na EURO 2016 we Francji, należy uświadomić sobie, iż pseudokibice pojechali na mistrzostwa, nie tylko po to by wesprzeć swoje reprezentacja narodowe, lecz także po to, by powalczyć ze swymi oponentami. Nie ma wątpliwości, iż wśród kibiców reprezentacji Rosji znajdują się zwykli chuligani, ich subkultura w naszym kraju szybko się rozwija. Siłę rosyjskiego marginesu futbolowego można porównać z siłą tych środowisk w Anglii i w Polsce, to one uważane są za najsilniejsze w Europie. Kilkuset pseudokibiców pojechało z Rosji do Europy, po to by uczestniczyć w awanturach, zademonstrować swoją siłę, przestraszyć innych, poniżyć tak "cenionych" Brytyjczyków.

Zwolennicy konspirologii,  w tym wersji, iż futbolowych chuliganów zbierano po całym kraju, i że wyprawiono ich na mistrzostwa Europy we Francji samolotem Putina, nie wiele wiedzą o rosyjskiej subkulturze piłkarskiej.  Na korzyść wspomnianej powyżej wersji świadczą znane fakty współpracy środowiska kibiców z przedstawicielami władzy. Czy współpraca taka miała miejsce? Tak, nie ma co do tego wątpliwości. Myślę tu przede wszystkim o napadach na aktywistów opozycyjnych na początku lat dwutysięcznych. To pseudokibice w białych koszulkach okręconych wokół głowy pobili obrońców lasu w Chimkach. Jeden z bohaterów reportaży napisanych w tamtych czasach, Wasia Killer domaga się obecnie od gazety Daily Mirror, by wycofała się ze swych zarzutów pod jego adresem, iż to on był odpowiedzialny za organizację bójek w Marsylii.


Biznes, tylko biznes


Trzeba tylko rozumieć, iż wówczas, w sprawie lasu w podmoskiewskich Chimkach,  kibice wkroczyli do akcji nie z pobudek ideowych, a za sowite wynagrodzenie. Piłkarscy chuliganie starali się wtedy unikać konfliktów z władzami; i tak z powodu organizowanych przez siebie drak znajdowali się w grupie podwyższonego ryzyka. Jednak nie da się powiedzieć, iż między władzami, a chuliganami powstał sojusz o charakterze strategicznym. Zdarzało się wręcz, iż chuliganów zbyt ściśle związanych z władzą wyrzucano z własnej grupy. Kibice CSKA na derbach ze Spartakiem wywiesili demaskatorski transparent: oskarżał on jedną z "czerwono-białych" grup o współpracę z "reżimem". Zarzut dotyczył ochrony straganów na rynku Biriulowskim, wówczas gdy po zabójstwie tutejszego mieszkańca Jegora Szczerbakowa przez pochodzącego z Azerbajdżanu Orchana Zejnałowa, doszło do zamieszek.

Grupy dobrze zorganizowanych młodych ludzi, dysponujących sporym doświadczeniem zebranym podczas ulicznych bijatyk i drak, zawsze mogą liczyć na zapotrzebowanie. W środowisku około futbolowym wielu próbuje w ten sposób zarabiać na życie. Jeszcze jeden przykład, głośny incydent na Cmentarzu Chowańskim, tutaj także nie obyło się bez udziału ludzi ze środowiska piłkarskiego. Przedstawiciele piłkarskich grup wsparli Dagestańczyków i Czeczeńców w walce z imigrantami z Azji Środkowej. Choć większość chuliganów łączą przekonania radykalnie nacjonalistyczne, taka współpraca na przykład z ludźmi z Kaukazu nie budzi ich oporu, to zwyczajny biznes. Futbolowi chuligani uczestniczyli także w głośnej strzelaninie na ulicy Roczdielskiej, zaledwie w odległości 300 metrów od Białego Domu (siedziba rosyjskiego rządu - "mediawRosji"). Wzięli w niej po stronie świata  przestępczego, popierając mafijnego szefa Szakro Młodszego. W tym wypadku także nie było mowy o żadnych osobistych sympatiach, liczył się wyłącznie biznes. Podobną drogę, wiodącą do świata przestępczego, przeszli wcześniej pseudokibice brytyjscy i europejscy.


Sygnał 


Swego rodzaju demonstrowano przez chuliganów futbolowych lojalność w stosunku do władzy wcale nie musi im pomóc  w okresie poprzedzającym zaplanowane w Rosji na 2018 rok mistrzostwa świata. Do parlamentu złożony został projekt ustawy umożliwiającej stworzenie czarnej listy kibiców. Można będzie na nią trafić za udział w bijatykach. Za karę będą objęci stadionowym zakazem wstępu. Wzorowano się tutaj na podobnej ustawie przyjętej w Anglii, gdzie walkę z pseudokibicami rozpoczęła jeszcze Margaret Thatcher. Pamiętając o tym, jakie metody stosują rosyjskie organy ochrony porządku i bezpieczeństwa, można założyć, iż w pójdą one dalej niż w Anglicy, by poddać kontroli środowiska kibiców. Już teraz prowadzone jest śledztwo w odniesieniu do chuliganów z najsilniejszych grup kibicujących klubom CSKA i Spartak. Śledczy zainteresowali się ich bijatyką z zimy tego roku. W tej sprawie w charakterze ofiar występują mieszkańcy domu, w pobliżu którego doszło do walk. Jest to we współczesnej Rosji sprawa bezprecedensowa, mamy być może do czynienia  z pierwszym sygnałem wysłanym przez władze pod adresem środowiska kibicowskiego: przed mistrzostwami świata 2018 roku uspokójcie się, takiego zachowania tolerować nie będziemy, inaczej spadną na was represje.

Rosyjscy chuligani na meczu w Marsylii demonstrowali swoje emocje patriotyczne, trzeba jednak podkreślić, iż na różnych imprezach międzynarodowych w podobny sposób zachowuje się większość pseudokibiców. Co ciekawe, na meczu z Anglią nikt nie wywieszał flag DRL i ŁRL. Wydarzenia na Ukrainie w znacznym stopniu podzieliły środowiska kibiców. Część chuliganów poparła przyłączenie Krymu i wydarzenia w Donbasie, niektórzy nawet wyjechali tam w charakterze ochotników. Z drugiej strony, w licznych grupach kibiców nie brakuje ludzi współczujących Ukrainie i podtrzymujących kontakty z chuliganami ukraińskimi, zaangażowanymi w wydarzenia na Majdanie. Ukraińskich i rosyjskich pseudokibiców łączą często radykalnie prawicowe poglądy.  Podczas EURO 2016 wszystkie te sprawy znalazły się na drugim planie, na francuskich mistrzostwach Rosjanie przede wszystkim (tak wyobrażają to sobie nasi pseudokibice) winni być silniejsi od przeciwników, budzić ich lęk, zwyciężyć. W tym środowisku reakcję prasy brytyjskiej odnotowano z największym zadowoleniem.


Najważniejsza jest "nawalanka"


Jeśli komuś się zdaje, iż tego rodzaju subkulturą Kreml może zarządzać, lub manipulować, to myli się zasadniczo. Zgodnie z podobną logiką, można by w działaniach ukraińskich kibiców futbolowych w czasie Majdanu dojrzeć intrygę Departamentu Stanu. Albo utrzymywać, iż ruchy nieformalne z czasów ZSRR, takie jak "punki", hipisi" i bajkerzy cieszyły się poparciem CIA. A może punków i SEX Pistol wymyślono w KGB? Takich konspirologicznych teorii i interpretacji można wymyśleć dowolną ilość.

W filmie, o którym pisałem na początku, jego bohater, grany przez Garri Oldmana zostaje zabity. Po jego śmierci chuliganie czołowych klubów jednoczą się, by pojechać razem do Niemiec do Mistrzostwa Europy. W scenie finałowej chuliganie wypowiadają się przed kamerą, wyjaśniając motywy swego postępowania:

- Jedziemy do Europy, żeby dać nauczkę Europejczykom, jasne? Proszę posłuchać, może powiem coś nie tak, ale to jest po prostu "nawalanka". Po to jedziemy do Europy. Będziemy to robić w każdym kraju, niech spróbują nas zatrzymać. Jeszcze coś dodam. Jeśli  piłka nożna zostanie zabroniona, będziemy jeździć na turnieje bokserskie, bilardowe, nawet na darty.

Autor filmu z 1988 roku bardzo dobrze zrozumiał subkulturę piłkarskich pseudokibiców.



Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciołowski

Oryginał ukazał się na portalu slon.ru: https://slon.ru/posts/69480





*Siergiej Smirnow, rosyjski dziennikarz średniego pokolenia, w latach 2013-2014 zastępca redaktora naczelnego portalu "Russkaja Planieta", obecnie redaktor naczelny portalu "Mediazona" (założonego przez "Pussy Riot")










Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com



Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego. 




wtorek, 24 listopada 2015

Młodzież: "nigdzie na świecie nie jest lepiej"



Nie myślą o tym, jak zmienić 
coś na lepsze. Polityka jest brudna, nie zasługuje na zainteresowanie. Nie czytają wiadomości. Iwan Martynienko, jeden z najmłodszych dziennikarzy w moskiewskim biurze Radio Swoboda z goryczą opowiada o swoich rówieśnikach. Jego koledzy na wydziale dziennikarstwa nie rzadko nie mają pojęcia, dlaczego wybrali ten kierunek studiów. Jeden z jego najbliższych przyjaciół, po ukończeniu prawa, został asystentem prokuratora rejonowego. Już na początku swej kariery dobrze orientuje się, ile można zarobić na umorzeniu śledztwa w sprawie kryminalnej. "Nigdzie indziej na świecie nie jest lepiej", tak wielu kolegów Iwana Martynienko usprawiedliwia aktualną politykę Kremla.



Autor: Iwan Martynienko 






Nawet na wydziale dziennikarstwa uniwersytetu w Moskwie nie brak studentów, którzy nie mają pojęcia, dlaczego wybrali ten właśnie kierunek studiów. 





Ukończyłem szkołę w 2012 roku. Uczyłem się w zwykłym gimnazjum w Stawropolu, choć moja szkoła starała się też wyróżniać, dawać przykład innym, prowadząc we wszystkich klasach poranne ćwiczenia gimnastyczne i organizując "wojskowe" konkursy pieśni i musztry. Uczestniczyłem w tym całkiem niedawno, więc doskonale pamiętam jak wszyscy uczniowie, "obowiązkowo-dobrowolnie" wychodzili na Plac Lenina, by uczestniczyć we wszelkiego rodzaju uroczystościach organizowanych z okazji świąt państwowych, 1go maja, czy 4 listopada. To była umowna cena, jaka płaciliśmy za czas wolny, bez lekcji - 20 minut spędzonych pod sztandarami naszego regionu, albo partii "Jedna Rosja".


Na pokaz


Podczas podobnych imprez wszyscy chcieliśmy tego samego, by jak najprędzej dać z nich nogę. Nikt z nas nie rozumiał po co są organizowane, choć z drugiej strony, ani ja ani moi koledzy, nie czuliśmy się oszukani. Nie porównywaliśmy się z pionierami, nie wydawało nam się, iż tak jak dawniej bierzemy udział w akademii organizowanej wyłącznie "na pokaz". Jak to robiono w przeszłości, przeczytać można w podręcznikach do historii. Gdyby jednak nawet, któryś z moich rówieśników pokusił się o takie porównanie, zwrócił uwagę na podobieństwo dawnych i obecnych demonstracji organizowanych na pokaz, nie byłoby to wcale przejawem jakiegoś "nonkonformizmu". W naszych podręcznikach szkolnych ZSRR jest przedstawiany jako zjawisko całkowicie pozytywne. Rozdział poświęcony najnowszej historii liczy maksimum kilka stron, w zdumiewająco nudnej formie przedstawia reformy przeprowadzone przez Wladimira Putina.

I dziś większość moich rówieśników nie uważa, iż jest oszukiwana. Przez trzy lata uczyłem się na wydziale dziennikarstwa, rozmawiałem z masą kolegów na różne tematy, także związane z polityką. Mniej więcej jedna piąta znajomych popiera w ciemno wszelkie decyzje i działania obecnych władz. Wśród tej dwudziestoprocentowej grupy, większość stanowią dziewczyny. O polityce z nimi lepiej nie rozmawiać, nawet próba podobnej rozmowy może się okazać równie niebezpieczna, co i pomysł by bandziora w ciemnym zaułku poprosić o przypalenie papierosa. Faceci, zwolennicy Putina najczęściej używają argumentu "iż gdzie indziej na świecie nie jest wcale lepiej", albo "ty byś na ich miejscu robił to samo".

Moja grupa na studiach liczy 40 osób, opinie sformułowaną samodzielnie posiada może 5-7 osób. Tak zwolennikom, jak i przeciwnikom Putina wystarczy, iż w ogóle mają na ten temat jakieś zdanie, tak się przejawia ich postawa obywatelska. Wszystkim wystarczy audytorium uniwersyteckie, nikt nie ma zamiaru dzielić się myślami z kimś na zewnątrz.


"Po co nam ten Zachód z gejami"


Stanowisko wielu moich rówieśników zależy od tego, kto będzie ich rozmówcą. Bywa, iż ktoś z wykładowców opowie czym różni się polityka w Rosji od tej uprawianej na zachodzie, porówna nasze i zachodnie media oraz społeczeństwo. Takie porównania zwykle nie wypadają korzystnie dla Kremla. W obecności profesora studenci będą z aprobatą kiwać głową. Ich reakcja będzie jednak identyczna, gdy podczas wykładu ktoś ze zwolenników prezydenta nagle krzyknie: "no i po co nam ten zachód z jego demokracją i gejami". Wielu zwyczajnie nie ma pojęcia, jakie jest ich stanowisko. 

Nie potrafią też odpowiedzieć na pytanie, dlaczego poszli na dziennikarstwo. Jeśli zajdzie taka potrzeba, będą dowodzić, iż polityka ich nie dotyczy, i że w ogóle ten temat nie nadaje się do dyskusji. Większość z nich to fajni, porządni ludzie, mogą pisać wiersze, grać na oboju, dorabiać sprzedawaniem tortów własnej produkcji. Nie chcę powiedzieć, iż wśród entuzjastów obecnych władz spotkamy jedynie wariatów. Wielu z nich jest całkiem OK. Ich poglądy biorą się z osobistego doświadczenia, gdzieś natrafili na inspirujący przykład. Latem zeszłego roku byli na Krymie, albo ich ojciec zajmuje ważne stanowisko w instytucji państwowej.


Mój przyjaciel, asystent prokuratora


Opowiem o jednym ze swych przyjaciół. Jego ojciec zajmuje wysokie stanowisko w stawropolskiej prokuraturze. W 2015 roku mój przyjaciel ukończył studia w Saratowie, w miejscowej Państwowej Akademii Prawa. Już dziś pracuje jako asystent prokuratora w jednym z rejonów naszego regionu. Spotykając się przez ostatnich kilka lat w kręgu znajomych, świadomie unikaliśmy takich tematów jak np. przyłączenie Krymu, czy stosunki między Rosją oraz USA. Mój przyjaciel świetnie się orientuje, że znalazłem pracę w Radiu Swoboda, ja z kolei dobrze wiem, ile on zażąda za umorzenie czyjejś sprawy kryminalnej. W rozmowach unikamy tematów politycznych, nie dlatego iż moglibyśmy nagle zorientować się, iż znajdujemy się ideologicznie po różnych stronach barykady. Przecież i tak to wiemy, a kolejne spotkanie i tak zakończymy uściskiem dłoni. Chodzi o to, iż mój przyjaciel stara się świadomie odgradzać od wszelkich informacji sprzecznych z oficjalnym stanowiskiem. Jemu się wydaje, iż podobne informacje mogą zaszkodzić jego karierze, rodzinie, przyszłości. Przyjaźnimy się, więc nie będę go osądzał.


Nawet nie będą próbować


Mam więcej znajomych nie związanych z dziennikarstwem, ani z instytucjami państwowymi. Widzę wyraźnie, jak przebywają w swoistej "próżni informacyjnej". Praktycznie nikt z nich nie wie, co to takiego ustawa o agentach obcego państwa, albo tak zwana ustawa o sadystach (ułatwia stosowanie siły fizycznej przez policję, czy straż więzienną - "mediawRosji"). Za to każdy z nich potrafi wytłumaczyć, dlaczego Rosja wspiera "ochotników" na wschodzie Ukrainy, lub jakie cele w Państwie Islamskim zostały zniszczone w Syrii przez rosyjskie samoloty. A jeszcze więcej wśród młodzieży w wieku 18-25 lat jest ludzi, którzy wiadomości nie czytają w ogóle. W moim otoczeniu będą to przede wszystkim znajomi związani z kulturą, malarze, reżyserzy, aktorzy, muzycy. Im się wydaje, iż polityka w Rosji jest tak brudna, iż jakakolwiek rozmowa na ten temat  musi wzbudzać obrzydzenie. Bieda polega na tym, iż to samo myślą o polityce w każdym innym państwie. Po co więc mieliby marnować swój talent, próbując zrozumieć, co dzieje się dziś w Rosji? Nie widzą w tym żadnego sensu. Nawet nie będą próbować, by coś zmienić na lepsze.



Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciolowski

Artykuł ukazał się na portalu svoboda.org: http://www.svoboda.org/content/article/27355679.html






Iwan Martynienko, dziennikarz moskiewskiej redakcji Radio Swoboda. 









Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com




Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego. 








sobota, 23 maja 2015

„Git-ludzie”, szara masa i „cwele”



Pamięć i wiedza o życiu w obozach, więzieniach, zamkniętych domach dziecka ważna była dla szeregu pokoleń Rosjan. Temat ten poruszały dzieła literackie i piosenki bardów. Badaniami zajmowali się psychologie i socjologowie. Niewielu z nich mogło pochwalić się dorobkiem równie bogatym, co profesor Michaił Kondratiew. Badał struktury hierarchiczne w stosunkach międzyludzkich, typowe dla placówek penitencjarnych i wychowawczych typu zamkniętego. Na kilka tygodni przed śmiercią, w rozmowie z Michaiłem Czerkalinem podzielił się wspomnieniami z własnego pobytu za kratami i sformułował kilka ważnych spostrzeżeń odnoszących się do relacji między światem więziennym, a społeczeństwem na wolności.






Dlaczego wychowankom domów dziecka łatwiej dostosować się do „koszarowej” rzeczywistości? Jak kształtują się i na czym bazują w środowiskach hermetycznych stosunki między władzą i osobami jej podległymi? Dlaczego z punktu widzenia organów administracyjnych nieoficjalne „kasty”, funkcjonujące w koloniach karnych, są zjawiskiem pożądanym? Trzy tygodnie przed samobójstwem jeden z pionierów rosyjskiej psychologii penitencjarnej, profesor Michaił Kondratiew, opowiedział Artiomowi Czerkalinowi o swoich doświadczeniach z okresu pobytu w więzieniu.



Refleksje Michaiła Kondratiewa zapisał Michaił Czerkalin





W Możajsku, w obozie dla niepełnoletnich, odsiaduje wyrok ok. 200 skazanych za ciężkie przestępstwa.
Foto:Jegor Gabwrilenko (http://gavrilenko.livejournal.com/14785.html)




Wybór zawodu psychologa więziennego w pewnym sensie narzuciło mi samo życie. Do całego szeregu innych profesji miałem po prostu zamkniętą drogę. W wieku 17 lat trafiłem do więzienia, a stamtąd do kolonii dla młodocianych przestępców. Brałem udział w pospolitej ulicznej bójce, ale tak się złożyło, że w 1973 r. Rada Najwyższa ZSRR wydała postanowienie „O zwalczaniu czynów chuligańskich”. Gdyby nie to, pewnie dostałbym zwykłą grzywnę albo wyrok w zawieszeniu. Na mocy nowego postanowienia skierowano mnie jednak do aresztu śledczego „Matrosskaja Tiszina”.

W areszcie na Butyrkach nie było osobnego oddziału dla nieletnich przestępców, zresztą nie ma go tam i dziś. No a potem, już po rozprawie sądowej, istniała tylko jedna możliwość – skierowanie do „kolonii wychowawczej z przymusem pracy” dla nieletnich i młodocianych przestępców w wieku od 14 do 18 lat.

Obecnie tego typu kolonie noszą nazwę po prostu „wychowawczych”. Praca przymusowa została usunięta z ich programu. I to, moim zdaniem, bardzo negatywnie wpłynęło na osadzonych. Być może wysiłek fizyczny miał niewielki wpływ na sam proces resocjalizacji, ale przynajmniej pozwalał więźniom na wypełnianie czasu choćby jakimkolwiek zajęciem. Obecnie czas wolny służy im głównie do nawiązywania i zacieśniania podejrzanych znajomości, budowania więziennej hierarchii i umacniania wzajemnych zależności w specyficznym systemie stosunków międzyludzkich.

Nierównoprawność stosunków można zaobserwować we wszystkich istniejących społecznościach – zarówno w klasie szkolnej, jak i w drużynie sportowej, w jednostce wojskowej czy w kolektywie pracowniczym. Nierówności te kształtują się w oparciu o stosunki nieformalne, te jak wiadomo, zawiązują się zazwyczaj w sposób spontaniczny i żywiołowy.



Kasty



Inna sprawa, że w takiej wyizolowanej społeczności jak kolonia karna, różnice w statusie społecznym mają charakter jakościowy. Tym właśnie różni się struktura kolonii od innych struktur hierarchicznych istniejących w normalnych grupach społecznych. Zasadniczo grupy funkcjonujące w półświatku przestępczym opierają się na regule kastowości. W kolonii karnej są to struktury czteropiętrowe, czy też czterowarstwowe. Dwie pierwsze kasty tworzą nieoficjalni liderzy oraz ich zausznicy; trzecia kasta składa się z „przeciętniaków”, natomiast na samym dole tej swoistej drabiny społecznej znajduje się grupą powszechnie pogardzanych wyrzutków.

Istnienie takiego zróżnicowania pozycji w grupie potwierdza również fakt, iż podopieczni placówki penitencjarnej używają specyficznej terminologii slangowej. W gwarze więziennej nieoficjalni liderzy to borzyje [polski odpowiednik to „git-ludzie”; dosł. borzyj to „bezczelny, niepokorny, agresywny” - mediawRosji]. Ich zausznicy nazywani są priborziewszymi. Kasta pośrednia to czuszki. Natomiast opuszcziennyje to margines, „wyrzutki społeczne” [polski odpowiednik to „cwele”]. O ile trzy pierwsze kasty należą do „przyzwoitego towarzystwa”, to środowisko opuszcziennych składa się z ofiar różnych wynaturzeń i czynów karalnych. Najczęściej „scweleniu” poddaje się ich za „kablowanie”. Sama kara najczęściej przybiera postać poniżania z zastosowaniem przemocy o charakterze seksualnym. Co istotne, każdą z tych kast cechuje stosunkowo stała liczebność. Borzyje to grupa od trzech do ośmiu osób na 100 więźniów. Około 15 osób to priborziewszyje. Kasta pośrednia składa się z 70-75 ludzi i stanowi rdzeń społeczności więziennej (w przypadku kolonii dla dorosłych uznawani są za tzw. „prawdziwych facetów”, przestrzegających przestępczego „kodeksu”, ale jednocześnie podporządkowujących się rozkazom więziennej administracji). Pozostałe 15-20 osób to opuszcziennyje.



Amnestia w Możajsku



Co ciekawe, taka struktura wewnętrznych podziałów, występująca w zamkniętych placówkach, jest zadziwiająco żywotna. Być może wynika to z faktu, że czynniki zewnętrzne kształtują ją wciąż od nowa, nawet jeśli funkcjonowanie grupy z jakichś względów zostało na pewien czas zaburzone. Na przykład w 1974 r. z okazji 50-lecia ZSRR ogłoszono amnestię, która objęła dość szeroki krąg osadzonych. Możajska Kolonia Karna, do której trafiłem, była wzorową kolonią typu ogólnego: osadzeni, którzy w niej przebywali, w większości byli nowicjuszami, odsiadywali pierwsze wyroki. Dlatego praktycznie wszyscy załapali się na amnestię. Kiedy zbliżał się koniec amnestii okazało się, że możajska kolonia dosłownie opustoszała, zostało w niej zaledwie dwóch ludzi, niespełniających kryterium wiekowego lub odsiadujących wyrok z „niewłaściwego” paragrafu. Gdy przyjechałem tam po latach, już jako naukowiec i psycholog, zaobserwowałem, że raz ustalona hierarchia nie uległa jakimkolwiek, choćby najmniejszym zmianom. Wynikało to z faktu, iż jej źródłem był określony zespół prawideł i zasad, które wychowawcy zawsze odgórnie narzucają podopiecznym. Dzieje się tak dlatego, że system kastowy umożliwia administracji więziennej sprawną kontrolę nad skazanymi. Rzecz jasna, nie ma to nic wspólnego z „przemianą osobowości” czy resocjalizacją.



Ta sama logika



W zasadzie rządzi tu ta sama logika, co i w innych placówkach typu zamkniętego, poczynając od domów dziecka, kończąc na strukturach wojskowych. W wojsku na przykład sierżant, żądając by wysprzątano toaletę, mówi do „dziadka”: „Żeby mi tu wszystko błyszczało!”. Natychmiast po tych słowach powinien wyjść, bo oczywiście, jako wyższy rangą, sam sprzątać nie będzie. Sierżanta nie obchodzi, kto konkretnie się tym zajmie, toaleta ma być wypucowana i już. Dokładnie tak samo wygląda współpraca administracji więziennej i borzych, tj. nieformalnych liderów. Rozkaz zostaje wydany komuś z „git-ludzi”, a kto i jak go potem wykona – nie jest istotne.

Podam inny przykład: oprócz Możajskiej Kolonii Karnej w obwodzie moskiewskim istniała (i nadal zresztą istnieje) Kolonia Ikszańska. Później, jako psycholog prowadziłem badania w obu tych koloniach. W Możajsku zauważyłem, że procent nieoficjalnych liderów w stosunku do stanu osobowego całego bloku był dwu- a nawet trzykrotnie wyższy, niż w Ikszy. W tej drugiej placówce na blok przypadało maksymalnie trzech liderów, nie więcej. Długo nie mogłem zrozumieć, z czego to wynika. W końcu jednak znalazłem przyczynę: w Możajsku zajmowano się głównie seryjną produkcją łyżek na specjalnych prasach, natomiast w kolonii ikszanskiej działał cech odlewniczy. Okazało się, że według niepisanego przestępczego kodeksu borzyje w ogóle nie mogą pracować. W przypadku produkcji łyżek można zwolnić od pracy 10 ludzi na 100, a i tak uporają się z realizacją planu. Natomiast w odlewni zwolnienie 10 ludzi jest już niemożliwe. Trzech na stu to maksimum. Zatem automatycznie liczba nieformalnych liderów była tam trzykrotnie niższa.

Co istotne, człowiek prowadzący badania nad systemem wzajemnych stosunków panujących w kolonii, bez trudu może określić status więźnia na podstawie samych tylko zewnętrznych atrybutów. Gdyby postawiono przede mną 100 ludzi, to z marszu będę mógł określić pozycję każdego z nich. Żadne dodatkowe badania mi nie potrzebne. Wystarczy, że spojrzę na ich ubrania.



W obozie dla małoletnich skazanych obowiązuje nieformalna hierarchia regulująca położenie 
każdego z nich także w oczach administracji. Foto:Jegor Gawrilenko,
(http://gavrilenko.livejournal.com/14785.html)




Spodnie "dzwony" i kurtki skórzane



W czasach, kiedy ja odsiadywałem wyrok, w modzie były spodnie „dzwony”. A z przydziału więźniowie dostawali coś zupełnie przeciwnego – górna część nogawek była szeroka i zwężała się ku dołowi. Skazani znaleźli na to radę. Obcinali nogawki, odwracali je do góry nogami i przyszywali na nowo. W ten sposób powstawały „dzwony”. Obuwie robocze (w więziennym żargonie nazywano je kocy) ozdabiano blaszkami zwędzonymi z warsztatu, buty teraz błyszczały. Najbardziej szykownym elementem stroju była czapka-uszanka, jednak musiała różnić się od tych z przydziału. Dla kasty pośredniej, czyli czuszek, typowa była kurtka zakładana przez głowę i zapinana na trzy guziki, tzw. diatłowka. Natomiast skórzane kurtki, rozpinane z góry do dołu (tzw. szkury) nosili wyłącznie przedstawiciele „elity”, tj. borzyje i priborziewszyje. Na całą Kolonię Możajską przypadało tylko sześć granatowych szkur, wszystkie inne kurtki były czarne.

W dwa miesiące po przeniesieniu z więzienia do kolonii, odwiedzili mnie rodzice. To było już moje drugie spotkanie z nimi. Podczas pierwszego widzenia moja twarz miała sinozielony odcień i wyglądała jak nieświeży kurczak na bazarze. Mamie nakłamałem, że jestem chory, a tak naprawdę współwięźniowie spuścili mi wcześniej solidne lanie. To był obowiązkowy etap w procesie wspinania się na wyższe szczeble więziennej hierarchii. O swoje miejsce w grupie walczyłem dość długo, ale warto było. W spadku po moim poprzedniku dostała mi się taka właśnie granatowa kurtka. Pęczniejąc z dumy, na drugie widzenie z rodzicami poszedłem właśnie w niej i w spodniach „dzwonach”. Dzięki temu klawisze przepuścili mnie bez rewizji, a z rodzicami mogłem spędzić całą przepisową godzinę. Innych przeszukiwano, niektórym nawet przerywano spotkanie z krewnymi już po 10 minutach. W pewnej chwili mama spytała szeptem: „Misza, tobie się chyba tutaj żyje zupełnie nieźle, co? Wszyscy mają czarne kurtki, tylko ty jeden masz granatową”. A ojciec na to: „Ten drań to się wszędzie potrafi urządzić”. Po czym wstał i wyszedł trzaskając drzwiami. Od razu się domyślił, że moja kurtka to coś wyjątkowego, że to dowód wysokiej pozycji wśród więźniów.

Paliłem wtedy „Primy”, chociaż w kolonii większym prestiżem cieszyły się „Biełomory”. No więc paliłem te „Primy” ukradkiem, a paczkę chowałem w kieszeni. Za to z kieszonki na piersiach demonstracyjnie wysuwałem rożek pudełka po „Biełomorach”. Oprócz tego o mojej pozycji świadczyły długopisy - miałem najtańsze, po 35 kopiejek za sztukę, ale za to aż w ośmiu kolorach. Ten, kto umiał dostrzec i zinterpretować takie atrybuty, mógł od razu, na pierwszy rzut oka, określić moją wysoką pozycję w więziennej hierarchii.






W naszej brygadzie mieliśmy też przewodniczącego rady ds. skazanych. Facet demonstracyjnie, na oczach strażników, nosił brązową czapkę zamiast przepisowej czarnej. Wewnątrz niej, by ją usztywnić i maksymalnie upodobnić do papachy wszywało się kawałki kartonu. Ten gość na apelach zawsze stał w pierwszym szeregu. Kiedy wychodził na wolność, oddał czapkę jakiemuś ziomkowi. Okazało się jednak, że nowy właściciel był jedynie priborziewszym, a nie borzym. Dlatego już pierwszego dnia, kiedy na apelu „samozwaniec” stanął gdzieś na przedzie, zastępca komendanta brygady zdjął mu tę czapkę z głowy, pociął ją brzytwą i wyrzucił. Pozycja tego „ziomka” w grupie była za niska w stosunku do przywłaszczonego atrybutu.



Kryminaliści na fotografiach



Kiedyś byłem również świadkiem i takiej historii: na przełomie lat 80-tych i 90-tych władze zorganizowały operację „Troska”. Całą akcję wymyślił jakiś generał z MSW. Idea była taka, że kto odsiedział wyrok, miał potem odwiedzić swoją dawną kolonię i opowiedzieć, że po wyjściu z więzienia jest możliwe ułożenie sobie życia na nowo. Oczywiście wcześniej dokonywano selekcji prelegentów i wybierano takich, którym udało się coś osiągnąć, awansować w hierarchii społecznej.


Dzień w obozie zaczyna się o 6,30, kończy o 22.00. Małoletni skazani pracują po 6 godzin dziennie. Foto:Jegor Gawrilenko (http://gavrilenko.livejournal.com/14785.html)



Byłem jednym z takich wybrańców, wysłano mnie do kolonii w Możajsku. Razem ze mną przyjechał pewien chłopak, siedział wcześniej, zanim zamknęli i mnie. W kolonii nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy. Pracował w mieście Kemerowo jako brygadzista, w jednej z tamtejszych kopalni, odznaczony go nawet orderem Lenina. Kiedy w asyście jakichś generałów i dostojników przeszliśmy przez wartownię, naszym oczom ukazała się alejka, wzdłuż niej rozstawiono fotografie o wymiarach metr na metr. Spojrzałem na swoje zdjęcie i przypomniałem sobie, w jakich zrobiono je okolicznościach. Było mi potrzebne do zaświadczenia o odbyciu kary. Na całą brygadę przypadała wtedy jedna marynarka, jeden krawat i jedna koszula. Fotograf wieszał na ścianie prześcieradło, przed nim stawiał krzesło fotografował na takim tle. Wydawał przy tym polecenia: „Pochyl głowę w dół i patrz na swoje buty. A teraz, bez podnoszenia głowy, popatrz w obiektyw tak, bym widział sklepienie twojej czaszki”. Wszystko to robiono po to, żeby wklejone do zaświadczenia zdjęcie razie potrzeby ułatwiało milicji zidentyfikowanie delikwenta. W rezultacie na fotografiach widniały fizjonomie najprawdziwszych kryminalistów, złowrogo łypiących spode łba. No i w tej właśnie alejce honorowej, tuż koło wartowni, umieszczono taki właśnie mój portret. Tyle tylko, że mocno powiększony. A tuż nad nim widniał napis: „Doktor nauk psychologicznych, członek-korespondent”.

Ogólnie rzecz biorąc z tych, którzy po odbyciu kary wrócili do normalnego życia, tylko nielicznym udało się odbić się od dna i coś osiągnąć. W tym miejscu należy podkreślić pewien istotny czynnik: ci, którym w kolonii karnej żyło się całkiem nieźle, zwykle prędzej czy później do niej wracali. Natomiast pośród „scwelonych” nie znam nikogo, kto by tam wrócił. Poczta pantoflowa działa niezawodnie i jeśli już raz cię poniżyli, to już nigdy nie będziesz miał możliwości awansować w więziennej hierarchii.



Specyficzne normy i zasady



Osobny i powszechny problem stanowią domy dziecka. Tu znowu powracamy do zagadnienia społeczności hermetycznych. Nie wiadomo czemu panuje powszechne przekonanie, że wychowankom takich placówek życie powinno się ułożyć szczęśliwie. Tylko że jeśli człowiek nauczył się walczyć o swoje, jeśli potrafił się jakoś urządzić w sierocińcu, to potem w normalnym środowisku, w normalnym społeczeństwie zawsze będzie mu wyjątkowo ciężko. W wyizolowanych grupach panują specyficzne normy i zasady. Jeśli potrafisz funkcjonować w tym świecie, to zawsze najłatwiej ci będzie odnaleźć się w innej tego rodzaju zamkniętej grupie. Właśnie dlatego byli wychowankowie domów dziecka doskonale adaptują się do warunków panujących w koloniach karnych czy w armii, z jej „falą” i „gnębieniem kotów”.



Jak się robi herbatę?



W ramach wspomnianej już operacji „Troska” jeździliśmy również po domach dziecka. Jedno ze spotkań wstrząsnęło mną szczególnie: wraz z komisją przyjechaliśmy do Moskwy, odwiedziliśmy pewnego chłopaka w nowej, przydzielonej mu przez państwo po opuszczeniu sierocińca kawalerce. Takie wtedy obowiązywały przepisy. Chłopak chciał poczęstować nas herbatą. Wziął więc zwykły czajnik, nasypał do niego cukru, dolał zimnej wody i postawił na kuchence. Nigdy wcześniej nie widział, jak się robi herbatę. W domu dziecka dostawał gotowy napój w kubku. Takie było jego pojęcie o życiu. Oczywiście to nic strasznego, że nie umiał normalnie zaparzyć herbaty. Nie o to mi chodzi. Chcę jedynie podkreślić, że ten chłopak cały system stosunków międzyludzkich i obyczajów skopiował z domu dziecka, po prostu mechanicznie przeniósł go na grunt zwyczajnego życia w społeczeństwie. Ludzie jednak nie znają tych norm, lub nie akceptują ich, taka osoba czuje się więc wyobcowana. W domu dziecka grono pedagogiczne dokłada wszelkich starań, żeby zapewnić dzieciom dobre warunki bytowe, bo wtedy łatwiej utrzymać kontrolę nad wychowankami, łatwiej ograniczyć do minimum niebezpieczeństwo buntów, przejawów niezadowolenia i awantur. W zasadzie wychowawcy dbają o swój własny interes i mało ich obchodzi, co się stanie z tymi dzieciakami, gdy już opuszczą placówkę opiekuńczo-wychowawczą. Ci młodzi ludzie, którzy zdołali zaadaptować się do życia w tego rodzaju grupie, bardzo często po latach wracają do domów dziecka – tyle, że już w charakterze wychowawców. Natomiast ci, którzy w hermetycznym środowisku sierocińca zawsze czuli się źle, dość szybko odrzucają te normy jak zbędny balast. Dzięki temu łatwiej im wtopić się w normalne społeczeństwo. W koloniach karnych powyższe tendencje są jeszcze silniejsze.





Tłumaczenie: Katarzyna Kuc



Oryginał ukazał się na portalu "Mediazona":
http://zona.media/story/kondratyev/






 Michaił Kondratiew (ur. 1956) pełnił funkcję dziekana na wydziale psychologii Moskiewskiego Uniwersytetu Psychologiczno-Pedagogicznego. Był założycielem i redaktorem naczelnym czasopisma „Psychologia społeczna i społeczeństwo”. Jeden z pionierów rosyjskiej psychologii penitencjarnej. Badał struktury hierarchiczne w stosunkach międzyludzkich, typowe dla placówek penitencjarnych i wychowawczych typu zamkniętego. Jego najwybitniejsze prace to „Budowanie autorytetu”, „Nastolatek w systemie stosunków międzyludzkich w placówce wychowawczej typu zamkniętego”, „Psychologia społeczna w zamkniętych placówkach wychowawczych”. 5 maja 2015 r., po długich zmaganiach z chorobą nowotworową, zakończył życie samobójstwem.












Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com







wtorek, 30 grudnia 2014

W Rosji zaczęła się nowa epoka: "post post radziecka"



W latach dziewięćdziesiątych, po upadku w ZSRR, Rosja znalazła się w czarnej dziurze. Pierwsza dekada lat dwutysięcznych przyniosła odbudowę gospodarczą i konsolidację reżimu. Zwycięstwo odnieśli zwolennicy porządku hierarchicznego. Jednak wraz z aneksją Krymu – pisze wybitny rosyjski publicysta i politolog, Kiryl Rogow - postradziecka epoka w historii Rosji dobiegła kresu. Rok 2014 to dla Rosji początek okresu kryzysowego. Fundamenty, na których opierało się zwycięstwo hierarchicznej konsolidacji, zwłaszcza gospodarcze, okazały się kruche. Osłabła wiara, iż źródłem dobrobytu jest państwo, nie rynek. Kryzys w Rosji potrwa kilka lat – ostrzega Rogow – przechodząc z jednego stadium do drugiego.


Autor: Kirył Rogow



Rok 2014 to dla Rosji początek okresu kryzysowego. Zapewne potrwa on kilka lat i przejdzie kilka różnych etapów.



Koniec roku 2014 podważyl w Rosji absolutną wiarę, iż źródłem dobrobytu i szczęścia
jest nie rynek, a państwo. 




Na pierwszy rzut oka, właśnie aneksja Krymu w marcu 2014 roku stała się klamrą zamykającą poprzednią epokę. Oznaczała ona koniec „postradzieckiego” okresu w historii Rosji i początek nowego „postpostradzieckiego”. Jeśli jednak rozszerzyć granice czasu historycznego nieco szerzej, to da się zaobserwować, iż kolejność przechodzenia z jednego okresu do następnego w tym wypadku była odwrotna.


Podobne fundamenty

O ile lata dziewięćdziesiąte były okresem kształtowania się i głębokiego kryzysu związanego z transformacją nowych państw poradzieckich, o tyle lata dwutysięczne okazały się dla nich okresem intensywnej odbudowy gospodarczej i konsolidacji reżimów poradzieckich. Różniły się one między sobą, ale z drugiej strony wiele je łączyło. Przede wszystkim, ich ustrój gospodarczy i społeczny opierał się na podobnych podstawach o hybrydowym charakterze.

System mniej więcej wolnych cen upodabniał nowy ustrój do rynkowego, jednak dostęp do rynku pozostał w znacznym stopniu ograniczony. W konsekwencji dystrybucja dochodów rynkowych i kreowanego przez rynek majątku pozostała skrajnie niesprawiedliwa.

Idźmy dalej. Konsekwencja tej niesprawiedliwości polegała na tym, iż prawo własności w ramach ustroju, nie zakorzenione w umowie społecznej, w zasadniczym stopniu opierało się na przymusie i nagiej sile. Zachowanie kontroli nad własnością przestało być możliwe bez zachowania władzy politycznej dającej dostęp do instrumentów przemocy państwowej. Innymi słowy, typowe dla rynku relacje horyzontalne sąsiadują w tych społeczeństwach z tradycyjnymi strukturami o charakterze hierarchicznym.


Koniec epoki łatwego wzrostu

Okres szybkiej odbudowy gospodarczej, jaki nastąpił po okresie czarnej dziury w latach dziewięćdziesiątych, związane z nim rozwój ekonomiczny i przyrost dochodów ułatwiły proces stabilizacji tej przejściowej, hybrydowej struktury. Ale epoka łatwego wzrostu dobiegła końca na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku. Odbudowa gospodarek zakończyła się, zgasła także euforia globalizacji w gospodarce światowej. Pojawił się jeszcze jeden czynnik oddziałujący na rzeczywistość, coraz bardziej oczywista perspektywa zmian pokoleniowych. Z jednej strony, przed beneficjentami poprzedniego cyklu z ogromną siłą pojawiło się pytanie, o to jak przekazać zdobytą własność własnym dzieciom, z drugiej, protesty moskiewskie 2011-2012  i kolejny kijowski Majdan pozwoliły ujawnić się ambicjom politycznym zeuropeizowanej części nowego pokolenia, a także jej pragnieniom i przyzwyczajeniom.

Tak, czy inaczej, nowe pokolenie różni się od poprzedniego. Temu starszemu okres odbudowy przyniósł oczekiwane korzyści. Nowe szuka nieokreślonego jeszcze programu odpowiedniego dla okresu „postodbudowy”. Jego zarysy wciąż jednak pozostają niejasne. Pisałem już o tym kiedyś, modele zachowania ludzi, którzy na swoich Toyotach i Skodach wiosną 2014 roku wieszali gorgijewskie wstążki nie bardzo różnią się od wzorów zachowań ludzi wieszających na swych fordach białe wstążki dwa lata wcześniej. Jednym i drugim obcy jest panujący w poprzednim dziesięcioleciu duch, wówczas nikomu nie przychodziło do głowy, iż warto mieć poglądy polityczne i demonstrować je publicznie.

W gruncie rzeczy, od końca 2011 roku do końca 2014 byliśmy świadkami pierwszej odsłony decydującego konfliktu o nową pokoleniową, lub nazwijmy ją „postpostradziecką” agendę. Zaczęła się walka o młode drzewko z wywieszonymi na nim głównymi symbolami nowej epoki. 


Dwa słabe punkty

Na pierwszy rzut oka ta konfrontacja zakończyła się pełnym zwycięstwem zwolenników starego hierarchicznego porządku. Na jakiś czas przekonały nas o tym euforia patriotyczna i zaczarowane wskaźniki popularności Putina. Ale to, na pierwszy rzut oka bezwarunkowe zwycięstwo, ma w rzeczywistości dwa słabe punkty.

Na pierwszym miejscu wymieniłbym ideologiczną niestabilność. W zasadzie, mieszanina imperialnych resentymentów (używając terminologii socjologa, Lwa Gudkowa), pop-patriotyzmu i nowej antyzachodniej fali (ten towar ma z resztą wzięcie w hybrydowych społeczeństwach na całym świecie)  jest całkiem solidna. A jednak osiągnięcie konsolidacji oraz dominującej pozycji dla tego rodzaju propozycji programowej okazało się możliwe, nie tylko dzięki mobilizacji maszyny propagandowej, potrzebne były także prawdziwa wojna i jawne oszustwo. Dlatego posłużono się fałszywą wersją wydarzeń, opowieścią o faszystach-banderowcach i ich domniemanym podbiciu Ukrainy. Ta technologia odniosła oszałamiający sukces, jednak trudno uznać ją za skuteczną w każdych warunkach i na dalszą metę. W rzeczywistości jej skutkiem jest permanentny kryzys, wyplątać się z niego jest niesłychanie trudno.

Drugi fundamentalnie słaby punkt, to wyjątkowa chrupkość fundamentów gospodarczych, na których opiera się odniesione już zwycięstwo. Tak naprawdę, Władimir Putin zademonstrował zdumiewającą szczerość podczas swojej ostatniej konferencji prasowej, zwłaszcza wówczas, gdy na wszystkie pytania odnoszące się do gospodarki odpowiadał, iż jest przekonany, że w przeciągu maksimum 2 lat, ceny ropy naftowej znów zaczną iść w górę. Innego wyjścia zwyczajnie nie ma. Konsolidacja patriotyczna charakterystyczna dla roku 2014 jest najwyraźniej nierozłącznie powiązana z ropą naftową.


Państwo, czy rynek…

Ogólne przychody Rosji z eksportu w latach 2011-2013 plus 10 miesięcy 2014 roku wyniosły bajecznych 2 biliony dolarów. Było one większe, niż całkowite dochody z eksportu osiągnięte podczas dziewięciu przedkryzysowych lat (od 2000r. do 2008r.). Równocześnie tempo wzrostu gospodarczego charakterystyczne dla tych niewiarygodnie „złotych” lat słabło i praktycznie uległo zahamowaniu. Co to oznacza z ekonomicznego punktu widzenia? Można to wytłumaczyć tym, iż system dystrybucji państwowej zapasów i środków przynosił wielkie dochody, rynek zaś o wiele mniejsze. O ile w sferze budżetowej wynagrodzenia rosły w tempie ok. 10% rocznie, to w pozostałych sektorach gospodarki zaledwie o 3-4%. Tutaj widzimy jak powstały ekonomiczne fundamenty „neoimperialnego patriotyzmu” charakterystycznego dla 2014 roku.

Podstawowa kolizja 2014 roku i początkowych lat dekady 2010 w gruncie rzeczy nie przebiega między „patriotyzmem” a „orientacją na zachód”, a między różnymi interpretacjami patriotyzmu, lub by sformułować to lepiej, między różnymi wyobrażeniami o źródłach „wspólnego dobrobytu”. W pierwszym wypadku osiągnąć go można dzięki państwu. Tylko ono jest w stanie odzyskiwać utracone terytoria, „demonstrować siłę”, „przeciwstawić się wrogowi”, dzięki czemu uzyskuje prawo do ekskluzywnej dystrybucji majątku. W takim wypadku georgijewskie wstążki demonstrują nie przywiązanie do Rosji, a przywiązanie do państwa. W drugim wypadku „siła państwa” nie stanowi źródła bogactwa, jest raczej jego owocem, źródłem majątku pozostaje rynek.

Koniec roku 2014, który okazał się nie mniej wyrazisty od jego początku, przyniósł jednak mocny cios idei „rewanżyzmu naftowego”. Ucierpiało także wyobrażenie, iż „jesteśmy nie gorsi, może i nie potrafimy, tak jak oni, ale wcale nie jest to nam potrzebne”. Zachwiała się koalicja żulika, pracownika resortów siłowych, reprezentanta sfery budżetowej. Także zblakła naklejka z napisem „Na Berlin” naklejona na tylną szybę jeepa Range Rover. Taka naklejka (jeśli ktoś w ogóle by ją zauważył) wygląda nieprzekonująco na szybie Łady, lub Nexii. Jej prawdziwy sens można odczytać, gdy ozdabia właśnie luksusowy Range Rover. Koniec roku 2014 podważył bowiem wiarę, iż źródłem dobrobytu i szczęścia jest silne państwo, nie rynek.


Tłum.: ZDZ




Artykuł ukazał się na portalu opozycyjnej „Nowej Gaziety”: http://www.novayagazeta.ru/politics/66698.html




Kirył Rogow (1966), wybitny intelektualista rosyjski średniego pokolenia, publicysta, politolog, analityk Instytutu Gospodarki Okresu Przejściowego im. Jegora Gajdara. 











Artykuły Kiryła Rogowa na „Media-w-Rosji”:

Ukraina znalazła się na progu wojny domowej. Jeszcze kilka lat temu, tego rodzaju rozwój wydarzeń wydawałby się nieprawdopodobny i zmyślony. Dlatego dziś, tak ważne jest, by przyjrzeć się mechanizmowi, który uruchomił taki właśnie scenariusz. Kryzys postsowieckich reżimów nabiera charakteru systemowego. Także obywatele Rosji już niedługo mogą zakwestionować monopol państwa do stosowania przemocy.

W najbliższych dniach sąd w Moskwie ogłosi wyroki w procesie 8 uczestników antyrządowej demonstracji, przeprowadzonej blisko 2 lata temu. W centrum miasta, na Placu Blotnym zebrało się wówczas 80 tysięcy manifestantów.

Na łamach opozycyjnej „Nowej Gaziety”, Kirył Rogow analizuje mechanizm prawny, jaki w Rosji Wladimira Putina pozwala posadzić na lawie oskarżonych niewinnych ludzi. Pokazuje, jak artykuł 318 kodeksu karnego stał się instrumentem bezprawnej przemocy stosowanej wobec obywateli. 








Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com