Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ługańsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ługańsk. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 czerwca 2015

Bez zapasu wody, świeczek, bateryjek nie da się żyć…



Jeszcze półtora roku temu życie w Ługańsku biegło utartym szlakiem. Mieszkańcy miasta nigdy nie doświadczyli szczególnego dobrobytu,  jednak potrafili funkcjonować w otaczającej ich rzeczywistości. Ich dotychczasowy świat zburzyła wojna.  W nowych realiach samozwańczej Lugańskiej Republiki Ludowej musieli nauczyć się żyć. Autorka tekstu, Żenia Krawczenko opisuje, jak wygląda teraz ich życie codzienne. Koniecznie trzeba zrobić zapasy wody, świeczek, baterii do latarek. W aptekach brakuje lekarstw, więc by je zdobyć, trzeba skorzystać z okazji, gdy ktoś jedzie do Rosji. Miejscowe władze wystawiają dokumenty uznawane tylko na terytorium republiki. Życie w Ługańsku biegnie dalej. Ludzie żenią się, rozwodzą, rodzą dzieci, świętują urodziny, chorują, chodzą do pracy…




Autorka:  Żenia Krawczenko




Najważniejsze, żeby zrobić zapas wody. Krany w domu mogą pozostawać suche przez kilka dni.


 


Na co trzeba być przygotowanym w stolicy samozwańczej Ługańskiej Republiki Ludowej.



Władze samozwańczych Donieckiej Republiki Ludowej i Ługańskiej Republiki Ludowej przed kilkoma dniami ogłosiły projekt poprawek zmieniających konstytucję Ukrainy. Dzięki ich przyjęciu, ich zdaniem, powstaną warunki, by obie republiki pozostały w składzie Ukrainy. Na ile życie codzienne na terenach kontrolowanych przez rząd w Kijowie różni się od życia po przeciwnej linii frontu. List mieszkanki Ługańska opowiada o panujących w mieście warunkach życia.



W dzisiejszych czasach życie w Ługańsku wymaga odpowiedniego przygotowania. Ważna jest strona materialna i psychologiczna. Postaram się zachować obiektywność i unikać ocen. Piszę dla tych, którzy wyjechali dawno i zastanawiają się nad powrotem, lub po prostu chcą zorientować się, jak wygląda sytuacja. Nie będę więc w ogóle pisać o polityce.


Woda, prąd i telefony


Każdego dnia o dowolnej porze mogą wyłączyć prąd. Potem znów go włączą, pytanie tylko kiedy. Należy zawsze posiadać zapas bateryjek do latarek, świeczek, albo nafty do lampy naftowej. Wszystkie te rzeczy są deficytowe, nie da się ich zwyczajnie kupić. Jeśli zobaczycie  je w sklepie, trzeba kupować na zapas.

Woda w mojej dzielnicy pojawia się na dwie godziny rano i na dwie godziny wieczorem. Taka jest norma. Często bywa tylko rano, albo tylko wieczorem. Ciśnienie w kranach czasami bywa wystarczające, niekiedy woda ledwie kapie. Jeśli chce się coś wyprać w pralce, należy odgadnąć odpowiednią porę. Praktycznie wszystkie domowe garnki i naczynia napełnione są wodą. Dodatkowo mamy 20 butelek plastikowych oraz 80 litrowy bak, wszystkie pełne. Bez zapasu wody nie da się żyć. Zdarzało się, że wodę wyłączano na trzy dni, lub dłużej.

Za to gaz był przez cały czas, nigdy go nie wyłączano. Ale zdarzało się, że ciśnienie było słabe. Ale nigdy nie pozbawiono nas gazu całkowicie.

Co jakiś czas przestaje działać łączność komórkowa. Każdy musi mieć po kilka sim kart. Zazwyczaj korzystamy z sieci MTS i Life. Sieć Kyivstar nie działa. Opłatę za telefon można wnieść w rozstawionych po mieście terminalach. Prowizja wynosi ok. 5 hrywien.  Tradycyjne telefony funkcjonują, ale kiedy wyłączają światło, po jakimś czasie przestają działać. Z komórkami jest podobnie, kiedy zostaje wyłączone światło, po chwili znika łączność MTS. Sieć Life wytrzymuje dłużej, ale jakość jej połączeń jest zdecydowanie gorsza.
Przy okazji opowiem o opłatach mieszkaniowych. Dla mieszkańców Ługańska mieszkania i usługi komunalne są płatne. W punktach, gdzie wnoszone są opłaty zawsze stoją długie kolejki, może z tego powodu płacą nie wszyscy. Kontrolerzy miejscy chodzą po domach i mieszkaniach, kontrolują liczniki, za niepłacenie wyłączają prąd i gaz. Tak robią w domach prywatnych, teraz coraz częściej wyłączają w mieszkaniach. Taryfy odpowiadają stawkom ukraińskim.


W kolejce po zasiłek


W ciągu ostatnich dwóch miesięcy (kwiecień i maj) wypłaty zasiłków socjalnych odbywały się regularnie. Emerytury są takie same, jak przed wojną. Do niedawno mieliśmy w tej dziedzinie pełny chaos, na razie jednak nie będzie wyrównywane zadłużenie z poprzednich miesięcy. Wypłacane są zasiłki na dzieci, jednak opóźnienia pod tym względem sięgają pół roku. W maju wypłacono je za listopad-luty. Żeby otrzymać zasiłek, należy założyć w banku specjalny rachunek, potrzebne jest też podanie do dzielnicowego wydziału opieki społecznej. Potem jest ono przekazywane do Ukraińskiego Funduszu Społecznego. Po odbiór zasiłków trzeba stać w kolejce po 2-3 dni. Emerytury wypłacane są na tym samym poziomie, co przed wojną. Jednak na razie nie są wypłacane zasiłki za poprzednie miesiące, mała szansa, że to zadłużenie zostanie uregulowane.

Pracę można znaleźć w firmach prywatnych i w jednostkach budżetowych. Najczęściej poszukiwani są ludzie o takich zawodach, jak pielęgniarka, kasjerka, kelner, fryzjer, budowlaniec. Pracownicy w sferze budżetowej nie dostają pensji. W lutym nauczycielom i lekarzom wypłacono pensje za wrzesień, w marcu za pół października. Przed 1 maja lekarze dostali 23% swoich pensji za listopad. Wypłacono im po 150-200 hrywien (25-34 złote). Podobną wypłatę nauczyciele dostali w środku maja.

Swoje wynagrodzenia otrzymują zatrudnieni przez sektor prywatny. Sprzedawczyni, kasjerka, barman, kelner, sprzątaczka zarabiają ok. 1000 hrywien (170 złotych). Zdarzają się i mniejsze pensje, po 300, 600, 700 grywien.


Nasze ceny - na co nas stać...


Poziom cen jest nieco niższy niż w Rosji, jednak o wiele wyższy, niż na Ukrainie. Oto przykłady niektórych cen (1 zloty = 5,7 hrywny)

Parówki - 80 hrywien
Sok - 30-40 hrywien
Czekoladowe cukierki - od 80 hrywien
Coca-cola - 0,5 litra od 20 hrywien
Chleb - 5-6 hrywien, ekonomiczny - 3 hrywny
Cukier - 21023 hrywny
Mleko - 13 hrywien
Masło - 25 hrywien paczka
Jajka - 2,5 hrywny sztuka
Kartofle - 12 hrywien
Mydło gospodarcze - 8-15 hrywien kawałek
Szampon - od 40 hrywien za tani rosyjski
Pasta do zębów - 35-40 hrywien

Są to ceny na bazarze. Ale i tak, żeby znaleźć wiele artykułów trzeba się nabiegać, szukać. Jeśli uda się znaleźć coś deficytowego, trzeba kupować na zapas. W supermarketach także nie wszystko da się kupić,  ceny w nich są zwykle o 5-10 hrywien wyższe.


USG w trzech miejscach 


Sytuacja z lekarstwami wygląda gorzej. W aptekach nie ma waty i spirytusu, waleriany, analginu, szeregu prostych preparatów. Bywa, że coś uda się znaleźć, trzeba wcześniej obdzwonić szereg aptek i dopytać się. Lekarstwa specjalistyczne niezbędne w leczeniu chorób serca, nerek, nadciśnienia można znaleźć w sieciach społecznościowych, albo zamawiać u ludzi jeżdżących do Rosji.



Posterunek kontrolny Ługańskiej Republiki Ludowej na północy regionu. Nocą obowiązuje to godzina policyjna. 



Parę słów o medycynie. Szpitale pracują, choć brakuje wielu lekarzy. Dla przykładu, w jednej z przychodni endokrynolog przyjmuje 3 razy w tygodniu, rejestracja wydaje zaledwie 10 numerków. Żeby je zdobyć, trzeba przyjść do przychodni o 6 rano i odstać kilka godzin w kolejce. Przychodnie funkcjonują, pacjentów jest bardzo dużo, można tez wezwać do domu pogotowie ratunkowe (na razie bezpłatnie). USG można zrobić w trzech miejscach. Nie ma klinik prywatnych.


Jak zdobyć rosyjski dyplom?


W szkołach i uczelniach w dalszym ciągu funkcjonują klasy ukraińskie i katedry języka ukraińskiego. Zapewne, informacje o skandalach z naszymi dyplomami rozeszły się szeroko. Na razie trudno powiedzieć, by dyplomy rosyjskie były wydawane masowo. Niektórzy studenci uczelni rolniczej otrzymali dyplomy uczelni z Woroneża, ale jeśli orientuję się w sytuacji, studenci sami zajęli się wszystkimi kwestiami organizacyjnymi, pojechali do Woroneża, załatwili dokumenty, itd. Części uczniów udało się wyjechać, by zdać ukraiński egzamin "ENO" (Зовнішнє незалежне оцінювання), niektórym udało się dotrzeć do Rosji by zdać państwowy egzamin EGE. Ale 90% absolwentów szkół i uczelni otrzyma tylko dokument potwierdzający zdobyte wykształcenie wydany przez ŁRL i ważny na jej terytorium. W jednej z uczelni Ługańska studentom zaproponowano, by pozostali w niej jeszcze przez rok i po wpłaceniu opłaty uzupełniającej, otrzymali dyplom rosyjski (9000 hrywien). Podobno uczelnie zawarły odpowiednie porozumienie. Pojawiła się także inna możliwość, studentom proponowano, by pojechali do Rosji i samodzielnie próbowali dogadywać się z uczelniami. W takim wypadku, by otrzymać dyplom rosyjski trzeba zdać uzupełniające egzaminy z przedmiotów. W przeciwnym wypadku studenci mogą otrzymać tylko dyplom ŁRL.

Studenci w tej kwestii mają różne poglądy. Wielu realistycznie ocenia sytuację, wystarczą im dyplomy wydane przez ŁNR. Znajoma studentka powiedziała mi, iż w żadnym wypadku nie zamierza się przenosić z Ługańska, więc lokalny jej wystarczy. Inna z kolei, uczy się dalej, na innym wydziale, kierunek bardzo ją interesuje, nie przejmuje się, że dyplom nie będzie uznawany poza Ługańskiem. Wśród studentów słychać głosy oburzenia, w związku z tym, iż nie stworzono możliwości bezpłatnego zdobycia rosyjskiego dyplomu. W nowym roku akademickim będzie prowadzona rekrutacja we wszystkich działających uczelniach. Wciąż stosowane są ukraińskie programy nauczania, także podręczniki. System oświatowy w Ługańsku w przyszłym roku będzie finansowany przez budżet, będą także działały kierunki płatne. Na razie jednak o konkretnych sumach nie mówi nikt.


Dokumenty


To na pewno najbardziej skomplikowany fragment ługańskiej rzeczywistości.

Na miejscu brak blankietów ukraińskich paszportów (w naszych realiach chodzi raczej o dowody osobiste - "mediawRosji"). Jeśli ktoś ma ukończone 16 lat i zgubił paszport dostanie wyłącznie dokument ŁRL ważny tylko na jej terytorium. Do dawnego paszportu ukraińskiego można samodzielnie wkleić zdjęcie odpowiadające wiekowi właściciela - 25, lub 45 lat. Jednak z takim dokumentem nie da się wjechać na Ukrainę. Za to bez wklejonego zdjęcia nie wpuszczą do Rosji. Wydawane są świadectwa ślubu, rozwodu, śmierci, jednak na terytorium Ukrainy nie są one uznawane. Z miejscowym świadectwem urodzenia nie da się przewieźć dziecka na terytorium Ukrainy.


To już nie jest stary Ługańsk


Nastroje wśród mieszkańców Ługańska są różne. Niektórzy aktywnie wspierają obecny reżim, wierzą, że wszystko się ułoży, potrzeba tylko trochę cierpliwości. Ale są też wściekli na Rosję, czekali iż region zostanie do niej przyłączony, i że nastąpi raj socjalny. Niektórzy odczuwają nostalgię, stare życie było w porządku, kiedyś zapewne wróci. Życie w Ługańsku biegnie dalej. Ludzie żenią się, rozwodzą, rodzą dzieci, świętują urodziny, chorują, chodzą do pracy, w dni wolne od pracy grillują szaszłyki. Pojawiło się o wiele więcej wolontariuszy. Ludzie chętniej się spotykają, kontakty między sąsiadami stały się bliższe, łatwiej poznać nowych ludzi. Miasto wciąż żyje, ludzie dają sobie radę. Komuś wiedzie się lepiej, komuś gorzej. Ale to już nie jest stary Ługańsk,  znany nam i kochany przez mieszkańców..

Nasze miasto przypominam dziś znajomego człowieka, z którym na jakiś czas utraciliśmy kontakt. W tym czasie przeszedł on ciężką chorobę, stracił pracę. Teraz porusza się z trudem, trochę  kuleje, pomaga sobie laską,  uśmiecha się, ale w jego oczach widać smutek. Trochę się denerwuje, kiedy ludzie dowiadują się o jego problemach.

Ale wciąż pozostaje dla nas kimś bliskim, zasługuje na naszą miłość, trzeba się nim opiekować bez względu na okoliczności.


Tłum.: ZDZ


Oryginał ukazał się portalu svoboda.org
http://www.svoboda.org/content/article/27063650.html




O Ługańsku na "Media-w-Rosji"



Z każdym dniem sytuacja ludności w położonym na wschodzie Ukrainy Ługańsku staje się coraz bardziej dramatyczna. W okupowanym przez separatystów i obleganym przez oddziały ukraińskie mieście nie ma prądu, wody i łączności ze światem zewnętrznym. Nie wywożone są śmieci, w gruzach leżą miejscowe placówki oświatowe. Ługański dziennikarz Andriej Dechtiarienko, choć opuścił miasto, obserwuje rozwój sytuacji. W rozmowie telefonicznej z radiem Swoboda opowiedział, jak wygląda życie w udręczonym Ługańsku.  



Od tygodnia przeciwnicy władz w Kijowie okupują w Ługańsku budynek obwodowego zarządu ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa SBU. Mumin Szakirow z Radia Svoboda przepytał ługańskiego socjologa i prawosławnego duchownego Jewgienija Gnatienko co to znaczy być patriotą Donbasu i dlaczego wschodniej Ukrainie tak trudno porozumieć się z zachodnią.









Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






wtorek, 12 sierpnia 2014

Ługańsk: bez prądu i wody, pod ostrzałem


Z każdym dniem sytuacja ludności w położonym na wschodzie Ukrainy Ługańsku staje się coraz bardziej dramatyczna. W okupowanym przez separatystów i obleganym przez oddziały ukraińskie mieście nie ma prądu, wody i łączności ze światem zewnętrznym. Nie wywożone są śmieci, w gruzach leżą miejscowe placówki oświatowe. Ługański dziennikarz Andriej Dechtiarienko, choć opuścił miasto, obserwuje rozwój sytuacji. W rozmowie telefonicznej z radiem Swoboda opowiedział, jak wygląda życie w udręczonym Ługańsku.  



 


Andriej Diechtiarenko w rozmowie telefonicznej z radiem Swoboda.
 




Większość kobiet i dzieci wyjechała z Ługańska albo na wolną od
działań wojennych Ukrainę, albo do Rosji. 



Od przeszło tygodnia w Ługańsku nie ma prądu. Nie działają wodociągi. Praktycznie nie funkcjonuje łączność, komórkowa i stacjonarna. Z miasta w zasadzie nie da się wyjechać. Korytarz, jakim dostarczana jest pomoc humanitarna do Ługańska starają się kontrolować oddziały separatystów.
Sytuacja w mieście jest bardzo trudna. Już od miesiąca żyje ono w warunkach katastrofy humanitarnej. 

Chaos


Kończą się zapasy żywności. Ługańsk tonie w śmieciach, nie funkcjonuje ani kanalizacja, ani usługi komunalne, odpowiedzialne za wywóz śmieci. Przez cały czas trwa ostrzał artyleryjski. Strzelają od środka miasta, strzelają z okolicy, armia ukraińska kieruje ogień na pozycje separatystów. Kilka dni temu ostrzelano terytorium ługańskiej fabryki im. Rewolucji Październikowej. Wchodzi ona w skład holdingu „Ługansktiepłowoz” (w Ługańsku działa do dziś największa w byłym Radzieckim fabryka lokomotyw – „mediawRosji”), w fabryce znajdowała się główna baza terrorystów, z niej prowadzono masowy ostrzał tak miasta, jak i pozycji ukraińskich. Wszelkimi możliwymi sposobami wolontariusze przewożą mieszkańców Ługańska, Stachanowa, Pierwomajska do miasteczka Sczastje. Stąd wysyłani są na terytorium Ukrainy, tam gdzie toczy się normalne życie. Ogromne kolejki powstały na przejściu granicznym w Izwarino, stąd masa uciekinierów przenosi się do Rosji. Ludzie starają się wyjechać z miasta, ale jest to coraz trudniejsze. Nie da się kupić benzyny. 

Podczas próby wyjazdu z miasta przez miasteczko Sczastje bojownicy batalionu „Ajdar” zatrzymali mera Ługańska. Podobno jego zastępca pozostał w mieście i stara się, na ile to możliwe, kontrolować sytuację. Ale miastem nie da się już administrować. Panuje w nim pełny chaos. W wyniku ostrzałów giną ludzie. Jest bardzo dużo rannych odłamkami, kontuzjowanych i poległych.

Sam pomagałem wolontariuszom przewozić lekarstwa. Przedostać się na terytorium Ługańska jest bardzo trudno. Żeby dojechać tam ze Sczastja trzeba zawrzeć porozumienie z separatystami i z armią ukraińską. Zwykle we wczesnych godzinach rannych dociera do miasta kilka samochodów z pomocą humanitarną. Ale w związku z tym, że terytorium Ługańska kontrolowane jest przez separatystów większa część pomocy humanitarnej i zapewne uzbrojenia dociera z Rosji. Był i taki przypadek, bojownicy oddziałów separatystycznych ograbili supermarket „Metro”, potem rozdawali zdobyte w nim artykuły żywnościowe jako pomoc humanitarną przywiezioną z Rosji. Oczywiście ta sytuacja humanitarna wykorzystywana jest w celach propagandowych. Do wielu ludzi już dotarło, iż ci, którzy się tym zajmują, zachowują się cynicznie, są gotowi do wykonania dowolnych rozkazów, najbardziej nieludzkich.

Krążące pogłoski są często ze sobą sprzeczne. Pojawiła się nowa informacja pochodząca ze źródeł w Ługańsku, iż otrzymując pomoc humanitarną, ludzie nie przestawali zadawać jednego pytania, kiedy skończy się ten koszmar. W odpowiedzi bojownicy oddziałów separatystycznych rozprzestrzeniają plotki, iż 17 sierpnia rozpocznie się regularna rosyjska interwencja wojskowa.

Jak złowić sieć komórkową? 


Ludzie gromadzą się we wschodniej części miasta, gdzie telefony komórkowe jeszcze odnajdują sieć.

Jednak przez większość czasu brak połączenia Ługańska ze światem zewnętrznym. To dla ludzi jest dodatkowa udręką, także dla ich krewnych, którym udało się wyjechać. Ługańsk, tak jak i cały wschód Ukrainy w dziedzinie łączności komórkowej obsługiwany był przez kompanię MTS Ukraina. Sam nie wiem, tu krążą różne domysły i hipotezy, MTS w Ługańsku nie działa, w niektórych miejscach można złowić komórkowa sieć „Kievstar”. Już mówiłem o tym, dlatego ludzie gromadzą się we wschodnich dzielnicach miasta, gdzie można jeszcze złapać łączność. Ale tam też pojawiali się żołnierze z oddziałów separatystycznych, niekiedy pod wpływem alkoholu i rozpędzali ludzi. Nie wiem, na ile informacja ta jest wiarygodna, ale podobno uniemożliwiano ludziom telefonowanie, zabierano ich stamtąd, pod pretekstem, że przekazywane przez nich wiadomości mogą nosić charakter „wywiadowczy”. 

Były też przypadki, kiedy właściciele długoterminowych umów z operatorem „Kievstar” sprzedawali je innym po spekulacyjnych cenach. To także fragment akcji humanitarnej, kiedy do Ługańska przekazywane są sim karty z pakietem usług „Kievstar”.

Nowy rok szkolny


Za dwa tygodnie teoretycznie dzieci powinny pójść do szkoły, ale obecnie nikt o tym nie myśli.  Na szczęścia większą część dzieci udało się wywieźć z miasta. Ewakuację zaczęto od kobiet i dzieci. Po drugie dziesiątki szkół zostały zniszczone w wyniku ostrzałów i bombardowań. W Ługańsku prowadzono właśnie zakrojoną na szeroką skalę akcję rekonstrukcji starych szkół. W latach 2012-2013 wiele właściwie zbudowano na nowo. Ale te szkoły teraz leżą w ruinach. Jestem pewien, 1 września w Ługańsku nie będzie rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Jeśli idzie o szkoły wyższe, to na razie akcję przyjmowania nowych studentów na terytorium obwodów donieckiego i Łużańskiego odłożono do października. A rok szkolny dla dzieci? Nawet jeśli miasto zostanie wyzwolone, trudno mi sobie wyobrazić by było na tyle bezpieczny, by dzieci mogły podjąć w nim naukę.



Oryginał ukazał się na stronie internetowej Radio Swoboda. Jest to fragment większego materiału o sytuacji humanitarnej na wschodzie Ukrainy: http://www.svoboda.org/content/article/26524678.html




Inne teksty o Ługańsku na blogu „Media-w-Rosji”:


Ługańsk w ogniu: sceny z Dzikiego Wschodu


Wymiana ognia w Ługańsku trwa niemal bez przerwy. W mieście coraz więcej śladów wojny, rozbitych okien, dziur po kulach, zrujnowanych zabudowań. Zatrwożeni ludzie przekazują sobie wiadomości o porwaniach, zabójstwach, rabunkach. Na dworcu kolejowym tłum szuka okazji do ucieczki z miasta. O życiu w oblężonym Ługańsku, na łamach portalu slon.ru pisze miejscowy nauczyciel Nikołaj Siemionow.

Autor: Nikołaj Siemionow


Widziane z Ługańska


Od tygodnia przeciwnicy władz w Kijowie okupują w Ługańsku budynek obwodowego zarządu ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa SBU. Mumin Szakirow z Radia Svoboda przepytał ługańskiego socjologa i prawosławnego duchownego Jewgienija Gnatienko co to znaczy być patriotą Donbasu i dlaczego wschodniej Ukrainie tak trudno porozumieć się z zachodnią.




Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com








poniedziałek, 14 lipca 2014

Ługańsk w ogniu: sceny z Dzikiego Wschodu


Wymiana ognia w Ługańsku trwa niemal bez przerwy. W mieście coraz więcej śladów wojny, rozbitych okien, dziur po kulach, zrujnowanych zabudowań. Zatrwożeni ludzie przekazują sobie wiadomości o porwaniach, zabójstwach, rabunkach. Na dworcu kolejowym tłum szuka okazji do ucieczki z miasta. O życiu w oblężonym Ługańsku, na łamach portalu slon.ru pisze miejscowy nauczyciel Nikołaj Siemionow.
  

Autor: Nikołaj Siemionow





Szóstego lipca władze ukraińskie ogłosiły blokadę zbuntowanego regionu. Zawieszenie broni trwało prawie cały tydzień, ale w tym czasie życie w Ługańsku stało się nie do zniesienia. Żołnierze i separatyści strzelają do siebie ponad głowami cywilnych mieszkańców, niszcząc miasto. Wszystkim grozi śmiertelne niebezpieczeństwo i nie tylko z powodu operacji bojowych.





W Ługańsku widać coraz więcej śladów prowadzonych tu walk. Los miasta
może być jeszcze bardziej tragiczny, gdy rozpocznie się prawdziwa bitwa o miasto.  


Taktyka rebeliantów


Nie jest jasne kto obecnie dowodzi ługańskimi rebeliantami. Gubernator ludowy Walerij Bolotow jeszcze na początku lipca przeniósł się do miasta Stachanow i nie wykluczone, ze został pozbawiony swojej funkcji w kierownictwie Ługańskiej Republiki Ludowej. Krążą plotki, że mocno pije.  Oddziały zbrojne rebeliantów dokonały wyboru szalonej strategii obrony. Przez cały tydzień prowadzony był z miasta ostrzał pozycji ukraińskich. Dla przykładu, w piątek rano, wyrzutnie „Gradów” strzelały bezpośrednio z dzielnic położonych na południu miasta. Rozmieszczone były po środku gęsto zaludnionej strefy. Trudno zrozumieć, czy tego rodzaju ostrzał ma jakikolwiek sens. Obserwując sytuację z boku, można odnieść wrażenie, iż rebelianci prowokują oddziały ukraińskie, by w odwecie celowały w miasto. W niedzielę, ta prowokacja okazała się skuteczna, południe Ługańska znalazło się pod ostrzałem. Ładunki obok innych celów, trafiły także w budynek szkoły. Fala uderzeniowa uszkodziła szereg budynków mieszkalnych. „U nas w mieszkaniu okna plastikowe otworzyły się same, chociaż były szczelnie zamknięte” – napisał na Facebooku  jeden z mieszkańców.

Ludzie opowiadają o wydarzeniach na dworcu kolejowym – w ostatnich dniach gęsto tam od ludzi, jabłko nie miałoby gdzie spaść. Kiedy na peronie zatrzymał się pociąg do Charkowa i ludzie zaczęli do niego wsiadać, z położonego w pobliżu Parku 1go Maja zaczęła strzelać wyrzutnia Gradów. Dwa razy wycelowano w kierunku wojsk rządowych, po czym baterię przeniesiono w inne miejsce. Ładunki wystrzelone w odpowiedzi na salwę Gradów cudem nie spadły na peron. „Skoczyliśmy natychmiast pod wagon. Wydało mi się, że jak trafią w peron, łatwiej będzie się nam wydostać”. – opowiedział mi jeden ze świadków strzelaniny na dworcu. Ruchome wyrzutnie rakietowe można zauważyć w sąsiedztwie domów, szkół, szpitali. Istnieje podejrzenie, iż wyrzutnię Gradów rozmieszczono w pobliżu izby porodowej w dzielnicy Jakira.

- „Podjechała wyrzutnia Gradów i wystrzeliła, zaraz potem ją wycofano” – informują z tamtego rejonu.

Nie wiadomo kto i do kogo strzela


Sytuacja w mieście jest niejasna, trudno zrozumieć, kto i do kogo strzela. „Dookoła się nawalają, drżą ściany i okna. Codziennie jeździmy na daczę, jeśli coś będzie nie tak, schowamy się w malinach.”  – żartuje para staruszków. Optymizm zachowało niewielu. W czwartek wieczorem, poza miastem, na terytorium obwodu, pod ogniem znalazł się autobus z górnikami – zginęło 4, ponad 10 zostało rannych. We wtorek kule trafiły w „marszrutkę” – zgięły dwie osoby.

- Przez kota „Węgielka”, żona spóźniła się do pracy. Gdyby nie on, wsiadłaby do tej rozstrzelanej „marszrutki” numer 132. Wychodzi na to, że kot uratował jej życie…  – napisał jeden mieszkańców Ługańska. W dzielnicy Szewczenki  (prawie w centrum miasta) zginęła kobieta, odłamek, jak mówią, trafił ją na balkonie własnego mieszkania.

Serie z automatów na nikim nie robią wrażenia. Strzelaninę słychać stale w różnych częściach miasta. Nie można się zorientować, kto strzela do kogo. Ukraińskich żołnierzy na razie w mieście nie ma. Pewne wyobrażenie, o tym co się dzieje, dają komunikaty specjalne publikowane przez radę miejską. Pożary, zniszczone przez falę uderzeniową okna, uszkodzenia linii energetycznych, zabłąkane kule i ładunki – tak wygląda nasze ługańskie życie codzienne.

Porwania i rabunki


Na porządku dnia są rabunki i porwania ludzi. Niedawno uprowadzono syna rektora Ługańskiego Uniwersytetu Medycznego. W kilka dni później ze źródeł w kierownictwie Ługańskiej Republiki Ludowej poinformowano, iż rektor ofiarował rebeliantom pół miliona griwien na amunicję. Nieco później uprowadzono dwóch miejscowych przedsiębiorców (ojca i syna), ograbiono także ich dom. Informacje o porwaniach są zbierane i rozpowszechniane za pośrednictwem sieci społecznościowych. Nigdy nie wiadomo, czy w spisie zakładników, nie odnajdzie się nazwisko waszego przyjaciela, lub krewnego.

Nie wszystkie porwania maja charakter „komercyjny”. Do rebelianckiego więzienia można trafić za cokolwiek, także z powodów politycznych. Mój stary znajomy spędził dwa tygodnie pod aresztem, w piwnicy budynku Służby Bezpieczeństwa Ukrainy za zwykłe gadanie. Spróbujesz dziś odezwać się krytycznie na temat Lugańskiej Republiki Ludowej, a jutro do pracy przychodzą po ciebie ludzie z automatami. Mój znajomy miał szczęście, wypuszczono go w dobrym stanie zdrowia, wystarczyło, że się pokajał. Jego współtowarzysze spod celi mieli mniej szczęścia. Jednego z nich bili po głowie młotkiem,  innego pokaleczono w celi przesłuchań. Relację znajomego o okrucieństwach popełnianych przez rebeliantów potwierdzają także inne źródła. Podczas przesłuchania student Aleksander Mangusz był torturowany prądem elektrycznym. Jego matkę poinformowano, że syn zostanie rozstrzelany. Na szczęście chłopaka udało się wykupić za 60 tys. dolarów.

Trudno jest ustalić liczbę aresztowanych.  Media dowiadują się tylko o najgłośniejszych przypadkach. Trudno odgadnąć, ile rodzin liczy na to, iż zachowując milczenie, uda im się wykupić swoich bliskich. Milicji nie ma w mieście od wiosny. W kwestiach uprowadzeń najlepiej porozumiewać się bezpośrednio z rebeliantami. Opowiadają także, iż aresztowanych wysyła się do kopania okopów w strefie działań bojowych. Jednak przede wszystkim brakuje informacji o porwanych, z wieloma nie udało się nawiązać kontaktu od momentu uprowadzenia.

Aresztowanie nie jest jednak czymś najgorszym, co może spotkać człowieka. Syn znajomej został rozstrzelany za naruszenie godziny policyjnej – podobno po zatrzymaniu przez patrol Ludowej Republiki Ługańskiej, chłopak próbował ucieczki.

Z patrolami lepiej nie kłócić się. Kilka dni temu rebelianci ustawili karabin maszynowy w pobliżu Zakładów im. Rewolucji Październikowej i rozpoczęli strzelaninę. W pobliżu przejeżdżała grupa ratowników górniczych, poprosili rebeliantów, by przenieśli się z karabinem nieco dalej od domów mieszkalnych. Rebelianci natychmiast odpowiedzieli ogniem, cała czwórka ratowników została ranna.

Zabierają nie tylko pieniądze i samochody, mieszkania także. 10 lipca uzbrojeni w broń automatyczną umundurowani ludzie wtargnęli do budynków numer 55 i 55 a na ulicy Karmeluka. – takĄ informację podała milicja. Bojówkarze Ługańskiej Republiki Ludowej aresztowali miejscowego nauczyciela historii Ukrainy, Władimira Semistiagę, odebrano mu także mieszkanie. Zmuszono go do dostarczenia dokumentów i przepisania prawa własności do nieruchomości na innego właściciela. Jaki los czeka porzucone mieszkania na razie trudno odgadnąć.  Wielopiętrowe domy mieszkalne do polowy puste nie są dziś w Ługańsku rzadkością.

To wszystko, co dzieje się w mieście, sprawia przygnębiające wrażenie. Rebeliantom brak sił, dla okazania skutecznego oporu wobec armii ukraińskiej. Ale wyraźnie postanowiono, ze będą robić wszystko, co w ich mocy, by swą klęskę przeciągnąć w czasie. Nawet za cenę cywilnych mieszkańców, jakoby bronionych przed juntą. Teraz ludzi zamieniono w żywą tarczę. Miejscowa ludność nie chce wstępować do oddziałów rebeliantów. Tłumy ludzi można zobaczyć na dworcu kolejowym, w punktach poboru do sił zbrojnych republiki nie jest tłoczno. Każdego dnia w ginącym mieście dochodzi do zabójstw, rabunków, porwań.  Coraz więcej domów straszy wybitymi oknami, albo śladami po kulach. Bez przerwy słychać wystrzały i wybuchy. W sieciach społecznościowych bez przerwy trwa wymiana informacji: „Kambrod, co dzieje się u was? Centrum, skąd strzelają? Dzielnica Aviacentrum, jak u was?”

W niedzielę walki toczono już na peryferiach, oddziały ukraińskie przedostały się w pobliże granic miasta, nie tylko na północy, ale i na południu. Co się stanie z Ługańskiem, kiedy rozpocznie się regularna bita za miasto? Nikt tego nie wie, trudno nam myśleć o przyszłości z optymizmem.




*Nikołaj Siemionow, pracownik oświaty z Ługańska, autor relacji z miasta publikowanych przez portal, slon.ru








Artykuł ukazał się na portalu slon.ru

Adres: http://slon.ru/world/kak_zhivetsya_v_osazhdennom_luganske_-1126747.xhtml


Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com




wtorek, 13 maja 2014

Wschód Ukrainy: scenariusz „syryjski”, czy „abchaski”?


Jest jedynym deputowanym parlamentu rosyjskiego, który glosował przeciw aneksji Krymu. Ilja Ponomariow dzieli się na swym blogu wrażeniami z podróży na Wschód Ukrainy. Kijów nie chce słuchać ludzi z Donbasu, Moskwie nie zależy na zdobyczach terytorialnych, a na uzależnieniu Ukrainy. Jednak sprawy zaszły tak daleko, iż zachowanie jedności kraju może już być niemożliwe. Na wschodzie Ukrainy zrealizuje się jeden z dwóch scenariuszy – „syryjski”, lub „abchaski”.
 

Autor:  Ilja Ponomariow




12 maja 2014

Kolejny raz wróciłem z Ukrainy. Tym razem byłem tam podczas referendum. Odwiedziłem Donieck, Mariupol, dla kontrastu wybrałem się też do Dniepropietrowska. Nie mogę powiedzieć, by pod wpływem tej podróży zmieniło się radykalnie moje zrozumienie tamtejszej sytuacji, jednak na wiele ważnych momentów patrzę teraz nieco inaczej.

Tak widziałem sytuację do tej pory:


- Majdan był masowym powstaniem przeciw korupcji i samowoli. Pod tym względem było ono bardzo podobne do ruchu protestu w Rosji. Na Ukrainie jednak na plan pierwszy wysunęła się prawica, powstał sojusz neoliberałów z nacjonalistami gotowymi do twardej konfrontacji z lewicą (m.in. z powodu zdradzieckiego sojuszu Komunistycznej Partii Ukrainy z Partią Regionów).


Ilja Ponomariow, opozycyjny polityk rosyjski. Krytykowany w kręgach
nacjonalistycznych za odmowę poparcia aneksji Krymu. 


- Do sprzeczności istniejących między rolniczym i w głównej mierze zorientowanym na wartości  prawicowo-konserwatywne Zachodem, postindustrialnym, liberalnym Kijowem i przemysłowym, lewicowym Wschodem doszły problemy o charakterze narodowym, a także głębokie między-klanowe konflikty wewnątrz ukraińskiej elity. W ich rezultacie doszło do konfrontacji na ulicach.

- Rosyjskie władze, jak się okazało, boleśnie odczuły odrzucenie przez, jak się nam zdawało, braterski naród, naszego projektu Unii Celnej (korzystnego z obiektywnego punktu widzenia dla gospodarki ukraińskiej; jednak na skutek braku profesjonalizmu w prowadzeniu przez Unię Europejską polityki zagranicznej, przeciwstawiono mu koncepcję integracji europejskiej). Obawiając się spadku wskaźników popularności i potencjalnych zamieszek w samej Rosji, jej władze postanowiły wykorzystać chaos na Ukrainie i błędy tamtejszego, nowego rządu, by zaanektować część terytorium ukraińskiego. Potrafiły także zmobilizować wokół siebie społeczeństwo rosyjskie – w ten sposób klęskę zamieniono w zwycięstwo.

- Z kolei władzę w Kijowie zajęły korzystną dla siebie pozycję psychologiczną. Zetknąwszy się z problemami na Wschodzie, zignorowano rzeczywiste zaniepokojenie ze strony obywateli, ich troskę o własną przyszłość. Uznano, że ich protest jest skutkiem manipulacji ze strony Rosji i miejscowych oligarchów. Nawet utrata Krymu nie otrzeźwiła Kijowa, na odwrót, tego rodzaju nastroje uległy wzmocnieniu. Ta logika podpowiedziała wybór oligarchów na stanowiska gubernatorów we wschodnich obwodach Ukrainy, ale te nominacje tylko zaostrzyły istniejące problemy. W rezultacie Majdan pozbawiony został swego głównego anty-oligarchicznego, antykorupcyjnego  przesłania. Umożliwiło to utożsamianie wydarzeń w Kijowie z ultraprawicowym puczem (kierowanym przez mityczny „Prawy Sektor”, organizacja ta w najlepszym wypadku liczy zaledwie kilkuset bojowników w całym kraju). W ten sposób w języku rosyjskich propagandzistów pojawił się nie mający wiele wspólnego z rzeczywistością termin junta.

- Mimo to, ilość protestujących aktywnie mieszkańców Wschodu pozostawała niewystarczająca, by zdobyć władzę w tych regionach, lub by uzasadnić interwencję zbrojną ze strony Rosji. W najbardziej „problematycznych” obwodach odsetek protestujących nie przekraczał 25% ludności.  Wtedy właśnie władze w Moskwie, dzięki intensywnemu wsparciu propagandowemu ze strony telewizji, zaczęły wykorzystywać dla swoich celów (działając na ślepo) radykalne grupy tak lewicowej , jak i prawicowej orientacji. Na wschodzie Ukrainy pojawili się ochotnicy z różnych regionów Rosji i Ukrainy, zmobilizowano także część miejscowego świata przestępczego.  Jako główny punkt oporu wybrano miasto o symbolicznej nazwie „Słowiansk”. Organy wywiadu wojskowego udzieliły rebeliantom pomocy „metodologicznej” (możliwe także, że i materialnej i technicznej), a następnie służby specjalne (nie wykluczam, iż jednocześnie działały służby obu stron) sprowokowały krwawe wydarzenia w Odessie i Mariupolu. Umożliwiło to przeciwnikom Kijowa przeprowadzenie mobilizacji i konsolidacji swoich zwolenników. Zademonstrowano także, iż Kijów nie dysponuje realną władzą i nie jest w stanie zadbać o porządek publiczny. W ten sposób Rosja stała się jedynym i bezalternatywnym źródłem siły i prawa w ogarniętych chaosem regionach.

- Silna presja Zachodu zmusiła prezydenta Putina do przeprowadzenia w początkach maja manewru taktycznego, wystąpił on wówczas z apelem o przeniesienie terminu referendum. Jednak cel Kremla, jakim jest doprowadzenie do upadku obecnego rządu i objęcie władzy na Ukrainie przez lojalne w stosunku do Rosji siły polityczne  nie uległ zmianie.  Tak, jak mi się wydaje, wygląda zadanie podstawowe, pretensje terytorialne (w tym nie wykluczone w przyszłości wprowadzenie sił zbrojnych) pozostają przede wszystkim instrumentem destabilizacji nowej ukraińskiej władzy.


Frekwencja na referendum w sprawie niezależności Donieckiej Republiki
Ludowej, zdaniem Ilji Ponomariowa okazala się nieoczekiwanie wysoka. 

Nowe obserwacje

Co zobaczyłem podczas obecnej podróży do Donbasu i w jakich punktach moje stanowisko uległo zmianie?

- Co najważniejsze nie dostrzegłem w obecnych protestach elementu „socjalnego”. Ani trochę. Ani na jotę. W ogóle. Istotnie, w środowisku powstańców pełno jest apeli o powrót do świata wartości ZSRR. Ale tu nie chodzi o lewicowość Związku, a o jego charakter imperialny. W najlepszym wypadku myśli się o starej radzieckiej stabilizacji i gwarancjach opieki socjalnej, o zniszczonych po rozpadzie ZSRR związkach gospodarczych pomiędzy rosyjskimi oraz ukraińskimi przedsiębiorstwami. Kwestie socjalne są o wiele większą troską władz obwodowych nie skłonnych do udzielenia poparcia pakietowi zaproponowanemu przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Wśród protestujących pierwsze skrzypce grają grupy prawicowe, starzy członkowie takich organizacji jak „RNJ” (Russkoje Nacjonalnoje Jedinstwo), prawicowe skrzydło partii „Nacjonał-Bolszewickiej”, „SSO” (Związek Oficerów Radzieckich), Komunistyczna Partia Ukrainy/Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej, drużyny kozackie. W tym środowisku o wiele chętniej rozmyśla się o rządzie światowym, antychryście, Europie gejów, niż o podwyżkach cen i reformie emerytur. Duchowymi przywódcami tego towarzystwa są tacy działacze jak Barkaszow, Limonow, Dugin, Prochanow.

- Wstrząsnął mną jeden fakt, powstańcy nie mają żadnych aspiracji do zarządzania. Przez dwa miesiące współistnieli z oficjalnymi organami władzy w tych miastach, w których okupowane były budynki administracyjne. Przez cały ten czas, nie podjęto żadnej próby przejęcia władzy administracyjnej, nie próbowano wziąć pod kontrolę banków, instytucji łączności, kluczowych zakładów przemysłowych. Nie mamy tu do czynienia z żadną „Komuną Paryską”, tak jak niedawno opisywał sytuację na wschodzie Ukrainy  Borys Kagarlicki i w co gotów byłem uwierzyć do swojej ostatniej podróży. Na przykład, w Doniecku zajęto centrum telewizyjne, jednak miejscowa stacja, tak jak wcześniej nadaje w oparciu o wytyczne gubernatora, a nie Donieckiej Republiki Ludowej. Sens okupacji ma charakter czysto polityczny, demonstracyjny, zaś anatomia nowej władzy może być określona jako „imitacyjna” (zatknąć flagę i utrzymać ją do pojawienia się prawdziwej władzy achmietowskiej, lub moskiewskiej – trudno powiedzieć). Jeden z moich rozmówców powiedział słusznie, Doniecka Republika Ludowa to „obserwatorzy” (rozmówca Ponomariowa posłużył się terminem „smotriaszczyj” znanym z kryminalnego żargonu, określającym przedstawiciela świata przestępczego kontrolującego swoje terytorium – „mediawRosji”). Jest wiele świadectw tego, iż przywódcy DRL nie podejmują samodzielnie żadnych decyzji.

- Nie ma żadnych związków między załogami przedsiębiorstw, a rebeliantami (w fabrykach nie ma organizacji rebelianckich, nie ma żadnych rad, czy grup wewnątrz struktur związkowych). Za to w dniu referendum pan Achmietow poinformował o powołaniu do życia w Mariupolu (czysto robotniczym mieście) brygad robotniczych dla zaprowadzenia porządku. Prawdę mówiąc, realną władzę w Donbasie sprawują obecnie Achmietow i struktury kryminalne, nie DRL, czy Kijów. Ale z różnych powodów starają się swojej roli nie afiszować.

- Uważałem, iż frekwencja na referendum będzie niewysoka. Nie miałem racji – frekwencja była wysoka. Rzecz jasna referendum zorganizowano nie we wszystkich miejscach, kolejki i ścisk w lokalach wyborczych zorganizowano specjalnie z myślą o PR. Ale wydarzenia w Mariupolu silnie wzburzyły społeczeństwo. Ludzi wzięli udział w referendum, by pojawiła się choć jakaś władza zdolna do zaprowadzenia porządku i zatrzymania przemocy. Ludzie, ma się rozumieć,  glosowali nie za DRL, a za Rosję. Formułowanie ocen to zajęcie niewdzięczne, ale na moje wyczucie, 11 maja w glosowaniu wzięło udział od 40 do 60 % mieszkańców Doniecka. Nie 75%, jak poinformowała nas DRL, ale oczywiście także sporo.

- Wstrząsnęła mną impotencja władz w Kijowie. Kijowski rząd sam nie wie. czego chce, nie ma żadnej strategii w odniesieniu do Wschodu, a nawet nie jest gotów wsłuchać się w zdroworozsądkowy glos swoich własnych przedstawicieli obwodowych. Ci zaś powtarzają wciąż to samo, należy wycofać wojsko i przeprowadzić referendum w kwestii federalizacji/decentralizacji (niuanse związane z różnicami znaczeń tych terminów są teraz nieważne) razem z wyborami prezydenckimi. Uważają też, iż dla przywódców rebeliantów należy znaleźć miejsce w ramach oficjalnego procesu politycznego. Wojna informacyjna w Doniecku i Ługańsku została przegrana, wszelkie działania podejmowane przez centrum umacniają tylko nastroje separatystyczne. Starania, by zademonstrować swą władzę, niechęć do wsłuchania się w glos zgromadzonych na placach ludzi w pełnej mierze przypominają błędy popełnione przez Janukowicza. Jeden z moich rozmówców powiedział ciekawie: wszystkie wydarzenia na Ukrainie, Majdan, powstanie na Wschodzie to rewolucja nieusłyszanych.

Jaki scenariusz?


Przechodzę do wniosków.

Referendum moim zdaniem stworzyło dylemat:

- albo na Ukrainie zostanie zrealizowany scenariusz „syryjski” – niekończąca się,  rozpełzająca się stopniowo wojna domowa, podsycana z zagranicy.

- albo Doniecka Republika Ludowa i Ługańska Republika Ludowa upodobnią się do Abchazji i Osetii Poludniowej.

Osobiście jestem za jednością Ukrainy. Tak będzie lepiej dla Rosji, tak będzie lepiej dla ludności zamieszkującej Wschód Ukrainy, a nawet jej Zachód (nie uda się zbudować nowoczesnego społeczeństwa w kraju odciętym od bazy przemysłowej „problematycznych regionów”, nadzieja na to jest tylko iluzją liberałów), ale nie jestem pewien, czy taki wariant jest jeszcze realny.

Dla ludności zamieszkałej na Wschodzie, z pozostałych wariantów najkorzystniejszy wydaje się scenariusz abchaski. Oznacza on gospodarczą stagnację, zamknięcie wielu przedsiębiorstw i większości kopalni ( w obwodzie rostowskim, w wyniku przeprowadzonych reform, wydobycie węgla spadło pięciokrotnie, w Donbasie zaś do tej pory tylko dwa razy). To wszystko oznacza brak modernizacji i podobnego rodzaju nieprzyjemności. Ale to też oznacza pokój. W tej sytuacji, dla zagwarantowania pokoju Rosja będzie musiała uznać DRL i ŁRL, a także wysłać tam sily pokojowe. Wszystko z resztą dla tego jest już gotowe. Trzeba też jednak rozumieć, że dla naszego kraju oznacza to zaostrzenie sankcji ze wszystkimi związanymi z nimi konsekwencjami dla gospodarki, dla poziomu życia. Do tego należy doliczyć ogromne wydatki wielokrotnie przewyższające krymskie. I wreszcie możemy stanąć w obliczu wojny partyzanckiej: strzelanina 11 maja w Krasnoarmiejsku była sygnałem ostrzegawczym. Strzelały i zabiły cywilnego mieszkańca siły pro kijowskie, nie armia regularna, czy siły samoobrony, ale całkowicie samodzielni, przybyli  z zewnątrz „chłopcy” gotowi do zademonstrowania swego patriotyzmu wobec „rosyjskiej agresji”.


Wydarzenia w położonych na południu Ukrainy Mariupolu i Odessie zaostrzyły
nastroje wśród miejscowej ludności. Ludzie tęsknią za wladzą, ktora zatrzyma
przemoc i zaprowadzi pokój. 


„Scenariusz syryjski” byłby najgorszy. Oznacza on jeszcze większy rozlew krwi. Rosji, być może uda się uniknąć najgorszych sankcji, jednak pod bokiem, po sąsiedzku powstanie kuźnica prawdziwych kadr partyzanckich. W Czeczenii walczyli bojownicy obcy nam z etnicznego punktu widzenia, tutaj zetkniemy się ze swoimi. Będą to ci sami ludzie, którzy uczestniczyli w „Marszach Rosyjskich” ze swastykami, i tak dalej. Obrzucając Kijów obelgą „faszyści, faszyści” tworzymy we własnych miastach, własnych faszystów.

Chcemy tego? Może lepiej byśmy zaczęli się słuchać nawzajem, i wreszcie usłyszeli o co nam chodzi?

PS.
Podczas podróży rozmawiałem spokojnie ze wszystkimi. Odwiedziłem budynek okupowanej administracji obwodowej, wypisano mi przepustkę-list żelazny, kontaktowałem się z wieloma aktywistami i komendantami średniego szczebla. Przywódcy DRL nie gotowi byli do dialogu, jednak nie spotkałem się z przejawami agresji ze strony ich zwolenników. Nie odczułem agresji ze strony zwolenników DRL w lokalach wyborczych, choć w zasadzie wszędzie mnie rozpoznawano. Cala agresja, niestety, przychodzi od Rosjan. Równie intensywnie kontaktowałem się z przedstawicielami władz w Kijowie, a także z władzami miejskimi.

PS.

Jeśli chodzi o oficerów GRU. Nie widziałem ich. Nie liczyłem z resztą na to, że spotkam ich w Doniecku, by ich zobaczyć trzeba pewnie jechać do Słowiańska. Ale zebrałem wiele świadectw, rozmawiałem z wieloma ludźmi uczestniczącymi w starciach po stronie DRL. Jak się wydaje, prawda leży po środku, głośni oficerowie działają, nie są to jednak ludzie z moskiewskiego garnizonu, ale żołnierze z Kaukazu, ci sami, którzy przeszli Osetię Południową i bezpośrednio sami Osetyjczycy. Plus wojskowi z Krymu. Ich ogólna liczba nie jest duża, być może jest ich setka. Ale jak już podkreślałem wiele razy, to nie są dowódcy, a najwyżej doradcy. 



Ilja Ponomariow (ur.1975), rosyjski polityk opozycyjny, deputowany do Dumy Państwowej, członek frakcji „Sprawiedliwa Rosja”. Na początku swej kariery zajmował się biznesem w dziedzinie nowoczesnych technologii. Aktywista rosyjskich organizacji lewicowych. W 2011 roku zaangażował się aktywnie w działalność ruchu protestu przeciw fałszerstwom wyborczym. 





Oryginał tekstu można znaleźć pod adresem: http://www.echo.msk.ru/blog/ilya_ponomarev/1318444-echo/



Obserwuj i polub nas na Facebooku: 




środa, 16 kwietnia 2014

Widziane z Ługańska


Od tygodnia przeciwnicy władz w Kijowie okupują w Ługańsku budynek obwodowego zarządu ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa SBU. Mumin Szakirow z Radia Svoboda przepytał ługańskiego socjologa i prawosławnego duchownego Jewgienija Gnatienko co to znaczy być patriotą Donbasu i dlaczego wschodniej Ukrainie tak trudno porozumieć się z zachodnią.



Mumin Szakirow:
Jak wygląda obecnie życie na ulicach Ługańska?

Jewgienij Gnatienko:
Toczy się zwykłe, codzienne życie. Wszystko wygląda bardzo podobnie, do tego co działo się w Kijowie kilka miesięcy temu. Tylko centrum miasta, w nim dzieje się najwięcej, jest pełne ludzi. Wystarczy odejść od centrum na 200-300 metrów – trudno wtedy zorientować się, że Ługańsk jest areną szczególnych wydarzeń.

Przeciwnicy władz w Kijowie zajęli budynek obwodowego zarządu
Służby Bezpieczeństwa Ukrainy 6 kwietnia


Szakirow:
W Ługańsku też doszło do silnej polaryzacji, konfrontacji między…

Gnatienko:
Ostrej konfrontacji nie ma. Nikt nie szturmuje zdobytego budynku SBU (regionalny Zarząd Ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa), ale od chwili zajęcia go odczuwamy zwiększone napięcie. Niemal każdego dnia, rano i wieczorem pojawiają się informacje, o możliwym ataku na miasto i budynek. Trzeba być gotowym na szturm. Władze kijowskie starają się, by plotki te kolportowano jak najszerzej – już nie jeden raz ogłaszano operację antyterrorystyczną, oczywiście budzi to niepokój. Jednak do tej pory nikt fizycznie nie próbował odebrać budynku. Na wszelki wypadek, po sąsiedzku z budynkiem SBU rozbito niewielki obóz namiotowy, w nim zorganizowano szpital polowy, ludzie w nim obecni są przyszykowani na wszystko.

Szakirow
Ma Pan ukraińskie nazwisko. Kim pan czuje się bardziej Rosjaninem, czy Ukraińcem?

Gnatienko:
Bardziej Rosjaninem, ale w moich żyłach płynie też krew ukraińska. Z tego co wiem o swoich najdawniejszych przodkach, ci ludzie najpierw wyjechali z Ukrainy do Finlandii, potem część rodziny wróciła. To ze strony ojca. Ze strony mamy moje korzenie są rosyjskie i białoruskie. Tak więc mogę powiedzieć, iż jestem swego rodzaju reprezentantem jedności narodów słowiańskich.


Ługańsk – miasto położone na wschodzie Ukrainy, w bezpośrednim sąsiedztwie      granicy z Rosją. Liczy ok. 400 tysięcy mieszkańców. Najważniejszym zakładem przemysłowym miasta jest wielka fabryka lokomotyw spalinowych. W czasach radzieckich nosiło nazwę Woroszyłowgrad. 

Szakirow:
Przemyślał Pan już w jakim kraju chciałby Pan mieszkać? Ukraina może się podzielić?

Przywiązanie do malej ojczyzny


Gnatienko:
Do wybuchu ostatnich wydarzeń, tu w Ługańsku nie mieliśmy takiego problemu. Mieszkaliśmy sobie spokojnie na Ukrainie, nie przychodziło nam do głowy, że moglibyśmy się przenieść do innego kraju. Decyzję w tej sprawie każdy mógł podjąć oddzielnie, indywidualnie, wielu ludzi stąd pojechało do Rosji do pracy, albo w ogóle przenieśli się dokądś. Ci którzy pozostali, cieszyli się z życia, to są patrioci malej ojczyzny, dla nich ważne są Ługańsk i Donbas. To przywiązanie do małej ojczyzny teraz stało się silniejsze, ludzie zorientowali się, że nie są tak naprawdę potrzebni ani Ukrainie, ani Rosji. Rosyjscy politycy i eksperci od wielu lat podkreślają, iż dla Rosji wzięcie na siebie odpowiedzialności za nasz region, jego problemy socjalne (jedna trzecia ludności to emeryci), za przemysł z wielką liczbą przedsiębiorstw i kopalń skazanych na likwidację nie ma sensu. Tu tkwią źródła specyficznego patriotyzmu donbaskiego. W znacznym stopniu ten ruch, który określano dziś bywa jako separatystyczny jest wyrazem przywiązania do małej ojczyzny.

Szakirow:
Na razie separatyści – tak określa się tych ludzi w Kijowie – zajęli budynek SBU. Jak się Panu wydaje, jaki jest ich cel główny?

Gnatienko:
Trudno powiedzieć. Zastanawiamy się nad tym z kolegami i jak sądzę, ci ludzie niezbyt dokładnie zdają sobie sprawę z tego czego chcą. Łatwiej powiedzieć czego nie chcą. Przede wszystkim buntują się, gdy styl oraz obraz ich życia są kwestionowane. Dla nich ważny jest język rosyjski, ważna wdzięczna pamięć o zwycięstwie Związku Radzieckiego w II Wojnie Światowej, to są dla nich wartości podstawowe, one formują ich kręgosłup moralny, więc nikt nie chce by odnoszono się do tego z pogardą.
Ta pogarda w różnych formach była odczuwalna niestety przez cały okres niepodległości, weźmy na przykład ciągnącą się od lat dyskusję o języku rosyjskim, czy można nadać mu status drugiego języka państwowego. Albo kwestia ponownej oceny zasług bohaterów narodowych, zwłaszcza nadania tego miana niektórym dowódcom formacji banderowskich, to ludzi w Ługańsku silnie drażniło. Jednym ze skutków ostatnich wydarzeń w Kijowie jest wykreowanie pewnego wzoru zachowania w sytuacjach protestu; ludzie u nas, wyrażają go tak samo, jak ci w Kijowie. Zajęli budynki państwowe i wydali oświadczenia o nielegalności istniejącej obecnie władzy. To wszystko jest bardzo przykre, ale kiedy wewnątrz jednego organizmu państwowego powstają tak silne sprzeczności, nie ma powodu do zadowolenia.

Szakirow:
Zbuntowani na Majdanie zrobili rewolucję, ich motywy są jasne, chcieli doprowadzić do odejścia starej skorumpowanej władzy. Porozmawiajmy o motywach, jakimi kierują się ludzie okupujący obecnie budynek SBU. Co można powiedzieć o ich emocjach?

Gnatienko:
To ważne pytanie. Byłoby dobrze, gdyby ktoś wziął się za ten temat, napisał obiektywną pracę i odpowiedział na pytanie co jest separatyzmem w tych warunkach, a co nie. Pochylmy się nad jednym przykładem. W 1991 roku podpisano porozumienie w Białowieży i w oparciu o nie rozpadło się wielkie zjednoczone państwo, w naszej jego części powstały trzy niepodległe państwa, Rosja, Białoruś, Ukraina – wtedy nikt nie nazywał tego separatyzmem. Nowe państwa szybko zostały uznane przez społeczność międzynarodową, ich ludność zaakceptowała nowe warunki. Ale do czasu, do momentu kiedy pojawiły się problemy. A dziś, jak się okazuje, gdy jakiś region zaczyna domagać się swoich praw, stawia mu się nieprzyjemny zarzut separatyzmu.
Ale ludzie okupujący budynek SBU nie mają separatystycznych zamiarów, oni są gotowi zaakceptować państwo ukraińskie, chcą jednak federalizacji. Mają na myśli taką organizację państwa, która pozwoli im zachować jedność ze swymi braćmi z Ukrainy środkowej i zachodniej, ale równocześnie zapobiegnie w przyszłości restytucji starego dyktatu w odniesieniu do języka, kultury, wartości. Kraj w rzeczywistości podzielony jest od dawna i to pod wieloma względami. Dzieli nas religia, historia, stopień i kierunek zaangażowania w II Wojnie Światowej, itd. Tych podziałów nie da się ignorować. Okupujący budynek SBU starają się nie akcentować kwestii tych podziałów, im też zależy na ko-egzystencji, ważne jednak, by każdy miał prawo żyć po swojemu.

Po drugie, wielu ludzi zamieszkałych tu pragnie zjednoczenia z Rosją, na wzór Krymu. Ich postawy nie da się określić jako czysto separatystyczną. Separatyzm moim zdanie, to przede wszystkim zamiar utworzenia swojego własnego niezawisłego organizmu państwowego, opartego na zasadzie: „Moja chata z kraju, z nikim nie mam zamiaru się przyjaźnić.” To dlatego separatyzm, zwłaszcza realizowany w praktyce, jest oceniany krytycznie na całym świecie, oznacza bowiem zerwanie często bliskich związków, jednomyślności między różnymi narodami. Ale o czym mówi przykład Krymu? Ludzie nie chcieli żyć całkiem oddzielnie od wszystkich. Jeśli dobrze rozumiem mieszkańców Krymu, ich motywy były inne. Kiedy przekonali się, że to władze w Kijowie nie są zainteresowane wspólnym bytem i nie biorą pod uwagę interesów Krymu, wtedy wybrali zjednoczenie z wielką ojczyzną, która jeszcze do niedawna była dla nich wszystkich wspólna. Najważniejsze było nie oddzielenie się od Ukrainy, a odbudowa związku z Rosją. Poszukiwano „wspólnoty”, nie było w tym pragnienia „wydzielenia się”, forsowania własnych poglądów. Należy to wszystko wziąć pod uwagę, by nie szafować lekko terminem „separatyzm”  w odniesieniu do obecnych niepokojów na południu i wschodzie Ukrainy.

Szakirow:
Sam Pan osobiście doświadczył nieprzyjemności ze strony Ukraińców z Zachodu?

Komu przeszkadzał język rosyjski?


Gnatienko:
Mam wrażenie, iż gdyby mieszkańcy naszego regionu nie odczuwali z tamtej strony pewnego nacisku, nie mieliby podstaw do oburzenia. Jednak wokół kwestii językowej spekulowano cały czas, to się przydawało podczas każdych wyborów, wszystkie partie, czy to z Zachodu, czy ze Wschodu obowiązkowo włączały temat języka do swoich programów. Ale po każdych kolejnych wyborach okazywało się, iż język rosyjski, wszystko co związane ze wschodem Ukrainy, trzeba poświęcić w imię specyficznie rozumianej jedności kraju. Chociaż nie rozumieliśmy tu nigdy, dlaczego rosyjski nie może zostać drugim językiem państwowym: u nas połowa ludności mówi po rosyjsku. Co w tym byłoby strasznego? Wiele krajów na świecie, wystarczy wymienić Kanadę, Szwajcarię ma po kilka oficjalnych języków państwowych, to pomaga wyeliminować z życia niepotrzebne konflikty, nikt wtedy nie czuje się obywatelem drugiej kategorii. Dlaczego tego nie można zrobić na Ukrainie? Dlaczego tego nie można było zrobić już dawno?

Szakirow:
Załóżmy, iż Kijów od dziś zgodzi się na wielojęzykowość – rosyjski uzyska status drugiego języka państwowego. To pomoże zlikwidować napięcie obecne w społeczeństwie?

Gnatienko:
Trudno powiedzieć. Gdyby taką decyzję nowa władza w Kijowie podjęła na samym początku, zaraz po tragicznych wydarzeniach lutowych, gdyby ogłoszono iż w kraju będą teraz obowiązywać dwa języki państwowe, stosunek ludzi do władzy byłby inny. Uniknęlibyśmy wystąpień na Krymie i u nas. Ale dziś ten pociąg odjechał… Zapamiętaliśmy, iż zaraz po ucieczce Janukowicza, Rada Najwyższa przegłosowała ustawę anulującą obowiązujący status rosyjskiego jako języka regionalnego (nawet nie państwowego), dzięki czemu można było korzystać z niego w oficjalnych dokumentach. Po co to zrobiono – nie wiadomo. Jednak skutki były opłakane. W warunkach braku stabilizacji politycznej pojawiła się nowa władza, jak nas informowano, najważniejszym jej zadaniem, była walka z korupcją. Jednak zamiast walki z korupcją, zajęto się znów walką z nieszczęsnym językiem rosyjskim. Na wschodzie Ukrainy to wywarło koszmarne wrażenie (zwłaszcza na mieszkańcach Krymu – skutki zobaczyliśmy od razu). Ale czy kwestię językową można uznać za rzeczywisty przejaw ucisku? Myślę, że to wierzchołek góry lodowej. Jeśli spojrzymy w dół, zobaczymy jak cały system naszej oświaty i szkolnictwa, średniego, wyższego, został zorganizowany tak, by dominował w nim język ukraiński. Ludzie dobrze wyczuwają (starsze pokolenie kontaktując się z dziećmi uczącymi się w miejscowych szkołach), iż taka organizacja systemu oświatowego wpływa na ich tożsamość kulturową, lękają się, iż zaczyna się ona rozmywać. To wszystko zbierało się latami, a teraz tylko wybuchło.

 Szakirow:
Z wielu źródeł słyszmy o udziale w wydarzeniach na wschodzie Ukrainy rosyjskich służb specjalnych, rosyjskich dywersantów przysyłanych tutaj z misją destabilizowania sytuacji. Co pan powie na ten temat?



W namiotach rozbitych obok budynku SBU można się przespać, w jednym
na wszelki wypadek zorganizowano miniszpital

Mieszkamy na Ukrainie, pracujemy w Rosji


Gnatienko:
Ługańsk jest niewielkim miastem, wszyscy mamy tu przyjaciół, biorących mniej, lub bardziej aktywny udział w wydarzeniach wokół budynku SBU. Rozmawiałem z ludźmi, którzy tam byli i kontaktowali się z przywódcami tego ruchu. Od wszystkich słyszę to samo, nikt tam nie widział dywersantów z Rosji. Podobną opinię wyraził jeden z kandydatów na stanowisko prezydenta Siergiej Tigipko, po wizycie w budynku SBU stwierdził, iż nie widział tam ani Rosjan, ani zakładników. Nie orientuję się, jak to wygląda w innych miastach, ale w przypadku Ługańska można stwierdzić z prawdopodobieństwem bliskim pewności, iż na czele ruchu nie ma dywersantów z Rosji. Co prawda, analizowaliśmy z przyjaciółmi pewien specyficzny aspekt naszej sytuacji. Ługańsk znajduje się na terytorium przygranicznym, tak bywa tu często, człowiek ma paszport rosyjski, ale mieszka i pracuje na Ukrainie. Albo na odwrót, z paszportem ukraińskim pracuje w obwodzie rostowskim, w Rosji. Jak sklasyfikować takich ludzi? Wielu naszych mieszkańców po drugiej stronie granicy ma połowę rodziny. Połowa tu, polowa tam. Wśród ludzi zaangażowanych i aktywnie uczestniczących w aktualnych wydarzeniach na pewno można spotkać właścicieli paszportów rosyjskich, jednak zamieszkałych na stale tutaj. Oni czują się mieszkańcami Ługańska.  To jest problem typowy dla stref przygranicznych. Stykają się z nim w wielu miejscach Europy. Tożsamość ludzi zamieszkujących strefy przygraniczne bywa często „podwójna”.

Szakirow:
Komu sprzyja obecnie czas? Zwolennikom zjednoczonej, niepodzielnej Ukrainy, czy ich przeciwnikom, uważanych w Kijowie za separatystów?

Gnatienko:
Tylko z upływem czasu lepiej zrozumiemy, o co tu naprawdę chodzi. W mediach rosyjskich, ukraińskich pojawiają się różnego rodzaju mity, ale wystarczy dzień, tydzień i te mity się rozpadają. Przyjeżdżają do nas dziennikarze, obserwatorzy, przyglądają się, analizują, a potem łapią się za głowę, mówią :”tego tu nie ma”. Obserwujemy, jak ewoluuje świadomość społeczna. Stopniowo, podnosząc się nad gruzami mitów i wzajemnych pretensji, zaczynamy lepiej widzieć rzeczywistość. Jeśli, daj Bóg, nie zostanie przelana krew, jeśli obie strony zdołają zapobiec działaniom wojennym, to stopniowo zaczniemy poznawać prawdę o naszej rzeczywistości.  Od tego mogą wygrać tylko wszyscy. Mieszkańcy zachodniej Ukrainy tylko skorzystają poznając lepiej mieszkańców Donbasu, przestaniemy w ich oczach być tylko miejskim lumpenproletariatem, poddającym się manipulacji ze strony rosyjskich dywersantów. I na odwrót, stanie się bardzo dobrze, kiedy mieszkańcy Donbasu zrozumieją, iż na zachodzie nie mieszkają wyłącznie banderowcy, że tamtejsza ludność zasługuje na szacunek i współpracę.

Szakirow:
Jak dobrze mieszkańcy Ługańska znają Rosję i orientują się w jej położeniu? Krytycy rosyjskiej rzeczywistości mówią o totalnej korupcji, złodziejstwie, powszechnych fałszerstwach wyborczych, prześladowaniach wymierzonych w opozycjonistów, w niewinnych ludzi, o podporządkowanym władzy sądownictwie i o likwidacji niezależnej prasy? Być może niektóre miasta mogą wywoływać wrażenie, ich wielkomiejski blask, ale w Rosji Putina prosty człowiek jest bezbronny i pozbawiony praw.

Gnatienko:
Kiedy przyjeżdżam do Rosji, moi tamtejsi przyjaciele wypytują mnie szczegółowo, o to jak żyje się na Ukrainie. Więc staram się tłumaczyć. Mam różnych przyjaciół, wśród nich są inżynierowie, biznesmeni, duchowni. Mam wrażenie, iż wszyscy oni są jednomyślni oceniając sytuacje Rosji jako lepszą, od tej na Ukrainie. Przykro mi, ale musze powiedzieć, że się z nimi zgadzam. Wszystko poznajemy lepiej dzięki porównaniom.

Szakirow:
Tu w Ługańsku odczuwa się pretensję pod adresem Putina, za to, że wspomagał i finansował kryminalny reżim Janukowicza?

Gnatienko:
Tak oceniają sytuacje ludzie w Kijowie i Ukrainie zachodniej. Tu na wschodzie myślimy inaczej. Zwłaszcza, iż nie tylko reżim Janukowicza korzystał z finansowej pomocy Kremla. Wszyscy poprzedni,  prezydenci Ukrainy także deklarowali prowadzenie polityki wielosektorowej, chodziło to by uzyskać jak najwięcej korzyści i od Rosji i od Europy.

Szakirow:
Widzi Pan kogoś wśród ukraińskich polityków, kto znajdzie sposób, by zjednoczyć skłócone regiony i uratować państwo w starym kształcie?

Gnatienko:
Kiedy zaczynamy rozmawiać na podobne tematy, od razu ktoś wspomina o Putinie. To właśnie nas nurtuje, czy Ukraina znajdzie takiego lidera. Rosja po odejściu Jelcyna znajdowała się na granicy katastrofy, ale Putinowi udało się ją zjednoczyć. Teraz z Rosja musza się liczyć na arenie zagranicznej. Rezultaty badan sondażowych prowadzonych w ostatnich dziesięciu latach na wschodzie Ukrainy, w Ługańsku ujawniają interesujące zjawisko. Porównanie wskaźników popularności prezydentów Rosji, Białorusi i Ukrainy zawsze kończyło się podobnie, pierwsze miejsce zajmował prezydent Rosji, za nim szedł prezydent Białorusi, a dopiero po nich prezydent Ukrainy. Z czego to wynika? Może ludzie wydaje się, iż tam lepiej gdzie nas nie ma. Może brakuje im wiedzy i nie orientują się jak żyje się na Białorusi i w Rosji. Trudno to ocenić. Ale w świadomości społecznej mieszkańców naszego regionu obecny jest obraz Putina idealnego polityka, takie wnioski ludzie wyciągając na podstawie prowadzonych przez siebie porównań.

Szakirow:
Wśród polityków ukraińskich widzi Pan kogoś, kto mógłby odegrać konstruktywną rolę, teraz kiedy Południe ze Wschodem domagają się rzeczywistej decentralizacji.

Gnatienko:
W ciągu ostatniego tygodnia przyjeżdżało do nas kilku polityków kandydujących w wyborach prezydenckich, wśród nich oficjalny kandydat Partii Regionów. Wszyscy odwiedzali okupowany budynek SBU. Ale przyjmowano ich chłodno, mówiąc wprost zostali przegonieni. To świadczy o jednym, żaden z nich nie spełnia społecznych oczekiwań.

Szakirow:
Obecnie Rosja, Kreml zapewniają opiekę byłemu prezydentowi Ukrainy Janukowiczowi. Niedawno Janukowicz, wspólnie z byłym prokuratorem generalnym Pszonką i byłym ministrem spraw wewnętrznych wspólnie wezwali do zachowania pokoju. Co o nich myślą mieszkańcy Ługańska?

W mieście powstał też szereg barykad utrudniających ewentualny szturm ze strony sil lojalnych
wobec wladz w Kijowie. 


Gnatienko:
Ocena nie jest zbyt pozytywna. Ale niektórzy przedstawiciele górników, dwa-trzy tygodnie temu  występując w mediach, w Internecie wzywali Janukowicza do powrotu na swoje miejsce pracy. Łatwo można było zauważyć ich niezadowolenie z jego ucieczki. Oczywiście, można zrozumieć, dlaczego uciekł, zagrożenie życia, itd., niemniej jednak jego nieobecność na miejscu wzbudza niezadowolenie. Janukowicz odbierany jest w Donbasie jako swój człowiek i pewnie dlatego w wielu punktach ocena jego działalności jest mniej surowa.

Szakirow:
Mieszkańcy Ługańska w przeszłości glosowali na Partię Regionów i jej lidera. Czy zdają sobie sprawę, że tym samym oni także ponoszą odpowiedzialność za krach jego polityki? Jej skutkiem był Majdan, rewolucja, śmierć wielu ludzi? A może także w ich oczach Janukowicz jest głównym winowajcą?

Okrzyki na cześć Berkutu


Gnatienko:
Wydarzenia na Majdanie, zwłaszcza w ciągu ostatnich dni miały tragiczny charakter. Ale ta historia nie jest do końca jasna. Przez kilka miesięcy oddziały specjalne pilnujące Majdanu nie otrzymywały żadnego rozkazu, by rozegnać demonstrację. Przedstawiciele resortów siłowych nie raz oświadczali, iż jeśliby podobny rozkaz wydano w pierwszej, lub środkowej fazie istnienia Majdanu, potrafiliby go wykonać. Jak widzieliśmy berkutowcy zachowywali się odważnie. Nieprzypadkowo na wschodzie Ukrainy często wznoszone są teraz okrzyki na cześć Berkutu. Tutaj zapamiętano obraz milicjantów wykonujących swoje obowiązki uczciwie, zgodnie ze złożoną przysięgą. Zapamiętano jak obrzucano ich kamieniami, koktajlami Mołotowa. Z psychologicznego punktu widzenia ludziom trudno uwierzyć, że Janukowicz ostatniego dnia, podpisując porozumienie z opozycją, godząc się na ustępstwa w obecności zachodnich ministrów spraw zagranicznych, jednocześnie wydal rozkaz strzelania do ludzi. Jak to zrozumieć? Tutaj w Ługańsku wersja, według której Janukowicz kazał użyć broni przeciw demonstrantom traktowana jest sceptycznie.

Szakirow:
Ale i tu ludzie nie mogą być pod każdym względem jednomyślni. Jakby Pan ocenił proporcje tych, którzy chcą mieszkać w Rosji i tych, którzy wybraliby Ukrainę?

Gnatienko:
Ostatnie sondaże na ten temat prowadziliśmy jesienią, jak raz w przeddzień nieoczekiwanej decyzji Kijowa, by zrezygnować ze stowarzyszenia s Europą. Ta decyzja, jak wiadomo, doprowadziła do Majdanu. Ale przez kilka lat Janukowicz i jego rząd prowadzili aktywną kampanię propagandową na rzecz Europy, ona przyniosła rezultaty. Liczba zwolenników sojuszu z Rosją i Białorusią zmniejszyła się z 60% do 45%. Jesienią 45 % ankietowanych opowiadało się za związkiem z Rosją i Białorusią, wariant europejski popierało 20% ankietowanych. Teraz nie prowadzimy sondaży. Sytuacja jest zbyt napięta. Ludzie żyją emocjami, ich poglądy nie są ustabilizowane, trudno to mierzyć przy pomocy metodologii naukowej. Przeczucie mówi, ze liczba zwolenników ściślejszego związku z Rosja musiała wzrosnąć, ale na ile, trudno powiedzieć, nie mamy żadnych danych.

Szakirow:
Spodziewacie się zapowiedzianego przez ministra Awakowa szturmu budynku SBU?

Gnatienko:
Wszędzie słyszę od ludzi, iż jeszcze nie zwariowali na tyle, by rozpętać rzeczywiste działania wojenne. Chcę w to wierzyć i ja. Ale przecież i tak nie wiemy, jak się to skończy. Jednak użycie w tej sytuacji broni przeciwko ludziom wyrażającym szczerze swoje stanowisko byłoby szaleństwem.

Szakirow:
Czy możliwe są rozmowy bez przejmowania budynków państwowych? Do tej pory nikt nie zginął, w Ługańsku mityczni banderowcy są nieobecni. Może można opuścić budynek SBU i podjąć negocjacje?

Gnatienko:
Rozmowy są prowadzone. Ale trudno oczekiwać, by okupujący budynek SBU opuścili go wcześniej, niż opuszczone zostaną wszystkie budynki w Kijowie zajęte podczas Majdanu. Nie usprawiedliwiam żadnej ze stron, tu musi dojść do rozwiązania parytetowego. Byłoby dobrze, gdyby ludzie w Kijowie dali dobry przykład i opuścili zajęte przez siebie budynki. W odpowiedzi, także ługańska okupacja zostanie przerwana.

Szakirow:
Wierzy Pan, ze uda się przeprowadzić w maju wybory prezydenckie. Weźmie Pan udział w glosowaniu?

Gnatienko:
Zawsze uczestniczyłem w wyborach. Zabierałem z sobą dzieci, chciałem by na przykładzie ojca uczyły się, iż glosowanie jest obywatelskim obowiązkiem. Oczywiście pójdę na wybory, nie widzę powodów dla których miałbym zrezygnować. Pytanie ważniejsze – na kogo oddać glos? Dla mnie to na razie pytanie otwarte. Do wyborów jeszcze się wiele zdarzy, co wpłynie na ich wyniki.

Szakirow:
Liczni eksperci twierdza, iż Rosja robi wszystko by zerwać wybory…

Gnatienko:
Kiedy prezydenta Rosji spytano o Wiktora Janukowicza odpowiedział, iż nie widzi dla niego przyszłości politycznej. Jednak z kimś trzeba prowadzić rozmowy. Nie sądzę, iż Rosji zależy na tym, by na Ukrainie w ogóle nie było prezydenta. Rosji potrzebny jest partner do rozmów, bez rozmów nie da się rozwiązywać konfliktów.


*Jewgienij Gnatienko, prawosławny duchowny, socjolog zamieszkały w Ługańsku. Absolwent filozofii na uniwersytecie w Moskwie. W Ługańsku wykłada filozofię i socjologię na miejscowych uczelniach.







*Mumin Szakirow, moskiewski dziennikarz i reżyser filmowy. Współpracuje z moskiewską redakcją Radio Swoboda.




Oryginał wywiadu m
ożna znaleźć na stronie Radio Svoboda:
http://www.svoboda.org/content/article/25334462.html


Obserwuj i polub nas na Facebooku:  https://www.facebook.com/mediawrosji