Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rosyjska telewizja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rosyjska telewizja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 września 2020

Przecieki i brudy. Jak powstaje kremlowska propaganda?

 

Podsłuchy, ukryte kamery, przyjaciele z prokremlowskich organizacji nacjonalistycznych, trolle opłacane z czarnej kasy. Plotki, sceny z życia intymnego, spreparowane dokumenty. Dmitrij Biełousow, scenarzysta i dziennikarz telewizyjny, jeden ze współautorów brudnej kremlowskiej propagandy telewizyjnej niedawno wyjechał do Holandii. Teraz opowiada, czym się zajmował on sam i jego koledzy…..
 

 

Dmitrij Biełousow obecnie mieszka w Holandii, ale wcześniej wiele lat przepracował w rosyjskiej telewizji państwowej. Przez kilka miesięcy piastował stanowisko redaktora odpowiedzialnego w telewizji NTV, był też scenarzystą w REN TV. Pod kierownictwem Aleksieja Małkowa pracował nad demaskującymi rosyjską opozycję, propagandowymi filmami, takimi jak "Anatomia protestu", czy "Dzień Kasjanowa". Teraz Biełousov gotów jest opowiedzieć o tym, jak robiona jest rosyjska propaganda telewizyjna, i jak się czuł, biorąc w tym udział.

 

Z Dmitrijem Biełousowem, scenarzystą i dziennikarzem telewizyjnym rozmawia Alona Wierszynina.



Dmitrij Biełousow, dziennikarz i scenarzysta telewizyjny. Uczestniczył w produkcji najbardziej agresywnych produktów kremlowskiej propagandy telewizyjnej wymierzonej w opozycję. Po wyjeździe do Holandii opowiedział, czym się zajmował.  





Alona Wierszynina:

Niedawno wypowiedział się pan na temat systemu inwigilacji utworzonego wokół Aleksieja Nawalnego. Władza w równym stopniu interesuje się innymi działaczami opozycji?

 

Dmitrij Biełousow:

To, że Navalny jest obserwowany nie było dla nikogo tajemnicą. On sam doskonale o tym wiedział i mówił o tym otwarcie w swoich audycjach. Na ten temat ukazało się wiele publikacji. Dla mnie osobiście momentem przełomowym były wybory samorządowe 2017 roku. Może pamiętasz tę kampanię? Organizacja Chodorkowskiego „Open Russia” oświadczyła wówczas, iż „rekrutuje ludzi zewsząd, także z ulicy”. I wtedy na temat tych, co dopiero do nich dołączyli zaczęto nam przynosić materiały kompromitujące, urywki z monitoringu, różne informacje. To było szokujące. Jak się okazało każdy ma w FSB swoje dossier. Wtedy zbierane w nich materiały zaczęły przeciekać do mediów w całym kraju.

 

Wierszynina:

Rozumiał pan, po co to robiono?

 

Poleziesz w politykę, narobisz sobie kłopotów

 

Biełousow:

Przesłanie było jasne: poleziesz w politykę, narobisz sobie kłopotów. Bez trudu coś na ciebie znajdą, będziesz obserwowany, do pewnego stopnia zostaniesz zdyskredytowany. Oczywiście, wszystkie te materiały oczerniające (szczególnie w odniesieniu do mało znaczących postaci) nie są filmowane po to, by je publikować w telewizji. Zbiera się je, po to można było ludzi szantażować, wykorzystywać, wciągać do własnej brudnej roboty, by wymusić na nich posłuszeństwo i dyscyplinę.  

 

Wierszynina:

Kiedy aktywiści opozycji skarżą się, że za nimi chodzą, to nie jest to objaw paranoi, ale tak wygląda rzeczywistość?

 

Biełousow:

Nie mam pojęcia, czy tajniacy chodzą za nimi, czy nie. Tu trudno o pewność. Ale taki jest właśnie cel FSB i Administracji Prezydenta, zasiać niepokój. Nawet jeśli jeszcze cię nie śledzimy, to jak powstanie taka potrzeba, zawsze możemy to zrobić. Oczywiście, nie da się śledzić całego kraju, społeczeństwa, nawet wszystkich tych, którzy myślą inaczej, niż władze. Ale tam na górze chcą, by do ludzi dotarła wiadomość, jeśli uznamy to za potrzebne, możemy obserwować każdego. A potem jeszcze widzimy, że ktoś traci pracę, przeciw innemu wytacza się lipną sprawę, albo wysyła do psychiatryka, jak np. szamana mającego zamiar przegnać Putina.

 

Wierszynina:

Po co im to wszystko? Dlaczego zajmują się tym FSB i Administracja Prezydenta?

 

Czego FSB robić nie wolno?

 

Biełousow:

Nie rozumie pani? Z formalnego punktu widzenia FSB takich rzeczy robić nie wolno. Proszę przestudiować oficjalne dokumenty. Przed FSB postawiono zestaw konkretnych zadań: musi strzec granic, zapewnić nam ochronę kontrwywiadowczą, zwalczać terroryzm i przestępczość zorganizowaną. Plus dołączono do nich ostatnio oddziały Federalnej Służby Ochrony. To wszystko ! W dokumentach, ustawach nie ma nic o polityce! Przeciwnie, mówi się wyraźnie, że FSB nie ma prawa angażować się w politykę. Warto przypomnieć, słowa szefa FSB Bortnikowa z 2017 roku, który powiedział, że ta organizacja nie reprezentuje żadnych interesów politycznych, czy grupowych, i że jest organizacją całkowicie niezależną. ("Teraz FSB Rosji wolna jest od wpływów politycznych i nie służy żadnej partii czy grupie interesów.” – słowa Bortnikowa, Radio Swoboda).

 

W rzeczywistości jednak, widać jak oni starają się zaznaczyć swoją obecność we wszystkich przypadkach o charakterze politycznym. Publikują brudy na opozycję, wideo z sypialni. Czasem to trudno zrozumieć, np. dlaczego znów pokazali film z Ilją Jaszynem.

 

Nie znaleźli niczego innego? Trzymali go w zapasie przez 10 lat, a teraz nagle pokażmy to publiczności. O czym to mówi? Że ich głównym celem jest zastraszanie.

 

Wierszynina:

Może da się uzasadnić zaangażowanie FSB regularnymi kontaktami opozycji z Zachodem?

 

moskwa, architektura, rząd, rosyjski — Zdjęcie stockowe 
Moskwa, Łubianka. Siedziba Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Jej funkcjonariusze śledzą opozycję polityczną i wypuszczają do mediów kompromitujące ją przecieki.  



Tworzyć atmosferę strachu…..

 

Biełousow:

Gdyby tylko cokolwiek zdołali znaleźć…. Ale po tym, jak pokazaliśmy w filmie „Dzień Kasjanowa” kilka spotkań z zagranicznymi sponsorami, wobec Nawalnego, czy Kasjanowa nie wytoczono żadnych spraw karnych. Dlaczego? Podczas pracy nad ostatnimi filmami zapytałem Malkowa: "Co to za dokumenty? Niby mamy tu potwierdzenie przekazu bankowego, ale kiedy to zostało wysłane, jaka jest data tego dokumentu?”. Bo tam nie było żadnej daty, ktoś ją wygumkował, więc to mogło być zrealizowane wtedy, gdy tego rodzaju operacje grantowe były dopuszczalne. To się publikuje, by wpłynąć na opinię publiczną, by tworzyć atmosferę strachu. Ludzie angażujący się w działalność opozycyjną mają czuć, że są pod stałą obserwacją.

 

Wierszynina:

Czy może nam pan powiedzieć, w jaki sposób dostawaliście materiały wyjściowe do produkcji? Czy to były wielogodzinne zapisy z podsłuchów i video obserwacji, z których potem pan i koledzy wybieraliście to, co nadawało się do wykorzystania?

 

Biełousow:

Rzecz jasna, nam nie dostarczali całości materiału video z życia Aleksieja Nawalnego. Sami wybierali to, co uważali za interesujące. Dostawaliśmy też transkrypcje rozmów telefonicznych, lub wybranych fragmentów niektórych spotkań.

 

Wierszynina:

Okazuje się, że ci, którzy organizują inwigilację i podsłuchy mają też własnego redaktora odpowiedzialnego za wybór najlepszych kąsków?

 

Biełousow:

Ilość materiałów jest taka, iż można mieć pewność, że z tej roboty utrzymuje się wielu ludzi. Wszystkie materiały wykorzystane w filmie, najpierw umieszczane były w sieciowym folderze projektu, do którego dostęp miał Malkow i jeszcze kilku producentów.

 

Ogólny sens i cel filmów były jasne od początku. Dlatego scenariusz od razu zakładał, iż wykorzystamy „najsmaczniejsze” kawałki przekazane przez FSB. Zauważyć je łatwo. Gdy głos za kadrem mówi: ‘otrzymaliśmy ekskluzywny materiał z mieszkania Kasjanowa”,  od razu rodzi się pytanie, czy dziennikarze mogli w jego domu zainstalować podsłuch i kamery? Jeśli tak, to należało nas oskarżyć o naruszenie prywatności.

 

Wierszynina:

Powiedział pan, że ostatnią kroplą wody stała się dla pana samorządowa kampania wyborcza 2017 roku. Czy jednak wcześniej nie zdawał pan sobie sprawy, że to czym się zajmujecie nie ma wiele wspólnego z dziennikarstwem?

 

Biełousow:

Pracowałem w telewizji przez wiele lat. Byłem korespondentem Kanału 1. Nie mógłbym powiedzieć, że pracowaliśmy tam bez żadnej cenzury. Cenzura pojawiała się już w chwili wyboru tematu: kręcimy o tym, lub nie. Ale nikt nie mieszał się do gotowego już wywiadu, nie dyktował mi  "napisz to tak, albo zrób to inaczej ".

 

Poza tym proszę nie zapominać, że kiedy pracowaliśmy wspólnie z Malkowem na przykład w 2011 roku, to ta współpraca wyglądała inaczej, niż w latach 2016-2017. W 2011 roku pojawiły się filmy o Łużkowie, o Łukaszence, o wielkiej polityce. Odczuwaliśmy pewną odpowiedzialność, rozumieliśmy, że Kremlowi zależy na zdemaskowaniu kryminalnych powiązań otoczenia mera Moskwy Jurija Łużkowa, że należy ujawnić jak robią swoje przekręty finansowe. Zrobiliśmy film o Andrieju Borodinie, byłym szefie Banku „Moskwa”, w nim także korzystaliśmy z materiałów FSB (mowa o filmie NTV "Dieło w kiepkie – 3 – przyp. Radio Swoboda, oskarżany o gigantyczne defraudacje Borodin uciekł do Londynu – przyp. MWR). W przypadku tych produkcji nie odczuwałem jakiegoś ograniczenia własnej wolności, miałem wrażenie, że idzie raczej o wewnętrzne rozgrywki na Kremlu.

 

W 2017 roku REN TV wypuściła serię filmów pod ogólnym tytułem „Czarna kasa liberałów”. Nie pamiętam, który z odcinków był pierwszy – ten poświęcony „Otwartej Rosji” (organizacja Chodorkowskiego – przyp. MwR) czy Nawalnemu. Trzeci z kolei odcinek poruszył temat wyborów samorządowych, mówiliśmy w nim o zgłaszanych przez nich kandydatach na deputowanych miejskich. Kiedy Nawalny jest obserwowany i jest tego świadomy, prowadzi odpowiedni tryb życia. Gdy zajęliśmy kandydatami na deputowanych miejskich, zaczęto przynosić nam zwykłe paskudztwa. Zobaczcie kogo nam proponują, jakiegoś ostatniego łotra, już w jedenastej klasie widziano, jak rozbija puste butelki. Wtedy poczułem, że coś jest nie w porządku i że nie czuję się z tym komfortowo. Gotowy byłem na konflikt z redakcją, zacząłem się z nimi kłócić. Szybko dotarło do mnie, że będziemy musieli się rozstać, bo w tej pracy nie było miejsca na różnice zdań. Rozumiałem, że to nie sam Malkow wynajdował te materiały, tylko że dostawał je od zleceniodawców. Konflikt z nim oznaczał w istocie konflikt z nimi. Jednak nie mogłem się zgodzić na pewne rzeczy i zacząłem o tym mówić głośno. To było jasne, że wkrótce się rozstaniemy.

 

Kogo ogarnęły wątpliwości….?

 

Wierszynina:

Wątpliwości nurtowały tylko pana, czy też ogarnęły jeszcze kogoś z kolegów?

Biełousow:

Nie mam pojęcia. Nie interesowała mnie kondycja psychiczna kolegów, co myślą i na jaki temat. Ważniejsze było dla mnie, że sam znalazłem się w kropce, czułem jak ta sytuacja mnie paraliżuje, pozbawia wolności wyboru. Z opozycją systemową propaganda obchodzi się w białych rękawiczkach, w porównaniu z tym opozycja poza systemowa, całkowicie niezależna, np. anarchiści traktowana jest bez jakichkolwiek ceremonii. Także przez wymiar sprawiedliwości, który dopuszcza tortury prądem elektrycznym i stawia zarzuty o działalność terrorystyczną.

 

Warto przy okazji powiedzieć, dlaczego wyciągają w takich sprawach zarzut o działalność terrorystyczną. Te artykuły kodeksy karnego wymyślane są właśnie dlatego, iż FSB nie ma prawa angażować się w politykę. Więc posługują się tymi, które należą do ich kompetencji. Terroryzm jest w ich kompetencjach, więc można to wlepić. Terroryzm, albo ekstremizm.

 

Wierszynina:

Kiedy pracował pan jako scenarzysta tych „sensacyjnych filmów”, czy podpisywał pan wobec FSB jakieś zobowiązania, np. do zachowania milczenia, że nie ujawni pan prawdy o materiałach z jakimi przyszło panu pracować?

 

Biełousow:

Niczego nie podpisywałem, nigdy tych ludzi nie spotkałem. Ale to było oczywiste, że obowiązuje nas milczenie. Żaden z moich kolegów, nawet tacy co odeszli z tej pracy ze skandalem, nigdy nie puścili pary z ust. To była kwestia osobistego bezpieczeństwa.

 

Wierszynina:

Zdecydował się pan podzielić prawdą, bo znajduje się pan teraz poza granicami Rosji i czuje się pan bezpieczny?

 

Biełousow:

Nie, nie czuję się w pełni bezpiecznie. Ale zacząłem mówić, bo jaki mam wybór? Jeśli coś by się ze mną stało, a ja nie zdążyłbym przedtem podzielić się tym, co wiem, to nikt nawet nie zorientowałby się, co się zdarzyło. A tak ludzie będą wiedzieć.

 

Wierszynina:

Gdy ukazały się pierwsze materiały o panu, ktoś ze starych kolegów kontaktował się z panem? Pisał? Telefonował?

Biełousow:

Nie, nikt się nie odezwał. Uznali, że lepiej tę historię przemilczeć, bo nawet trolle Prigożyna nie miałyby recepty, jak ją skomentować. Przecież nie powiedzą, że ich scenarzysta był do bani. To byłby dla nich ślepy zaułek.

Wierszynina:

Kiedy pracował pan w telewizji państwowej opowiadał pan rodzinie, przyjaciołom, czym się pan zajmował?

 

Biełousow:

- Nie, rodzina nie znała szczegółów mojej pracy. Proszę zrozumieć, pracowałem w telewizji 17 lat, współpraca z projektami Malkowa trwała stosunkowo krótko. 6 miesięcy w 2011 roku i ok. 7 miesięcy w 2017r. Starałem się nie mieszać pracy z życiem osobistym.

 

Wierszynina:

Nie czuł pan obrzydzenia do tego, czym pan się zajmował? Babrał się pan w cudzych brudach….

 

Mamy znów do czynienia z policją polityczną….

 

Biełousow:

- W pewnym momencie powiedziałem (Malkowowi i swoim szefom), że nie będę pisał o pewnych sprawach. Dostarczano nam materiały różnego rodzaju. Spora ich część dotyczyła finansów, pieniędzy. Potem zaczęli wyciągać sprawy intymne, osobiste.

Proszę zrozumieć, dlaczego o tym mówię. Oni nie chcą się przyznać, zaprzeczają,  ale FSB robi dziś dokładnie to, co kiedyś robił KGB. Mamy znów do czynienia z policją polityczną. Proces przemiany FSB trochę trwał, w 2011 roku ich materiały były o wiele skromniejsze, w 2017 r. do swych brudnych sieci łowili wszystko. Chce pani rozmawiać ze mną o etyce? Kiedy w to wpadłem, przecież nie miałem pojęcia co położą nam na stół, co pokażą. Przychodzi człowiek do pracy, a tam wydają polecenie, ten kawałek weź do filmu, tam jest Kasjanow i Pielewina. To video z resztą po raz pierwszy opublikowano o pół roku wcześniej, ale im się wydawało, że warto to powtórzyć, żeby ludzie mieli radochę (mowa o tajnym nagraniu sceny łóżkowej z udziałem b. premiera Rosji Kasjanowa – przyp. „MwR”}.

 

Wierszynina:

Doczekamy się dnia, kiedy nie tylko pracownicy telewizji korzystający z podsłuchów i monitoringu zaczną mówić, ale także ci, którzy to wszystko organizują?

Biełousow:

Właśnie przyjęli ustawę, która zwalnia ich z odpowiedzialności, to co robią uznaje się za tajne, funkcjonariuszom FSB nie wolno udzielać mediom jakichkolwiek wypowiedzi. Uczestniczyłem wcześniej w wielu projektach dokumentalnych, filmowaliśmy wypowiedzi byłych pracowników służb, ale dziś byłoby to niemożliwe, nawet w odniesieniu do jakichś historii z przeszłości.

A poza tym, FSB nie robi wszystkiego sama. Powinna pani to zrozumieć. Nie da się powiedzieć, że to FSB obserwuje wszystkich. Oni nauczyli się outsourcingu, mają do dyspozycji takie organizacje jak nacjonalistyczny, prokremlowski SERB, potrafią się nimi wysługiwać. Przydają się wtedy, gdy opozycja organizuje jakieś wydarzenia, seminaria, spotkania, ludzie z SERBu mogą je zakłócić, sfilmować, potem te filmy rozmieszcza się w sieciach społecznościowych, wykorzystuje w filmach propagandowych. Stosuje się wiele różnych narzędzi. Do tego nie potrzeba tak wielu własnych ludzi, to ułatwia życie, kiedy można powiedzieć "to nie my, to niektórzy wolontariusze kręcący się wokół opozycji".

 

 

Oryginał wywiadu ukazał się na portalu Radio Swoboda:

https://www.svoboda.org/a/30811598.html


Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com


Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego. 





 

Tłum.: ZDZ

środa, 5 października 2016

Sztuka ważniejsza niż kino: telewizja i rosyjska świadomość zbiorowa….



Telewizja rosyjska pozostaje zagadką nie tylko dla obserwatorów z zewnątrz. Także rosyjscy analitycy i eksperci zastanawiają się, dzięki czemu udało się Kremlowi przekształcić ją w tak skuteczne narzędzie propagandy. Ankietowani przez Centrum Lewady ludzie przyznają, iż telewizja pozostaje dla nich głównym źródłem informacji. Jednocześnie nie ukrywają, iż mają do niej ograniczone zaufanie. Wybitny rosyjski socjolog Aleksiej Lewinson uważa, iż to nie telewizja panuje nad społeczeństwem. Jego zdaniem to społeczeństwo kontroluje telewizję będącą jednym z jego podsystemów. To nie telewizja mówi społeczeństwu jak ma myśleć, a społeczeństwo (włączając w to także taki jego podsystem, jakim jest aparat władzy) dyktuje telewizji, co ma pokazywać.   




Autor: Aleksiej Lewinson




 

Rosjanie przyznają, iż telewizja pozostaje dla nich najważniejszym źródłem informacji. Choć nie do końca jej dowierzają. 



Wprawdzie społeczeństwo ma dostęp do różnych źródeł informacji, to jednak w tej dziedzinie wybiera monopol. Autocenzura widzów pojawia się wcześniej, niż cenzura, lub autocenzura nadawców.


Gdyby Lenin żył do dziś, to zapewne skorygowałby swoją słynną formułę i za najważniejszy rodzaj sztuki uznałby nie kino, a telewizję. Dlaczego? Może dlatego, iż telewizji w dzisiejszej Rosji wyznaczono funkcję podobną do tej, spełnianej przez kino w tamtych czasach. Dokładniej mówiąc i posługując się nie językiem komisarzy, a językiem socjologa, telewizja winna zapewniać integrację społeczeństwa w oparciu o narzucone wartości i wzory. Dzięki temu możliwe jest zarządzanie społeczeństwem przez jeden, scentralizowany ośrodek władzy. 


Obraz świata


Pogląd, iż telewizja formuje obraz naszych myśli i narzuca modele zachowań u większości ludzi nie budzi zastrzeżeń. Tego rodzaju konstatacja, choć nie przynosi nam specjalnego zaszczytu, uwalnia jednak od odpowiedzialności za własne myśli, lub mówiąc precyzyjniej za ich brak, a także za własne działania, lub bezczynność. Choć ludzie nazywają telewizor "zombiskrzynką", nie przestają go oglądać.

Sformułowanie "oglądać program telewizyjny" niezbyt dokładnie opisuje dziś wzajemne relacje między ludźmi, a telewizją. Telewizji się nie ogląda. Kobiety włączają telewizję i zajmują się swoimi sprawami. Potem zaś mówią" "ja jej nie oglądam, telewizor coś tam sobie gada, ale ja nie zwracam na to uwagi."

Mężczyźni biorą do ręki pilota i skacząc z kanału na kanał złoszczą się: "tu nie ma nic do oglądania". Być może dla samej telewizji, nie jest to przyjemne, jednak potrafiła się ona do tej sytuacji zaadaptować. Gdy idzie o uprawiane przez telewizję "zombowanie", specjaliści uważają, iż jej sugestywność rośnie, gdy ludzie oglądają program z oczami na w pół przymkniętymi i słuchają jej niezbyt uważnie. I rzeczywiście, nie wszystko co zostało powiedziane zdołają usłyszeć,  dostrzegą nie wszystko to, co zostało pokazane. Gdy jednak zastosować technologię wielokrotnego powtarzania, mechanicznie tego samego, lub co efektywniejszych obrazów z wariacjami, w sytuacji, kiedy wszystkie stacje reprezentują podobne stanowisko, to najważniejsze przekazywane treści zostaną przyswojone. Specjaliści od reklamy zrozumieli to już dawno temu. Nie jest potrzebna tajemnicza dwudziesta piąta 25ta klatka, wystarczy popracować nad odpowiednim zaprogramowaniem anteny, nad zawartością programów informacyjnych.

I rzeczywiście, na pytanie o najważniejsze źródło informacji o wydarzeniach w kraju i na świecie, 86% dorosłych Rosjan odpowiada, iż jest nim telewizja. Nawet ci, którzy przyznają, iż codziennie korzystają z Internetu, także po to by mieć dostęp do informacji, nie rezygnują z telewizji. Jest ona głównym  źródłem wiadomości dla 80% z nich. Tylko połowa czerpie informacje z sieci. Tak wygląda sytuacja obecnie, gdy nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Ale podobnie wyglądała też, gdy obserwowaliśmy wydarzenia na Krymie, a później na wschodzie Ukrainy. Nasze media uparcie krzyczały, tam nie ma naszych wojskowych. Równocześnie w Internecie kipiało, oni tam są. Większość rosyjskich konsumentów informacji, nawet ci, którzy potrafili odnajdywać ją w Internecie, wybrała wersję proponowaną przez własną telewizję. Po co mieliby wierzyć w to, co mówią inni? 


Wiara w siłę


W naszej historii mieliśmy czasy, gdy zakazywano nam wyłączania własnego radia, za to słuchanie obcego było zakazane. W dzisiejszych czasach te zasady nie obowiązują. Władze, na razie, tylko przygotowują się do objęcia Internetu pełną kontrolą. Jesteśmy świadkami tego, jak ludzie sami odwracają się od Internetu. Główna część naszych obywateli z dziesiątki kanałów udostępniających aktualną informację wybiera trzy.

Nasi widzowie mają techniczne możliwości, by czerpać informacje z różnorodnych źródeł. A jednak wybierają monopol. Powierzają w ten sposób zarządzanie sobą jednemu ośrodkowi, tak właśnie kształtuje się sytuacja autorytarnego zarządzania w polityce i rozpowszechnianiu informacji. Autocenzura widzów pojawia się nim jeszcze zetkniemy się z cenzurą, lub autocenzurą nadawców.

Autocenzura widzów wyraża się nie tylko w tym, by nie oglądać, nie słuchać, ale także w tym, by nie wierzyć. Telewizję oglądają prawie wszyscy (86%), ale zaufanie do niej deklaruje tylko 59% (będziemy w tym wypadku mówili o współczynniku zaufania na poziomie 0,69). Grupą obdarzającą telewizję największym zaufaniem są emeryci (0,77). Widzowie z ograniczonym wykształceniem wierzą telewizji bardziej (0,76), ci z wyższym wykształceniem mniej (0,60). Obserwujemy tu określoną prawidłowość, im więcej oglądają, tym bardziej wierzą.

Regularnie korzystający z Internetu wierzą telewizji mniej, niż wynosi średnia dla użytkowników sieci (0,61). Jednak poziom zaufania dla publikowanych w sieci magazynów, gazet jest jeszcze mniejszy - wynosi 0,6. Telewizja przeważa nad Internetem nawet w środowisku jego użytkowników.

Jednak kwestia zaufania jest szczególnie złożona. Brak zaufania jeszcze bardziej. Spośród tych, którzy ją włączają, prawie jedna trzecia nie ufa przekazywanym przez telewizję informacjom.  Co dzieje się w ich głowach? Możemy założyć, iż jakaś ich część szuka sposobów weryfikacji informacji rozprzestrzenianej przez telewizję, ale jak wiemy jest ona niewielka. Dla pozostałych ważniejsze jest hasło: "ja im (wszystkim) i tak nie wierzę!" Ludzie ci, jak gdyby, poszukują sposobu obrony przed z góry oczekiwanym kłamstwem, przed dezinformacją. Ale nie są też w stanie znaleźć dla niej zamiany w postaci informacji wiarygodnej i co ważniejsze nie mają zamiaru, by się o to starać. Ich świadomość, jak im się zdaje, nie podlega ograniczeniom, może ona korzystać z wolności,  gotowa jest jednak zaakceptować z równym prawdopodobieństwem  dowolną prawdę, choć najczęściej zaaprobuje prawdę wspartą przez siłę.


Przestrzeń dla twórczości


W przestrzeni telewizyjnej, faktycznie przy współudziale samych widzów, doszło do wykreowania monopolu "wielkich kanałów", tylko one przyciągają uwagę ludności. W tych warunkach, ludzie telewizji stanęli przed zadaniem o charakterze politycznym, należy zapełnić siatkę programową materiałami prezentującymi wspomniane wyżej "podkontrolne" treści w możliwie różnorodnej formie (z tego jednak wynika ich ograniczoność). Pod tym względem, oczekuje się od telewizji jak najwięcej, tak pod względem tematycznym, jak i wizualnym. Wymagane jest podejście twórcze, tak jak to zwykle bywa, gdy idzie o różnego rodzaju prezentacje i wizualizacje. Hegemonię na polu informacyjnym sprawują mogące pochwalić się największą oglądalnością stacje telewizyjne Rosja 1, Kanał Pierwszy i NTV. Gdy widz poczuje zmęczenie programami informacyjnymi, proponuje mu się filmy. Wciąż jeszcze, jak gdyby wypełniając testament Lenina, telewizja rosyjska pokazuje o wiele więcej filmów i seriali, niż telewizja w Europie i USA. W największych stacjach kontent tego rodzaju zajmuje od jednej trzeciej do połowy programu.

Tak wyglądał, jeśli można tak powiedzieć, stary model. Obecni szefowie telewizji i ich szefowie są świadomi, iż ten cudowny monopol trzech wielorybów naszej anteny powoli zacznie się rozpływać, i że zmiana doprowadzi do wykreowania całkowicie nowej sytuacji. Wczorajszy podział na Rosję telewizyjną i Rosję internetową zaniknie. Z technicznego punktu widzenia, Internet pochłonie środowisko telewizyjne, wprowadzi doń charakterystyczną dla siebie różnorodność form i sposobów łączenia treści z wyobrażeniami widza/użytkownika. Jeśli jednak wierzyć ludziom poinformowanym, gdy idzie o treści, nasza telewizja przygotowuje się do tego, by nowe środowisko zalać swoim własnym "kontrolowanym" programem.


Reakcja obronna


Być może, czytelnikowi może się zdawać, iż wspólnie z nim zastanawiamy się nad swego rodzaju utopią, czy też anty utopią i że rysujemy fantastyczne perspektywy dla nadchodzącej epoki cyfrowej. A jednak, to nie tak. Mowa tu raczej o sztuce telewizyjnej. Telewizję możemy uznać za sztukę tylko w leninowskim rozumieniu tego terminu. Lenin, jeśli ktoś sobie przypomina, także powstanie zbrojne traktował jako sztukę (kino zaś jako oręż).

Czytelnik tego artykułu może odnieść wrażenie,  iż także jego autor podziela przeważający wśród widzów pogląd, iż telewizja w pełnej mierze potrafi manipulować ich świadomością. To nie tak, jestem w tej sprawie innego zdania. Punktem wyjścia dla mnie nie jest przeświadczenie, iż to telewizja panuje nad społeczeństwem. Jest wręcz na odwrót, to społeczeństwo kontroluje telewizję, będącą jednym z jego podsystemów. To nie telewizja mówi społeczeństwu jak ma myśleć, a społeczeństwo (włączając w to także taki jego podsystem, jakim jest aparat władzy) dyktuje telewizji, co ma pokazywać. Wiadomo na ogół, iż stacje telewizyjne muszą reagować na wskaźniki popularności i w rezultacie będą pokazywać programy cieszące się zainteresowaniem. Ale w tym wypadku nie o to chodzi, mimo iż podobna konstatacja przynajmniej częściowo jest prawdziwa. Mam raczej na myśli dzisiejszą sytuację geopolityczną i naszego widza zajmującego w niej określone miejsce. Po aneksji Krymu i wydarzeniach na wschodzie Ukrainy, Rosjanie dowiedzieli się, iż większość państw (dawniej moglibyśmy określić je jako "znaczących innych") zajęła stanowisko osądzające Rosję. Nie łatwo jest być obiektem bojkotu, być potępianym przez innych. Dotyczy to w równej mierze jednostki, co świadomości społecznej.

Rosyjska świadomość masowa w ramach reakcji obronnej wypracowała określony typ reakcji. Osądzają nas wrogowie, a to oznacza, że mamy rację. Podstawą takiej logiki jest sprowadzona do tego samego poziomu obserwacja, iż jesteśmy na tyle dobrzy, na ile oni są źli. Tak to wygląda. W tej sytuacji nie wystarczy chwalić się samemu. Pomaga, gdy poniża się wroga. Stąd dla telewizji wynika określone zadanie, należy zademonstrować, na ile oni są źli, na ile głupi, jak bardzo obrzydliwi są wszyscy ci, którzy występują przeciwko nam. Tego rodzaju demonstrację należy stale odświeżać. Dlaczego? Jeśli nastąpi pauza, jeśli oskarżenia zaczną nas nudzić, świadomość usłyszy wewnętrzny szept: a może potępiają nas i osądzają nie bez podstaw?


Telewizja stara się ze wszystkich sił


Warto zauważyć, iż zlecenie na oskarżycielski jazgot nie jest zamówieniem na informacje, zwłaszcza na te odpowiadająca rzeczywistości, prawdziwe. Oskarżycielski jazgot spełnia swoją rolę, już przez to tylko, że nim jest. Podobnie dzieje się z "nadużyciem", tym jest lepsze, im jest gorsze. Nikt nie zamierza wierzyć w propagandowy wrzask, przynajmniej w tym sensie, w jakim zazwyczaj rozumiemy ten termin.

Telewizja nie może karmić widza wyłącznie nienawiścią. Tego rodzaju emocje należy kompensować uczuciami pozytywnymi. Pod czyim adresem mogą Rosjanie kierować obecnie swoje dobre uczucia? Doświadczenie pokazało, iż można je kierować pod adresem własnej przeszłości. Stąd wziął się swoisty kult przodków. Wokół niego powstały własne rytuały. Na ekranie regularnie pokazuje się nasze "stare dobre kino", narracja budująca mit. Są w nim obecne nieaktualne dziś konflikty (być może nie istniały one i wówczas, w czasach radzieckich). Rozwiązywane są przy pomocy sposobów niewspółczesnych. Tak rodzi się obraz zbiorowego przodka. Miłe emocje z duszy zrzucają ciężar. Najważniejsze ze sztuk będzie w dalszym ciągu służyć narodowi.



*Wskaźniki zostały opracowane na podstawie badania przeprowadzonego przez Centrum Lewady w lipcu. Autor wyraża wdzięczność pani Ljubow Borusjak za pomoc w przygotowaniu niniejszego tekstu.



Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciołowski


Oryginał ukazał się na portalu rbc.ru:  http://www.rbc.ru/opinions/politics/24/08/2016/57bd601b9a7947df992a83c1




*Aleksiej Lewinson (ur.1944), socjolog, eseista, ceniony rosyjski intelektualista, kierownik Pracowni Badań Socjo - Kulturowych w Centrum Lewady. Stały autor gazety "Wiedomosti ", czasopisma "Nieprikosnowiennyj zapas",agencji RBK




niedziela, 12 lipca 2015

Liberałowie i Ukraińcy: w telewizyjnej paszczy lwa



Codziennie w jednym z programów rosyjskiej telewizji państwowej odbywa się wielkie pranie mózgów. Prowadzący programów talk-show Władmir Sołowiow, Piotr Tołstoj, Andriej Norkin i Jewgienij Popow wraz ze zgrają zaproszonych przez siebie do studia kremlowskich propagandystów piętnują agresywną politykę Waszyngtonu i przestępcze działania banderowskiego reżimu. Nieliczni zapraszani do studia przedstawiciele środowiska liberalnego oraz goście z Ukrainy są obiektem krytyki i napastliwych reakcji ze strony odpowiednio sterowanej publiczności. Publicysta portalu "Meduza", Ilja Azar przepytał rosyjskich liberałów Leonida Gozmana, Borysa Nadieżdina oraz ukraińskich uczestników Wiaczesława Kowtuna i Ołesię Jachno dlaczego gotowi są znosić publicznie upokorzenia wobec wielomilionowej widowni. Ich momentami przejmujące odpowiedzi pozwalają zrozumieć, jak trudne są ich dylematy i wybory.

Notował: Ilja Azar





Program "Czas pokaże" prezentowany jest w Programie I. Obok Piotra Tołstoja
współprowadzącą jest Jekatierina Striżenowa



Dlaczego ukraińscy politolodzy i rosyjscy liberałowie biorą udział w programach publicystycznych rosyjskiej telewizji państwowej?

W rosyjskiej telewizji państwowej co tydzień emitowane są polityczne talk-show. Ich uczestnicy już od ponad roku komentują wydarzenia w Donbasie, Euromajdan oraz sukcesy Władimira Putina. Wraz ze zwolennikami polityki Kremla w audycjach tych biorą udział również rosyjscy liberałowie i goście z Ukrainy. To, co dzieje się w studiu trudno nazwać dyskusją. Goście często są zakrzykiwani, przerywa się im w pół słowa. A mimo to i Ukraińcy, i rodzimi liberałowie wciąż jeszcze nie zrezygnowali z udziału w takich programach. A to z kolei pozwala prowadzącym dziennikarzom twierdzić, że w ich audycjach prezentowane są wszystkie punkty widzenia. Specjalny korespondent „Meduzy” Ilja Azar zapytał dwoje ukraińskich politologów – Wiaczesława Kowtuna i Ołesię Jachno, oraz dwóch rosyjskich liberałów – Leonida Gozmana i Borysa Nadieżdina, dlaczego nadal uczestniczą w tego rodzaju programach. Wszyscy oni zdają sobie sprawę, że telewizja rosyjska najzwyczajniej w świecie ich wykorzystuje, ale jednocześnie usiłują zrealizować swoje własne cele. Występ przed kamerami może przecież zwiększyć ich popularność, daje też szansę wpłynięcia na poglądy telewidzów, a dla polityka kandydującego w wyborach to ważne. Udział w talk-show to również okazja, by wesprzeć innych polityków o podobnych poglądach albo po prostu możliwość szlifowania swoich oratorskich talentów w niesprzyjających okolicznościach.


Wiaczesław Kowtun
Ukraiński politolog i polityk, dyrektor Centrum Badań nad Procesami Społecznymi

















Ponieważ od trzech lat współpracuję z radiem „Biznes-FM”, zaczęto zapraszać mnie również do rosyjskiej telewizji. Zdążyłem już zaliczyć wszystkie rosyjskie programy telewizyjne i widzę,  że ludzie na ulicach Moskwy i Kijowa rozpoznają mnie coraz częściej. To z kolei nakłada na mnie obowiązek wypowiadania się w sposób odpowiedzialny, bowiem moje słowa mogą zostać zinterpretowane jako oficjalna pozycja władz ukraińskich, mimo że nie jestem ich przedstawicielem. Staram się, by moje wypowiedzi nie zabrzmiały kontrowersyjnie.

Kiedy w listopadzie 2014 r. zacząłem brać udział w rosyjskich programach, postawiłem sobie za cel zapoznanie rosyjskich widzów z ukraińskim punktem widzenia. Wydawało mi się, że Rosjanie nie znają faktów, bo telewizja ich okłamuje. Sądziłem, że jeśli zdołam zignorować obraźliwe komentarze innych uczestników i mimo wszystko powiem przed kamerami prawdę, to uda mi się zmienić postawę i poglądy Rosjan.

Z czasem dotarło do mnie, że Rosjanie doskonale wiedzą, że ich kraj dostarcza broń, czołgi i „Grady”, że Rosja szkoli rzekomych „powstańców” – a mimo to popierają Putina. Więc jak z nimi dyskutować? Można jedynie bezradnie rozłożyć ręce. Moja motywacja się zmieniła. Teraz traktuję to raczej jak wyzwanie: w jakim stopniu ja, jako politolog, będę w stanie panować nad przebiegiem rozmowy z wrogo nastawionymi oponentami. I to mi się udaje. Początkowo rzeczywiście w ogóle nie dopuszczano mnie do głosu, byłem dla współrozmówców „chłopcem do bicia”. Jednak z czasem uświadomiłem sobie, że jeśli będę zwięźle wyrażać myśli i mówić podniesionym głosem, to prędzej czy później zaakceptują moją obecność i zaczną mnie uważniej słuchać. Teraz oponenci traktują moje słowa jako punkt wyjścia dla własnych wypowiedzi i haseł propagandowych.

Przekonuję ukraińskich politologów, że warto jeździć do Rosji, chociaż póki co bez większego powodzenia. Odmawiają, bo przecież widzą, że Rosjanie odnoszą się do nich wrogo. Zresztą, każdy z ukraińskich politologów chociaż raz uczestniczył już w jakimś rosyjskim programie tego rodzaju. Ja sam nie zamierzam rezygnować z udziału w nich, dla mnie to ciekawe doświadczenie. Przestałem jednak uczestniczyć w najbardziej „dziadowskich” audycjach, takich jak np. „Lista Norkina”, gdzie najzwyczajniej w świecie w ogóle nie dopuszczano mnie do głosu.

Współudział we wrogiej propagandzie

Owszem, stacje państwowe uprawiają propagandę. Ale przecież idealne środki przekazu nie istnieją. Trzeba więc wykorzystywać te, które są dostępne. Dla propagandy rosyjskiej nie ma absolutnie żadnego znaczenie, czy w danym programie pojawi się Ukrainiec, czy nie. I tak przecież pozostali uczestnicy będą mówić to, co napisano im w kremlowskich scenariuszach. Dlatego sądzę, że nie ma sensu wyolbrzymiać znaczenia czynnika „współudziału we wrogiej propagandzie”.

Stosunek Ukraińców do udziału w rosyjskich talk-show

Osobiście nie spotkałem się z negatywnymi reakcjami. Wiem, że ukraińskim widzom nie podoba się, kiedy w takich audycjach występują ukraińscy urzędnicy czy funkcjonariusze państwowi. Ale ja sam nie mam nic wspólnego z ukraińską budżetówką, więc takiego zarzutu postawić mi nie można. W Kijowie ludzie podchodzą do mnie i chwalą: „Jesteśmy z ciebie dumni! Jesteś świetny!”. Natomiast w Moskwie mogą czasem za plecami rzucić nieprzyjemne słowo. Jednak od większości Rosjan słyszę: „Nie zgadzamy się z panem, ale podoba nam się, że prezentuje pan swoje poglądy konsekwentnie i odważnie, że wytrwale broni pan interesów Ukrainy”. Komentarz jest tu chyba zbędny.

Ograniczenia

Doceniam, że szefowie rosyjskiej telewizji nie narzucają mi, co mogę mówić, a czego mi mówić nie wolno. Z wyrazu twarzy prowadzącego mogę się domyśleć, że jakaś moja opinia bardzo mu się nie spodobała, ale mimo wszystko mogę ją wygłosić. Zawsze staram się podkreślić, że jestem Ukraińcem. 


Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:


W programie Sołowiowa jako jedyny wystąpiłem w koszuli-wywszywance, a 9 maja miałem przypięty czerwony mak. Nikt inny się na to nie zdobył! Powiedziałem też, że pocisk, który zniszczył przystanek w Doniecku, nie mógł być wystrzelony przez armię rosyjską, bo zdarzenie miało miejsce w centrum miasta, a takie pociski mają zasięg 4 kilometrów. U Sołowiowa powiedziałem również, że mieszkańcy Doniecka zorganizowali protest przeciwko rozmieszczaniu broni przez „powstańców” na terenie osiedli mieszkaniowych. Wypowiadałem się na wszystkie istotne tematy. Mam czyste sumienie i jestem absolutnie przekonany, że niewielu moich kolegów po fachu zdobyłoby się na takie wypowiedzi.

Po co telewizja rosyjska zaprasza Ukraińców?

Sugeruje pan, że powinienem przestać brać udział w takich programach? W rozmowach z Rosjanami, nawet tymi życzliwie nastawionymi, również nie raz słyszałem, że powinienem przestać tu przyjeżdżać i mówić prawdę!  Zresztą, to decyzja Kremla. Bez akceptacji najwyższych władz nigdzie nie mógłbym wystąpić. A władze godzą się z prostego powodu - oglądalność państwowych programów zaczęła spadać. Ludziom znudziły się audycje, których uczestnicy bez końca sobie przytakują, jak w kółku wzajemnej adoracji. A ja idealnie wpisałem się w rolę oponenta i dzięki temu stałem się gwiazdą rosyjskiej telewizji.


Leonid Gozman
Rosyjski polityk, przewodniczący ruchu „Sojusz Sił Prawicowych”, prezes fundacji „Perspektywa”






















Puls protezy

Istnieje kilka ważnych powodów, dla których godzę się na udział w programach rosyjskiej telewizji państwowej. Absolutnie nie liczę na to, że mógłbym przekonać do swoich racji innych uczestników tych tzw. „dyskusji”. Przecież większość moich oponentów wcale nie wierzy w to, co mówi. Ich zadaniem jest ogłupianie widzów. Dyskusja z nimi jest równie sensowna, jak badanie pulsu w protezie.

Dlaczego więc na to się godzę? Po pierwsze: popularne przekonanie, że w Rosji korzysta z Internetu nawet nie 100, a 120% populacji należy skorygować: większość internautów sprawdza w sieci rozkład jazdy pociągów podmiejskich, godziny pracy sklepów albo program telewizyjny. Tylko niewielu ludzi przyzna, że internet stanowi dla nich okno na świat. Dla kilkudziesięciu milionów Rosjan jedynym źródłem wiedzy o świecie pozostają programy telewizji państwowej. W tej grupie są też jednostki, które doskonale rozumieją, co się wokół nich dzieje. Im namolna propaganda już dawno obrzydła. 

Moim zdaniem my, przedstawiciele inteligencji, nie mamy prawa ignorować tej grupy telewidzów. Nie wolno nam gardzić nimi tylko dlatego, że skazani są na czerpanie wiedzy z telewizora. Nie mamy prawa powiedzieć im: „A, róbcie sobie, co chcecie”. Przecież rosyjska inteligencja zawsze troszczyła się o rozwój intelektualny całego społeczeństwa. Na tym polega jej wyjątkowość i taka jest jej geneza.


Proszę sobie wyobrazić człowieka podzielającego nasze poglądy, doskonale zorientowanego, co się dzieje na Krymie i kim naprawdę jest Putin. Ktoś taki wie, na czym polega ta cała „przeklęta” i krytykowana przez populistów demokracja. Ale mieszka na prowincji. Albo może i w Moskwie, ale i tak nie ma możliwości przyłączyć się do jakiejś grupy podobnie myślących osób, nie może wziąć udziału w jednym z naszych spotkań. Tacy ludzie w przeszłości byli inżynierami i pracowali w fabrykach, albo byli lekarzami w przychodniach i szpitalach. Jeszcze w latach 90-tych byli pełni nadziei na przyszłość, a dziś są osobami w podeszłym wieku.

Za pośrednictwem telewizji zwracam się do tych samych ludzi, którzy codziennie podchodzą do mnie na ulicy i dziękują za moje publiczne wypowiedzi. Oczywiście są to głównie osoby starsze.

W latach 90-tych szczerze wierzyli, że pojawiła się szansa na zbudowanie nowego państwa, nowego życia. Potem te nadzieje legły w gruzach. I dziś wydaje im się, że wszystko stracone, że wszyscy wokół oszaleli albo wystraszyli się i siedzą cicho jak myszy pod miotłą. Tacy ludzie czują się osamotnieni, a wokół słyszą tylko: „Ciesz się, że pozwalamy ci jeszcze oddychać”. Myślę, że dla nich to ważne, że na ekranie telewizora mogą zobaczyć kogoś normalnego. To im dodaje otuchy, pozwala uświadomić sobie, że nie wszyscy jeszcze stchórzyli, nie wszyscy uwierzyli w propagandowy bełkot, że nie wszyscy zdrowo myślący wyemigrowali. To pozwala im przetrwać obecny okres mroku i szaleństwa, dając nadzieję, że może w przyszłości uda im się zacząć nowe życie. O ile oczywiście dożyją do tych nowych, lepszych czasów.

Nie mam złudzeń co do Putina, ale przecież Putin to nie cała Rosja. Poza tym przecież on nie jest wieczny, kiedyś do diaska skończy się jego prezydentura. I jak wtedy będzie funkcjonować nasze państwo? Dlatego uważam, że mam obowiązek wspierać ludzi o poglądach podobnych do moich i nie popadać w rozpacz. Psycholog Sidney Jourard mawiał: „Powinieneś być tym, kim mógłbyś być”. Wcielanie w życie tej maksymy uważam za swój obowiązek. Ludzie, których spotykam na ulicy i którzy do mnie piszą, potrzebują mojego wsparcia. Proszę mi wybaczyć ten patos.

Po drugie: dawno temu, w przeszłości, byłem przecież psychologiem. Dopiero w 1992 r. przez przypadek stałem się doradcą Gajdara. Jako psycholog doskonale rozumiem, że kiedy cała grupa ludzi mówi ci, że czarne jest białe, czasami ulegasz tej sugestii. Ale jeśli jeden spośród dziesięcioosobowej grupy będzie się upierał, że czarne jest czarne, to presja większości może zostać zneutralizowana niemal do zera. To jak z małą dziurką w baloniku – nakłujesz i balonik pęka. Opona samochodowa wytrzyma dłużej, ale przecież i z niej zacznie uchodzić powietrze. Kiedy etatowi propagandziści przez okrągłą dobę chrzanią w telewizorze tak, że uszy więdną (coś w stylu „Ziemia jest płaska i opiera się na czterech wielorybach”), to prędzej czy później ludzie zaczynają w to wierzyć!  To straszne. Jednak jeśli pojawi się choćby jeden człowiek, który powie „Ziemia jest okrągła”, to siła rażenia propagandy spada o dobre 70%. Wydaje mi się, że w bajce o nowych szatach cesarza najważniejsze jest nie to, że ludzie widzieli nagość władcy, ale bali się o tym głośno mówić; o wiele ważniejsze jest to, że wielu z nich naprawdę widziało te piękne szaty. Dopiero dzięki okrzykowi dziecka przejrzeli w końcu na oczy i zobaczyli, że cesarz jest nagi.

Po co państwowa telewizja zaprasza liberałów do swoich programów?

Doskonale rozumiem, że mnie wykorzystują. Jestem dla nich liberałem doskonałym: Żyd, przyjaciel Czubajsa, do tego z lekkim zezem - od razu widać po krzywej gębie, że jakiś podejrzany jestem. Krótko mówiąc, kawał drania ze mnie.  To jasny sygnał dla telewidza: „Patrzcie, jaki dziwoląg, jakie moralne zero. Tak właśnie wyglądają nasi wrogowie!”. Od razu stawiają mnie na przegranej pozycji. A ja na to patrzę tak: oni wykorzystują mnie, a ja ich. Może przeceniam swoje możliwości, ale tak właśnie to widzę. Ci, którzy i tak wcześniej nienawidzili liberałów, po prostu dostają jeszcze jeden pretekst do pogardzania nami. Ale przy okazji pojawia się też szansa, że usłyszą nas także inni odbiorcy. Nawet Bóg nie może zmienić przeszłości. Jeśli uda mi się powiedzieć, że nasza polityka zagraniczna czerpie garściami z Hitlera, a wewnętrzna z Mussoliniego, że Putin szkodzi państwu i jak najszybciej należy usunąć go z prezydenckiego fotela, że dokonaliśmy wobec Ukrainy aktu agresji, to oczywiście cała ta sfora propagandzistów rzuca się na mnie i zakrzykuje. To do nich zawsze należy ostatnie słowo. Ale przecież moje słowa też dotarły do „mojej” części audytorium. Nawiasem mówiąc, dlatego właśnie rosyjska telewizja zrezygnowała z formuły „pojedynku” między dwoma oponentami. W kupie im raźniej.

Tak się jakoś złożyło, że zaczęto mnie zapraszać do takich programów, do których inni [liberałowie] nie są zapraszani. Jakiegoś tam Iwana Iwanowa, być może wypadłby nawet lepiej ode mnie, nie zapraszają. A mnie stworzono taką możliwość. Kiedy na wniosek Gajdara stałem się współprzewodniczącym partii „Słuszna Sprawa”, Kreml wykreślił mnie z czarnej listy postaci „niemedialnych”. Stałem się jednym z bardzo nielicznych polityków liberalnych, dopuszczonym oficjalnie do występowanie w mediach. Poza tym wydaje mi się, że telewizyjnym ekipom odpowiedzialnym za realizację programów naprawdę zbrzydły już takie mdłe kremlowskie kukiełki, jak Żelezniak (deputowany partii "Jedna Rosja" - "mediawRosji"). Ludzie z telewizji też chcieliby, żeby przed kamerami występowali politycy nieprzebierający w słowach i otwarcie krytykujący oficjalną ideologię i jej heroldów.

W takich programach zawsze czuję się nieswojo, czasem nawet ogarnia mnie obrzydzenie. Kiedyś publiczność w studio chociaż czasami okazywała mi wsparcie. Dziś to niemożliwe.  Atmosfera w studiu dla takich jak ja może być tylko jedna, nie możemy liczyć na nic więcej oprócz nienawiści. Stajemy przed kamerami i od pierwszej sekundy staje się jasne, że i oponenci, i widzowie zieją nienawiścią do „niepoprawnie” myślących. Kiedyś brałem udział w „Pojedynkach” u Sołowiowa. Miałem wtedy od 10% do 25-30% procent poparcia publiczności. Więc skoro wśród telewidzów jest co najmniej 10% myślących podobnie jak ja, to może za wcześnie na popadanie w czarną rozpacz? Może kremlowscy krzykacze nie odnieśli jeszcze całkowitego zwycięstwa?

Zadaniem naszych ukraińskich kolegów (nie tych z „Ługandy”, a tych z Kijowa) jest pokazanie, że szcze ne wmerła Ukraina [jeszcze Ukraina nie zginęła]. Samą swoją obecnością dają do zrozumienia, że Ukraina wciąż istnieje, niezależnie od tych wszystkich bredni, jakie w rosyjskiej telewizji wygłasza się na temat „banderowców” i „amerykańskich spisków”.

Ograniczenia

W telewizji nikt mnie w żaden sposób nie ogranicza. Pewnych zachowań unikam z własnej inicjatywy: nigdy nie atakuję prowadzącego i nie komentuję jego słów i zachowań; krytykując przedstawicieli najwyższych władz, nigdy nie pozwalam sobie na wycieczki osobiste, nigdy nie używam w stosunku do nich obraźliwych epitetów. Nie zniżam się do poziomu swoich oponentów, nie nazywam Putina wrednym, szkodliwym karzełkiem. Nie interesuje mnie, z kim Putin sypia. Skupiam się na tym, że Putin ciągnie nasz kraj w przepaść, że idzie drogą Mussoliniego i jest odpowiedzialny za globalną katastrofę, i że można go za to postawić przed sądem. O tym mówię w takich programach.

Nie wiem, czemu tych fragmentów moich wypowiedzi nie wycinają. Pewnie domyślają się, że wtedy przestałbym brać udział w ich show. Zresztą, oni już skorygowali swoją strategię. Wcześniej przecież rozpędzali każdą demonstrację, na której pojawiało się hasło „Rosja bez Putina!”. Próbowali w ten sposób stworzyć idylliczny obrazek państwa, w którym cały naród całym sercem kocha swojego władcę. A potem zrozumieli, że w zupełności wystarczy im sytuacja, kiedy Putina popiera 98%, a pozostałe 2% wyrzutków społecznych jest przeciw. Oczywiście za brudne amerykańskie pieniądze. Ja nie burzę tej wizji rzeczywistości, więc bez obaw zapraszają mnie do telewizji. Tak czy owak, jest to sytuacja korzystna dla obu stron.

Myślę, że tak naprawdę nie jesteśmy im potrzebni, i bez nas osiągną swoje cele. W zasadzie, zapraszając nas do swoich programów, popełniają błąd. Przecież są na z góry wygranej pozycji.

Wygłaszanie własnych poglądów

Na antenie powiedziałem, że nasz kraj okrył się hańbą, bo zdradziliśmy swoich żołnierzy. Prowadzimy na Ukrainie agresywną wojnę (osobiście uważam ją za zbrodnię), ale mimo to nie mamy prawa wyrzekać się własnych żołnierzy. Nasi generałowie powinni byli zażądać gwarancji dla jeńców wojennych. Mamy ohydną tradycję zdradzania własnych żołnierzy, wystarczy przypomnieć Graczowa, który podczas pierwszej wojny czeczeńskiej pozostawił na pastwę losu 28 czołgistów. Mówiłem, że nie ma żadnych wątpliwości, że tam [na Ukrainie] przebywają nasze wojska. O tym wszystkim mówiłem bez ogródek, i to w programach obu kanałów rosyjskiej telewizji państwowej!


Borys Nadieżdin
Rosyjski polityk, prezes Instytutu Projektów Regionalnych i Prawodawstwa























Czemu się na to godzę?


W programach telewizyjnych pojawiam się już od 20 lat. Kiedy zaczęło się całe to zamieszanie z Ukrainą, kilka razy powiedziałem wprost, co sądzę o „krymnaszyzmie” i polityce Putina. Wiosną 2014 r. w ogóle przestano zapraszać mnie przed kamery, ale wczesną jesienią nagle zaczęto zapraszać mnie znowu, i to do absolutnie wszystkich programów. W grudniu pobiłem rekord – w telewizji ogólnopaństwowej wystąpiłem w sumie 26 razy.

Zdziwiło mnie to, więc pytałem szefów poszczególnych stacji, dlaczego sobie o mnie przypomnieli. Wytłumaczyli mi, że kiedy latem przestano zapraszać opozycjonistów, a na antenie spierali się ze sobą Siergiej Markow, Aleksandr Prochanow i Żyrinowski, oglądalność gwałtownie spadła. Widzowie chcą oglądać dyskusję, prawdziwy spór. Zdaję sobie sprawę, że władzy jest na rękę pokazywanie w telewizji takich jak ja – „piątej kolumny” i „ukrytych wrogów Rosji”. Wykorzystują mnie, ale ja też korzystam z ich środków przekazu, żeby zaprezentować społeczeństwu swoje poglądy i zachować swoje miejsce w niszy dla politycznych outsiderów.

Czemu się na to godzę? Odpowiedź jest oczywista: od 20 lat zajmuje się szeroko rozumianą polityką, brałem udział w wielu akcjach wyborczych i w przyszłości również planuję uprawiać politykę. W 2016 r. zamierzam wystartować w wyborach do Dumy w okręgu, w którym kandydowałem w latach 90-tych, kiedy istniały jeszcze okręgi jednomandatowe. Opozycja ma małe szanse na wygraną i jeśli ktoś chce być w Rosji osobą rozpoznawalną, to musi często pojawiać się w telewizji. Jedyny wyjątek od tej zasady, jaki znam, to Aleksiej Nawalny.

Dlaczego telewizja zaprasza jedynie kilku wybranych liberałów?

Spośród wszystkich opozycjonistów, umownie zwanych „liberałami”, w telewizji występują tylko nieliczni. Najczęściej zapraszają właśnie mnie, a poza tym jeszcze Gozmana, Siergieja Stankiewicza, Andrieja Nieczajewa i Władimira Ryżkowa. Z wyjątkiem Gozmana, wymienieni politycy oraz ja sam prezentujemy pozycję mniej radykalną, niż Nawalny i Kasjanow. I to jest odpowiedź na powyższe pytanie. Moja lojalność wobec władzy jest dość umowna. Krytykuję Putina za decyzje gospodarcze i wiele innych decyzji, ale granicę mojej opozycyjności wyznacza pragnienie zachowania jedności kraju i zapewnienie normalnego funkcjonowania mechanizmów państwowych, takich jak np. wybory.

Nie wzywamy do obalenia Putina za wszelką cenę, nie planujemy żadnej rosyjskiej „pomarańczowej rewolucji”, nie liczymy na pomoc Amerykanów. Po drugie, dość istotną rolę odgrywa również fakt, iż w telewizyjnych talk-show uczestniczę już drugą dekadę. Zarówno prowadzący je dziennikarze, jak i szefowie poszczególnych stacji doskonale mnie znają.

Czy ułatwiam zadanie propagandzistom?

Za pośrednictwem internetowych sieci społecznościowych otrzymuję masę komentarzy. Czytają mnie dziesiątki tysięcy ludzi. Zadałem sobie trud przeanalizowania ich reakcji. 80-85% wpisów to przekleństwa i bezpośrednie groźby; około połowy z nich napisały klasyczne trolle, a drugą połowę przysłali ludzie słabo zorientowani w polityce i gospodynie domowe. Ci ludzie naprawdę myślą tak, jak piszą. 10% stanowią wpisy ze słowami wsparcia: „Brawo! Niezmiernie się cieszymy, że w telewizji pojawiają się jeszcze ludzie poczytalni i myślący!”. Kolejne 5% stanowi krytyka ze strony tych, którzy zasadniczo podzielają moje poglądy. Są też tacy, którzy uważają, że działam na zlecenie Kremla, co oczywiście jest nieprawdą.

Poszczególne audycje mocno różnią się między sobą stylem i formą. Niewątpliwie, wszystkie tego typu programy mają niewiele wspólnego z dziennikarstwem, bo prowadzący demonstrują bardzo wyraźną, jednoznaczną postawę. Zdarzało się, że udawało mi się „przegadać” albo zakrzyczeć oponentów, ale w takiej sytuacji prowadzący zawsze interweniował. Szczególnie znany jest z tego Władimir Sołowiow. Jego program jest pod tym względem najbardziej bezlitosny. U Jewgienija Popowa czy Piotra Tołstoja czasem uda się przemycić jakąś myśl, chociaż z góry wiadomo, że „statyści” z partii Jedna Rosja, tacy jak Żelezniak czy Jarowaja zawsze będą mieć fory. Oni mogą przemawiać spokojnie i z dostojeństwem, nikt im nie przerwie w pół słowa. A mnie mogą uciszyć po 15 sekundach. Ale za długo w tym wszystkim siedzę, żeby można było łatwo mnie uciszyć. Potrafię się bronić.

Jak przekonać widzów do swoich racji? 

Za pośrednictwem telewizyjnych talk-show nie można wmówić zwolennikom Nawalnego, że jest on „piątą kolumną”. Ale nie da się też przekonać aktywnych zwolenników Putina, że prezydent nie ma racji. To niemożliwe. Owszem, poglądy ludzi będą ewoluować, ale nie pod wpływem telewizyjnych debat, a dlatego, że społeczeństwo zacznie w końcu rozumieć, jakie realne konsekwencje przynosi putinowska polityka.

Kiedy wreszcie sytuacja w kraju pogorszy się do granic możliwości, rozpocznie się proces całkowitej zmiany poglądów na przeciwne. Dość długo już żyję i doskonale pamiętam, jak polityka „głasnosti” i wystąpienia Sacharowa dosłownie przenicowały ludziom mózgi. Poglądy mieszkańców Związku Radzieckiego uległy całkowitej metamorfozie (co prawda, efekt ten był raczej krótkotrwały). Gdyby Sacharowowi pozwolono występować publicznie w 1980 r., takiego rezultatu w ogóle by nie było. 

Natomiast kiedy już gołym okiem dało się dostrzec, w jak tragicznej sytuacji znalazł się kraj, jego słowa trafiły na podatny grunt i znalazły oddźwięk wśród ludzi.

O moich poglądach na politykę 

Nie uważam Putina za zło wcielone, nie podzielam poglądu, że należy go wygnać z Kremla, korzystając z pomocy zagranicznych sił. Po prostu mam już swoje lata i wiem, pod wpływem jakich czynników następuje zmiana władzy i jak ten proces przebiega. W przeszłości walczyłem z KPZR, a przecież w 1988 r. jej pozycja była znacznie silniejsza niż pozycja dzisiejszej „Jedynej Rosji”. 

Całkiem możliwy jest rozwój wypadków według scenariusza z 1991 r., kiedy to rozpad państwa stał się ceną, którą trzeba było zapłacić za obalenie komunizmu i Gorbaczowa. Ale ja osobiście jestem zwolennikiem pokojowego przekazania władzy na podstawie wyników uczciwych wyborów. Takiemu właśnie procesowi zamierzam sprzyjać. Dla Rosji wariant z 1991 r. był o wiele gorszy, niż obecne rządy Putina i sama jego osoba. Przecież gdyby u nas zorganizowano coś w rodzaju Majdanu, do władzy wcale nie doszliby ludzie pokroju Nawalnego i Kasjanowa.

Oczywiście nie mam wątpliwowści, że całe zamieszanie w Donbasie zostało sprowokowane przez Moskwę. I mówię o tym głośno i otwarcie. Natomiast moje poglądy w sprawie Krymu są bliskie poglądom Nawalnego. Bez wątpienia, ponad połowa mieszkańców Krymu chciała przyłączenia do Rosji, to bezdyskusyjny fakt. Tyle że sam akt przyłączenia został zrealizowany z pogwałceniem wszelkich międzynarodowych norm i umów, a referendum odbywało się w okolicznościach przypominających okupację. Tym niemniej wszyscy na Krymie cieszą się, że uniknęli losu Donbasu. 

Wcześniej czy później dojdzie u nas do zmiany władzy na drodze pokojowej, a w polityce pojawią się nowi ludzie, którzy będą mogli na spokojnie zastanowić się, co dalej robić z Krymem. Ja przeprowadziłbym tam ponowne referendum przy wsparciu OBWE. Ale wynik jest do przewidzenia – mieszkańcy Krymu zapewne zechcą pozostać w granicach Rosji. W sensie jestem przeciwnikiem oddania Krymu.


Ołesia Jachno
Ukraińska politolog



















Ołesiu, czy jest pani faszystką?


Jeśli ktoś chce cię wykorzystać, to warto skorzystać z okazji i spróbować wykorzystać tego kogoś, i to na jego własnym podwórku. Nie miałam opracowanej jakiejś długoterminowej strategii. Chciałam jedynie zobaczyć, jak to wygląda od środka, na jakich zasadach działa rosyjska telewizja państwowa, jak ludzie zachowują się podczas przerwy na reklamy albo już po zakończeniu programu. Na ile rozumieją, w czym właściwie biorą udział. Było dla mnie ważne, by zrozumieć, na czym polegają chwyty propagandowe, nie tylko przed kamerą, ale i za kulisami. W rezultacie udało mi się nawiązać silną więź z ludźmi – nie tymi w studiu, lecz z widzami siedzącymi przed telewizorami. Są jeszcze takie audycje, które pozwalają na wyrażenie swoich poglądów w pełnym zakresie. Może to i niewiele na tle całego jazgotu propagandowego, rozbrzmiewającego podczas programu, niemniej jednak moje słowa zostały przez kogoś usłyszane, wywołały jakiś tam oddźwięk.

Początkowo czułam się zdruzgotana tym, czego doświadczyłam w rosyjskiej telewizji. Przykładowo, Aleksandra Gordona znałam jako autora programu o filmach. Okazało się jednak, że obecnie Gordon pracuje na etacie propagandzisty. Kiedy podszedł do mnie i spytał: „Ołesiu, jest pani nazistką?” korciło mnie, żeby odpowiedzieć: „Jeśli boi się pan pogromów, to zapewniam, że to nie my będziemy je organizować”. Z drugiej strony byłam zaskoczona, kiedy po programie otrzymałam około 300 listów, z czego 80% zawierało pozytywne opinie o moim wystąpieniu w telewizji. Co dziwne, większość z nich przyszła z Rosji. Na politykę władz nie miało to oczywiście żadnego wpływu, ale dla mnie osobiście te listy stały się kopalnią informacji o tym, jakie procesy zachodzą wewnątrz Rosji. Udział w takich programach ma jeszcze i tę zaletę, że pozwala poczuć, jak to jest, kiedy wszyscy dookoła cię atakują.

Jednak granica jest bardzo delikatna, bardzo łatwo swoim udziałem przynieść więcej szkody niż pożytku. Jesteś tam, więc swoją obecnością dodajesz całej dyskusji wiarygodności. A rosyjscy propagandziści tylko czekają, żeby złapać cię za słowo, przekręcić sens twojej wypowiedzi i wykorzystać ją w swoich celach. Poza tym rosyjska telewizja lubi pokazywać, że istnieje autentyczna wrogość pomiędzy Ukraińcami i przedstawicielami DRL i ŁRL. Przedstawiciele obu tych środowisk kłócą się w studiu, a rosyjski telewidz zaczyna wierzyć, że na Ukrainie naprawdę trwa wojna domowa. Ale dla mnie ważne było, żeby zobaczyć „od kuchni” jak działają chwyty propagandowe, również i poza studiem, już bez kamer.

Jak Ukraińcy odnoszą się do udziału swoich rodaków w rosyjskich talk-show?

W Kijowie stosunek do osób, które zdecydowały się na udział w tego typu programach, jest raczej negatywny, bo występ w rosyjskim talk-show rzekomo legitymizuje tezy głoszone przez propagandę kremlowską. Nieprzychylna reakcja Ukraińców wynikała z faktu, że nikt nie wiedział za bardzo, jak właściwie należy oceniać taką gotowość do dialogu z Rosjanami. Jednak w ciągu ostatniego miesiąca opinie na ten temat uległy ewolucji. Nie można ignorować czy piętnować rosyjskojęzycznej i zorientowanej na rosyjską kulturę części społeczeństwa ukraińskiego, bo wtedy ludzie ci będą jeszcze bardziej podatni na wpływy z zewnątrz, z Rosji. Jakiś odsetek pro ukraińskiej części mieszkańców południowo-wschodniej Ukrainy wciąż jeszcze się waha w swoim wyborze, z tego powodu nasz udział w takich audycjach jest bardzo ważny.

Istnieje takie popularne, ale mało zasadne przekonanie, że kiedy trwa wojna, nie należy krytykować władzy. Ja uważam, że wręcz przeciwnie – krytykować można i trzeba. Wszystko zależy jedynie od tego, jak się krytykuje, za pomocą jakich słów i jakiej retoryki. Krytyka i krytykanctwo to nie to samo. Rusłan Kocaba został aresztowany za „publiczną i destruktywną działalność wymierzoną przeciwko Ukrainie” (dziennikarz z Iwanowo-Frankiwska aresztowany w lutym 2015 za wystąpienia przeciw kolejnym zarządzeniom władz ukraińskich o mobilizacji - "mediawRosji"). To mi przypomina te babciunie, które opowiadały, że ktoś je pobił za to, że po uchwaleniu ustawy dekomunizacyjnej wychodziły na lwowskie ulice i cały dzień paradowały z czerwonymi flagami.  Niech może najpierw wytłumaczą, po co z tymi flagami paradowały.

Każdy proces ma swoje plusy i minusy. Negatywne skutki legitymizacji rosyjskiej propagandy trzeba wykorzystywać w pozytywnych celach: aby skupić uwagę telewidzów na problematyce ukraińskiej. Wielu ludzi w listach i mailach zadaje mi pytanie: „W jaki sposób możemy przeciwdziałać rosyjskiej propagandzie?”. To ważne pytanie. Jeśli przedstawiciele Ukrainy odmówią udziału w talk-show, to Rosjanie sobie poradzą: zaczną stawiać przed kamerami przebierańców, udających członków „Prawego Sektora”. Trzy miesiące temu na moim wykładzie we Lwowie byli studenci Akademii Wojsk Lądowych. Usłyszałam od nich, że oglądają programy z moim udziałem i podzielają moje stanowisko. Szczerze mówiąc, byłam tym zaskoczona.

Wydaje mi się, że wpływ i jakość rosyjskiej propagandy są przeceniane. Ona oddziałuje wyłącznie na rosyjskiego odbiorcę i ogólnie rzecz biorąc jest dość prymitywna. Przykładowo: Aleksandr Chinsztejn, deputowany Dumy, zapytany o prześladowania krymskich Tatarów wykręca się innym pytaniem: „A czemu jeden z liderów Tatarów krymskich, Mustafa Dżemilow, ma amerykańskie obywatelstwo?”. W jednym z programów pojawił się nawet treser tygrysów, niejaki Zapasznyj i z pełną powagą proponował, by Rosja porozumiała się z Chinami oraz wprowadziła na terytorium Donbasu wspólne rosyjsko-chińskie siły pokojowe. Oczywiście to kompletne fantazje.

W rosyjskich studiach telewizyjnych pojawiają się też „cierpiętnicy”, przy czym rolę ofiary odgrywają kaci. Najpierw wdarli się na nasze ziemie, zbombardowali je, a teraz leją krokodyle łzy nad biedną Ukrainą. Pewnego razu w czasie przerwy na reklamę podeszła do mnie pani redaktor i poprosiła: „Łesiu, czy mogłaby pani się nie śmiać? Przecież mówimy o śmierci, o ofiarach, a oglądają nas miliony ludzi”.  Odpowiedziałam: „Proszę wybaczyć, ale to zaledwie ironiczny uśmieszek. Nie wiem, jak inaczej mogłabym zareagować na te wszystkie brednie”.

Dlaczego w politycznych talk-show wałkuje się w kółko te same tematy?

To sposób na robienie widzom wody z mózgu. Ale też dowód na to, że rosyjscy eksperci nie bardzo wiedzą, o czym jeszcze mogliby rozmawiać. Mają opracowane monologi o nazistach, banderowcach, NATO i USA, natomiast o przyszłości bezpieczniej jest po prostu w ogóle nie mówić. Obiektywnie rzecz biorąc, telewizja ukraińska przez ostatni rok bardzo się zmieniła i u nas porusza się już zupełnie inne kwestie. A w Rosji wciąż omawiają „nowości” sprzed roku, bez przerwy piętnują Majdan i przewrót polityczny w Kijowie. Na Ukrainie komentujemy w telewizji wydarzenia bieżące. Natomiast rosyjska telewizja kompletnie nie nadąża za rozwojem wypadków. I raczej nie zanosi się na jakieś zmiany w tym zakresie.


Tłumaczenie: Katarzyna Kuc



Oryginał ukazał się na portalu Meduza: 
https://meduza.io/feature/2015/07/03/nisha-snezhnogo-cheloveka





"Media-w-Rosji" o telewizji w Rosji :



Po piętnastu latach rządów Władimira Putina ludzie rosyjskich mediów wspominają z nostalgią zainicjowaną przez Michaiła Gorbaczowa politykę „głasnosti”. Przez kilka lat media cieszyły się niebywałą popularnością, telewizję oglądało wielomilionowe audytorium, nakłady prasy drukowanej biły rekordy. Jednak dzisiejsza rzeczywistość w rosyjskich mediach może być wyłącznie przedmiotem troski. Ogólnokrajowe stacje telewizyjne poddane są surowej cenzurze, stały się też głównym instrumentem propagandy. Prasa drukowana znalazła się na marginesie. Media niezależne walczą o przetrwanie. W społeczeństwie zanikła potrzeba korzystania z mediów – alarmuje Leonid Parfionow, jeden z najbardziej szanowanych rosyjskich dziennikarzy. Media straciły swoje audytorium. Ludziom wystarczy kanapa, piwo, pilot do przełączania między stacjami. Dziennikarze i publicyści piszą dla siebie, sami też siebie czytają.

Autor: Leonid Parfionow


http://media-w-rosji.blogspot.com/2015/01/o-telewizji-babci-obamie-i-kokainie.html

Telewizja jest oczkiem w głowie kremlowskich propagandystów, zwłaszcza stacje o zasięgu ogólnokrajowym. To ich najlepsza maszyna do prania mózgów współobywateli. Analityczny, cotygodniowy przegląd wydarzeń politycznych Marianny Maksymowskiej emitowany przez stację REN TV od 2003 r. był wyjątkiem. Jego dziennikarzom pozwalano na więcej. Do czasu. W sierpniu „Tydzień z Maksymowską” zlikwidowano. Jego dziennikarze, nawet ci najlepsi i najpopularniejsi, tacy jak Roman Super zostali bez pracy. Rozumieli, że jeśli zechcą w telewizji znaleźć nową, w dzisiejszych warunkach będą musieli iść na kompromis. Okazało się jednak, że o kompromisie nie ma mowy. Od dziennikarza telewizyjnego – pisze Roman Super - wymaga się dziś wyłącznie dyscypliny wojskowej.

Autor: Roman Super 




Dla większości Rosja głównym źródłem informacji na temat konfliktu ukraińskiego pozostają programy informacyjne i publicystyczne najważniejszych rosyjskich stacji telewizyjnych, Kanał Pierwszy, Rossija, NTV. W programach Władimira Sołowiowa, Andrieja Norkina, Jewgienija Popowa, Piotra Tołstoja władzę w Kijowie sprawuje nazistowska junta, na Ukrainie szaleje korupcja, wobec mieszkańców Donbasu stosowana jest okrutna przemoc. Równocześnie stwarzana jest w nich jest iluzja dyskusji, do udziału zapraszani są wybrani działacze rosyjskiego obozu liberalnego, zagraniczni i ukraińscy publicyści. Ich głos jest jednak słabo słyszalny. Dlaczego? - tłumaczy Jelena Rykowcewa, publicystka portalu i radia Swoboda.


Autor: Jelena Rykowcewa












Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com