Pokazywanie postów oznaczonych etykietą propaganda rosyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą propaganda rosyjska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 września 2020

Przecieki i brudy. Jak powstaje kremlowska propaganda?

 

Podsłuchy, ukryte kamery, przyjaciele z prokremlowskich organizacji nacjonalistycznych, trolle opłacane z czarnej kasy. Plotki, sceny z życia intymnego, spreparowane dokumenty. Dmitrij Biełousow, scenarzysta i dziennikarz telewizyjny, jeden ze współautorów brudnej kremlowskiej propagandy telewizyjnej niedawno wyjechał do Holandii. Teraz opowiada, czym się zajmował on sam i jego koledzy…..
 

 

Dmitrij Biełousow obecnie mieszka w Holandii, ale wcześniej wiele lat przepracował w rosyjskiej telewizji państwowej. Przez kilka miesięcy piastował stanowisko redaktora odpowiedzialnego w telewizji NTV, był też scenarzystą w REN TV. Pod kierownictwem Aleksieja Małkowa pracował nad demaskującymi rosyjską opozycję, propagandowymi filmami, takimi jak "Anatomia protestu", czy "Dzień Kasjanowa". Teraz Biełousov gotów jest opowiedzieć o tym, jak robiona jest rosyjska propaganda telewizyjna, i jak się czuł, biorąc w tym udział.

 

Z Dmitrijem Biełousowem, scenarzystą i dziennikarzem telewizyjnym rozmawia Alona Wierszynina.



Dmitrij Biełousow, dziennikarz i scenarzysta telewizyjny. Uczestniczył w produkcji najbardziej agresywnych produktów kremlowskiej propagandy telewizyjnej wymierzonej w opozycję. Po wyjeździe do Holandii opowiedział, czym się zajmował.  





Alona Wierszynina:

Niedawno wypowiedział się pan na temat systemu inwigilacji utworzonego wokół Aleksieja Nawalnego. Władza w równym stopniu interesuje się innymi działaczami opozycji?

 

Dmitrij Biełousow:

To, że Navalny jest obserwowany nie było dla nikogo tajemnicą. On sam doskonale o tym wiedział i mówił o tym otwarcie w swoich audycjach. Na ten temat ukazało się wiele publikacji. Dla mnie osobiście momentem przełomowym były wybory samorządowe 2017 roku. Może pamiętasz tę kampanię? Organizacja Chodorkowskiego „Open Russia” oświadczyła wówczas, iż „rekrutuje ludzi zewsząd, także z ulicy”. I wtedy na temat tych, co dopiero do nich dołączyli zaczęto nam przynosić materiały kompromitujące, urywki z monitoringu, różne informacje. To było szokujące. Jak się okazało każdy ma w FSB swoje dossier. Wtedy zbierane w nich materiały zaczęły przeciekać do mediów w całym kraju.

 

Wierszynina:

Rozumiał pan, po co to robiono?

 

Poleziesz w politykę, narobisz sobie kłopotów

 

Biełousow:

Przesłanie było jasne: poleziesz w politykę, narobisz sobie kłopotów. Bez trudu coś na ciebie znajdą, będziesz obserwowany, do pewnego stopnia zostaniesz zdyskredytowany. Oczywiście, wszystkie te materiały oczerniające (szczególnie w odniesieniu do mało znaczących postaci) nie są filmowane po to, by je publikować w telewizji. Zbiera się je, po to można było ludzi szantażować, wykorzystywać, wciągać do własnej brudnej roboty, by wymusić na nich posłuszeństwo i dyscyplinę.  

 

Wierszynina:

Kiedy aktywiści opozycji skarżą się, że za nimi chodzą, to nie jest to objaw paranoi, ale tak wygląda rzeczywistość?

 

Biełousow:

Nie mam pojęcia, czy tajniacy chodzą za nimi, czy nie. Tu trudno o pewność. Ale taki jest właśnie cel FSB i Administracji Prezydenta, zasiać niepokój. Nawet jeśli jeszcze cię nie śledzimy, to jak powstanie taka potrzeba, zawsze możemy to zrobić. Oczywiście, nie da się śledzić całego kraju, społeczeństwa, nawet wszystkich tych, którzy myślą inaczej, niż władze. Ale tam na górze chcą, by do ludzi dotarła wiadomość, jeśli uznamy to za potrzebne, możemy obserwować każdego. A potem jeszcze widzimy, że ktoś traci pracę, przeciw innemu wytacza się lipną sprawę, albo wysyła do psychiatryka, jak np. szamana mającego zamiar przegnać Putina.

 

Wierszynina:

Po co im to wszystko? Dlaczego zajmują się tym FSB i Administracja Prezydenta?

 

Czego FSB robić nie wolno?

 

Biełousow:

Nie rozumie pani? Z formalnego punktu widzenia FSB takich rzeczy robić nie wolno. Proszę przestudiować oficjalne dokumenty. Przed FSB postawiono zestaw konkretnych zadań: musi strzec granic, zapewnić nam ochronę kontrwywiadowczą, zwalczać terroryzm i przestępczość zorganizowaną. Plus dołączono do nich ostatnio oddziały Federalnej Służby Ochrony. To wszystko ! W dokumentach, ustawach nie ma nic o polityce! Przeciwnie, mówi się wyraźnie, że FSB nie ma prawa angażować się w politykę. Warto przypomnieć, słowa szefa FSB Bortnikowa z 2017 roku, który powiedział, że ta organizacja nie reprezentuje żadnych interesów politycznych, czy grupowych, i że jest organizacją całkowicie niezależną. ("Teraz FSB Rosji wolna jest od wpływów politycznych i nie służy żadnej partii czy grupie interesów.” – słowa Bortnikowa, Radio Swoboda).

 

W rzeczywistości jednak, widać jak oni starają się zaznaczyć swoją obecność we wszystkich przypadkach o charakterze politycznym. Publikują brudy na opozycję, wideo z sypialni. Czasem to trudno zrozumieć, np. dlaczego znów pokazali film z Ilją Jaszynem.

 

Nie znaleźli niczego innego? Trzymali go w zapasie przez 10 lat, a teraz nagle pokażmy to publiczności. O czym to mówi? Że ich głównym celem jest zastraszanie.

 

Wierszynina:

Może da się uzasadnić zaangażowanie FSB regularnymi kontaktami opozycji z Zachodem?

 

moskwa, architektura, rząd, rosyjski — Zdjęcie stockowe 
Moskwa, Łubianka. Siedziba Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Jej funkcjonariusze śledzą opozycję polityczną i wypuszczają do mediów kompromitujące ją przecieki.  



Tworzyć atmosferę strachu…..

 

Biełousow:

Gdyby tylko cokolwiek zdołali znaleźć…. Ale po tym, jak pokazaliśmy w filmie „Dzień Kasjanowa” kilka spotkań z zagranicznymi sponsorami, wobec Nawalnego, czy Kasjanowa nie wytoczono żadnych spraw karnych. Dlaczego? Podczas pracy nad ostatnimi filmami zapytałem Malkowa: "Co to za dokumenty? Niby mamy tu potwierdzenie przekazu bankowego, ale kiedy to zostało wysłane, jaka jest data tego dokumentu?”. Bo tam nie było żadnej daty, ktoś ją wygumkował, więc to mogło być zrealizowane wtedy, gdy tego rodzaju operacje grantowe były dopuszczalne. To się publikuje, by wpłynąć na opinię publiczną, by tworzyć atmosferę strachu. Ludzie angażujący się w działalność opozycyjną mają czuć, że są pod stałą obserwacją.

 

Wierszynina:

Czy może nam pan powiedzieć, w jaki sposób dostawaliście materiały wyjściowe do produkcji? Czy to były wielogodzinne zapisy z podsłuchów i video obserwacji, z których potem pan i koledzy wybieraliście to, co nadawało się do wykorzystania?

 

Biełousow:

Rzecz jasna, nam nie dostarczali całości materiału video z życia Aleksieja Nawalnego. Sami wybierali to, co uważali za interesujące. Dostawaliśmy też transkrypcje rozmów telefonicznych, lub wybranych fragmentów niektórych spotkań.

 

Wierszynina:

Okazuje się, że ci, którzy organizują inwigilację i podsłuchy mają też własnego redaktora odpowiedzialnego za wybór najlepszych kąsków?

 

Biełousow:

Ilość materiałów jest taka, iż można mieć pewność, że z tej roboty utrzymuje się wielu ludzi. Wszystkie materiały wykorzystane w filmie, najpierw umieszczane były w sieciowym folderze projektu, do którego dostęp miał Malkow i jeszcze kilku producentów.

 

Ogólny sens i cel filmów były jasne od początku. Dlatego scenariusz od razu zakładał, iż wykorzystamy „najsmaczniejsze” kawałki przekazane przez FSB. Zauważyć je łatwo. Gdy głos za kadrem mówi: ‘otrzymaliśmy ekskluzywny materiał z mieszkania Kasjanowa”,  od razu rodzi się pytanie, czy dziennikarze mogli w jego domu zainstalować podsłuch i kamery? Jeśli tak, to należało nas oskarżyć o naruszenie prywatności.

 

Wierszynina:

Powiedział pan, że ostatnią kroplą wody stała się dla pana samorządowa kampania wyborcza 2017 roku. Czy jednak wcześniej nie zdawał pan sobie sprawy, że to czym się zajmujecie nie ma wiele wspólnego z dziennikarstwem?

 

Biełousow:

Pracowałem w telewizji przez wiele lat. Byłem korespondentem Kanału 1. Nie mógłbym powiedzieć, że pracowaliśmy tam bez żadnej cenzury. Cenzura pojawiała się już w chwili wyboru tematu: kręcimy o tym, lub nie. Ale nikt nie mieszał się do gotowego już wywiadu, nie dyktował mi  "napisz to tak, albo zrób to inaczej ".

 

Poza tym proszę nie zapominać, że kiedy pracowaliśmy wspólnie z Malkowem na przykład w 2011 roku, to ta współpraca wyglądała inaczej, niż w latach 2016-2017. W 2011 roku pojawiły się filmy o Łużkowie, o Łukaszence, o wielkiej polityce. Odczuwaliśmy pewną odpowiedzialność, rozumieliśmy, że Kremlowi zależy na zdemaskowaniu kryminalnych powiązań otoczenia mera Moskwy Jurija Łużkowa, że należy ujawnić jak robią swoje przekręty finansowe. Zrobiliśmy film o Andrieju Borodinie, byłym szefie Banku „Moskwa”, w nim także korzystaliśmy z materiałów FSB (mowa o filmie NTV "Dieło w kiepkie – 3 – przyp. Radio Swoboda, oskarżany o gigantyczne defraudacje Borodin uciekł do Londynu – przyp. MWR). W przypadku tych produkcji nie odczuwałem jakiegoś ograniczenia własnej wolności, miałem wrażenie, że idzie raczej o wewnętrzne rozgrywki na Kremlu.

 

W 2017 roku REN TV wypuściła serię filmów pod ogólnym tytułem „Czarna kasa liberałów”. Nie pamiętam, który z odcinków był pierwszy – ten poświęcony „Otwartej Rosji” (organizacja Chodorkowskiego – przyp. MwR) czy Nawalnemu. Trzeci z kolei odcinek poruszył temat wyborów samorządowych, mówiliśmy w nim o zgłaszanych przez nich kandydatach na deputowanych miejskich. Kiedy Nawalny jest obserwowany i jest tego świadomy, prowadzi odpowiedni tryb życia. Gdy zajęliśmy kandydatami na deputowanych miejskich, zaczęto przynosić nam zwykłe paskudztwa. Zobaczcie kogo nam proponują, jakiegoś ostatniego łotra, już w jedenastej klasie widziano, jak rozbija puste butelki. Wtedy poczułem, że coś jest nie w porządku i że nie czuję się z tym komfortowo. Gotowy byłem na konflikt z redakcją, zacząłem się z nimi kłócić. Szybko dotarło do mnie, że będziemy musieli się rozstać, bo w tej pracy nie było miejsca na różnice zdań. Rozumiałem, że to nie sam Malkow wynajdował te materiały, tylko że dostawał je od zleceniodawców. Konflikt z nim oznaczał w istocie konflikt z nimi. Jednak nie mogłem się zgodzić na pewne rzeczy i zacząłem o tym mówić głośno. To było jasne, że wkrótce się rozstaniemy.

 

Kogo ogarnęły wątpliwości….?

 

Wierszynina:

Wątpliwości nurtowały tylko pana, czy też ogarnęły jeszcze kogoś z kolegów?

Biełousow:

Nie mam pojęcia. Nie interesowała mnie kondycja psychiczna kolegów, co myślą i na jaki temat. Ważniejsze było dla mnie, że sam znalazłem się w kropce, czułem jak ta sytuacja mnie paraliżuje, pozbawia wolności wyboru. Z opozycją systemową propaganda obchodzi się w białych rękawiczkach, w porównaniu z tym opozycja poza systemowa, całkowicie niezależna, np. anarchiści traktowana jest bez jakichkolwiek ceremonii. Także przez wymiar sprawiedliwości, który dopuszcza tortury prądem elektrycznym i stawia zarzuty o działalność terrorystyczną.

 

Warto przy okazji powiedzieć, dlaczego wyciągają w takich sprawach zarzut o działalność terrorystyczną. Te artykuły kodeksy karnego wymyślane są właśnie dlatego, iż FSB nie ma prawa angażować się w politykę. Więc posługują się tymi, które należą do ich kompetencji. Terroryzm jest w ich kompetencjach, więc można to wlepić. Terroryzm, albo ekstremizm.

 

Wierszynina:

Kiedy pracował pan jako scenarzysta tych „sensacyjnych filmów”, czy podpisywał pan wobec FSB jakieś zobowiązania, np. do zachowania milczenia, że nie ujawni pan prawdy o materiałach z jakimi przyszło panu pracować?

 

Biełousow:

Niczego nie podpisywałem, nigdy tych ludzi nie spotkałem. Ale to było oczywiste, że obowiązuje nas milczenie. Żaden z moich kolegów, nawet tacy co odeszli z tej pracy ze skandalem, nigdy nie puścili pary z ust. To była kwestia osobistego bezpieczeństwa.

 

Wierszynina:

Zdecydował się pan podzielić prawdą, bo znajduje się pan teraz poza granicami Rosji i czuje się pan bezpieczny?

 

Biełousow:

Nie, nie czuję się w pełni bezpiecznie. Ale zacząłem mówić, bo jaki mam wybór? Jeśli coś by się ze mną stało, a ja nie zdążyłbym przedtem podzielić się tym, co wiem, to nikt nawet nie zorientowałby się, co się zdarzyło. A tak ludzie będą wiedzieć.

 

Wierszynina:

Gdy ukazały się pierwsze materiały o panu, ktoś ze starych kolegów kontaktował się z panem? Pisał? Telefonował?

Biełousow:

Nie, nikt się nie odezwał. Uznali, że lepiej tę historię przemilczeć, bo nawet trolle Prigożyna nie miałyby recepty, jak ją skomentować. Przecież nie powiedzą, że ich scenarzysta był do bani. To byłby dla nich ślepy zaułek.

Wierszynina:

Kiedy pracował pan w telewizji państwowej opowiadał pan rodzinie, przyjaciołom, czym się pan zajmował?

 

Biełousow:

- Nie, rodzina nie znała szczegółów mojej pracy. Proszę zrozumieć, pracowałem w telewizji 17 lat, współpraca z projektami Malkowa trwała stosunkowo krótko. 6 miesięcy w 2011 roku i ok. 7 miesięcy w 2017r. Starałem się nie mieszać pracy z życiem osobistym.

 

Wierszynina:

Nie czuł pan obrzydzenia do tego, czym pan się zajmował? Babrał się pan w cudzych brudach….

 

Mamy znów do czynienia z policją polityczną….

 

Biełousow:

- W pewnym momencie powiedziałem (Malkowowi i swoim szefom), że nie będę pisał o pewnych sprawach. Dostarczano nam materiały różnego rodzaju. Spora ich część dotyczyła finansów, pieniędzy. Potem zaczęli wyciągać sprawy intymne, osobiste.

Proszę zrozumieć, dlaczego o tym mówię. Oni nie chcą się przyznać, zaprzeczają,  ale FSB robi dziś dokładnie to, co kiedyś robił KGB. Mamy znów do czynienia z policją polityczną. Proces przemiany FSB trochę trwał, w 2011 roku ich materiały były o wiele skromniejsze, w 2017 r. do swych brudnych sieci łowili wszystko. Chce pani rozmawiać ze mną o etyce? Kiedy w to wpadłem, przecież nie miałem pojęcia co położą nam na stół, co pokażą. Przychodzi człowiek do pracy, a tam wydają polecenie, ten kawałek weź do filmu, tam jest Kasjanow i Pielewina. To video z resztą po raz pierwszy opublikowano o pół roku wcześniej, ale im się wydawało, że warto to powtórzyć, żeby ludzie mieli radochę (mowa o tajnym nagraniu sceny łóżkowej z udziałem b. premiera Rosji Kasjanowa – przyp. „MwR”}.

 

Wierszynina:

Doczekamy się dnia, kiedy nie tylko pracownicy telewizji korzystający z podsłuchów i monitoringu zaczną mówić, ale także ci, którzy to wszystko organizują?

Biełousow:

Właśnie przyjęli ustawę, która zwalnia ich z odpowiedzialności, to co robią uznaje się za tajne, funkcjonariuszom FSB nie wolno udzielać mediom jakichkolwiek wypowiedzi. Uczestniczyłem wcześniej w wielu projektach dokumentalnych, filmowaliśmy wypowiedzi byłych pracowników służb, ale dziś byłoby to niemożliwe, nawet w odniesieniu do jakichś historii z przeszłości.

A poza tym, FSB nie robi wszystkiego sama. Powinna pani to zrozumieć. Nie da się powiedzieć, że to FSB obserwuje wszystkich. Oni nauczyli się outsourcingu, mają do dyspozycji takie organizacje jak nacjonalistyczny, prokremlowski SERB, potrafią się nimi wysługiwać. Przydają się wtedy, gdy opozycja organizuje jakieś wydarzenia, seminaria, spotkania, ludzie z SERBu mogą je zakłócić, sfilmować, potem te filmy rozmieszcza się w sieciach społecznościowych, wykorzystuje w filmach propagandowych. Stosuje się wiele różnych narzędzi. Do tego nie potrzeba tak wielu własnych ludzi, to ułatwia życie, kiedy można powiedzieć "to nie my, to niektórzy wolontariusze kręcący się wokół opozycji".

 

 

Oryginał wywiadu ukazał się na portalu Radio Swoboda:

https://www.svoboda.org/a/30811598.html


Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com


Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego. 





 

Tłum.: ZDZ

piątek, 4 listopada 2016

Zamówienie państwowe: prezydent Putin jest dobry, a my go kochamy….



Kamieniem, który uruchomił lawinę, było wystąpienie reżysera teatralnego, dyrektora teatru "Satyrykon Konstantina Rajkina na październikowym VII Zjeździe Działaczy Rosyjskiego Teatru. Znany reżyser podniósł alarm, w rosyjskim życiu artystycznym coraz częściej obecna jest cenzura. Krzykliwe grupy radykalnych hunwejbinów, używając hurra patriotycznej retoryki, przy poparciu państwa kneblują usta ludziom kultury poszukującym obiektywnej prawdy w otaczającej rzeczywistości. Wokół wystąpienia Rajkina rozwinęła się dyskusja, pojawiły się artykuły i apele, niekiedy nawet ciekawsze niż to, od którego się zaczęła. Najlepszym przykładem może być artykuł znanego reżysera filmowego Andrieja Zwiagincewa. Jego krytyka wymierzona jest przede wszystkim w aparat urzędniczy, uzurpujący sobie prawo do dysponowania pieniędzmi publicznymi, by składać zamówienia w imieniu państwa. W efekcie powstają dzieła puste i jałowe.  Państwo narzuca obywatelom swoją ideologię, zamiast wspierania twórczości, upowszechnia propagandę.
  


 Autor: Andriej Zwiagincew





W zeszłym oku działacze opozycyjnej partii "Jabłoko" pikietowali budynek Ministerstwa Kultury Rosji. W rękach trzymali tabliczkę z napisem" Ministerstwo Cenzury Federacji Rosyjskiej". 



To oczywiste, iż cenzura wróciła i w życiu kulturalnym naszego kraju zajmuje znów kluczowe miejsce. Jej obecność zakwestionować może tylko kłamczuch, lub całkowity ignorant. Zdjęcie spektaklu z afisza, zamknięcie wystawy, zakaz publikacji tekstu, tak właśnie działa cenzura. To aż niewiarygodne, z jaką łatwością dokonała się u nas zamiana pojęć. Nikt już nie okazuje zniecierpliwienia. My wskazujemy palcem: "to cenzura", oni odpowiadają: "zamówienie państwowe". I do tego proponują nam, byśmy nie mylili pojęć. Czy moglibyście wymienić, choćby jeden teatr operowy działający bez wsparcia państwa, lub choćby dziesięć filmów powstałych bez jego współudziału? Sytuacja w gospodarce i kulturze wygląda dziś tak, że innych teatrów i filmów nie mamy. Logika demonstrowana przez naszego rzecznika prasowego (autor nawiązuje do wystąpienia rzecznika prasowego prezydenta, Dmitrija Pieskowa -"mediawRosji"), dla którego "jeśli państwo daje pieniądze… to zamawia dzieło sztuki na ten, lub inny temat" oznacza, iż całe życie kulturalne Rosji służy dziś państwu.


Kto w imieniu państwa składa zamówienia na dzieła artystyczne?


Kim są ludzie składający zamówienia? Wiceminister Aristarchow  i minister kultury Medinski ? Czy może Jarowaja (deputowana do ros. Dumy, znana ze swych jastrzębich poglądów - "mediawRosji"), lub rzecznik prezydenta Pieskow ? Czy to oni dokonują wyboru? Rzeczywiście, mamy urzędników, to im najwyższe władze powierzyły zarządzanie ministerstwem kultury i innymi wyspecjalizowany organami państwa. Ale to nie oni stworzyli Teatr Wielki, czy choćby teatr "Satyrykon". To nie oni są twórcami podstaw poetyki, estetyki, nie oni kształtowali kierunki rozwoju współczesnego kina, czy teatru. Jak więc mogą składać "zamówienia na dzieła artystyczne"?

Miliony ludzi w naszym kraju uczą się długo, każdy z nich samodzielnie wybiera sobie zawód. Potem latami doskonalą umiejętności, by osiągnąć mistrzowski poziom.  Nauczyciele potrafią uczyć, lekarze leczyć, artyści tworzyć. A tu nagle pojawiają się funkcjonariusze państwa i zaczynają na nowo uczyć wszystkich, jak "tworzyć" i jak "leczyć". Ciekawe, jak zdobyli swe niepodważalne kwalifikacje, umożliwiające im podejmowanie działań we wszystkich dziedzinach? Kiedy, w końcu, urzędnicy zrozumieją, iż zadanie ich polega na organizowaniu i wspieraniu ludzkiej pracy, a nie na rozdawaniu "zamówień?".

Mieszanie się władzy w działalność zawodową różnego rodzaju specjalistów, często bywa absurdalne, jednak ten absurd powiększa się stukrotnie, gdy urzędnicy lezą w to, czym zajmują się twórcy. Istotą tej działalności jest swobodna twórczość, kreowanie czegoś nowego, autor do pewnego momentu często sam nie wie, jaki będzie efekt końcowy. Kiedy temat dla artysty określa urzędnik i kontroluje, czy przypadkiem autor nie idzie w nieprawidłowym kierunku, mamy zazwyczaj do czynienia z celnym ciosem wymierzonym w najświętszą w zawodzie artysty tajemnicę procesu twórczego.

Pieskow mówi, że gdy państwo płaci artyście pieniądze, to artysta winien wypełniać wolę państwa. Dla Pieskowa prawda ta jest oczywista. Może pamiętacie, mamy taką wulgarną anegdotę, "kto dziewczynę zjada na kolację, ten ją potem obtańcuje". Tak wygląda wyobrażenie naszej władzy o sztuce. Ci właśnie ludzie postanowili, iż to oni wiedzą, czego potrzebuje społeczeństwo i za fundusze społeczne zamawiają swoje marne imitacje. Zazwyczaj zrealizowane tak dzieła są ograniczone, z jednej strony wątpliwości budzi poziom rzemiosła, z drugiej zawężenie horyzontów i zniekształcenia w postrzeganiu dowolnego przedmiotu i tematu. Swymi zleceniami urzędnicy zubożają ideę twórczą, zmuszają twórcę, by zamiast swym wyrafinowanym stylem, posłużył się prostym dłutem odpowiednim dla topornej rzemieślniczej roboty.


Państwo ma obowiązki wobec twórcy


To nie twórca ma obowiązki wobec państwo, a na odwrót, to państwo ma określone obowiązki wobec twórcy. Władza winna cieszyć się, gdy pojawiają się twórcy wybitni, wspierać  proces poszukiwania w społeczeństwie talentów.  Społeczeństwo dowiaduje się prawdy o sobie, dojrzewa, doskonali, zdobywa nową wiedzę nawet wtedy, gdy docierają do niego spostrzeżenia raniące je, niekiedy paraliżujące. To one zawsze kreują napięcie intelektualne, niezbędne dla duszy i umysłu widza, czytelnika, słuchacza, jak woda na pustyni.

Przyglądając się, jak bez ograniczeń, swobodnie rozwija się  dzieło stworzone przez wolny umysł, widz dostrzega, jak w odbiciu lustrzanym, siebie samego, czuje się wyzwolony, wolny od ograniczeń. Przecież, jak wiadomo, twórca nie będzie w stanie wydobyć z siebie pieśni, której lud nie zaśpiewa sam. Zamiast tego, władze wspierają prymitywne kłamstwo o człowieku, obrazy tego rodzaju zapełniają ekrany naszych telewizorów i kin. W rezultacie człowiek oddala się od siebie samego, takiego jakim jest, w całej swojej złożoności. Oto do czego prowadzą zamówienia państwowe.

Pan Pieskow nie spróbował nawet odnieść się do słów Rajkina, kiedy mówił on o koszmarnym postępowaniu niektórych ludzi zdolnych do tego, by publicznie niszczyć rzeźby i oblewać uryną fotografie. Tym samym potwierdził refleksję Konstantina Arkadjewicza [Rajkina} o tym, iż państwo woli tego wszystkiego nie zauważać. Przyczyna jest oczywista. Te rozmnażające się, jak króliki organizacje społeczne, ci niemoralni opiekunowie moralności, działają właśnie na zamówienie państwa, nawet wówczas, gdy ich obelgi miotane pod adresem twórców, wynikają ze szczerych przekonań. Właśnie dlatego, iż nasze dzisiejsze państwo zgłasza zapotrzebowanie na tego rodzaju produkt, chce kraju szarych średniaków, jednowymiarowego, izolacjonistycznego. Posłuszne stado ma być podstawą jego potęgi. Agresywni radykałowie zawsze świetnie wyczuwają tego rodzaju zapotrzebowanie.


Nie ich pieniądze, a nasze


A teraz o tym, co najbardziej zdumiało mnie w wypowiedzi Pieskowa. Prawdę powiedziawszy, już nie raz wcześniej, docierały do mnie słowa ministra kultury Medinskiego zawierające podobne stanowisko. Podobne rzeczy wygadywał jeszcze jeden bohater płomiennego wystąpienia Konstantego Rajkina, pan wiceminister Aristarchow. Naszej władzy brakuje poczucia moralności. Najlepiej ilustruje to jej przeświadczenie, iż pieniądze, jakimi rozporządza, są jej własnością. Ci ludzie z łatwością wyparli ze swej świadomości myśl prostą i oczywistą, iż nie są to ich pieniądze, a nasze. Wspólne. Zamawiają za nie swe agitki, a skonfiskowali  je u społeczeństwa.

Samo społeczeństwo, naród, jest wielką kopalnią myśli oraz oczekiwań - żadna władza nie jest w stanie ich rozpoznać. Pewnego razu, przyszło mi dyskutować na ten temat z panem Medinskim, zdumiało mnie wówczas, z jak szczerym przekonaniem, wierzy on, iż to oni dają nam pieniądze. Ta zwyczajna okoliczność, iż te pieniądze są w takim samym stopniu moje, jak i jego, w ogóle nie przyszła mu do głowy.

Komuś, kto miałby ochotę zamówić utwór u któregoś z artystów, chciałbym udzielić rady. Proszę sprzedać swój dom, albo samochód, a za otrzymane pieniądze, proszę zamówić spektakl. Albo dziesięć spektakli. Jeśli znajdą się chętni, a tacy znajdą się na pewno, pokażą wam na scenie, to co zechcecie zobaczyć. Jeśli jednak jesteście wykonawcami woli narodu, otrzymujecie wynagrodzenie z narodowej kasy, jeśli wciąż, tak jak i my pozostajecie obywatelami naszego kraju, starajcie się pomagać wolnym, niezależnym twórcom, nie przeszkadzajcie im. W końcu, niech i do was to dotrze, twórcy nie chcą waszych zamówień, nie chcą z wami ani spotykać się na kolacji, ani tańczyć.

I na zakończenie. Mój syn, dopiero co, obchodził swoje siódme urodziny. On nie wie, kim jest Putin. Mieszka w szczęśliwej krainie, która nazywa się dzieciństwo. Na razie jak mi się wydaje, nie ma powodu, by już teraz dowiadywał się kim jest Putin, albo Żyrinowski, co to takiego pakiet ustaw Jarowej, albo ustawy Miłonowa, lub Mizuliny. Od wielu lat nie mamy w domu telewizora. We wrześniu mój syn poszedł do pierwszej klasy. Gdy kończył się pierwszy tydzień nauki, na pytanie, jaki materiał przerabiali na lekcjach, odpowiedział: "W Moskwie jest Plac Czerwony, Kreml i ogród zoologiczny. A jeszcze mamy prezydenta Putina. Jest dobry, a my go kochamy". To właśnie jest zamówienie państwowe. Zamiast czystej, obiektywnej wiedzy, serwuje się ideologię. Razem z rozwiązywaniem szkolnych zadań, propagandę.

Lao Tzu mówił: najlepszym przywódcę będzie ten, o którym społeczeństwo zaledwie się domyśla, że istnieje. Nieco gorsi będą przywódcy żądający od narodu miłości i uniżonego szacunku. Jeszcze gorsi będą, ci których naród się boi. Istnieje także inny przekład tego tekstu, o wiele bardziej wyrazisty: "W państwie dobrobytu poddani nie znają imienia swojego przywódcy." Chodzimy wciąż w koło. Znane z przeszłości cienie podnoszą się i znów pogrążamy się w somnambulicznym śnie. W nim śni się nam nasz własny strach.

Tłum.: ZDZ

Tekst ukazał się w moskiewskiej gazecie "Kommersant": http://www.kommersant.ru/doc/3126654





*Andriej Zwiagincew (ur. 1964), wybitny rosyjski reżyser filmowy. Laureat licznych nagród, w tym "Złotego Lwa" na festiwalu w Wenecji. Do jego najbardziej znanych dzieł należą "Powrót" i "Elena" i "Lewiatan". 








Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com



Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego.

środa, 5 października 2016

Sztuka ważniejsza niż kino: telewizja i rosyjska świadomość zbiorowa….



Telewizja rosyjska pozostaje zagadką nie tylko dla obserwatorów z zewnątrz. Także rosyjscy analitycy i eksperci zastanawiają się, dzięki czemu udało się Kremlowi przekształcić ją w tak skuteczne narzędzie propagandy. Ankietowani przez Centrum Lewady ludzie przyznają, iż telewizja pozostaje dla nich głównym źródłem informacji. Jednocześnie nie ukrywają, iż mają do niej ograniczone zaufanie. Wybitny rosyjski socjolog Aleksiej Lewinson uważa, iż to nie telewizja panuje nad społeczeństwem. Jego zdaniem to społeczeństwo kontroluje telewizję będącą jednym z jego podsystemów. To nie telewizja mówi społeczeństwu jak ma myśleć, a społeczeństwo (włączając w to także taki jego podsystem, jakim jest aparat władzy) dyktuje telewizji, co ma pokazywać.   




Autor: Aleksiej Lewinson




 

Rosjanie przyznają, iż telewizja pozostaje dla nich najważniejszym źródłem informacji. Choć nie do końca jej dowierzają. 



Wprawdzie społeczeństwo ma dostęp do różnych źródeł informacji, to jednak w tej dziedzinie wybiera monopol. Autocenzura widzów pojawia się wcześniej, niż cenzura, lub autocenzura nadawców.


Gdyby Lenin żył do dziś, to zapewne skorygowałby swoją słynną formułę i za najważniejszy rodzaj sztuki uznałby nie kino, a telewizję. Dlaczego? Może dlatego, iż telewizji w dzisiejszej Rosji wyznaczono funkcję podobną do tej, spełnianej przez kino w tamtych czasach. Dokładniej mówiąc i posługując się nie językiem komisarzy, a językiem socjologa, telewizja winna zapewniać integrację społeczeństwa w oparciu o narzucone wartości i wzory. Dzięki temu możliwe jest zarządzanie społeczeństwem przez jeden, scentralizowany ośrodek władzy. 


Obraz świata


Pogląd, iż telewizja formuje obraz naszych myśli i narzuca modele zachowań u większości ludzi nie budzi zastrzeżeń. Tego rodzaju konstatacja, choć nie przynosi nam specjalnego zaszczytu, uwalnia jednak od odpowiedzialności za własne myśli, lub mówiąc precyzyjniej za ich brak, a także za własne działania, lub bezczynność. Choć ludzie nazywają telewizor "zombiskrzynką", nie przestają go oglądać.

Sformułowanie "oglądać program telewizyjny" niezbyt dokładnie opisuje dziś wzajemne relacje między ludźmi, a telewizją. Telewizji się nie ogląda. Kobiety włączają telewizję i zajmują się swoimi sprawami. Potem zaś mówią" "ja jej nie oglądam, telewizor coś tam sobie gada, ale ja nie zwracam na to uwagi."

Mężczyźni biorą do ręki pilota i skacząc z kanału na kanał złoszczą się: "tu nie ma nic do oglądania". Być może dla samej telewizji, nie jest to przyjemne, jednak potrafiła się ona do tej sytuacji zaadaptować. Gdy idzie o uprawiane przez telewizję "zombowanie", specjaliści uważają, iż jej sugestywność rośnie, gdy ludzie oglądają program z oczami na w pół przymkniętymi i słuchają jej niezbyt uważnie. I rzeczywiście, nie wszystko co zostało powiedziane zdołają usłyszeć,  dostrzegą nie wszystko to, co zostało pokazane. Gdy jednak zastosować technologię wielokrotnego powtarzania, mechanicznie tego samego, lub co efektywniejszych obrazów z wariacjami, w sytuacji, kiedy wszystkie stacje reprezentują podobne stanowisko, to najważniejsze przekazywane treści zostaną przyswojone. Specjaliści od reklamy zrozumieli to już dawno temu. Nie jest potrzebna tajemnicza dwudziesta piąta 25ta klatka, wystarczy popracować nad odpowiednim zaprogramowaniem anteny, nad zawartością programów informacyjnych.

I rzeczywiście, na pytanie o najważniejsze źródło informacji o wydarzeniach w kraju i na świecie, 86% dorosłych Rosjan odpowiada, iż jest nim telewizja. Nawet ci, którzy przyznają, iż codziennie korzystają z Internetu, także po to by mieć dostęp do informacji, nie rezygnują z telewizji. Jest ona głównym  źródłem wiadomości dla 80% z nich. Tylko połowa czerpie informacje z sieci. Tak wygląda sytuacja obecnie, gdy nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Ale podobnie wyglądała też, gdy obserwowaliśmy wydarzenia na Krymie, a później na wschodzie Ukrainy. Nasze media uparcie krzyczały, tam nie ma naszych wojskowych. Równocześnie w Internecie kipiało, oni tam są. Większość rosyjskich konsumentów informacji, nawet ci, którzy potrafili odnajdywać ją w Internecie, wybrała wersję proponowaną przez własną telewizję. Po co mieliby wierzyć w to, co mówią inni? 


Wiara w siłę


W naszej historii mieliśmy czasy, gdy zakazywano nam wyłączania własnego radia, za to słuchanie obcego było zakazane. W dzisiejszych czasach te zasady nie obowiązują. Władze, na razie, tylko przygotowują się do objęcia Internetu pełną kontrolą. Jesteśmy świadkami tego, jak ludzie sami odwracają się od Internetu. Główna część naszych obywateli z dziesiątki kanałów udostępniających aktualną informację wybiera trzy.

Nasi widzowie mają techniczne możliwości, by czerpać informacje z różnorodnych źródeł. A jednak wybierają monopol. Powierzają w ten sposób zarządzanie sobą jednemu ośrodkowi, tak właśnie kształtuje się sytuacja autorytarnego zarządzania w polityce i rozpowszechnianiu informacji. Autocenzura widzów pojawia się nim jeszcze zetkniemy się z cenzurą, lub autocenzurą nadawców.

Autocenzura widzów wyraża się nie tylko w tym, by nie oglądać, nie słuchać, ale także w tym, by nie wierzyć. Telewizję oglądają prawie wszyscy (86%), ale zaufanie do niej deklaruje tylko 59% (będziemy w tym wypadku mówili o współczynniku zaufania na poziomie 0,69). Grupą obdarzającą telewizję największym zaufaniem są emeryci (0,77). Widzowie z ograniczonym wykształceniem wierzą telewizji bardziej (0,76), ci z wyższym wykształceniem mniej (0,60). Obserwujemy tu określoną prawidłowość, im więcej oglądają, tym bardziej wierzą.

Regularnie korzystający z Internetu wierzą telewizji mniej, niż wynosi średnia dla użytkowników sieci (0,61). Jednak poziom zaufania dla publikowanych w sieci magazynów, gazet jest jeszcze mniejszy - wynosi 0,6. Telewizja przeważa nad Internetem nawet w środowisku jego użytkowników.

Jednak kwestia zaufania jest szczególnie złożona. Brak zaufania jeszcze bardziej. Spośród tych, którzy ją włączają, prawie jedna trzecia nie ufa przekazywanym przez telewizję informacjom.  Co dzieje się w ich głowach? Możemy założyć, iż jakaś ich część szuka sposobów weryfikacji informacji rozprzestrzenianej przez telewizję, ale jak wiemy jest ona niewielka. Dla pozostałych ważniejsze jest hasło: "ja im (wszystkim) i tak nie wierzę!" Ludzie ci, jak gdyby, poszukują sposobu obrony przed z góry oczekiwanym kłamstwem, przed dezinformacją. Ale nie są też w stanie znaleźć dla niej zamiany w postaci informacji wiarygodnej i co ważniejsze nie mają zamiaru, by się o to starać. Ich świadomość, jak im się zdaje, nie podlega ograniczeniom, może ona korzystać z wolności,  gotowa jest jednak zaakceptować z równym prawdopodobieństwem  dowolną prawdę, choć najczęściej zaaprobuje prawdę wspartą przez siłę.


Przestrzeń dla twórczości


W przestrzeni telewizyjnej, faktycznie przy współudziale samych widzów, doszło do wykreowania monopolu "wielkich kanałów", tylko one przyciągają uwagę ludności. W tych warunkach, ludzie telewizji stanęli przed zadaniem o charakterze politycznym, należy zapełnić siatkę programową materiałami prezentującymi wspomniane wyżej "podkontrolne" treści w możliwie różnorodnej formie (z tego jednak wynika ich ograniczoność). Pod tym względem, oczekuje się od telewizji jak najwięcej, tak pod względem tematycznym, jak i wizualnym. Wymagane jest podejście twórcze, tak jak to zwykle bywa, gdy idzie o różnego rodzaju prezentacje i wizualizacje. Hegemonię na polu informacyjnym sprawują mogące pochwalić się największą oglądalnością stacje telewizyjne Rosja 1, Kanał Pierwszy i NTV. Gdy widz poczuje zmęczenie programami informacyjnymi, proponuje mu się filmy. Wciąż jeszcze, jak gdyby wypełniając testament Lenina, telewizja rosyjska pokazuje o wiele więcej filmów i seriali, niż telewizja w Europie i USA. W największych stacjach kontent tego rodzaju zajmuje od jednej trzeciej do połowy programu.

Tak wyglądał, jeśli można tak powiedzieć, stary model. Obecni szefowie telewizji i ich szefowie są świadomi, iż ten cudowny monopol trzech wielorybów naszej anteny powoli zacznie się rozpływać, i że zmiana doprowadzi do wykreowania całkowicie nowej sytuacji. Wczorajszy podział na Rosję telewizyjną i Rosję internetową zaniknie. Z technicznego punktu widzenia, Internet pochłonie środowisko telewizyjne, wprowadzi doń charakterystyczną dla siebie różnorodność form i sposobów łączenia treści z wyobrażeniami widza/użytkownika. Jeśli jednak wierzyć ludziom poinformowanym, gdy idzie o treści, nasza telewizja przygotowuje się do tego, by nowe środowisko zalać swoim własnym "kontrolowanym" programem.


Reakcja obronna


Być może, czytelnikowi może się zdawać, iż wspólnie z nim zastanawiamy się nad swego rodzaju utopią, czy też anty utopią i że rysujemy fantastyczne perspektywy dla nadchodzącej epoki cyfrowej. A jednak, to nie tak. Mowa tu raczej o sztuce telewizyjnej. Telewizję możemy uznać za sztukę tylko w leninowskim rozumieniu tego terminu. Lenin, jeśli ktoś sobie przypomina, także powstanie zbrojne traktował jako sztukę (kino zaś jako oręż).

Czytelnik tego artykułu może odnieść wrażenie,  iż także jego autor podziela przeważający wśród widzów pogląd, iż telewizja w pełnej mierze potrafi manipulować ich świadomością. To nie tak, jestem w tej sprawie innego zdania. Punktem wyjścia dla mnie nie jest przeświadczenie, iż to telewizja panuje nad społeczeństwem. Jest wręcz na odwrót, to społeczeństwo kontroluje telewizję, będącą jednym z jego podsystemów. To nie telewizja mówi społeczeństwu jak ma myśleć, a społeczeństwo (włączając w to także taki jego podsystem, jakim jest aparat władzy) dyktuje telewizji, co ma pokazywać. Wiadomo na ogół, iż stacje telewizyjne muszą reagować na wskaźniki popularności i w rezultacie będą pokazywać programy cieszące się zainteresowaniem. Ale w tym wypadku nie o to chodzi, mimo iż podobna konstatacja przynajmniej częściowo jest prawdziwa. Mam raczej na myśli dzisiejszą sytuację geopolityczną i naszego widza zajmującego w niej określone miejsce. Po aneksji Krymu i wydarzeniach na wschodzie Ukrainy, Rosjanie dowiedzieli się, iż większość państw (dawniej moglibyśmy określić je jako "znaczących innych") zajęła stanowisko osądzające Rosję. Nie łatwo jest być obiektem bojkotu, być potępianym przez innych. Dotyczy to w równej mierze jednostki, co świadomości społecznej.

Rosyjska świadomość masowa w ramach reakcji obronnej wypracowała określony typ reakcji. Osądzają nas wrogowie, a to oznacza, że mamy rację. Podstawą takiej logiki jest sprowadzona do tego samego poziomu obserwacja, iż jesteśmy na tyle dobrzy, na ile oni są źli. Tak to wygląda. W tej sytuacji nie wystarczy chwalić się samemu. Pomaga, gdy poniża się wroga. Stąd dla telewizji wynika określone zadanie, należy zademonstrować, na ile oni są źli, na ile głupi, jak bardzo obrzydliwi są wszyscy ci, którzy występują przeciwko nam. Tego rodzaju demonstrację należy stale odświeżać. Dlaczego? Jeśli nastąpi pauza, jeśli oskarżenia zaczną nas nudzić, świadomość usłyszy wewnętrzny szept: a może potępiają nas i osądzają nie bez podstaw?


Telewizja stara się ze wszystkich sił


Warto zauważyć, iż zlecenie na oskarżycielski jazgot nie jest zamówieniem na informacje, zwłaszcza na te odpowiadająca rzeczywistości, prawdziwe. Oskarżycielski jazgot spełnia swoją rolę, już przez to tylko, że nim jest. Podobnie dzieje się z "nadużyciem", tym jest lepsze, im jest gorsze. Nikt nie zamierza wierzyć w propagandowy wrzask, przynajmniej w tym sensie, w jakim zazwyczaj rozumiemy ten termin.

Telewizja nie może karmić widza wyłącznie nienawiścią. Tego rodzaju emocje należy kompensować uczuciami pozytywnymi. Pod czyim adresem mogą Rosjanie kierować obecnie swoje dobre uczucia? Doświadczenie pokazało, iż można je kierować pod adresem własnej przeszłości. Stąd wziął się swoisty kult przodków. Wokół niego powstały własne rytuały. Na ekranie regularnie pokazuje się nasze "stare dobre kino", narracja budująca mit. Są w nim obecne nieaktualne dziś konflikty (być może nie istniały one i wówczas, w czasach radzieckich). Rozwiązywane są przy pomocy sposobów niewspółczesnych. Tak rodzi się obraz zbiorowego przodka. Miłe emocje z duszy zrzucają ciężar. Najważniejsze ze sztuk będzie w dalszym ciągu służyć narodowi.



*Wskaźniki zostały opracowane na podstawie badania przeprowadzonego przez Centrum Lewady w lipcu. Autor wyraża wdzięczność pani Ljubow Borusjak za pomoc w przygotowaniu niniejszego tekstu.



Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciołowski


Oryginał ukazał się na portalu rbc.ru:  http://www.rbc.ru/opinions/politics/24/08/2016/57bd601b9a7947df992a83c1




*Aleksiej Lewinson (ur.1944), socjolog, eseista, ceniony rosyjski intelektualista, kierownik Pracowni Badań Socjo - Kulturowych w Centrum Lewady. Stały autor gazety "Wiedomosti ", czasopisma "Nieprikosnowiennyj zapas",agencji RBK




piątek, 28 sierpnia 2015

Sfałszować książkę: wydawnictwo "Algorytm'



Jeszcze w starym Związku Radzieckim niewiele przejmowano się prawami autorskimi zagranicznych autorów. Pod patronatem partii i państwa rozkwitało wydawnicze piractwo. Ta tradycja sprzed lat pozostała żywa w Rosji Władimira Putina, zwłaszcza wtedy, gdy rzecz idzie o produkcji priorytetowej literatury propagandowej. Moskiewski krytyk literacki, Galina Józefowicz przyjrzała się dokładniej działalności wydawnictwa "Algorytm". Jedną z jego specjalności jest preparowanie nigdy nie napisanych i nie zaaprobowanych przez autorów książek. Ofiarami "Algorytmu" stali się Henry Kissinger, Luc Harding, dziewczyny z "Pussy Riot", moskiewski dziennikarz Siergiej Chazow. Dla "Algorytmu" najważniejsze jest osiągnięcie odpowiedniego efektu propagandowego, np. przedstawienie krytycznego wobec Rosji autora, jako zajadłego i złośliwego wroga.  



Autor: Galina Józefowicz




Brytyjski dziennikarz Luc Harding dowiedział się o wydaniu swojej książki w Moskwie od rosyjskiego przyjaciela, który zauważył ją na wystawie w księgarni. 


 


W lutym 2015 r. wydawnictwo „Algorytm” wydało książkę „Jedynie Putin” autorstwa Luke’a Hardinga, dziennikarza gazety The Guardian, W sierpniu bieżącego roku okazało się jednak, że Brytyjczyk nigdy takiej książki nie napisał. Cała seria wydawnicza pt. „Projekt Putina” liczy już 24 pozycje książkowe, a rzekoma „książka Hardinga” nie jest jedyną tego rodzaju podróbką. Redakcja „Meduzy” zwróciła się do krytyka literackiego Galiny Józefowicz z prośbą o wytłumaczenie zawiłości i wątpliwości związanych z wydawnictwem „Algorytm” i autorstwem wydanych przez nie publikacji.



Harding, Lucas, Harding: bez wiedzy i zgody autorów


Media zainteresowały się wydawnictwem „Algorytm” po tym, jak 8 sierpnia 2015 r. Luke Harding (dziennikarz angielskiej gazety "Guardian") złożył oświadczenie, w którym poinformował, że nie ma nic wspólnego z książką „Jedynie Putin. Dlaczego rosyjski «system» toleruje jego obecność w polityce”. Nazwisko brytyjskiego dziennikarza widnieje jednak na okładce książki. Wkrótce po tym oświadczeniu wyszło na jaw, że wiele innych tytułów z serii „Algorytmu” również opublikowano bez wiedzy i zgody autorów. Wymienić tu można np. teksty amerykańskiego dziennikarza Michaela Bohma, artykuły analityka z „The Economist” Edwarda Lucasa oraz Henry'ego Kissingera, byłego sekretarza stanu USA (nawiasem mówiąc, Kissinger dotychczas nie ustosunkował się do całej sprawy). Wszystkie te książki są nieautoryzowanymi kompilacjami tekstów zaczerpniętych z różnych źródeł. Ich wspólną cechą jest niechlujny przekład oraz tendencyjne skróty, wstawki i powtórzenia.

„Algorytm” nie ogranicza się jednak do autorów zagranicznych, chociaż taka opcja byłaby najbardziej opłacalna (w przypadku przekładów istnieją spore szanse, że autorzy oryginałów nigdy nie dowiedzą o się publikacji „swoich” książek w Rosji). Nazwisko Siergieja Dorenko na przykład (znany prorządowy dziennikarz telewizyjny i radiowy - "mediawRosji") widnieje na okładce książki „Donbas – wygodna «przykrywka» Putina”, ale oświadczył, że nie jest jej autorem. Prawdopodobnie o istnieniu tego dzieła dowiedział się dopiero po 11 sierpnia, kiedy to Ukraina opublikowała listę rosyjskojęzycznych książek zakazanych. Bez wiedzy i zgody autora wydano również pracę politologa Stanisława Biełkowskiego „Mroczne piętno opozycji”. Co prawda redakcja jedynie sporadycznie ingerowała w skompilowane w tej książce teksty, jednak o jej pojawieniu się na rynku autor dowiedział się już po fakcie i podał wydawcę do sądu.


Cala prawda o "Pussy Riot"


W roku 2012 „Algorytm” wydał książkę „Cała prawda o Pussy Riot”, wymieniając Nadieżdę Tołokonnikową jako jedną ze współautorek. Publikacja ta wzbudziła sporo kontrowersji. Początkowo stworzono wrażenie, że jej wydawcą jest oficyna „Eksmo” (jedno z najbardziej znanych i zasłużonych rosyjskich wydawnictw - "mediawRosji"). Jednak po oświadczeniu Tołokonnikowej i jej męża, że nie mają z tą książką nic wspólnego, „Eksmo” odżegnało się od sprawy i oświadczyło, że za całe zamieszanie odpowiada wyłącznie „Algorytm”. Być może nieporozumienie powstało dlatego, że książkę kolportowała sieć księgarska należąca do Eksmo”. W każdym razie „Eksmo” pospiesznie wycofało tę pozycję ze swoich księgarń. Pewną rolę w całej sprawie mógł też odegrać Aleksandr Kołpakidi, redaktor naczelny „Algorytmu” i badacz historii służb specjalnych. Przed objęciem posady w „Algorytmie” Kołpakidi był redaktorem naczelnym „Jauzy”, czyli jednego z mniejszych oddziałów wydawnictwa „Eksmo”. „Jauza” publikowała pozycje z bardzo specyficznej dziedziny, a do jej najpopularniejszych serii wydawniczych należały np. „Pod słowiańskim niebem. Sto wieków rosyjskich dziejów”, „Aryjskie korzenie Rusi”, „Słowo patrioty” czy „Zachód przeciw Rosji. 1000-letnia wojna”.


Perypetie Siergieja Chazowa


Ale nawet po tak specyficznym wydawnictwie trudno się było spodziewać praktyk, z jakimi dwa lata temu zetknął się Siergiej Chazow, dziennikarz czasopisma „The New Times”. W lipcu 2013 r. „Algorytm” zwrócił się do niego z propozycją wydania w formie książkowej antologii jego artykułów prasowych. Chazow podkreśla, że pismo z propozycją ze strony „Algorytmu” otrzymał w lipcu, kiedy cały zespół redakcyjny „The New Times” przebywał na urlopie. W odpowiedzi skierowanej do wydawnictwa dziennikarz zaznaczył, że zgodę na ewentualną publikację musi wyrazić również kierownictwo jego rodzimej redakcji, dlatego z wszelkimi decyzjami najlepiej będzie wstrzymać się do sierpnia.

"Okazało się jednak, że oni już rozpoczęli łamanie tekstu i przysłali mi wstępną wersję. Nawet do niej nie zajrzałem, odkładając wszystko do czasu, kiedy wrócę do Moskwy. Jewgienia Albac, redaktor naczelny „The New Times”, zaakceptowała pomysł wydania książki z moimi tekstami. Zaczęliśmy omawiać warunki umowy i kwestie finansowe. Zapoznałem się ze wstępną wersją książki pod roboczym, złowieszczym tytułem „Lista Magnickiego. Czego obawia Putin?”. Do druku nie nadawała się zupełnie. Artykuły ułożono w jakiejś dziwacznej kolejności. Moje własne teksty były wymieszane z artykułami moich redakcyjnych kolegów oraz z artykułami całkiem innego Siergieja Chazowa (korespondenta „Radia Swoboda” w Samarze, noszącego identyczne imię i nazwisko, co ja). Pomiędzy artykułami zamieszczono jakieś głupie i nieudolnie napisane wstawki. Nigdy bym czegoś takiego nie podpisał własnym nazwiskiem. Wysłałem do „Algorytmu” list z bardzo szczegółowymi komentarzami. Odpowiedzieli, że oczywiście nie mają nic przeciwko naniesieniu poprawek. Aż tu nagle pewnego dnia dostaję list od Iwana Czerkasowa, jednego z adwokatów pracujących dla Billa Browdera (szef zamordowanego Siergieja Magnickiego - "mediawRosji") z Londynu: „Panie Siergieju, co się dzieje? Dowiedziałem się, że już pan wydał książkę o Siergieju, a nas pan o tym nie zawiadomił…?”. Czerkasow przypadkiem natrafił na tę pozycję w księgarni internetowej „Ozon” i bardzo go to zdziwiło. Jak się okazało, „Algorytm” wydał książkę już w czerwcu, a następnie post factum przysłał mi do podpisania wstępną wersję umowy. Dyrektor wydawnictwa, Siergiej Nikołajew, oraz jego koledzy przez cały ten czas łgali mi w żywe oczy, omawiając ze mną propozycje zmian i poprawek. O jakiej korekcie może być mowa, kiedy książka już trafiła do księgarń? – opowiada Chazow w rozmowie z „Meduzą”.

Pomimo żądania wycofania książki ze sprzedaży, nadal można ją bez problemu kupić - na przykład w księgarni „Labirynt” kosztuje jedyne 269 rubli. Oczywiście z autorem nikt dotąd nie podpisał żadnej umowy, a o honorarium Chazow może jedynie pomarzyć.


Nie tylko przeciwnicy ideowi


„Algorytm” pozwala sobie na taką samowolkę nie tylko wobec przeciwników ideowych, ale i w odniesieniu do publicystów światopoglądowo bliskich wydawnictwu. Israel Szamir - jego nazwiskiem sygnowana jest przedmowa do książki Luke’a Hardinga - poinformował nas, że na zlecenie „Algorytmu” nie napisał ani słowa na potrzeby tej konkretnej publikacji: Owszem, o Luke’u Hardingu pisałem kilkakrotnie, ale o ile sobie przypominam były to głównie teksty anglojęzyczne. Zresztą, może i napisałem coś po rosyjsku, nie pamiętam. Możliwe też, że „Algorytm” przetłumaczył jakiś mój tekst z angielskiego.

W przeciwieństwie do innych autorów, Szamir nie ma nic przeciwko wykorzystywaniu jego tekstów i w zasadzie z sympatią odnosi się do wydawnictwa konsekwentnie demaskującego wrogów Rosji. Jego zastrzeżenia budzi natomiast niska jakość publikacji wydawanych przez „Algorytm”: Moją najnowszą książkę też zredagowali na odczepnego, pewne fragmenty się w niej powtarzają. Natomiast we wcześniejszych publikacjach zdarzały się kuriozalne błędy w przekładzie. Jednak zdaniem Szamira sam Harding nie ma prawa narzekać na takie niechlujstwo, ponieważ jest nie pisarzem, lecz „bojówkarzem w wojnie propagandowej przeciw Rosji”. Szamir jest przekonany, że Harding nigdy nie pozwoliłby „Algorytmowi” czy innemu [rosyjskiemu] wydawnictwu wydać tego rodzaju pozycję książkową. Jak to się mówi, „społeczeństwo ma prawo znać swoich narodowych bohaterów”, ale jednocześnie „szpiegów i wrogów trzeba ujawniać”. Wydając książkę Hardinga wydawca kierował się taką właśnie logiką. Miał do tego pełne prawo, nawet jeśli nagiął przy okazji jakieś przepisy.

Samo wydawnictwo nie widzi w takich praktykach niczego nadzwyczajnego czy oburzającego. „Algorytm” zamieścił na swojej stronie internetowej ogłoszenie, zaprasza w nim do współpracy wszelkie osoby gotowe „wyszukiwać w internecie materiały (artykuły, wywiady, wypowiedzi ustne itd.) zgodnie z wytycznymi redakcji”. Honorarium za takie zlecenie wynosi 3000 rubli za każdy „zgromadzony blok informacji”. Co więcej, w wywiadzie dla radia „Echo Moskwy” dyrektor generalny „Algorytmu”, Siergiej Nikołajew, wcale nie zaprzeczał, że książka była wydana bez zgody autora. To prawda, pierwotny anglojęzyczny wariant antologii artykułów Hardinga nigdy nie istniał. A stało się tak dlatego, że wydawnictwu najzwyczajniej w świecie nie udało się skontaktować z autorem: Przecież nic się nie stało. Zawrzemy umowę i wypłacimy honorarium. W czym problem? Tyle tylko, że on mieszka gdzieś daleko stąd. (…) Łatwiej nam najpierw wydać książkę. A potem autor kontaktuje się z nami, a my mu wszystko objaśniamy. I po kłopocie. Nie sądzę, że autorzy mogliby mieć jakiekolwiek pretensje w związku z tym, że ich książki wydaje się za granicą, w obcym języku. Zazwyczaj nikt się tym specjalnie nie przejmuje. To przecież korzystne dla autora. Zwykle to on sam musi sobie szukać wydawcy.

Niewiele nowego wnoszą do sprawy również wyjaśnienia Aleksandra Kołpakidi, redaktora naczelnego „Algorytmu”. Jego interpretacja wydarzeń, przedstawiona w rozmowie z „Meduzą”, różni się nieco od wersji Nikołajewa. Kołpakidi twierdzi, że przebywa obecnie na urlopie, w Moskwie nie było go od dawna, dlatego nie zna szczegółów konfliktu. Jest jednak przekonany, że w wydawnictwie zaszła po prostu jakaś drobna pomyłka. Owszem, autorom nie wysłano umów w odpowiednim terminie, ale na pewno wszystkie strony konfliktu już sobie wyjaśniły sporne kwestie, albo lada chwila dojdą do porozumienia.



Siergiej Chazow uzależnił wydanie swojej książki od zgody macierzystej redakcji. "Albatros" nie miał zamiaru czekać. 



Geobbels i Mussolini: wybitne postacie historyczne


Praktyka polegająca na zawieraniu umów z autorami i wypłacaniu im honorariów już po fakcie (i dopiero na ich żądanie), albo nawet niepłacenie w ogóle, stała się już dla „Algorytmu” normą. Ale to nie jedyne wybryki, jakich dopuszcza się to wydawnictwo. W 2012 roku w serii „Proza wybitnych postaci historycznych” ukazały się książki Josepha Goebbelsa i Benito Mussoliniego, uznane za dzieła ekstremistyczne. Dyrektor oraz redaktor naczelny „Algorytmu” zostali wtedy ukarani karami pieniężnymi, a same książki trzeba było wycofać z księgarń. Co ciekawe, na stronie wydawnictwa pojawiło się wtedy ogłoszenie o pracy dla prawnika z doświadczeniem w prowadzeniu spraw z art. 280 kodeksu karnego Federacji Rosyjskiej („Publiczne podburzanie do działalności ekstremistycznej”), gotowego reprezentować klienta przed sądem.

Niedawno pozew z żądaniem ogłoszenia upadłości „Algorytmu” złożyło wydawnictwo „Centrpoligraf” (nawiasem mówiąc, ono również wydało sporą ilość literatury nacjonalistycznej). „Centrpoligraf” twierdzi, że w 2013 roku „Algorytm” wydał piracką wersję książki Piotra Bukejchanowa „Bitwa pod Kurskiem – to my ją rozpoczęliśmy”, podczas gdy wyłączne prawo do wydania tej pozycji należało właśnie do „Centrpoligrafu”.  W odpowiedzi „Algorytm” przedstawił na swojej stronie internetowej własną wersję wydarzeń, zgodnie z którą „Centrpoligraf” wydał jedynie pierwszy tom książki, nie wywiązując się tym samym ze zobowiązań wobec autora, „Algorytm” natomiast wydał to dzieło w całości. Tak czy inaczej, sprawa trafiła do sądu, a pozwanemu wydawnictwu grozi bankructwo.

Gdyby w pewnym momencie wszyscy poszkodowani w wyniku praktyk „Algorytmu” złożyli pozwy do sądu, to prawdopodobnie wydawnictwu najzwyczajniej w świecie zabrakłoby pieniędzy na adwokatów. Nakłady wydawanych przez nich książek są niewielkie (np. publikacja podpisana nazwiskiem Luke’a Hardinga wyszła w nakładzie zaledwie 2000 egzemplarzy), a na dodatek większość pozycji można bezpłatnie ściągnąć z internetu. Krótko mówiąc, sytuacja finansowa „Algorytmu” nie wygląda optymistycznie.


Tłumaczenie: Katarzyna Kuc







*Galina Józefowicz, znany moskiewski krytyk literacki, autor licznych tekstów publikowanych w czołowych rosyjskich magazynach i gazetach: Newsweek Russia, Forbes, Psycholgies, Wiedomosti, Ogoniok, Itogi. Stale współpracuje z portalem meduza.io









Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com




Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego.