Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja oligarchowie media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja oligarchowie media. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 lipca 2014

Prosta recepta na karierę w mediach…..



W propagandowej maszynie Kremla coraz większą rolę zaczynają odgrywać przedstawiciele młodszego pokolenia dziennikarzy. W lojalnych wobec władz programach telewizyjnych, radiostacjach i gazetach krzyczą głośno, by w ten sposób przyspieszyć własną karierę. Humorystyczny felieton Olega Kaszyna podpowiada młodym, jaka droga najszybciej wiedzie do sukcesu.



Autor: Oleg Kaszyn, specjalnie dla „Pskowskiej Guberni”.






Właśnie ukończyłem dwadzieścia lat, dopiero co zaliczyłem studia dziennikarskie - nie pytajcie, czy w Moskwie, czy w Pskowie, to nie ma znaczenia.  Jestem naprawdę dobry. I szukam teraz pracy. Mogę się zatrudnić w gazecie, mogę w telewizji, w Moskwie, albo w Pskowie. Rodzice zadbali o moje wychowanie, przez całe życie czytałem odpowiednie książki, potrafię odróżnić dobro od zła. Znam na pamięć wiersze Brodskiego, dzisiaj tak wypada. Mogę też recytować Gumilowa, bo jego twórczość lubię szczególnie. Śmieszy mnie Dmitrij Kiseliow i program „Wremia”, nikt nie musi mi przypominać daty śmierci Anny Politkowskiej. Szanuję „Nową Gazietę” i „Pskowską Gubernię”, nie mam problemu z odróżnieniem prawdy od fałszu.




W dzisiejszej Rosji nawet kamizelka z wielkim napisem "Prasa" nie gwarantuje
dziennikarzom bezpieczeństwa podczas rozpędzanych przez oddziały specjalne demonstracji. 


Moja pierwsza redakcja


W końcu znalazłem pracę w gazecie, to moja pierwsza redakcja w życiu. Czuje się świetnie, jakbym był jednocześnie Hunterem Thompsonem (znany reporter amerykański, twórca stylu „gonzo” – „mediawRosji”) i Leonidem Parfionowem (jeden z najbardziej znanych w Rosji niezależnych dziennikarzy telewizyjnych – „mediawRosji”). 

Wybrałem ten właśnie zawód, by naprawiać świat i pomagać ludziom.

Moje pierwsze zadanie może nie okazało się szczególnie heroiczne, ale od czegoś trzeba w końcu zacząć. Mer naszego miasteczka będzie otwierał nowe przedszkole, pójdę tam i napiszę wesoły oraz interesujący reportaż w stylu Andrieja Kolesnikowa (autor zabawnych tekstów o Wladimirze Putinie publikowanych w gazecie „Kommersant”, nie przekraczających jednak granicy tego, co dozwolone – „mediawRosji”), którego zacząłem czytać w jedenastej klasie i czytam do tej pory.

Przychodzę więc do przedszkola, przyglądam się, robię zdjęcia, notatki, potem siadam do komputera i piszę swój reportaż. Opowiadam o wszystkim. Najpierw o tym, iż na mera trzeba było czekać dwie i pół godziny. I że do jego przyjazdu, dzieci nie wypuszczano na obiad. Organizatorom zależało na tym, by dostojny gość, jak raz, zobaczył dzieci w stołówce. Wspomniałem także o zablokowaniu ulicy, po to by mer wraz ze swoją kolumną mógł przejechać z budynku administracji do przedszkola, a potem podczas ceremonii otwarcia, w spokoju przeciął czerwoną wstęgę. Nie mogłem przeoczyć i incydentu z udziałem ochroniarza mera, wielki jak byk z wytatuowanym na palcach imieniem Wasia odepchnął staruszkę, gdy ta próbowała zwrócić się z czymś do mera.

Więc napisałem to wszystko. Redaktorowi mój reportaż się spodobał. Poprosił tylko, bym wykreślił fragmenty o stołówce, kolumnie limuzyn mera oraz o staruszce. Redaktor pozostawił za to ostatnie zdanie: „czas pokaże”. Trochę się tym przejąłem, że z tekstu wycięto wszystko. Ale redaktor mi wytłumaczył, że obecne czasy nie są łatwe, redakcja wynajmuje pomieszczenia od miasta i płaci ulgowy czynsz. W dodatku już w niedalekiej przyszłości umowę najmu trzeba będzie przedłużyć. Przedłużenia wymaga jeszcze jedna umowa, o współpracy informacyjnej z miastem, wszystko to głupstwa, jednak mamy porządnego redaktora, w końcu na wszystkim zna się najlepiej.

Konferencja prasowa mera


Nieco później wysłano mnie na konferencję prasową mera. Nie udało mi się zadać pytania, za to zaprzyjaźniłem się z jego rzecznikiem prasowym. Fajny facet, także studiował dziennikarstwo, jest o trzy lata starszy ode mnie, więc z wydziału go nie pamiętałem. Umówiliśmy się, że się spotkamy w bliskiej przyszłości i wypijemy. I o wszystkim pogadamy. Spotkaliśmy się, pogadaliśmy. Wypiliśmy, zostaliśmy przyjaciółmi. Rzeczywiście, chyba jestem jeszcze zbyt młody i nie wszystko rozumiem, ale rzecznik wszystko mi wytłumaczył i opowiedział. Choćby o trudnej sytuacji miasta i o byłym merze i podejmowanych przez niego staraniach, by zdestabilizować sytuację. Wiele dowiedziałem się o Kremlu i Departamencie Stanu, rzeczywiście, wciąż jeszcze w wielu sprawach się nie orientuję.

Kiedy wysłano mnie na kolejną imprezę z udziałem mera, przyglądałem mu się jakby przez nowe okulary. Przecież i on ma swoją rację. Porządny facet, a tak mu trudno. Naokoło sami wrogowie, społeczeństwo nie potrafi okazać wdzięczności. Ludzie powinni okazywać mu poparcie, a oni nie, stale na coś się skarżą: choćby na ochroniarza z tatuażami, znów odpędził od mera kolejną staruszkę. Obserwowałem tę sytuację ze współczuciem, jednak w reportażu o niej nie wspomniałem – po co miałbym to robić? Sam mer świetnie wyśmiał swoich krytyków, widzą tylko drzewa, ale nie widzą lasu. Nie chciałbym bym być takim jak oni, ja dostrzegam las. Jak mi się wydaje Hunter Thompson też widział las.

Wrogowie mera już całkiem zwariowali. Całe miasto okleili plakatami z wezwaniem, by ludzie przyszli na nielegalną demonstrację – zarzucają merowi korupcję. Podobno mer nie przestrzegał prawa, a czy jego wrogowie gotowi są postępować zgodnie z prawem? Czy na prawdę tak trudno napisać odpowiednie podanie o zgodę na przeprowadzenie demonstracji? Od redaktora dostałem kamizelkę z napisem „Prasa”. Chodziłem w niej po placu, fotografowałem uczestników demonstracji, pytałem ich, po co na nią przyszli. Co za nieprzyjemni, zezowaci ludzie, całkiem podobni do moich sąsiadów, w ogóle mi się nie spodobali. W końcu na plac przyszedł OMON, kamizelka za bardzo mi nie pomogła, trzy razy dostałem pałą po nerkach, ale nie zabrali mnie do komisariatu.

W wydziale prasowym komendy milicji też znalazłem przyjaciół. Wytłumaczyli mi, że na organizację tej demonstracji jakieś pozarządowe organizacje związane z Ameryką przekazały kupę kasy. Teraz tę sprawę bada Komitet Śledczy. Już postawiono pierwsze zarzuty. Obserwuję chłopaków z wydziału prasowego, ich robota jest taka niewdzięczna, w swoim życiu widzieli więcej trupów, niż ja obejrzałem filmów. Więc kiedy poprosili mnie, bym im pomógł i przekazał swoje zdjęcia uczestników demonstracji, oddałem im całą fleszkę z aparatu, może znajdą tam, co jest im potrzebne. 

Jeszcze tylko Majdanu brakowało w naszym mieście.

Skandal


A na koniec wydarzył się skandal. Nasz redaktor przez cały czas przyjaźnił się z merem. Ale w zeszłym tygodniu w gazecie ukazała się jakaś niesprawdzona informacja na temat gospodarki komunalnej, mer bardzo się zdenerwował. Rzecznik rasowy opowiadał, że po jej przeczytaniu przyjmował środki uspokajające. Koszmar. Powinienem powiedzieć, że nasza gazeta jest własnością prywatną. Właściciela widziałem ze dwa razy, to szanowany w mieście obywatel, właściciel wielkiego przedsiębiorstwa. Dziś zobaczyłem go po raz trzeci, - przyszedł do redakcji i przyprowadził nowego redaktora, miłą, sympatyczną, młodą kobietę, kuzynkę mera. Od razu powiedziała, że pragnie, by nasza gazeta stała się bardziej interesująca, współczesna, dynamiczna. Kiedy nas poproszono o zabranie głosu, powiedziałem, że jej program mi się podoba, i że istotnie, czego, jak czego, ale dynamiczności nam brakowało. Na pewno w oczach Huntera Thompsona. Jeszcze dodałem, iż stary redaktor, oczywiście, był w porządku, jednak redakcją kierował nie bardzo… Przez cały rok nie dał mi ani jednego interesującego zlecenia… Ciągle to samo, rutyna i nuda….

Mamy teraz porę obiadu, całą redakcją siedzimy w stołówce, ale ja, nie wiadomo dlaczego, zostałem sam, nikt nie chciał ze mną usiąść, choć dookoła nie ma wolnych stolików. Siedząc sam czuję się dobrze, znalazłem czas, by napisać, choćby ten kawałek… A poza tym wieczór będę miał rozrywkowy… W mieście otworzono nową restaurację, rzecznik prasowy mera zaprosił mnie i chłopaków z wydziału prasowego urzędu spraw wewnętrznych na zamkniętą dla postronnych imprezę. Nigdy do tej pory nie byłem na zamkniętych imprezach, więc trochę się denerwuję….




Oryginał opublikowany została na stronie internetowej regionalnej gazety „Pskowskaja Gubiernia”





*Oleg Kaszyn (1980), znany dziennikarz związany w przeszłości z dziennikiem „Kommersant”. W 2010 stał się ofiarą brutalnego pobicia, wiązanego powszechnie z jego działalnością publicystyczną. Publikuje obecnie na portalach slon.ru, colta.ru. Sporym echem odbił się niedawno jego reportaż z Krymu opublikowany przez nacjonalistyczne wydawnictwo internetowe „Sputnik i pogom”. W październiku 2012 roku wybrano go do Rady Koordynacyjnej Opozycji.




Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com




piątek, 2 maja 2014

Wzlot i upadek rosyjskiego Internetu


Obejmując władzę w Rosji Władimir Putin obiecywał, iż państwo nie będzie ingerować w działalność rosyjskiego Internetu. W tamtych czasach liczba użytkowników sieci w Rosji wynosiła 3 miliony. 15 lat później po dawnej niezależności rosyjskiej Sieci pozostały tylko wspomnienia. Kreml przestraszony rolą mediów internetowych w kreowaniu buntów o charakterze politycznym wydał im prawdziwą wojnę.


Autor: Nastia Czernikowa 



28 grudnia 1999 roku, na trzy dni przed tym, jak Władimir Putin został p.o. prezydenta, w wielkiej sali posiedzeń moskiewskiego Białego Domu ważyły się losy rosyjskiego Internetu. Premier zaprosił na spotkanie przedstawicieli środowisk internetowych. Z urzędników stawili się minister prasy i informacji Michaił Lesin, minister łączności i informatyzacji Leonid Rejman, wicepremier Ilja Klebanow oraz German Gref, wówczas, z „Centrum Badań Strategicznych”. Internetowych „geeków” reprezentowali m. in. Arkadij Wołoż, Artiemij Lebiediew i Anton Nosik.


Rosyjscy politycy szybko zorientowali się, iż Internet 
dostarcza narzędzi pomocnych w walce o władzę, ale w pierwszym 
okresie istnienia w Rosji sieć cieszyła się niezależnością. 


„Spotkanie rozpoczęło krótkie wystąpienie Putina, premier powiedział coś w stylu «zajmujecie się bardzo ciekawą działalnością. – wspomina Nosik. – Chciałem się z wami zobaczyć i powiedzieć, że bardzo nas to interesuje». Następnie Aleksiej Sołdatow ze Stowarzyszenia Łączności Dokumentalnej opowiedział o regulowaniu przestrzeni internetowej, w latach 90-tych odpowiedzialni za nie byli operatorzy sieci. Na co Putin oświadczył, że nie wyobraża sobie takiego regulowania bez udziału profesjonalistów. Profesjonaliści natychmiast przytaknęli. Minister Rejman przedłożył Putinowi do podpisu gotowy projekt odpowiedniej ustawy. Przewidywał, iż prawo rejestracji domen zostanie odebrane Naukowo-Badawczemu Instytutowi Sieci Społecznych (NII Obszczestwiennych Sietiej), a kompetencje w tej sprawie powierzy się państwu (z czasem Duma posunęła się jeszcze dalej, i zaproponowała, by na identycznych zasadach, podobnie do środków masowego przekazu, rejestracji podlegały nie tylko blogi, ale i sklepy internetowe). Nosik pamięta, że dyrektor Instytutu Aleksiej Płatonow wykrzyknął wtedy:

- „Ze mną nikt tego nie konsultował!”.

W końcu okazało się, że demonstracja podobnych zamiarów była jedynie swoistym spektaklem. Miała pokazać, czym wszystko może się skończyć, jeśli internauci zaczną „za wiele sobie pozwalać”. Po wysłuchaniu krytycznych uwag ze strony gości Putin obiecał, że dokumentu nie podpisze:

- „Nie będziemy szukać kompromisów pomiędzy wolnością i regulacjami prawnymi. Dylematy trzeba rozstrzygać na korzyść wolności”.

Aktywiści internetowi odetchnęli z ulgą, a Arkadij Wołoż po spotkaniu wziął sobie nawet na pamiątkę długopis. Następnego dnia jego syn Lew wystawił go na aukcji portalu „Molotok.ru”, a „Rossijskaja Gazieta” napisała: „Prawo powinno być kokonem, chroniącym delikatną substancję rosyjskiego Internetu. Nie wolno hamować jego rozwoju nadmiernymi regulacjami”.

Od tego czasu minęło 14 lat i żarty się skończyły. W kraju powstało kilka potężnych firm internetowych o wartości przekraczającej miliard dolarów, a ponad połowa obywateli otrzymała dostęp do informacji i możliwość rozprzestrzeniania jej w sieci. Po wiecach protestacyjnych przeciwko fałszowaniu wyników wyborów prezydenckich w grudniu 2011 roku podniosła się fala reakcji politycznej, Internet też został przez nią zalany.

Ten artykuł przypomina kluczowe momenty wojny o „cyfrową” Rosję.


Kto stworzył potwora? 


Krótka historia rosyjskiego Internetu: na początku lat 90-tych pojawili się pierwsi operatorzy sieci, w 1994 r. powstała pierwsza biblioteka internetowa, w 1995 r. - Web Studio oraz agencja informacji biznesowej i strona „Anekdot.ru”. W 1996 r. zaczęła działać pierwsza rosyjska wyszukiwarka. Kryzys w 1998 r. udowodnił, że ludzie potrzebują dostępu do informacji, alternatywnej wobec tego, co pokazują państwowe telewizje. Firma Ross Business Consulting (RBK) wcześniej udostępniała notowania giełdowe i materiały analityczne wyłącznie za opłatą, teraz umożliwiła internautom powszechny dostęp do swoich zasobów. Od razu stała się wiodącą platformą medialną w Sieci.

Ale ogólnie rzecz biorąc, nikt się szczególnie nie interesował tym nowym, egzotycznym zjawiskiem. Owszem, zbliżały się wybory prezydenckie, ale przecież w 2000 r. rosyjski Internet miał zaledwie 3 mln użytkowników.

W ślad za „FEP” (Fundacja Efektywnej Polityki) w Internecie zaczęły pojawiać się pierwsze sklepy wysyłkowe. Władimir Gusinski stworzył holding „MemoNet”, w jego skład weszły również inne przejęte przez niego strony internetowe: „Anekdoty iz Rosii”, serwis „Reklama.ru”, strona "NTV.ru” i inne. W tym samym czasie Gleb Pawłowski stworzył zupełnie nową stronę „Strana.ru”, spodziewano się, że będzie pełnić rolę tuby propagandowej Kremla. Pomysł Jelcyna i jego doradców polegał na tym, by intensywnie popularyzować osobę Władimira Putina w taki sposób, by wyborcy w krótkim czasie polubili go i wybrali na następcę odchodzącego prezydenta. Pawłowski zatroszczył się, by nowy kandydat na szefa państwa stał się dla środowiska internetowego „swoim” człowiekiem.

Pawlowski zaproponował na przykład Antonowi Nosikowi, by objął kierownictwo nowych projektów, „Lenta.ru” i „Vesti.ru”. Pierwszy z nich okazał się wyjątkowo udany, publikowane tu informacje były solidne i często aktualizowane. Już po dziewięciu miesiącach działalności „Lenta.ru” wyprzedziła pod względem liczby odwiedzin portal „Gazeta.ru”, a po dwóch latach miała wyniki rzędu 650 000 odwiedzin miesięcznie. Wzrostowi jej popularności sprzyjały tragedie: wybuch w budynku na ul. Gurjanowa i w przejściu na Puszkinskiej, zatonięcie podwodnej łodzi „Kursk” i pożar w wieży telewizyjnej Ostankino.

Dławienie swobody słowa, szczególnie w Internecie, było wtedy politycznie nieopłacalne. Liczebnie internauci nie dorównywali jeszcze audytorium pierwszej lepszej telewizji federalnej.


Szepty i krzyki


Chociaż do końca dekady Kreml niemal nie ingerował w życie Internetu, to deputowani i senatorowie od czasu do czasu próbowali mocno przykręcić mu śrubę. Często ich inicjatywy wynikały z pobudek osobistych – politycy nagle odkrywali istnienie „szokujących” dla nich stron (szczególnie, jeśli znajdowały się tam skandalizujące materiały przedstawiające ich samych w nienajlepszym świetle). Anton Nosik wspomina, jak w czerwcu 2004 r. Ludmiła Narusowa (wdowa po Anatolu Sobczaku, byłym burmistrzu St. Petersburga i szefie Wladimira Putina – „mediawRosji”), członek Komisji ds. Polityki Informacyjnej, oświadczyła, że Duma przygotowuje ustawę regulującą zasady działania rosyjskiego Internetu. „Internet zamienił się w kloakę” – lamentowała Narusowa. Władimir Sołowjow, prowadzący w telewizji program „K barieru”, zaprosił ją do studia, by przedstawiła swoje racje w dyskusji właśnie z Nosikiem. Ale w ostatniej chwili pani deputowana odwołała swój udział w telewizyjnym pojedynku.

Co ciekawe, ani jedna z represyjnych inicjatyw Jurija Łużkowa, Władimira Słuckera, Andrieja Ługowoja i innych „skrzywdzonych” przez Internet nie doczekała się wprowadzenia w życie w formie ustawy. Władysław Surkow, zastępca szefa administracji prezydenta, odpowiedzialny za politykę wewnętrzną, opowiedział się za zupełnie inną strategią: zamiast usuwać strony nieprzychylne władzy, należy wspierać rozwój stron prorządowych. „Władysław Juriewicz [Surkow] wiele uwagi poświęcał współpracy z blogerami i młodymi aktywistami, neutralizując systematycznie kolejne fale niezadowolenia” – wspomina kierownik „Politycznej Grupy Ekspertów” Konstantin Kałaczow.

Po raz pierwszy władza poważnie odczuła wpływ Internetu w czasie wojny z Gruzją w sierpniu 2008 r. Retoryka wielu internetowych massmediów daleka była od – by posłużyć się dzisiejszą nowomową – „postawy prorosyjskiej”. Na Twitterze, Facebooku i VKontakte opozycjoniści mówili, że wstydzą się za Rosję.


Yandex jest najpopularniejszą w Rosji wyszukiwarką internetową.
Na zdjęciu moskiewska siedziba zarządu. 

Pracownicy administracji prezydenta byli poważnie zaniepokojeni faktem, iż wyszukiwarki „Yandex” oraz „Mail.ru” zbyt wysoko pozycjonowały wiadomości i opinie, wyrażające sprzeczny z oficjalnym punkt widzenia na kampanię w Osetii. Surkow i jego zastępca Konstantin Kostin odwiedzali firmy internetowe by zdobyć doświadczenie i stworzyć państwową wyszukiwarkę z „generatorem wiadomości” (niektórzy twierdzą, że po prostu dogadywali się z redakcjami co do „właściwego” naświetlania bieżących wydarzeń).

W 2009 r. Yandex ogłosił iż zaprzestaje publikować raporty na temat popularności blogów, w tej klasyfikacji często przodowały wpisy opozycjonistów. Internauci ocenili to jako próbę ograniczenia wolności słowa. Ale konflikt póki co nie wychodził za ramy ataków DoS i akcji prowadzonych przez ruch „Nasi”. Podobnie do działającej w Chinach 300-tysięcznej armii płatnych blogerów „Umaodan”, którzy produkują pozytywne opinie o działaniach władzy, również lojalna rosyjska młodzież zaczęła wspierać w rosyjskim Internecie swoich mocodawców.

Deputowany do parlamentu Robert Szlegel, były rzecznik prasowy ruchu „Nasi”, zwraca uwagę, że od czasu wyborów w 2011 r. pojawił się popyt na ustawy internetowe. „Może nam się zdawać, że na przykład w restauracji brakuje bukietu kwiatów, i możemy nawet zaproponować, by go przyniesiono. Ale ostatecznie nie my decydujemy. Tak samo działa Duma i jakakolwiek decyzja może być podjęta wyłącznie wtedy, gdy istnieje wola polityczna” – tłumaczy Szlegel.

 Tylko biznes


W sierpniu 2008 r. w Internecie rozgorzała jeszcze jedna, mniej zauważalna, wojna. Oligarcha Aliszer Usmanow stał się współwłaścicielem firmy inwestycyjnej DST, wcześniej jej właścicielem był Jurij Milner. Za za jej pośrednictwem uzyskał wpływ na rozwijający się serwis społecznościowy „VKontakte”. W jego kolekcji rosyjskich gigantów internetowych brakowało jeszcze tylko „Yandexu”. Już w 1999 r. Milner proponował Wołożowi, że wykupi część udziałów w jego start-upie. Milner bardzo zabiegał o realizację tej transakcji, ale Wołoż odmówił.

Minęło niemal 10 lat i Usmanow zaczął działać bardziej zdecydowanie. Ogłosił, że podpisał umowę na kupno 10% akcji „Yandexu” (kierownictwo wyszukiwarki nie skomentowało tej informacji). Wkrótce na spotkaniu z wybranymi dziennikarzami urzędnik kremlowski oświadczył, że władza traktuje „Yandex” jako aktywa strategiczne, w związku z czym wyszukiwarka musi trafić we „właściwe” ręce.

Redaktor naczelny radiostacji „Echo Moskwy” Aleksiej Wieniediktow, pełni często rolę mediatora między społecznością internetową i władzą. Jego zdaniem, Usmanow angażując się w życie Internetu, wykonywał odgórne „zlecenie polityczne”.

- „To mądry, przebiegły i doświadczony człowiek. Doskonale zdawał sobie sprawę, że związki ze sferą medialną mogą poważnie zaszkodzić jego interesom. Zaangażował się w media wyłącznie na polecenie Putina lub Miedwiediewa. Jedynie prezydent mógł wydać mu takie wytyczne, nikt inny nie miałby nad Usmanowem takiej władzy”.

- „Kiedy stał się współwłaścicielem firmy, dał nam do zrozumienia, iż wykonuje instrukcje Kremla” – wspomina Nosik.

By sprawdzić, czy Usmanow nie jest po prostu wykonawcą cudzych poleceń, „Yandex” odwołał się do własnych źródeł informacji. Ich zdaniem, nie był. Na wszelki wypadek, trzeba jednak było przygotować się do obrony przed możliwą ingerencją ze strony gotowych do działania przeciwników. Yandexowi się powiodło, przez jakiś czas Usmanow nie mógł poświęcić jego upartym programistom wystarczająco dużo uwagi. Bardziej martwiły go problemy innych zależnych od niego firm borykających się ze skutkami kryzysu finansowego.

Oferta „Sbierbanku” (największy rosyjski bank kontrolowany przez państwo – „mediawRosji”) i jego prezesa Germana Grefa wydała się „Yandexowi” łatwiejsza do zaakceptowania. We wrześniu 2009 roku pojawiła się informacja, że wyszukiwarka zaproponowała „Sbierbankowi” zakup „złotej akcji”. Jej właściciel mógł np. wetować koncentrację więcej, niż 25% akcji w ręku jednego udziałowca. Z punktu widzenia „Yandexu” Sbierbank i Gref spełniali trzy ważne warunki: reprezentowali państwo bank był firmą publiczną oraz nie prowadził wcześniej interesów w sferze medialnej i internetowej.

W tym czasie „Yandex” był już naprawdę potężną firmą i jej kierownictwo szukało lobbysty. Do tej roli wybrano Aleksandra Wołoszyna, byłego szefa administracji prezydenta. Polityk ten objął swoje stanowisko jeszcze za Borysa Jelcyna, utracił je w 2003 r. po aresztowaniu Chodorkowskiego. Ale nadal podtrzymywał stare znajomości. Wołoszyn wszedł do zarządu „Yandexu” dopiero w 2010 r., ale wg informacji podanej przez nasz portal H&F, to właśnie on patronował operacji ze złotą akcją. (Nasze pytanie w tej kwesti przekazane „Yandexowi” pozostało bez odpowiedzi).


Kolosalna popularność w Rosji serwisu społecznościowego "Vkontaktie" 
od dawna spędzała Kremlowi sen z powiek. W końcu udało mu sie odebrać 
wpływ nad firmą jej założycielowi Pawłowi Durowowi. 


Niepowodzenie w kwestii „Yandexu” nie zraziło miliardera Aliszera Usmanowa. Kolejną firmą internetową na jego celowniku stał się serwis społecznościowy „Vkontakte” z jego 60 milionami użytkowników na dobę. Paweł Durow założyciel i dyrektor generalny serwisu sprzedał oligarsze swoje udziały i ustąpił ze stanowiska prezesa.

Akcjonariusze i czołowi menedżerowie „Mail.ru Group”, innej wielkiej kompanii kontrolowanej przez Usmanowa demonstrowali lojalność wobec władzy. Ale niewykluczone, że ich także czekają poważne zmiany. W zarządzie „Mail.Ru Group” pojawił się Wasilij Browko, funkcjonariusz odpowiedzialny za komunikację zewnętrzną w kontrolowanej przez państwo korporacji „Rostech”. Źródła bliskie tej spółce informują, iż zgodnie z opracowanym planem właśnie „Rostech” może stać się nowym właścicielem aktywów internetowych Usmanowa.

„Wiem z wiarygodnych źródeł, że „Rostech” przy aprobacie władz zamierza wykupywać udziały w dużych firmach internetowych, inwestować w nie i wpływać na nie. Nie dziwi mnie to” – mówi Wieniediktow.

Presja na właścicieli i nepotyzm jeszcze nigdy nie były aż tak odczuwalne w rosyjskim Internecie, jak w 2014 r. O ile portalom „Grani” czy „Jeżedniewnyj Żurnał”, zablokowanym na mocy ustawy o rejestracji stron, nadal udaje się utrzymać czytelników (użytkownicy dwoma kliknięciami zainstalowali VPN i potrzebne wtyczki do wyszukiwarek), o tyle portal lenta.ru spotkał smutniejszy los. Jego właściciel Aleksander Mamut, zwolnił redaktorkę naczelną, Galinę Timczenko, wraz z nią odeszła z pracy niemal cała redakcja. 

Ambitne plany deputowanych

Według szacunków walczącej z cenzurą w Internecie organizacji „RosKomSwoboda”, rząd rosyjski rozpatruje obecnie około 20 inicjatyw regulujących działalność internetową. W 2013 r. ogółem było takich propozycji 75, podczas gdy w 2012 r. - 49

Autorzy ustaw wprowadzających zwiększone ograniczenia w Internecie, inicjują je często z myślą o własnych interesach. Ale dopiero teraz ich działania idealnie zgrały się ze strategią Kremla.

W administracji Kremla za regulację Internetu odpowiada teraz Wiaczesław Wołodin, który zamienił w tej roli Wiaczesława Surkowa. Odbyło się już kilka spotkań Wołodina z aktywistami internetowymi i redaktorami naczelnymi redakcji internetowych.

„Wołodin jest świetnym wykonawcą poleceń Putina. Wystarczy naszkicować mu ogólne zarysy i kierunki, a potem już sam tworzy szczegółowy plan działań. Jego poprzednik Surkow usiłował przyjmować pozę demiurga, z Wołodinem jest prościej, nie mędrkuje i nie szuka dziury w całym. Przecież wcześniej pojawiały się już głupie i fantastyczne pomysł. Wiele z nich nie wytrzymałoby próby czasu”. - mówi politolog Kałaczow.

W sytuacji, gdy USA wymyślają nowe sankcje dla rosyjskich urzędników, a FBI zaleca firmom typu start-up by nie przyjmowały pieniędzy od rosyjskich inwestorów, w Rosji myśli się o tym, jak utrudnić życie amerykańskim kompaniom.

Wadim Dieńgin, deputowany z partii LDPR jest jednym z inicjatorów poprawek do pakietu „projektów ustaw antyterrorystycznych”, przewidują one rejestrowanie blogerów w specjalnym rejestrze i nakaz stosowania się do większości przepisów dotyczących massmediów. Jego zdaniem jednym z najistotniejszych zadań stojących przed władzą jest objęcie kontrolą pisarzy rosyjskojęzycznych rozmieszczających blogi na portalach zagranicznych.

Dieńgin twierdzi, że deputowani postarają porozumieć się z Facebookiem tak, by portal sam uregulował tę kwestię. Podobne układy są już stosowane w praktyce. W krajach Bliskiego Wschodu, które zajmują ostatnie miejsca w raportach Reporters Without Borders i innych organizacji obserwujących poziom wolności w Internecie, Google i Facebook współpracują z miejscowymi władzami na ich warunkach.

- „Wszystkie obecne rosyjskie ustawy i przepisy, wciąż jeszcze wymagające ujednolicenia, są w zasadzie ukierunkowane na jeden segment Internetu - na portale społecznościowe. To one przyciągnęły uwagę Putina po masowych zamieszkach w 2009 r. w Kiszyniowie. – uważa naczelny redaktor radiostacji „Echo Moskwy” Wieniediktow. – Tamte wydarzenia uświadomiły mu po raz pierwszy, że właśnie portale społecznościowe, a nie Internet jako taki, inspirują działania o charakterze rewolucyjnym”.

Zdaniem Wieniediktowa, Putin „sam jest użytkownikiem Internetu, traktuje go jak narzędzie i ogólnie uważa tę strefę za obszar podatny na dezinformację i manipulację. W jego przypadku chęć uporządkowania chaosu jest odruchem naturalnym, ludzkim, szczerym, jawnym pozbawionym obłudy. Przy takim podejściu Internet staje się bronią polityczną. Zakazać jest łatwiej, niż znaleźć kompromis, zakazać łatwiej, niż stworzyć coś nowego. To jest filozofia. A czy można ją nazwać strategią? W moim przekonaniu – nie. To raczej asekurowanie się i zabezpieczanie sobie tyłów. Kiedy mówię o tym ludziom na Kremlu, odpowiadają, że „teraz trzeba się skupić na stabilizacji sytuacji”.

W dyskusjach prowadzonych dziś w związku z poprawkami przyjętymi do pakietu „ustaw antyterrorystycznych” dominuje wątek ograniczania wolności słowa. Pilnego uregulowania zdaniem deputowanego Robert Szlegla (podkreśla on, że nie miał pojęcia o blokowaniu portalu „grani.ru”) wymagają także inne kwestie.

- „Żyjcie sobie w swojej wydumanej Narnii, nie mam nic przeciwko temu. Ale w moim świecie stanowicie jedynie nikły fragment ogólnych procesów zachodzących w Sieci” – uśmiecha się Szlegel.

Dlaczego ustawy uchwalane są w takim przyspieszonym tempie?

- „Różnice zdań nie są nam obce, ale nie omawiamy ich publicznie, wszystko ustalamy we własnym kręgu. Czasami decyzje, które pozornie podjęto w błyskawicznym tempie, w rzeczywistości nie pojawiają się niespodziewanie. Na przykład ustawa antypiracka była dyskutowana od 2009 r. Dlatego, kiedy wreszcie zdecydowano się ją uchwalić, nie było potrzeby urządzania na jej temat dodatkowej debaty.” – komentuje deputowany.

Szlegel twierdzi, że komisje w Dumie pracują niezależnie od siebie i mogą nawet nie wiedzieć o inicjatywach swoich kolegów. „Roskomnadzor” reguluje działalność ogromnej ilości stron internetowych i zarządza procesem ich rejestracji na wniosek kilku różnych resortów, w zależności od ich kompetencji. Są to m.in. FSKN [Federalna Służba ds. Narkotyków], Prokuratura Generalna, Rospotriebnadzor [Urząd Ochrony Konsumenta] oraz niezależna komisja wewnętrzna. Wszystkie one funkcjonują równolegle i oddzielnie.

Często przepisy związane z Internetem uchwalają lub podpisują ludzie, którzy nawet z niego nie korzystają. Są to deputowani różnych frakcji i komitetów.

- „Zdarza się, że pod przepisem widnieje czyjś podpis, ale autor podpisu spełnił jedynie odgórne polecenie. Rozumiem, że w takiej sytuacji ci ludzie wykonują po prostu swoje obowiązki i tylko częściowo odpowiadają za końcowe rezultaty. A w rzeczywistości konsultować takie kwestie trzeba nie tyle z nimi, co z realnymi decydentami” – przyznaje Szlegel.


Galinie Timczenko udalo się przekształcić portal lenta.ru w najbardziej
wiarygodne w Rosji źródło informacji. Gdy ją zwolniono, na znak 
soilidarności z portalu odeszła większość redakcji. 


Deputowany wyjaśnia, że wiele spośród przyjmowanych poprawek trzeba później dodatkowo korygować.

O swoich dyskusjach z kolegami Szlegel mówi: „To, co myślę na jakiś temat, i to, o czym mogę głośno mówić – to dwie różne sprawy. Człowiek jest dość skomplikowaną istotą. Nie wszystkim, co myślisz, dzielisz się nawet z bliskimi ludźmi. A w polityce ta zasada podniesiona jest do potęgi”.

Kolejna cegła w murze


Ciekawe, czy zwolennicy ścisłego regulowania Internetu wiedzą, że zakazy można obejść.

- „Żadne blokady nie sprawią, że będziecie zupełnie odcięci od informacji, - zapewnia cytowany już Szlegel. — Zabawa w kotka i myszkę nigdy się nie skończy. Dziś zablokuje się jedno, a jutro pojawi się nowa technologia”. Zdaje się, że na Kremlu sądzą, że łączem VPN czy siecią Tor umieją się posługiwać jedynie najbardziej zajadli buntownicy.

Środowisko internetowe sparaliżowane jest poczuciem niepewności. Wspólnego lobby jak nie było, tak nie ma. Jedynym chyba ogniwem łączącym branżę internetową z władzą jest Wieniediktow. W zeszłym roku naczelny „Echa Moskwy”, które zaprasza do swojego studia zarówno rzeczników władzy, jak i opozycję, zorganizował kilka spotkań przedstawicieli Google, Mail.Ru Group i innych firm z Wołodinem,

„Wyjaśniono wtedy Wołodinowi, że niszczy on rosyjski biznes internetowy. Na skutek jego działań rosyjscy przedsiębiorcy nie mogą być konkurencyjni. Korzyści z nich odnoszą firmy zagraniczne z branży technologii IT. – wspomina Wieniediktow. —Te argumenty dotarły do Wołodina i niektóre inicjatywy zamrożono. Ale nie można przecież co tydzień urządzać spotkań Wołodina z przedstawicielami największych kompanii. Chociaż zaprosiłem już kilku ludzi „ze świecznika” na nieoficjalne śniadanie z liderami branży – na wicepremiea przykład Igora Szuwałowa”.

Nie ma jednak gwarancji, że takie spotkania przyniosą jakieś efekty. Kiedy Wołodin organizował spotkanie z redaktorami naczelnymi wydawnictw internetowych, zapewniał ich, że wszystko pozostanie tak, jak dotychczas. Ale już w dwa miesiące później Gazeta.ru rozstała się ze swoim naczelnym, a później z Lenta.ru pozbyła się całego niemal zespołu redakcyjnego.

Na przestrzeni ostatnich paru miesięcy cała branża internetowa żyje jak we mgle. Wydarzenia ukraińskie spolaryzowały nie tylko społeczeństwo, ale i elity. Stały się też pretekstem do dokręcania śruby. Z ostatnich nowości: blogerów, którzy mają ponad 3000 odwiedzin na dobę, zrównano w obowiązkach z massmediami i zagrożono im karami za niesprawdzone informacje; serwisy zagraniczne zobowiązano do przechowywania informacji o użytkownikach na terytorium Rosji przez minimum pół roku (kompanie póki co czekają na wyjaśnienia w tej kwestii ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości).

„Bez przerwy słyszę, że władza ma jakiś plan, jakąś strategię, - mówi Anton Nosik. Ludzie usiłują odnaleźć w działaniach legislacyjnych jakiś system. Ale to błędne założenie, nie ma w tym żadnej więzi przyczynowo-skutkowej. Na razie władza sama nie do końca rozumie, co konkretnie zwalcza i jakie będą tego skutki”.

W rezultacie cała branża, dorośli przecież ludzie, siedzą bezczynnie i czekają na Godota. I – jak pisze na razie jeszcze niezależne od cenzury czasopismo „Afisza” – nikt nie ma pojęcia, co z tym fantem zrobić.


Tłumaczenie: K.K.


Artykuł ukazał się na stronie internetowej „Hopes&Fears” pod adresem:

http://goo.gl/APmot8



Obserwuj i polub nas na Facebooku: 





czwartek, 3 kwietnia 2014

Kreml i niezależne media: zamknąć, zwolnić, zablokować…


Wraz z powrotem na Kreml Władimira Putina nasiliła się ofensywa władz przeciw niezależnym mediom. Jeden po drugim tracili pracę nieposłuszni redaktorzy naczelni, zwalniano całe redakcje, likwidowano portale internetowe. Historyk i socjolog Alek D. Epsztejn jest zdania, iż środowisko dziennikarskie zachowując bierną postawę, ułatwiło Kremlowi zadanie.

Autor: Alek D. Epsztejn




Środki masowego przekazu o liberalnej orientacji coraz częściej padają ofiarami cenzury i represji. Wymieniane są zespoły redakcyjne, blokowane strony internetowe, bywa iż niepokorne media likwidowane są całkowicie. Każda informacja o takich działaniach odbierana jest jako niespodziewany cios, społeczeństwo za każdym razem jest zaskoczone. Jednak jeśli dokładniej przyjrzeć się sytuacji, staje się jasne, że cały ten proces nie zaczął się dziś czy wczoraj, i że liberalne media niejednokrotnie już stawały się celem antydemokratycznej polityki państwa.

Oficjalnie cenzura w Rosji jest zabroniona przez konstytucję. Kreml potrafi jednak narzucać mediom wlasne reguły gry. 


"Kommersant" zwalnia Demiana Kudriawcewa


Powszechnie znana jest diagnoza, jaką latem 2012 roku postawił Filip Dziadko, redaktor naczelny nieistniejącego już czasopisma „Bolszoj Gorod”: „To są ogniwa jednego pieprzonego łańcucha”. Mało kto pamięta, że opinia ta była wygłoszona podczas dyskusji nad zwolnieniem Demiana Kudriawcewa z wydawnictwa „Kommiersant”, wówczas Dziadko wypowiadał się jako czwarty z kolei uczestnik tego okrągłego stołu. Natomiast przed nim swoje zdanie przedstawili – aż trudno uwierzyć – redaktorzy naczelni Lenta.ru i RIA Nowosti, Galina Timczenko i Swietłana Mironiuk. Ówczesna naczelna RIA Nowosti komentowała sprawę wyjątkowo neutralnie i bez zaangażowania: „Nie znam oficjalnej przyczyny decyzji akcjonariuszy i nie chciałabym komentować sprawy na podstawie domysłów i plotek”. Z kolei komentarz Galiny Timczenko był jasny i jednoznaczny: „Zwolnienie Demiana oznacza, że wzięto się za nas na poważnie, blokują nam dostęp do niezależnych źródeł informacji”. A zatem już wtedy wszystko było jasne.

„Drobne chuligaństwo” Maksyma Kowalskiego


Od tego czasu minęło nieco ponad półtora roku. Demiana Kudriawcewa zwolniono już po 6 maja (tj. po masowej akcji protestacyjnej na placu Błotnym, rozpędzonej przez policję – „mediawRosji”). Ale pięć miesięcy wcześniej, bezpośrednio po owych „wyborach” pozbawiono stanowiska dwóch jego kolegów, inicjując tym samym proces, który do wydarzeń z 6 maja doprowadził.  Dla Maksyma Kowalskiego te „wybory” okazały się równoznaczne z utratą pracy w piśmie „Kommiersant – Włast’”, pełnił w nim funkcję redaktora naczelnego. 13 grudnia 2013 roku zwolniono go za opublikowanie w gazecie fotografii przedstawiającej kartę wyborczą, do nazwiska przywódcy narodu (a oficjalnie – ówczesnego premiera kraju) ktoś dopisał na niej niecenzuralny komentarz. Wraz z Kowalskim zwolniono również Andrieja Galijewa, redaktora naczelnego „Kommiersant – Holdingu”. 

Właściciel czasopisma "Włast" oskarżył
jego redaktora Maksyma Kowalskiego
o drobne chuligaństwo
Właściciel wydawnictwa, miliarder Aliszer Usmanow, oświadczył, że materiał zaaprobowany przez Kowalskiego graniczył „z drobnym chuligaństwem”. Dziennikarze napisali list otwarty w obronie zwolnionych kolegów i zamieścili go na nieistniejącym już dziś portalu OpenSpace. W liście podkreślano, że niecenzuralny tekst, widniejący na ilustracji do artykułu „Jabłkowy puj” [chodzi o napis „Chutin Puj” – przyp. tłum.], nie pochodził ani od autorów tekstu, ani od redakcji czasopisma. Zdaniem autorów listu zwolnienie Kowalskiego, które usiłowano przedstawić jako element „walki z rynsztokowym językiem”, w rzeczywistości było karą za jego „dziennikarski profesjonalizm”.  „To taka sama manipulacja jak ta, którą wmawiano ludziom w związku z wyborami” – oświadczyli autorzy listu.

Charakterystyczne jest, że podobnie jak w przypadku zwolnienia Demiana Kudriawcewa, nie wszyscy koledzy z branży gotowi byli zademonstrować solidarność dziennikarską. Redaktor naczelny „Kommiersanta” Michaił Michajlin oświadczył, że listu nie czytał i czytać nie zamierza. Warto podkreślić, że w przeciwieństwie do Maksyma Kowalskiego i Demiana Kudriawcewa, Michaił Michajlin do dziś pozostaje na swym stanowisku.

W grudniu 2011 r. wydawało się, że nie wszystko jeszcze stracone. Wkrótce Maksymowi Kowalskiemu zaproponowano stanowisko redaktora naczelnego właśnie w portalu OpenSpace. Przepracował tam tylko nieco ponad pół roku. 8 lutego 2013 r. właściciel portalu Wadim Bielajew ogłosił jego zamknięcie i poinformował o zwolnieniu wszystkich współpracowników. O całej tej sytuacji Maksym Kowalski opowiedział w wywiadzie dla pisma „Bolszoj Gorod”


Kolej na „Bolszoj Gorod” i „Artchronikę”


„Bolszoj Gorod” był nastepny w kolejce. Decyzję o jego zamknięciu w lutym 2014 roku podjął właściciel Aleksander Winokurow. „Kreml po prostu usiłuje usunąć z zawodu tych dziennikarzy, którzy okazali się niezbyt lojalni wobec władzy” – podsumował Kowalski. Czasopismo „Bolszoj Gorod”, znane z wymownych okładek (na jednej umieszczono tekst wzywający tandem Putin-Miedwiediew do dymisji, na innej proponowano by zamiast dziewczyn z Pussy Riot wsadzić za kratki szefa MSW), zostało zlikwidowane. Czy zrobiono coś w obronie pisma? W zasadzie nic.

Pół roku wcześniej, w sierpniu 2013 r., ogłoszono o zamknięciu „Artchroniki” - pierwszego czasopisma, które jeszcze w marcu 2012 r. zamieściło na swojej okładce zdjęcie dziewczyn z Pussy Riot. Początkowo kolportowano wersję, że Szałwa Breus - właściciel gazety, zdecydował się na zamknięcie jedynie papierowej wersji, natomiast strona internetowa będzie nadal działać. Jednak od tego czasu minęło siedem miesięcy, a na stronie nie pojawił się ani jeden nowy materiał. Jak zareagowały na to inne wydawnictwa? Praktycznie nijak.


Miliarder Mamut zaprowadza porządki na portalu gazeta.ru


Oligarcha Aleksander Mamut
znany był ze swych związków
z rodziną Jelcyna. Wobec jego
następcy Putina także zachowuje
lojalność
Portal Gazeta.ru powstał jeszcze przy udziale Michaiła Chodorkowskiego. Obecnie wciąż jeszcze trwa proces jego ponownego „formatowania”. Na razie końca nie widać, pomimo wysiłków efekty są mizerne. 4 marca 2013 r., po pełnych napięcia negocjacjach z szefostwem Gazety.ru, odszedł jej redaktor naczelny Michaił Kotow, a jego miejsce zajęła Swietłana Łołajewa. W dniu tzw. jednodniowego głosowania, 8 września 2013 r., kiedy wszystkie massmedia były zajęte rywalizacją Andrieja Nawalnego z merem Moskwy, właściciel portalu i miliarder Aleksandr Mamut zwolnił również Łołajewą. „To było dla mnie całkowite zaskoczenie, w dodatku dowiedziałam się o decyzji nie od Aleksandra Mamuta. Zadzwoniły do mnie i poinformowały o wszystkim osoby związane z administracją prezydenta. Później dzwonili również dziennikarze, prosząc mnie o komentarz. Ponieważ absolutnie nie spodziewałam się takiego rozwoju wydarzeń, zadzwoniłam do Aleksandra Mamuta, a on potwierdził tę informację” – opowiadała Swietłana Łołajewa w wywiadzie dla Radia Swoboda. Źródło i sposób, w jaki redaktor naczelną poinformowano o zwolnieniu, są oczywiście bardzo wymowne. Ale jak łatwo się domyśleć, nikogo to nie zdziwiło. I co się stało potem? Ano, nic.


Putin likwiduje RIA NOWOSTI


Trzy miesiące później wybuchła bomba: 9 grudnia 2013 r. prezydent Putin osobiście podpisał dekret, na mocy którego zlikwidowana została Rosyjska Agencja Informacji Międzynarodowej „RIA Nowosti”. Na jej podstawie stworzono nową agencję – „Rossija siegodnia”. Dyrektorem generalnym nowej struktury został mianowany najbardziej chyba odpychający propagandzista w rosyjskiej przestrzeni telewizyjnej – Dmitrij Kisieliow. Ten sam, który zasłynął w 2012 r. wezwaniem do palenia serc gejów, a nie tak dawno ogłosił, że Rosja jest w stanie zamienić Amerykę w radioaktywny popiół. Okazało się, że Swietłana Mironiuk, która przez całe lata umiejętnie balansowała pomiędzy wszystkimi graczami sceny politycznej (zaczynała jeszcze w czasach, gdy jej mąż Siergiej Zwieriow był jednym z zastępców szefa administracji przy prezydencie Jelcynie), nie pasuje do nowych kanonów etyki i estetyki, typowych dla czwartej kadencji Putina. 

Czy słyszał ktoś, żeby pracownicy rozwiązanej RIA Nowosti trzasnęli demonstracyjnie drzwiami? Albo że jakakolwiek instytucja działająca w przestrzeni medialnej odmówiła współpracy z agencją „Rossija Siegodnia”? Raczej nie – ujmując rzecz delikatnie.


Bunt redakcji Lenta.ru


Tym dziwniejsze jest to, co stało się na Lenta.ru. 12 marca 2014 roku ten wspominany już miliarder Aleksander Mamut zwolnił główną redaktor najpopularniejszego w Rosji internetowego portalu informacyjnego, Galinę Timczenko. Jej staż w lenta.ru był imponujący, pracowała w portalu od początku i kierowała nim przez ostatnich dziesięć lat. Oligarcha zażądał także zwolnienia Ilji Azara, dziennikarza, autora świetnych reportaży z rejonów wojen i konfliktów. Azar wyróżnił się także cyklem niebanalnych wywiadów z celebrytami i „newsmakerami”. Ostatni wywiad - z Andrijem Tarasenką, jednym z liderów ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego „Prawy Sektor” - wywołał wściekłość Kremla. Przestraszony Mamut stanął na baczność i osobiście zainicjował powolną śmierć sztandarowego projektu, realizowanego przez jego własny holding internetowy. Nowym szefem mianowano prokremlowskiego speca od technologii politycznych Aleksieja Goriesławskiego. 

I nagle stało się to, co wcześniej było nie do pomyślenia: 39 współpracowników Lenta.ru oświadczyło, że zamierzają opuścić redakcję wspólnie ze zwolnioną naczelną. Nic takiego nie zdarzyło się ani w „Kommiersancie”, ani w Gazecie.ru, ani w RIA Nowosti – nigdzie.

-  „Galina Timczenko nie jest pierwszym redaktorem naczelnym, zwolnionym z rosyjskich massmediów dosłownie z dnia na dzień za „niepewną politycznie” postawę, z naruszeniem wszelkich norm etycznych, przepisów prawa i obyczajów panujących w branży. Po raz pierwszy jednak zwolnienie redaktora naczelnego sprowokowało solidarną i odważną reakcję całego zespołu redakcyjnego. Podobnego poparcia nie otrzymał dotąd nikt spośród naszej dziennikarskiej społeczności”. – zauważył Anton Nosik, publicysta, który sam, 15 lat wcześniej, stworzył Lenta.ru,

Postawa zespołu Lenty.ru, wywarła na tyle mocne wrażenie na głównym udziałowcu opozycyjnej „Nowej Gaziety” Aleksandrze Lebiediewie, że zaproponował zbuntowanym dziennikarzom pracę na zasadzie umowy zlecenia.

Za wcześnie jeszcze mówić o tym, ilu dokładnie pracowników Lenta.ru przejdzie do „Nowej Gaziety”, są to przecież wydawnictwa o dość odmiennej strukturze i z różnymi grupami docelowymi. Jak się okazało, zmiana redaktorów i zamknięcie redakcji to nie jedyne możliwości, którymi reżim dysponuje w walce z nieprawomyślnymi.


Czystka w Internecie


Inicjatorem ustawy pozwalającej blokować strony internetowe bez nakazu sądowego był 
wieloletni funkcjonariusz KGB i Federalnej Służby Ochrony Andriej Ługowoj, oskarżony przez brytyjskie organy ścigania o to, że osobiście otruł polonem - 210 Aleksandra Litwinienkę, współautora książki „Wysadzić Rosję”. Trudno przejść do porządku dziennego wobec udziału Ługowego w przyjęciu internetowej ustawy.  Weszła ona w życie 1 lutego 2014 roku.

Tacy właściciele holdingów medialnych jak Aliszer Usmanow i Aleksandr Mamut są oligarchami prowadzącymi interesy na dużą skalę, przez to władzom nie trudno poddać ich wszelkiego rodzaju naciskom. Ale Garri Kasparow, który na dobre opuścił Rosję, jest człowiekiem z innej gliny. Jego nie da się zastraszyć telefonem z administracji prezydenta. Dlatego należącą do Garri Kasparowa gazetę internetową kasparov.ru oraz portal „jeżedniewnyj żurnał” (www.ej.ru), kierowany przez Aleksandra Ryklina (dawnego współpracownika Kasparowa i Borysa Niemcowa) władze po prostu zablokowały. Rosyjskim użytkownikom sieci odcięto dostęp do nich bezterminowo i całkowicie. Na stronie Roskomnadzoru (federalna agencja nadzorcza – „mediawRosji”) pojawiła się informacja, że „powyższe strony zawierają wezwania do działalności niezgodnej z prawem oraz do udziału w przedsięwzięciach organizowanych z naruszeniem obowiązujących przepisów”. Z tych samych względów i  w tym samym czasie władze zablokowały również portal Grani.ru, niegdyś należący do Borysa Bieriezowskiego, a następnie do Leonida Niewzlina. Jednak obecnie portal znów działa, głównie dzięki środkom zbieranym przez samych czytelników.

Borys Niemcow i część komentatorów wiążą te bezprecedensowe posunięcia władzy z krymskim „referendum”. Ale „referendum” się odbyło, Krym w trybie nadzwyczajnym przyłączono do Federacji Rosyjskiej, a blokady portali nikt nie zamierza odwoływać.
W przeszłości kiedy zamykano wydawnictwa sieciowe, większość społeczności internetowej, łącznie z jej liberalnym skrzydłem, zachowywała się obojętnie. Było to zaskakujące zwłaszcza w dwóch drastycznych przypadkach. Zlikwidowano wówczas nie tylko redakcje, ale zniszczono również doszczętnie wszystkie stworzone przez nie materiały! 18 października 2010 roku ukazał się ostatni 310-ty numer czasopisma „Russkij Newsweek”, jego pierwszym redaktorem naczelnym był Leonid Parfionow, ostatnim – Michaił Fiszman. W amerykańskiej wersji tygodnika przyczyny zamknięcia rosyjskiej redakcji określono jako ewidentnie polityczne.

Pierwszy numer społeczno-politycznego czasopisma internetowego „PublicPost” ukazał się 28 listopada 2011 roku, dosłownie na tydzień przed pierwszym z serii moskiewskich wieców potępiających fałszerstwa wyborcze. Ci którzy zorganizowali manifestacje, zostali później określeni mianem „gniewnych mieszkańców miast” („rassierżennyje gorożanie”).

Portal PublicPost finansowany przez Sberbank przetrwal
półtora roku. 
Redaktorem naczelnym projektu PublicPost mianowano Nargiz Asadową, wcześniej moderatorkę blogów na stronie internetowej radiostacji „Echo Moskwy”. Planowano, iż projekt obejmie swym zasięgiem całą Rosję, a profesjonalna moderacja blogów „z terenu” pozwoli zgromadzić na jednej platformie mniej lub bardziej miarodajny i żywy obraz tego, co się dzieje w różnych regionach Rosji..Przedsięwzięcie przetrwało około półtora roku, stronę zamknięto 1 czerwca 2013 roku. 4 czerwca usunięto ją z sieci całkowicie wraz z dotychczasową zawartością. O tym dlaczego zlikwidowano „PublicPost” napisała jedna z redaktorek strony Natalia Konradowa, jej artykuł przedrukowała lenta.ru. Redakcję spotkała kara za wpis jednego z użytkowników, jego tytuł zawierał słowa „Putin” i „*dak” [rodziło to skojarzenie z niecenzuralnym terminem „mudak” – odpowiednik polskiego „dupek” – „mediawRosji”). Wydruk wpisu wpadł w ręce kogoś z administracji prezydenta, głównemu sponsorowi projektu – szefowi państwowego banku „Sbierbank” Germanowi Grefowi, udzielono reprymendy. Wystarczyło, by podjął decyzję o likwidacji portalu. Jak zareagowały na tę historię inne liberalne środki masowego przekazu? Tak anemicznie, że w zasadzie nie ma o czym mówić.

Władze systematycznie i konsekwentnie pozbywały się nielojalnych kanałów informacyjnych, przekształcając coraz większe obszary przestrzeni medialnej w pole walki propagandowej. Większość mediów, które wciąż jeszcze nie chciały się poddać blokowano i likwidowano.

Środowisko dziennikarskie rozumiało dobrze naturę i przyczyny tego procesu. Jednak nie potrafiło podjąć protestu przeciwko represjom ideologicznym ani zorganizować akcji w obronie zasady wolności prasy – zarówno w skali globalnej, jak i w odniesieniu do konkretnych prześladowanych dziennikarzy.

Odrobina solidarności


Za przejaw realnej mobilizacji środowiska w walce z represjami reżimu w sferze medialnej, można uznać chyba tylko akcję poparcia dla fotografa Denisa Siniakowa. Wojska pograniczne FSB zatrzymały go 19 września 2013 roku na Morzu Peczorskim wraz z załogą należącego do Greenpeace lodołamacza „Arctic Sunrise”. Siniakow znajdował się tam służbowo na zlecenie portalu Lenta.ru. 26 września Denis Siniakow został aresztowany na dwa miesiące. Fotografowi, podobnie jak i ekologom, postawiono zarzut z artykułu 277 cz. 3 k.k. FR (piractwo, dokonane przez grupę zorganizowaną), za co grozi do 15 lat kolonii karnej. Kilkudziesięciu dziennikarzy podpisało odezwę w obronie aresztowanego reportera: „Szykany wobec Siniakowa to cios zadany niezależności dziennikarskiej i prawu do relacjonowania wydarzeń”. Na znak protestu przeciw aresztowaniu Siniakowa strony internetowe niektórych redakcji na swoich głównych stronach zamiast zdjęć zamieściły czarne „zaślepki”. Była to jednak jedyna tego rodzaju akcja. Dlaczego podobnych szeroko zakrojonych akcji nie zorganizowano w związku z innymi skandalicznymi represjami – trudno logicznie wytłumaczyć.

Nie mniej dziwne jest to, że widząc pogorszenie sytuacji z wolnością słowa w Rosji i towarzyszące temu wydarzenia, ani jedna z liberalnie nastawionych redakcji nie podjęła stosownych środków zapobiegawczych czy obronnych. Skutek był taki, że kiedy jakaś redakcja sama stawała się ofiarą, nie dysponowała żadnym wyjściem awaryjnym. Nikt nie zabezpieczył archiwalnych zasobów portali należących do czasopism „Russkij Newsweek” i „PublicPost”. A o sposobach ominięcia blokady Roskomnadzoru (dziś jest to technicznie łatwe zadanie), czytelnikom portali „Grani” i „Jeżedniewnyj Żurnał” zaczęto opowiadać dopiero po tym, jak zostały one całkowicie zablokowane. Trzeba jasno powiedzieć, że społeczność medialna dopuściła się wielkiej pomyłki, nie poświęcając tym kwestiom odpowiedniej uwagi, kiedy był jeszcze na to czas. Jak w każdej wojnie, również w wojnie informacyjnej silne zaplecze, plany awaryjne i planowanie strategiczne są nie mniej ważne niż odwaga walczących. Tej wojny również nie można prowadzić nie mając możliwości manewru i odpowiednich rezerw. Należy też starać się o wspólne działanie i odpowiednią koordynację wysiłków. Sami widzimy lepiej gdzie się różnimy niż ci, którzy usiłują odebrać nam prawo do funkcjonowania w przestrzeni publicznej.

Mam nadzieję, że przynajmniej te pluralistyczne zasoby, które póki co jeszcze istnieją i pracują w dotychczasowym trybie – „Nowaja Gazieta”, periodyki i portale „Russkij Reporter” i „The New Times”, portal Colta.ru oraz Radio Swoboda - nauczyły się czegoś na przykładzie dotychczasowych wydarzeń. Nie ważne, czy lubimy się nawzajem, czy też uważamy się za konkurentów w walce o sympatie czytelników i coraz mniej licznych sponsorów – nie mamy innego wyjścia, musimy podać sobie ręce. Nie daje to żadnych gwarancji sukcesu, ale w pojedynkę wszyscy na sto procent przepadniemy.


Alek D. Epsztejn jest  socjologiem i historykiem. W przygotowaniu materiału uczestniczył Andriej Kożewnikow

Tłum. K.K.

Oryginał ukazał się na stronie rosyjskiej redakcji Radio Swoboda.: http://www.svoboda.org/content/article/25312621.html



Dołącz do nas na Facebooku: https://www.facebook.com/mediawrosji