Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka wewnętrzna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka wewnętrzna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 kwietnia 2017

Putin i Piter



Niedawny atak terrorystyczny na metro był dla mieszkańców, dawnej stolicy cesarskiej, St. Petersburga wielkim wstrząsem. Szczególne wrażenie wywołał, fakt iż ataku dokonano w dniu, gdy w Pitrze, w swoim rodzinnym mieście znajdował się prezydent Putin. Opozycyjna dziennikarka Ksienia Sobczak zna go od dziecka. Putin był w latach dziewięćdziesiątych zaufanym zastępcą jej ojca, mera miasta. Teraz w  krótkim liście otwartym do prezydenta Putina wzywa go do tego, by jego służby specjalne bardziej troszczyły się o bezpieczeństwo obywateli, niż zajmowały się walką z opozycją.






Po tragicznych wydarzeniach 3 kwietnia w St. Petersburgu Ksienia Sobczak zwróciła się z apelem do prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Putina. Dziennikarka wezwała szefa państwa do zmiany polityki w odniesieniu do służb specjalnych. Jej zdaniem powinny one przestać skupiać się na walce z opozycją, a skoncentrować się na działaniach mających na celu zapewnienie krajowi bezpieczeństwa.



List otwarty Ksieni Sobczak do prezydenta Władimira Putina





Ludzie wciąż przynoszą kwiaty na petersburską stację metra "Tiechnołogiczeskij Institut". W wyniku zamachu terrorystycznego śmierć straciło tam 14 osób.






Szanowny Władimirze Władimirowiczu,



3 kwietnia, gdy doszło do ataku w metrze, był pan w swoim rodzinnym mieście. Akcja terrorystów, celowo, lub nie, została przeprowadzona dosłownie pod pana nosem. Może nie w tak bezpośredniej odległości jak zabójstwo Niemcowa, ale tak czy inaczej bardzo blisko. W tamtej chwili pogrążony był pan całkowicie w rozmowie ze swym białoruskim kolegą Aleksandrem Łukaszenką. Być może dzielili się panowie doświadczeniem i dyskutowali jak efektywniej rozpędzać młodzieżowe demonstracje. U Białorusinów modne są armatki wodne, u nas jeszcze nie.

40 metrów pod ziemią

W tym czasie moja ciocia znajdowała się 40 metrów pod ziemią, na tym samym odcinku trasy petersburskiego metra. W dziesięć minut po tym, jak jej pociąg przejechał stację „Tiechnołogiczeskij Institut”, wybuchła bomba. Tylko tych dziesięć minut dzieliły naszą rodzinę od wielkiej ludzkiej tragedii.

Dlaczego do tego zdarzenia doszło w pana mieście, gdzie zna pan osobiście wszystkich wyższych oficerów FSB? Kilka dni wcześniej razem z kolegą zastanawialiśmy się nad problemem terroru. Tego rodzaju zdarzenia mają miejsce na całym świecie. W Londynie doszło do wybuchów, w Paryżu rozstrzeliwano ludzi. Fala terroru dociera wszędzie, jednak do tej pory omijała Piter. Zapewne dlatego, iż akt przemocy wobec tego miasta oznaczałby zamach na całą imperialną historię wielkiego mocarstwa, a także na wieloletni dorobek pańskiej prezydencji. A teraz terroryści dokonali zbiorowego zabójstwa u pana w domu.

Jednak kilka dni wcześniej widzieliśmy, jak uformowani w kolumnę funkcjonariusze RosGwardii, dowodzeni przez pana byłego adiutanta Zołotowa ratowali miasto przed uczniami. A już w kilka dni później przyszli do szkoły w Siestroriecku, by dokonać w niej pokazowej rewizji. Tam uczniów ustawiono twarzą do ściany. Podobno poszukiwano narkotyków.

Jak zarządzać organami?

Czy rzeczywiście zdaje się Panu, iż mamy do czynienia z prawidłowym wykorzystaniem naszych sił? Przez dziesięciolecia  dowodzony przez legendarnego pułkownika Korolia oddział do walki z terroryzmem nie dopuszczał do tego, by jakikolwiek łajdak popełnił coś podobnego. Teraz jednak został niemal doszczętnie rozwalony i pozbawiony oparcia w agenturze. Czy jest pan pewien, że tak należy zarządzać organami bezpieczeństwa państwa?

Zasiadając na szczycie kremlowskiej piramidy obserwuje pan, jak jedni funkcjonariusze KGB rozprawiają się z innymi. Niektórzy przyjaźnią się z biznesmenem Michalczenko, prawie już zniszczyli Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, tylko wydziały „E” do walki z blogerami i innymi wariatami miejskimi pozostają poza kontrolą, rozprzestrzeniają się po całym kraju.

Wiem dobrze, iż zawsze zwraca pan szczególną uwagę na wszelkie przejawy aktywności na ulicach. Zastanawiam się jednak, czy w sytuacji, gdy tak wielu odpowiednio wyszkolonych funkcjonariuszy zajmuje się kręceniem lodów, a także całymi dniami łowi w sieciach społecznościowych „nawalniętych”, przypadkiem nie odciągnął pan ich wszystkich od czegoś o wiele ważniejszego? Być może, w innym wypadku, nie przepuściliby Akbardżona Dżaliłowa, który w pańskim mieście mieszkał przez 6 lat, pracował w restauracji sushi i dołączył do radykalnie nastrojonych grup w sieci „wKontaktie”? To prawda, że nie krzyczał on „precz z Putinem”, więc może dlatego na niego nie zwrócono uwagi?

Mundial, pańska nowa zabawka….

A przecież za jakiś czas czeka nas turniej o mistrzostwo świata w piłce nożnej. To będzie pierwsze poważne wydarzenie podczas pańskiej czwartej kadencji prezydenta. Przed Olimpiadą przeżyliśmy zamach terrorystyczny w Wołgogradzie, ale czegoś podobnego przed Mundialem możemy nie przeżyć. Zwłaszcza, iż nasze stosunki ze światem zewnętrznymi nie są obecnie zbyt dobre. Przecież w takiej sytuacji mogą nam te mistrzostwa odebrać, a to w końcu pańska nowa zabawka.

Od dawna terroryści próbują wysadzić Moskwę. Niemal codziennie robią to na Kaukazie północnym. A teraz zabrali się za ukochane przez pana miasto, przynajmniej wielokrotnie pan o tym wspominał. Pańscy urzędnicy reagują tak, jak zwykle, organizują kolejne demonstracje poparcia. Gromadzą ludzi pod przymusem, domagają się uczestnictwa od pracowników sfery budżetowej i od studentów. Jest pan zadowolony? Czy pana zdaniem to odpowiednia reakcja?


Tłum.: ZDZ

Oryginał można znaleźć na portalu stacji telewizyjnej „DOŻD’”:
https://tvrain.ru/teleshow/bremja_novostej/obrascheniye-431874/





*Ksenia Sobczak (ur. 1981), ceniona dziennikarka rosyjska, publicystka stacji telewizyjnej „DOŻD’”. Córka byłego burmistrza St. Petersburga, Anatola Sobczaka. Aktywna uczestniczka protestów przeciw fałszerstwom wyborczym organizowanym przez demokratyczną opozycję w latach 2011-2012.







Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com








czwartek, 2 marca 2017

Rewizja. Jak to robią w Rosji Władimira Putina…



Dla rosyjskiego społeczeństwa obywatelskiego Zoja Swietowa jest osobą o szczególnym autorytecie. Jako dziennikarkę interesuje ją przede wszystkim los skazanych przez rosyjski wymiar sprawiedliwości. Odwiedzała areszty, więzienia, obozy pracy. Brała udział w społecznym śledztwie dotyczącym zamęczonego w więzieniu prawnika Siergieja Magnitskiego. Powszechnie szanowana pochodzi z rodziny o starych antyradzieckich, dysydenckich tradycjach. Jest matką trójki błyskotliwych młodych dziennikarzy, braci Filipa, Timofieja i Tichona Dziadko. Od jakiegoś czasu pracuje w finansowanym przez Michaiła Chodorkowskiego portalu „Otwarta Rosja”. Przedwczoraj w jej mieszkaniu przeprowadzono wielogodzinną rewizję. Bezpośrednio po jej zakończeniu zrelacjonowała przebieg rewizji zebranym na klatce schodowej w jej domu dziennikarzom.




Rewizja w mieszkaniu dziennikarki i aktywistki ruchu obywatelskiego Zoji Swietowej rozpoczęła się ok. godziny 11ej w dniu 28 lutego. Trwała ponad 10 godzin. Kiedy dobiegła końca, Swietowa wyszła do licznej grupy dziennikarzy obserwującej wydarzenie na klatce schodowej u niej w domu.



Swietowa:
Zabrali należący do mnie Ipad, różne fleszki, miałam na nich zapisane robione przeze mnie wywiady. Odebrano mi dokumenty robocze. Przepisali zawartość mojego komputera, wszystkie materiały wyjściowe. Chcieli też ściągnąć moją pocztę, ale coś im się tam nie udało. Jednak z jakimiś listami dali sobie radę.


Największą troską Zoji Swietowej jest ludzi pozbawionych wolności osadzonych w rosyjskich zakładach karnych. (Fot. zaczerpnięta z portalu Radio Swoboda)


Moim zdaniem to oburzająca historia. Rewizję przeprowadziło 8 funkcjonariuszy, 6 z nich było z FSB. Odbyła się w związku ze sprawą prowadzoną przez Komitet Śledczy Bastrykina. Czterej z nich przedstawili się, jeden z nich dyrygował operacją, oglądał wszystko, podejmował decyzje co należy zabrać. To był funkcjonariusz FSB Rosji, wszystkie nazwiska znalazły się w protokole. W operacji uczestniczyło jeszcze dwóch specjalistów, oni się nie przedstawili, ale w końcu udało nam się zorientować, iż oni także reprezentują FSB, Komitet Śledczy zaprosił ich do współpracy.

Policyjny fortel

Na początku zwyczajnie mnie oszukano. Zadzwonili do drzwi. Zapytałam: kto tam? Odpowiedzieli, iż przynieśli wezwanie na przesłuchanie. Ja na to: „wrzućcie do skrzynki”. Dopiero co się obudziłam, czułam się nie najlepiej, wciąż miałam na sobie piżamę. Ale potem, tego człowieka zrobiło mi się żal. Powiedział: „będzie potrzebny pani podpis”. Założyłam szlafrok i otworzyłam drzwi.  Na początku tam był tylko jeden człowiek, ale w chwilę później reszta podbiegła z dołu. Jeden z nich, od razu zaczął mnie filmować. Mam wrażenie, że musiał to być dziennikarz, może z telewizji NTV, albo z Life News, nie mam pojęcia, potem już się nie pojawiał. Od oficera śledczego usłyszałam potem, iż nie filmował nikt z jego współpracowników.

Próbowałam uniemożliwić im wejście do mieszkania. Zażądałam, by wezwano adwokata. Walczyłam z nimi, przypadkowo podrapałam jednego z nich, dziwne, bo nie mam żadnego manicure’u. Potem trzeba mu było przykleić plaster. Byłam naprawdę przerażona, że wejdą do mieszkania i nie będzie przy tym adwokata: „wchodzimy, zaczynamy rewizję”. Potem jednak obrońca dotarł na miejsce, na szczęście, nawet trzech, czy czterech, nawet nie wiem dokładnie ilu ich było. Pięciu? Może pięciu, przychodzili jeden po drugim.

Mam duże mieszkanie. Wszędzie zaglądali. Nie miałam telefonu komórkowego, oddałam go do naprawy. Dobrali się do komputera, postanowili, że przepiszą wszystkie dane. Najokropniejsze teraz jest to, iż mają wszystkie moje materiały robocze i wyjściowe.

Chcę podkreślić, że choć zostałam uznana za świadka nie mam nic wspólnego ze sprawą w której przeprowadzono rewizję. Jak przeczytałam w dokumentach, śledztwo dotyczy sprawy jakiegoś „Apatytu” z roku 1993 i chyba 1998 (w ramach walki z Michaiłem Chodorkowskim postawiono mu także zarzuty o nielegalne przejęcie akcji murmańskiego przedsiębiorstwa „Apatyt” – „MwR”). W tamtych czasach dopiero zaczynałam zajmować się dziennikarstwem. Nic o tej sprawie nie wiedziałam, nic mnie z nią nie łączy.

Kogo odwiedzała Pani w więzieniach? Terrorystów? Wrogów państwa?

Uważam z resztą, iż rewizję zarządzono się nie w związku z jakąś tam sprawą Jukosu, chodziło im o mnie. Jeden z funkcjonariuszy zaczął mnie wypytywać, czy nie mam czegoś wspólnego z organizacją pod nazwą „Ośrodek reform sądownictwa karnego”. O moich związkach z tą organizacją, o tym że jestem jednym z jej założycieli, informował w kilku artykułach portal o nazwie SM News. Ten funkcjonariusz znał ich publikacje.

Potem zaczął mnie pytać o działalność w Społecznej Komisji Kontroli (Zoja Swietowa była członkiem Komisji Społecznej monitorującej warunki w rosyjskich aresztach, więzieniach i obozach – „MwR”). . Chciał wiedzieć dokąd chodziłam, z kim się spotykałam, czy odwiedzałam terrorystów i zdrajców ojczyzny. Rzecz jasna odwiedzałam wszystkich znajdujących się w więzieniach. Tych samych sformułowań użyto we wspomnianych przeze mnie artykułach. Także liczebność grupy funkcjonariuszy przysłanych dla przeprowadzenia rewizji świadczy o tym, iż choć formalnie przyszli do mnie w jednej sprawie, a w rzeczywistości chodziło o inną.

To znaczy, że w ogóle nie pytano Panią o kwestie związane z „Apatytem”?

Swietowa:
Nie. Nie zadawali żadnych pytań. I trudno powiedzieć czego szukali. W rezultacie zabrali fleszki, stare komputery moich dzieci, to jest całkowitym bezprawiem, bo ja występuję tylko w charakterze świadka. Zabrali też telefon mojego biednego męża. To zupełnie niezrozumiałe, po co. Mojego męża z Chodorkowskim nie łączy nic.

Po co aż tylu funkcjonariuszy?

Jestem wstrząśnięta. Zwłaszcza tym, jak długo i jak wielu ludzi penetrowało mój dom. Rewizja trwała 11 godzin. Jestem wam wszystkim bardzo wdzięczna,  za waszą demonstrację solidarności. W rzeczywistości tego rodzaju działania mają jeden cel, napędzić strachu. Pracuję w „Otwartej Rosji” (fundacja i portal sponsorowane przez Michaiła Chodorkowskiego – „MwR”), jestem dziennikarką, otrzymuję za pracę wynagrodzenie, opłacam regularnie podatki, tak jak jest to uregulowane przez prawo. Podpisuję artykuły swoim nazwiskiem. Nie ukrywam współpracy z „Otwartą Rosją”, nie wstydzę się z tego powodu. Nie rozumiem jak to się wiąże ze sprawą „Apatytu”. Nie mieści mi się w głowie, że przeprowadzono u mnie w domu trwającą 11 godzin rewizję.

Tam był jeden szczególnie interesujący moment. Funkcjonariusz z FSB Rosji przeglądał papiery i znalazł wśród nich dokumenty dotyczące rewizji przeprowadzone u mamy i ojca, ponad 30 lat temu. Patrzy na nie i mówi: „Jakie to interesujące, widzę tu nazwiska znanych mi osobiście funkcjonariuszy”. A ja na to: „ja myślałam, że wszyscy już umarli”. Szukałam ich, chciałam się z nimi skontaktować, porozmawiać. On na to: „nie, oni jeszcze nie umarli”. Wyobraźcie sobie, upłynęło ponad 30 lat, i nagle ci ludzie znów do mnie przychodzą. Tylko obecna rewizja odbyła się w innym mieszkaniu, przeprowadziliśmy się, ale i tak wygląda na to jakbyśmy chodzili po kole. Jedyne dobre, co się w tym wszystkim wydarzyło, nie zabrali tego starego protokołu rewizji sprzed lat. On ma przecież wartość historyczną.

Jak 30 lat temu

Cała ta historia jest skandaliczna. Odbywa się właśnie Forum Ekonomiczne w Soczi, teraz też przeczytałam, że Sąd Najwyższy zamierza zdekryminalizować paragraf dotyczący demonstracji. A tu do mieszkania dziennikarki przychodzą z rewizją.

Cały czas powtarzałam im niczym papuga: „przecież, wam całkowicie brakuje wyobraźni. Nie potraficie sobie wyobrazić, że taka sama historia może przydarzyć się i wam.”Funkcjonariusze zdecydowanie niegrzecznie potraktowali moją córkę, nie pozwolili jej wyjść na spacer z psem.” Dokładnie 30 lat temu zdarzyło się to samo, mnie też podczas rewizji u rodziców nie pozwolili wyjść z psem na spacer. A potem pozwolili nam wyjść pod strażą.

Kiedy dotarł pierwszy dziennikarz, zabrano mu telefon, potem mu go nie oddano, to bezprawie. I bardzo długo starali się dopuścić adwokata. Z tego wynikł poważny konflikt, powtarzali przez cały czas: „żadni adwokaci nie są potrzebni”. Cały czas mnie oszukiwali.


Zoja Swietowa po rewizji w drzwiach mieszkania. 
Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że od dawna trzymam w domu wezwanie na przesłuchanie w dniu 27 listopada. Od tamtej pory mój adwokat kontaktował się z nimi wielokrotnie, potwierdzając, że gotowa jestem się stawić. Ale wezwania nie ponowiono. A teraz uciekli się do oszustwa. Najpierw funkcjonariusz stwierdził, że musi dostarczyć wezwanie, w rzeczywistości jednak zaczęła się rewizja. Na jakiej podstawie ją zarządzono? To jest absolutnie nieuzasadnione. Sami tez się zmęczyli, rewizja trwała ponad 10 godzin, przyszli o 11ej, a teraz mamy 22ą. Zmęczyli się i powiedzieli: „teraz już na przesłuchanie pani nie zabierzemy, proszę jednak nigdzie nie wyjeżdżać.” Potem śledczy dodał już coś bardzo śmiesznego: „Zobowiązanie do nie informowania…”. A potem sam zapytał: „O czym nie informować?” Rozumiecie to sam zadał tego rodzaju pytanie, a o czym tu nie można informować

Jeśli chcieliby się ode mnie czegoś dowiedzieć, zabraliby mnie teraz na przesłuchanie. Ale przez chwilę miałam też wrażenie, że zamierzają mnie posadzić.

Jak mi się wydaje, idzie tu jakąś sprawę, którą najwyraźniej zamierzają spreparować. Właśnie dlatego, że piszę regularnie dla „Otwartej Rosji”. Poruszam najostrzejsze tematy. Jak inaczej wytłumaczyć, dlaczego w rewizji uczestniczyło tak wielu funkcjonariuszy, w dodatku  świetnie zorientowanych w tym co robię i czym się zajmuję… Jeden z nich próbował zdobyć moje zaufanie, zadawał dodatkowe pytania. Przy tym zostawili w spokoju moje notatniki, w których zbierałem notatki na temat pracy w charakterze członka Społecznej Komisji Kontroli. To ich nie interesowało.

Najważniejsza była dla nich moja poczta, żeby w niej pogrzebać, i żeby zabrać mój komputer. Zorientowałam się też, że podsłuchiwali mój telefon. W pewnym momencie znaleźli na przykład dokumenty mieszkaniowe mojego syna. I pytają: „to pani to przeprowadza remont?” A ja niedawno przez telefon rozmawiałem z budowlańcem, chciałam, żeby wziął się za tę robotę. Oto dowód, że telefony były podsłuchiwane. Za to z pocztą…. Nie mają do niej dostępu i nie mogą jej sprawdzić? Czy też chcieli mnie po prostu nastraszyć, żeby odeszła z pracy w „Otwartej Rosji”. I nastraszyć przy okazji innych dziennikarzy. Inaczej nie potrafię tego wytłumaczyć.

Staram się zrozumieć ich logikę. Wszyscy powtarzają, iż szukanie logiki w działaniach FSB nie ma sensu. Ale przecież musicie się z tym zgodzić, przesłuchiwanie dziennikarza w związku ze sprawą Jukosu wygląda co najmniej dziwnie. Ja pracuję w portalu, osobiście nic nie wiąże mnie z Chodorkowskim. Nie znam go osobiście, za to wiele razy widziałam go w sądzie.

Tam były jeszcze jakieś nazwiska, Brudno, Lebiediew. Lebiediewa również widziałam w sądzie. A ten Brudno, w ogólne nie mam pojęcia kim on jest. Słyszałam jego nazwisko, ale nigdy o nim nie pisałam, jak mi się wydaje ten człowiek mieszka gdzieś za granicą.

Zbliżają się u nas wybory. Taka historia skierowana przeciw dziennikarzom na pewno nie jest potrzebna. Adwokaci nie zostawią tego tak, zostanie wniesiona skarga do Trybunału Europejskiego. Tego nie można tak zostawić. To była taka dziwna rewizja…


Oryginał ukazał się na portalu niezależnej stacji telewizyjnej TV DOŻD’





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com



Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego.








wtorek, 1 listopada 2016

Karcer i tortury



Moskiewskie protesty z lat 2011-2012 przestraszyły władze rosyjskie nie na żarty. Od kilku lat Kreml konsekwentnie prowadzi politykę mającą na celu sparaliżowanie działalności opozycyjnej. Nasilono działania propagandowe, przyjęto szereg drakońskich ustaw i przepisów. Na podstawie jednej z nich wprowadzono do kodeksu karnego artykuł, przewidujący karę pozbawienia wolności za wielokrotny udział w pikietach i demonstracjach organizowanych bez uzgodnienia z władzami. Znaleziono sposób umożliwiający zatrzymywanie działaczy wyrażających protest w formie pikiety jednoosobowej. Ildar Dadin, wielokrotnie brał udział w akcjach protestacyjnych opozycji. Często wychodził na pikiety. Jako pierwszy trafił do obozu karnego na podstawie nowego artykułu kodeksu karnego. Skazano go, by przestraszyć innych opozycjonistów. Wysłano go do obozu, gdzie poddawany jest biciu i torturom. Jego przejmujący list do żony Anastazji Zotowej mówi wszystko….
 




"Meduza" publikuje list Ildara Dadina wysłany do żony Anastazji Zotowej. Daduj opowiada w nim o torturach stosowanych w obozie karnym IK-7 w Siegieżu. Tortury sa stosowane z inicjaty kierownictwa. Dadin, jako pierwszy został skazany na podstawie artykułu przewidującego kary pozbawienia wolności za "wielokrotnie naruszenie przepisów regulujących organizację, lub przebieg zebrań i demonstracji" (art. 212.1 Kodeksu Karnego. Dadin, nim trafił na ławe oskarżonych, był wielokrotnie aresztowany za uczestnictwo w jednoosobowych pikietach.



List został zapisany 31 października 2016 roku przez adwokata Aleksieja Lipcera na podstawie słów Dadina.


Podczas jednego z zatrzymań policja pobiła Ildara Dadina




Nastiu !

Jeśli uznasz, że informację o tym, co dzieje się ze mną, należy opublikować, postaraj się, by została upowszechniona jak najszerzej. To zwiększy moje szanse na przeżycie. Musisz wiedzieć, że w kolonii IK-7 istnieje prawdziwa mafia, do niej należy cała administracja zakładu karnego. Z obozową mafią związani są naczelnik kolonii, major służby wewnętrznej, Siergiej Leonidowicz Kossijew i całkowita większość funkcjonariuszy, włączając lekarzy.


Karcer na powitanie


Od chwili przybycia do kolonii w dniu 10 września 2015 roku, odebrano mi praktycznie wszystkie rzeczy. Podrzucono mi dwa ostrza, zaraz potem "znaleziono" je podczas rewizji. To tutaj praktyka stosowana powszechnie, stosuje się ją po to, by nowo przybyłych od razu wysłać do karceru. Chodzi o to, by zrozumieli, że znaleźli się w piekle. Do karceru skierowano mnie bez żadnego postanowienia. Równocześnie odebrano mi wszystkie rzeczy, w tym mydło, szczotkę do zębów, pastę do zębów, a nawet papier toaletowy. W odpowiedzi na te niezgodne z prawem działania, ogłosiłem głodówkę.

11 września 2016 roku przyszedł do mnie naczelnik kolonii Kossijew wraz z trzema funkcjonariuszami. Wspólnie zaczęli mnie bić. Tego dnia pobito mnie cztery razy, za każdym razem, kopiąc nogami biło mnie 10-12 funkcjonariuszy. Kiedy pobili mnie po raz trzeci, wepchnęli mi głowę do klozetu znajdującego się w celi karceru.

12 września 2016 przyszli do mnie funkcjonariusze i kajdankami skuli ręce za plecami. Potem podwiesili mnie na kajdankach. Tego rodzaju tortura powoduje niemożliwy do wytrzymania ból w nadgarstkach. Masz wykręcone stawy, odczuwasz dziki ból pleców. Tak wisiałem przez pół godziny. Potem ściągnęli mi majtki i powiedzieli, że zawołają innego skazańca, by mnie zgwałcił. Nie będzie tego wszystkiego, obiecano, jeśli odwołam głodówkę. Po tym wszystkim, zaprowadzono mnie do gabinetu Kossijewa, tam w obecności innych funkcjonariuszy usłyszałem od niego: "Jeszcze mało cię bili. Jeśli wydam funkcjonariuszom polecenie, będą cię bić o wiele mocniej. Spróbujesz się poskarżyć - zabiją cie i zakopią za płotem". Później bili mnie regularnie, po kilka razy na dzień. Regularne bicie, znęcanie się, poniżające wyzwiska, wszystko to robią także z innymi więźniami.

Wszystkie późniejsze nagany i osadzenia w karcerze były sfabrykowane, oparte były na jawnych kłamstwach. Wszystkie filmy video, na których ogłasza się moje nagany zostały zainscenizowane. Zanim zaczynało się filmowanie, mówiono mi, jak mam się zachowywać i co mam robić. Ostrzegano, bym nie okazywał sprzeciwu, żądano bym patrzał w podłogę. Ostrzegano, iż jeśli się nie posłucham, zostanę zabity i nikt się o tym nie dowie, nikt bowiem nie wie nawet, gdzie się znajduję.

Nie wolno mi wysyłać żadnych listów bez kontroli i pośrednictwa administracji, w niej zaś zapowiedziano, że jeśli będę pisał skargi, pozbawią mnie życia.

Nastiu !

W pierwszym liście z IK-7 pisałem o ETPC, w ten sposób próbowałem obejść cenzurę. To była taka drobna aluzja, iż nie wszystko ze mną jest w porządku, i że potrzebuję pomocy (żaden list Ildara z kolonii do mnie nie dotarł - przyp. Anastazja Zotowa).


Blokada informacyjna


Chciałem cię poprosić, byś opublikowała ten list, przede wszystkim dlatego, iż poddany jestem w kolonii całkowitej blokadzie informacyjnej. Nie wiedzę żadnego innego sposobu, by ją przełamać. Nie proszę, byście starali się mnie stąd wyciągnąć, przenieść do innego zakładu karnego. Nie chcę stąd uciekać, nie pozwala mi na to sumienie, zamierzam dalej walczyć, także po to, by pomóc pozostałym. Nie boję się śmierci. Najbardziej boję się, że poddam się, nie wytrzymując tortur.



Ildar Dadin od kilku lat brał aktywnie udział w demonstracjach opozycji, wychodził na jednoosobowe pikiety. 

Jeśli w Rosji jeszcze nie zlikwidowano "Komitetu do Walki z Torturami", może warto się do nich zwrócić, by udzielili nam pomocy, mnie i innym więźniom, może dzięki ich wsparciu zostałoby uznane nasze prawo do życia i bezpieczeństwa. Chciałbym, by ogłoszono publicznie, iż major Kossijew wprost grozi mi śmiercią, za to, że próbuje się skarżyć na to, co tu się wyprawia. Byłoby dobrze, gdyby udało ci się znaleźć adwokata, który mógłby stale znajdować się w Siegieżu, by udzielać nam pomocy prawnej.

Czas działa przeciw mnie. Zapisy z video monitoringu nakręcane w celi pomogłyby udowodnić, że torturowano mnie i bito, jednak szanse na to, że je zachowano, są niewielkie. Jeśli teraz, znów zaczną mnie torturować, bić i gwałcić, mało prawdopodobne, bym wytrzymał dłużej, niż tydzień. Jeśli zdarzy się, że nagle, nieoczekiwanie straciłem życie, mogą ci powiedzieć, że popełniłem samobójstwo, że przyczyną był nieszczęśliwy przypadek, że zastrzelono mnie podczas próby ucieczki, albo, że pobiłem się z innym więźniem. Wszystko to będzie kłamstwem, sfabrykowanym po to, by ukryć, iż dokonano zaplanowanego mordu, mającego na celu wyeliminowanie świadka i ofiarę tortur.

Kocham cię i nie tracę nadziei, że znów kiedyś cię zobaczę.




Tłum.: ZDZ




List publikujemy za portalem "Meduza". Można go znaleźć także na wielu innych stronach i portalach w rosyjskim Internecie: https://meduza.io/feature/2016/11/01/izbivali-po-10-12-chelovek-odnovremenno-nogami





* Ildar Dadin (ur. 1982), działacz rosyjskiej opozycji , więzień sumienia, skazany w 2015 roku na trzy lata pozbawienia wolności. Sąd wyższej instancji skrócił później wyrok do 2,5 roku. Dadina jako pierwszego zesłano do obozu karnego  na podstawie nowego, uchwalonego w 2014 roku nowego  artykułu kodeksu karnego, przewidującego kary pozbawienia wolności za "wielokrotne naruszenie przepisów o organizacji zebrań i demonstracji". Przed aresztowaniem Dadin wielokrotnie uczestniczył w pikietach i demonstracjach w obronie więźniów politycznych, czy przeciwko wojnie na Ukrainie.










Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com



Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego.




wtorek, 13 września 2016

Monolog generała



Był jednym z najbardziej wpływowych ludzi w Rosji w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Wszędzie, jak cień towarzyszył prezydentowi Jelcynowi. Ale general Aleksander Korżakow był nie tylko szefem jego ochrony. Przyjaźnili się, razem pili, spotykali na uroczystościach rodzinnych. Jak przyznaje sam Korżakow, podczas choroby Jelcyna, musiał wręcz wypełniać funkcję głowy państwa. Przestał być faworytem Jelcyna latem 1996 roku. Korżakow uważał , iż Jelcyn nie ma szansa na zwycięstwo w wyborach prezydenckich, był za ich odłożeniem. Po swej dymisji Korżakow nie odszedł z polityki, trafił do parlamentu. Jednak starał się trzymać język za zębami. Rozumiał, iż na razie w trosce o własne bezpieczeństwo nie powinien dzielić się wiedzą o kulisach rosyjskiej polityki. Dziennikarz portalu Mediazona Maksym Sołopow namówił jednak generała na garść interesujących wspomnień.


Generała Aleksandra Korżakowa wysłuchał Maksym Sołopow



Maksym Sołopow wybrał się z wizytą do podmoskiewskiej wioski Mołokowo. Odwiedził w niej jednego z samych wpływowych ludzi w Rosji w latach dziewięćdziesiątych, byłego ochroniarza Borysa Jelcyna i założyciela Służby Bezpieczeństwa Prezydenta, generała Aleksandra Korżakowa.





Był jednym z najbardziej wpływowych ludzi w Rosji w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Generał Korżakow był nie tylko ochroniarzem, ale i bliskim przyjacielem prezydenta Jelcyna. 




Byłem jednym z lepszych oficerów KGB, wiele razy zdobywałem mistrzostwo w różnych dyscyplinach sportu, w strzelaniu, siatkówce, biegu sportowym na orientację. Potem, proszę wybaczyć, byłem w Afganistanie. Specjalnie w tym celu wydano mi paszport zagraniczny. Wówczas dostawał go mało kto. Zaczęli mnie wysyłać w świat. Byłem we Francji, Czechach, Anglii, Chinach. To znaczy, że cieszyłem się zaufaniem. Zwolniono mnie w 1989 r. Za co? Za to, że poszedłem na urodziny niszczonego wówczas Jelcyna. Tylko się zastanów, czy odwiedziłem bandytę? Byłem na urodzinach jakiegoś Rotenberga (jeden z oligarchów ery Putina, jego przyjaciel jeszcze z czasów leningradzkich - "mediawRosji").? Odwiedziłem faceta, który był ministrem w rządzie ZSRR, członkiem Komitetu Centralnego. Członkiem KC!  Może nie Biura Politycznego,  ale co z tego…. Potem pracowałem u niego jako ochroniarz przez ponad dwa lata. Znaleźliśmy wspólny język. Został moim starszym druhem. I za to mnie wtedy zwolniono.

Emerytura

To była inicjatywy Jurija Plechanowa, naczelnika Zarządu Dziewiątego (jednostka KGB zajmująca się ochroną najważniejszych osób w ZSRR i gości przybyłych z zagranicy). Sam Kriuczkow (ostatni przewodniczący KGB) jeszcze mnie nie znał, ale Jelcyna śledzono. Nawet wtedy o tym nie myślałem. Miałem jedno marzenie, by z emeryturą w wysokości 250 rubli przenieść się na wieś do matki, wybudować tam dom, a mieszkanie w mieście oddać córkom. Od dziecka kochałem wieś. Od razu, gdy przywieziono mnie tu po raz pierwszy, pokochałem tę okolicę. Nigdy nie byłem na obozie pionierskim. A tu nagle mnie zwalniają. Dobre sobie! Zacząłem pytać o wysokość emerytury. 200 rubli, a mogło być 250. 50 rubli w czasach radzieckich, na tamte pieniądze, oj, oj, to było strasznie dużo. Mama z ojcem dostawali wówczas 120 rubli, później 132. I byli szczęśliwi.

Jeden ze znajomych zaproponował mi pracę w archiwum. Odmówiłem. Teraz myślę, iż może zrobiłem błąd. Tam, jak się okazuje, jest wiele ciekawych rzeczy. Ale w tamtych czasach jeszcze byłem wysportowany. Potrzebowałem ruchu, działania. I wtedy ktoś z naszych, kto wcześniej przeszedł na emeryturę, zaproponował mi pracę w kooperatywie "Plastik". Wtedy już działały kooperatywy. Wynagrodzenie - 1000 rubli. W KGB zarabiałem 300, a tutaj tysiąc. "A co tu trzeba robić? - pytam. - To samo". W porządku, spróbuję. Mamakina, tego alkoholika,  wziąłem jako zastępcę (były funkcjonariusz Zarządu Dziewiątego KGB, później kierownik sekretariatu i sekretarz Jelcyna). Zrobiłem z niego człowieka. Potem przyjęliśmy ludzi, napisaliśmy instrukcje, ułożyliśmy kalendarz. Mamakin był świetnym sztabowcem. We dwójkę zorganizowaliśmy pracę służby ochrony. Już po kilku miesiącach zacząłem zarabiać 3000 rubli.

Skrzynka bananów

Żona była szczęśliwa. Przy takiej pensji samochód Ładę można było kupić w ciągu dwóch miesięcy. Żona mówiła potem, że to był najlepszy okres w naszym życiu.

Idę po ulicy, widzę sprzedają przyzwoite banany. Mówię konwojentowi, "zanieś kilka skrzynek do mojego samochodu". Każda skrzynka kosztowała 21 rubli, daję mu 50 za dwie. Patrzę, sprzedają czereśnie. Cztery, pięć rubli za kilo. Ludzie kupują po 30-40 deko. Forsy brak. A ja mówię, "dla mnie proszę całą skrzynkę".

Takich kooperatyw było już wtedy sporo. Uaktywnił się świat kryminalny, zaczęto wtedy mówić o braciach Kwantriszwili. Ja w żaden sposób nie ucierpiałem. Wzięliśmy do siebie sportowców, zapaśników, bokserów. Miałem świetnych chłopaków. Podczas szkolenia dawaliśmy im odpowiednie instrukcje: "Jeśli zaczynają strzelać, walcie się na podłogę samochodu. Do diabla, macie ratować życie. A tamci, w cholerę. Sami widzicie skąd mają kasę."

Składki partyjne

Odeszliśmy już stamtąd, ale jeszcze przez półtora roku płaciliśmy z Mamakinem składki partyjne. Ogromne. Prawie po 500 rubli (zgodnie ze statutem KPZR, członkowie partii o dochodach powyżej 300 rubli, winni byli płacić składki w wysokości 3% zarobków). Specjalnie chodziliśmy płacić składki w dzień wypłaty. Dzwoniliśmy na Kreml, przepuszczali nas do Arsenału, do naszego starego biura. Ludzie stawali w kolejce, by popatrzeć jak płacimy. Po pół roku przepędzono nas i zmuszono byśmy przenieśli się do organizacji partyjnej w administracji budynku, pod adresem zamieszkania. Mieszkańcy, emeryci, zaczęli nas nachodzić, pytali, kiedy zapłacę składki. Wtedy napisałem oświadczenie, iż  zawieszam swoje członkostwo w KPZR aż do momentu, gdy zostanie rozstrzygnięta kwestia powołania wewnątrz partii Platformy Demokratycznej. A oni tam dyskutują na mój temat, obsmarowują, zażądano, żebym oddal legitymację. Nie wy mi ją dawaliście. I dlatego wciąż ją zachowałem.

Chodziłem na demonstracje popierające Jelcyna. Kupiłem sobie specjalne stylisko do łopaty, doczepiłem do niego tablicę z plakatem "Ręce precz od Jelcyna". Brałem udział w demonstracjach "DemRossiji" jako szeregowy uczestnik. Nie byłem wtedy jeszcze ochroniarzem Jelcyna. Za to moje fotografie przekazywano z rąk do rąk w Zarządzie Dziewiątym KGB: "To on, zdrajca. Zobaczcie jak się stoczył. Przefarbował się. Major KGB."

Trzy adresy

W tamtym czasie zaprzyjaźniliśmy się z Jelcynem jeszcze bardziej. Do momentu, kiedy nie upadł z mostu. Do dziś niewiadomo, co się wtedy stało. Wtedy koledzy, choć jeszcze przez kilka miesięcy pracowałem w "Plastiku", powierzyli mi stanowisko szefa jego ochrony. Kierownictwo kooperatywy marzyło, żebym wrócił. Odszedłem stamtąd ostatecznie we wrześniu 1990 roku, ale dopiero w styczniu 1991 zostałem pozbawiony etatu definitywnie. Zrozumieli, że już nie wrócę.

Za to Jelcyn poszedł do góry. Ale mnie były potrzebne pieniądze, w końcu miałem na utrzymaniu dwoje dzieci. Żona znalazła sobie pracę w cerkwi, ale przyzwyczailiśmy się już do mojego niezłego wynagrodzenia. Poprosiłem wtedy naszego kolegę Siergieja Trubę z DemRosiji, by wypłacano mi wynagrodzenie w wysokości 300 rubli. Razem z emeryturą już dawało się żyć. Ten facet przekazał mi 3 adresy: "pod nie możesz przyjeżdżać po pieniądze co miesiąc, takiego a takiego dnia". Więc jeździłem pod różne adresy, podpisywałem się i w różnych kooperatywach dostawałem po 100 rubli. W jednej zatrudniono mnie jako budowlańca, w innej kontrolera, w trzeciej ochroniarza. Nie było to przyjemne. Czułem się jak bandyta z mafii. Moje stanowisko ochroniarza Jelcyna miało całkowicie nieformalny charakter.

Ochroniarz Jelcyna

Jeździłem wtedy do Tuły. Żeby ochraniać Jelcyna, kupiłem tam dwie strzelby. Kiedy przemieszczaliśmy się samochodem, woziłem ze sobą rakietnice i nóź desantowy. Ale z bronią mogłem się narwać na wielkie problemy, nóż przywiozłem jeszcze z Afganistanu, więc dałem sobie z nim spokój. Z resztą za nóż by mnie nie wsadzili. Nie miałem żadnych pistoletów. Nawet wówczas, gdy dostawałem od kogoś pistolet gazowy, zaraz potem przekazywałem go komuś innemu. Za to nie rozstawałem się z rakietnicą myśliwską. Dobrze wiedziałem, że jeśli wystrzelić z niej w zagrażający nam samochód, to skutek będzie natychmiastowy.

Powiedział pan słusznie, w 1991 roku uratowaliśmy wszystkich, którzy do dziś znajdują się u władzy. Ale oni nie mieli nic wspólnego z rewolucją demokratyczną. Autorami rewolucji są fanatycy, ale władza wpada w ręce niegodziwcom. Nie znoszę naszych rządzących. Znam ich wszystkich.

Jak założyłem FSO…

Cały Zarząd Dziewiąty KGB liczył sobie 15 tysięcy ludzi. Teraz w FSO pracuje blisko 50 tysięcy. Kiedy odszedł Jelcyn, było ich 13 tysięcy. I wystarczało, ochraniali gubernatorów, premierów, sędziów Sądu Konstytucyjnego, Najwyższego, ochraniali też dacze.

To ja stworzyłem Służbę Bezpieczeństwa Prezydenta. Teraz ta nazwa wywołuje wiele spekulacji, ale w rzeczywistości osobista służba ochrony prezydenta jest częścią Federalnej Służby Ochrony. Zaraz po puczu, powołałem do życia oddzielną strukturę, Główny Zarząd Ochrony. Podlegał bezpośrednio prezydentowi, nie tak jak w Zarządzie Dziewiątym, gdy nadzór należał do Oddziału Pierwszego. Ja napatrzyłem się na ten Oddział Pierwszy. Więc rozwiązaliśmy dziewiątkę i odtworzyliśmy, jak w czasach Stalina, oddzielną strukturę. Ochrona rządu i enkawudziści, którzy nocami przeprowadzali aresztowania, ty byli różni ludzie. Różnili się przede wszystkim pod względem psychologicznym.

Dlaczego nigdy nie potępiałem Władimira Miedwiediewa, naczelnika ochrony Gorbaczowa, za to, iż porzucił prezydenta na daczy w Forosie? (mowa o puczu w sierpniu 1991 roku - "mediawRosji"). Miedwiediew dostał rozkaz od Plechanowa, który osobiście przyleciał do Gorbaczowa. Miedwiediew był jego podkomendnym, zajmował stanowisko zaledwie szefa oddziału. Zabieraj rzeczy i wynoś się ! Powinienem pójść do niego, poinformować Michaiła Siergiejewicza…. - Wynoś się….




Podczas sierpniowego puczu w 1991 roku Aleksander Korżakow nie odstępował Borysa Jelcyna na na chwilę. 



Zmieniłem wszystko tak, żeby było jak przy szefie ochrony Stalina, Nikołaju Własiku. Teraz szef ochrony podporządkowany jest tylko pierwszej osobie w państwie. Jeśli zechce mnie zdjąć, proszę bardzo. Ale nie może przyjechać jakiś generał i zarządzić, żebym porzucił swoje stanowisko. Wszystkimi innymi niech zajmuje się FSO. Niech ochraniają Dumę, patriarchę, Pudrina, kogokolwiek.

Swój człowiek u każdego gubernatora

Kiedy powstawała FSO, wszyscy nasi mini prezydenci (szefowie republik - MZ), wszyscy gubernatorzy też organizowali swoją ochronę. Po roku 1991, zwłaszcza po roku 1993, ruszyła cała fala, wszyscy zamawiali sobie własnych ochroniarzy. Jeden bal się bandytów, inny komunistów. I kogo brali do tej ochrony? Albo byłych żołnierzy specnazu, albo byłych sportowców. Mają mocne pięści, ale nie potrafią obchodzić się z bronią. Albo potrafią, ale nie mają pojęcia o przepisach. Wszystko to było zgniłe. Przyszedł mi do głowy pomysł, poszedłem z nim do prezydenta.  "Niech pan pozwoli, weźmiemy wszystkie te ochrony pod nasze skrzydła". Jeśli nie potrafisz powstrzymać jakiegoś procesu, powinieneś nim pokierować. Masz forsę? Chcesz wynająć sobie ochronę? Proszę bardzo, ale tylko spośród etatowych funkcjonariuszy FSO…

O co chodziło? Wszystkich tych ludzi zbieraliśmy u siebie w Kuławnie, tam mieliśmy świetny obóz treningowy. Popracujemy dwa tygodnie, poćwiczą strzelanie, walkę na macie, poznają przepisy. I zrozumieją choć trochę, co to takiego prawo i przepisy. Jeśli nie służyłeś w wojsku, damy ci stopień młodszego sierżanta, po dwóch latach będziesz podporucznikiem. Ci ludzie byli szczęśliwi.

Jeśli wezmę pistolet i kogoś zastrzelę, posadzą mnie. Ale jeśli jesteś funkcjonariuszem FSO i o bronisz ochranianego człowieka, to już całkiem inna historia. Wyszkoliliśmy tych sportowców, daliśmy im status prawny. Tak właśnie pojawiła się Federalna Służba Ochrony.

To już nie była służba taka jak GUO (Główny Zarząd Ochrony), która ochraniała Kreml, dacze państwowe w pobliżu Moskwy, plus po jednej daczy w Karelii i w Soczi. Stary GUO rozszerzyliśmy na cały kraj. Z chłopakami pracowali nie tylko instruktorzy, ale także funkcjonariusze operacyjni. Zazwyczaj świetni profesjonaliści, starzy czekiści, wiedzieli kogo i jak zwerbować. Więc proszę na to zwrócić uwagę, w ochronie każdego gubernatora mieliśmy swojego człowieka. Jeśli tam zaczynało się coś złego, dowiadywaliśmy się o tym pierwsi. I Jelcyn wiedział doskonale, iż nie są szykowane żadne spiski.

Korupcja

Nasi funkcjonariusze operacyjni walczyli także z korupcją. Oddelegowaliśmy ich do dwóch różnych oddziałów, "K" odpowiadał za administrację prezydenta, "P" za rząd. Przegnaliśmy z rządu 14 ludzi, na czele z pierwszym wicepremierem Aleksandrem Szochinem. Pożegnaliśmy się z szefem administracji prezydenta Siergiejem Fiłatowem. To był skorumpowany łajdak, współpracował z chuliganami, złodziejami, zbudowali mu prywatny dom, o wiele bogatszy, niż mój. Samo ogrodzenie z żeliwa kosztowało 400 tysięcy dolarów.

A jak wygląda moja sytuacja? Moje książki wychodziły w milionowych nakładach, wiele kontraktów podpisałem z różnymi radiostacjami. One moją książkę "Jelcyn od świtu do zmierzchu" czytały u siebie na antenie.

Ale w mojej książce są zaledwie 3% prawdy. Dziś można już opowiedzieć o wiele więcej. Dawniej wydawało mi się, iż pisanie o pewnych rzeczach będzie nie w porządku. Ale teraz zrozumiałem, co oni tam wyprawiają.

Teraz dużo mówi się o Szuwałowie (pierwszy  wicepremier, bohater prowadzonych przez Aleksieja Nawalnego śledztw). Z tyłu, za moim garażem stoi dom jego dawnego komendanta. Odszedł, nie był w stanie dalej pracować. Kiedy aktualna była historia ze Skołkowem (nieukończony projekt rosyjskiej Doliny Krzemowej, promowany w czasach prezydentury Miedwiediewa - "mediawRosji"), Szuwałowowi pieniądze przywożono ciężarówkami. Przywozili mu je do domu, w pudłach, workach, w ogromnych paczkach. Wrzucali do szaf na ubrania.

Murow. Jak można go było tolerować?

Odszedł teraz Jewgienij Murow (dyrektor FSO w latach 2000-2016). Jak długo można go było jeszcze tolerować? Zwolnił takiego człowieka, jak Aleksiej Aleksandrowicz Diomin. Tylko nie pomyl go z byłym ochroniarzem Putina, gubernatorem obwodu tulskiego Diuminem. Losza za czasów Gorbaczowa dostał najwyższe odznaczenie, order Lenina, w Zarządzie Dziewiątym KGB było tylko dwóch takich ludzi. To oni w ciągu 6 miesięcy wybudowali dla Gorbaczowa, na działce o powierzchni 66 hektarów, daczę "Barwicha". Po wygnaniu Gorbaczowa, także Jelcyn miał ochotę, by w niej zamieszkać.

Przyszedł Putin i mianował Murowa. We wszystkich wywiadach z 1996 roku mówiłem, że ten facet jest skorumpowanym łapówkarzem. Jednak gazety to wycinały, bano się FSO. Zaraz po swojej nominacji Murow wezwał swego zastępcę do spraw budownictwa, Diomina. Po moim odejściu, mój następca Jurij Krapiwin mianował Loszę na generalskie stanowisko.

Murow zwołał zebranie, gdy dobiegło końca zarządził: " wy Diomin, zostańcie".

Codzienne spotkania u Murowa przewidziane na pięć minut ciągnęły się po trzy godziny. Jakaś brednia. Po co brali w nich udział kucharze? Dlaczego w ich obecności omawiano sprawy, o których dowiedziałeś się tylko od samego prezydenta. Znać je powinni tylko funkcjonariusze operacyjni. Tak się nie da. Nigdy nie robiłem wielkich zebrań.

Wcześniej Murow nigdy niczym nie zarządzał. Putin go mianował, bo siedzieli razem w jednym gabinecie. Putin uważał, że Murow jest mu oddany. Ale kiedy Murow spotkał swojego zastępcę do spraw budownictwa, powiedział mu od razu: "Policzmy się, proszę bardzo. Od każdego kontraktu, umowy należy się 10%". Losza o mało co nie upadł z wrażenia. Ale wyżej pójść się już nie da. Wyżej jest tylko Pan Bóg. I jeśli kraść w takim miejscu? Tak wcześniej nigdy nie było. Losza harował uczciwie, przepracował tyle lat. Wyszedł i od razu napisał podanie o dymisję. Ze stanowiska generalskiego. Kiedy Murow chciał na nie wybrać któregoś z podległych mu funkcjonariuszy, wszyscy odmówili.

Wtedy Murow wziął Saszkę, mojego dawnego szefa sztabu i mianował go zastępcą do spraw budownictwa. Po dwóch latach Sasza w stopniu generała porucznika odszedł na emeryturę. I zarobił dwa zawały serca. Tacy teraz przychodzą do FSO i innych organów ochrony prawa. Ci, którzy spekulują na patriotyzmie nie są ludźmi. Można to określić jednym słowem, taniocha. Putin zwolnił Murowa nie tylko za korupcję, a tak jak w wypadku Jakunina za angielskie paszporty. Miał je sam Murow, albo jego dzieci.

Spisek generała Rochlina

Co to zapytanie, czy wierzę w spisek Rochlina? Sam brałem w nim udział. Lew Rochlin (przywódca Ruchu Poparcia dla Sil Zbrojnych, general armii) przygotował rysunki, na ich podstawie zacząłem przygotowania mające na celu przerzut korpusu Rochlina z Wołgogradu do Moskwy. Do dziś czekają na mnie w fabryce im. Skuratowa w Tule.

Tak byłem uczestnikiem tego spisku. Wcale się nie wstydzę. Kiedy funkcję regenta wypełniał Anatolij Czubajs, nie trzeba było wiele wysiłku, by zająć Kreml. Po prostu tfu! Wystarczyłby jeden korpus. Po wydarzeniach 1993 i 1996 roku już nikt by nie posłuchał Jelcyna.

Po 1 lutego 1996 roku Jelcyn był żywym trupem. Kropka. Nie nadawał się do tego, by na niego głosować. Na pracę zostawały mi wówczas dwie godziny. Przychodziłem do biura o dziewiątej, o jedenastej telefonował Jelcyn: "Aleksandrze Wasilijewiczu, może zjemy razem obiad?" Finito, dzień pracy się skończył. Mówiono wówczas, że ja byłem drugim człowiekiem w państwie. Ale warto to skorygować. Proszę mnie nie obrażać, niekiedy byłem i pierwszym. Wtedy, kiedy Jelcyn nie miał już nikogo, kto za niego naciskał by na odpowiednie guziki. Kiedy dziś pytają mnie, kto moim zdaniem mógłby zająć prezydencki fotel Jelcyna, odpowiadam od razu - Rochlin.

To prawdziwa bieda, kiedy nie wiesz na kogo postawić. Tak jak i dzisiaj, kiedy pytają, a kogo widzielibyście na miejscu Putina. Wystarczy wyznaczyć kogokolwiek, byle był uczciwy. Wystarczy prosty, uczciwy facet.

Moim zdaniem Rochlin byłby najlepszym kandydatem. Przede wszystkim dla tego, iż był człowiekiem honoru. Rochlin nikomu się nie podlizywał. Miał z tego powodu wielu wrogów w Ministerstwie Obrony. A przecież realizował wszystkie zadania. Trzeba było zająć jakąś miejscowość, proszę bardzo, on to robił. Straty były niewielkie, jeśli w ogóle nie zerowe. Sam zawsze starał się przemyśleć każdą operację… Tylko sam.

Żona wariatka

Ale spisek się nie udał. Jego lider został zabity. Kropka. Rochlina zastrzeliła żona-wariatka. Nie było żadnych snajperów, strzelców. Jakiś przedziwny zbieg okoliczności. Znałem go dobrze. Bywałem u niego w domu, w bani, tam gdzie go zastrzelono. Opowiedział mi całe swoje życie.

W spisku, razem z nami, uczestniczyli różni ludzie. Także ci, którzy byli razem Chasbułatowem w 1993 roku. Ci stawiali przed sobą całkiem inny cel, chcieli by wrócił komunizm i Związek Radziecki. Ja byłem przeciw. Ja nie chciałem powrotu ZSRR. Ja miałem dość, potrzebowaliśmy prawdziwej demokracji. Żeby była konkurencja. żeby nie było wszędzie monopoli. Dlaczego tak lubię Amerykanów? Teraz będą mieli wybory. Nawet jeśli zrobią pomyłkę i postawią na Trumpa, za cztery lata go zmienią. Mają też Kongres. Nie pozwolą narobić głupstw.

Ale u nas tak się nie da. Przyjęliśmy głupią konstytucję. Idiotyczną. A co by się stało, gdyby nie było mnie wtedy obok Jelcyna. Konstytucja byłaby jeszcze gorsza. To był mój pomysł, by wprowadzić gubernatorów do Rady Federacji. Podzieliłem się nim z Jelcynem. On wtedy jeszcze nie rozumiał po co. A ja rozumiałem. Ważne, by była jakaś przeciwwaga. Czytałem tę konstytucję i było mi wstyd.

Pracowałem wtedy w Dumie, w komisji do spraw obronności. Starałem się pomóc Rochlinowi. Chodziło to, by jego chłopcy z miejsca dyslokacji w Wołgogradzie dostali się na Kreml. By to się udało, należało do czołgów i transporterów opancerzonych dołączyć przyczepy. Byłem wtedy deputowanym z Tuły, dlatego zwrócono się do mnie, żebym to załatwił. Zamówiłem przyczepy na sumę 240 tysięcy dolarów. Ale tam gdzie je zrobiono, leżą do tej pory. Wszystkie zardzewiały. Dlatego, że zleceniodawca ich nie odebrał. Nikt nie mógł ich odebrać.

Tak to było. Takie było moje zadanie. Rochlin zamierzał działać tak, jak w Czeczeni. Tam zbliżał się do przeciwnika swoimi ścieżkami, nikt inny ich nie znał. I teraz Rochlin wiedział, jak  przerzucić wojsko do Moskwy w ciągu dwóch dób. Cały korpus. Miał pomysł jak zająć Kreml, ja miałem pomóc w jego realizacji. Na Kremlu znalem każdy zakątek. wiedziałem, jak się tu przedostać, kogo trzeba będzie ogłuszyć. Wiedziałem nawet, którędy należałoby należy przejść, żeby kropnąć Jelcyna. Na to jednak  się nie zdecydowałem. Spotkało mnie później wiele zarzutów. "Dlaczego go nie zabiłeś?" Ale jak mogłem go zabić, jeśli Jelcyn był legalnie wybranym prezydentem? Wy go wybraliście. Mówią, że to nie my. Więc skąd się wzięło 70% za Jelcyna? Wybaczcie, ale to społeczeństwo oddało na niego swój głos.

Nie mogłem zostać zdrajcą. Ale byłbym w stanie go kropnąć, kiedy mnie zwolniono (wtedy gdy kazałem aresztować dwóch złodziei-posłańców). Wtedy Jelcyn zdradził własny naród i na czele państwa postawił Czubajsa. Tak, kiedy to się wydarzyło byłbym w stanie go zabić.

Kiedy zginął generał Rochlin, już nikt więcej do mnie się nie zgłaszał. Prawda potem uczestniczyłem w jeszcze jednym spisku. Ale jego inicjator też już umarł. Po prostu umarł. Tak się zdarza. Nie wydaje mi się, by ktoś mu w tym pomógł.

Patriarcha, Szojgu, Putin i emerytura inżyniera

Ja nie uznaję autorytetu Kiryła. To nie jest mój patriarcha. Przychodził do mnie, kiedy był zastępcą Aleksieja, przez cztery godziny piliśmy z nim koniak. Świetnej jakości, podarowany Jelcynowi i mnie przez ludzi z Mołdawii. Prezydent wówczas wyznaczył mi specjalne zadanie, miałem kontrolować handel bronią.  Nie chodziło o to, by łapać międzynarodowych bandytów, ale o to by kontrolować handel zagraniczny. Razem z FSO powołaliśmy do życia korporację "Rozwoorużenije". Wchodzące w jej skład fabryki, zatrudnieni w nich ludzie, zaczęli dostawać choć jakieś pieniądze. Ale obecny patriarcha namawiał mnie, byśmy Cerkwi oddawali 10% od sprzedaży uzbrojenia. Oni już wówczas dostawali kupę forsy z alkoholu i papierosów. Natychmiast powiedziałem nie. "Chcecie jeszcze forsę z uzbrojenia? Nawet mnie nie namawiajcie". Ale on zaczął mi tłumaczyć, że w kraju nie ma teraz ideologii, i że tylko cerkiew może ją zaproponować.



W 2011 roku Aleksander Korżakow ostatecznie rozstał się z polityką. W wybranym wówczas parlamencie zabrakło dla niego miejsca. 



Wskaźnik poparcia dla Putina wynosi teraz 80%, Szojgu (minister obrony )ma 70%. Obawiałbym się, iż los Szojgu już jest wiadomy. Nasz szef boi się go. Sierioża Szojgu jest niezłym facetem, ale należy wystrzegać się zbyt bliskich kontaktów z przywódcą narodu. A teraz jeszcze Putina nastraszyli Turcy.

Oczywiście słyszałem o ostatnich nominacjach. Wstrząsnął mną sondaż opinii przeprowadzony przez radio "Echo Moskwy". Słuchacze mieli wybór: te nominacje dla ochroniarzy oznaczają, iż Putin czegoś się boi. Albo na odwrót - niczego się nie boi. 95 % uczestników sondażu odpowiedziało, że Putin się boi. 95%! Szczerze mówiąc, ja też jestem tego zdania. Czas płynie i pewne rzeczy Putinowi robić jest coraz trudniej. Po co stworzono gwardię? Przecież prezydentowi i tak podporządkowane są wojska wewnętrzne, minister spraw wewnętrznych, minister obrony i dyrektor FSB.

Tłumaczyłem już, jak tworzyliśmy FSO. W ten sposób uwolniliśmy Jelcyna od lęku, wszystkie regiony były pod naszą kontrolą. Dzisiaj zadanie służby ochrony nie polega na tym, by okazywać pomoc w rozwiązywaniu problemów gospodarki. Ważniejsza jest kontrola, pewność że nikt nie zawiązuje spisku. Te nominacje były nierozsądne. Gubernator winien zajmować się gospodarką, w trochę mniejszym stopniu polityką, ale dziś jakich mamy menedżerów, jakich polityków? Teraz każdy z nich będzie miał kuratora z administracji prezydenta, to on będzie podejmował decyzje w kwestiach gospodarczych. Komu to jest potrzebne? Ci ludzie mają inny zawód.

Im się wydaje, że społeczeństwo jest za Putinem. Figa z makiem. Mój brat go popierał, jest inżynierem. Właśnie przenieśli go na emeryturę. Paszoł won. Brat harował całe życie. Miał 22 lata, kiedy skierowali go do fabryki im. Chruniczewa. Pracował w niej całe życie. Ani razu nie był za granicą, nawet nie jeździł do sanatorium. Odpoczywał podczas delegacji, na kosmodromie w Bajkonurze. A teraz musi się utrzymywać z emerytury w wysokości 18 tysięcy rubli. Choćby dali mu dyplom honorowy.



Korżakow

1969-1970 - Aleksander Korżakow odbywa służbę wojskową w Pułku Kremlowskim.
1970 - przyjęty na służbę w IX Zarządzie KGB.
1985-1987 - pracuje jako ochroniarz Pierwszego Sekretarza Komitetu Moskiewskiego KPZR, członka kandydata Biura Politycznego Borysa Jelcyna.
Październik 1987  - Jelcyn występuje na plenum KC z ostrą krytyką kierownictwa partyjnego. Jego przemówienie nie zostaje opublikowane w radzieckiej prasie, jest jednak szeroko rozpowszechniane w samizdacie.
Luty 1988  - Jelcyn zostaje pozbawiony stanowiska członka kandydata Biura Politycznego. Zostaje przeniesiony do pracy w Komitecie do spraw Budownictwa "Gosstroj".
1989 - Korżakow zostaje zwolniony z KGB. Jelcyn zostaje wybrany delegatem na Zjazd Deputowanych Ludowych.
1990 - Jelcyn zostaje wybrany na stanowisko przewodniczącego Rady Najwyższej RSFSR
1991 - Jelcyn wygrywa wybory na stanowisko prezydenta  Rosji. Korżakow staje na czele Głównego Zarządu Ochrony. W 1996 roku zostaje on przekształcony w Federalną Służbę Ochrony.
1996 r. - Korżakow traci wszystkie stanowiska.  Jest to skutkiem skandalu związanego z zatrzymaniem Siergieja Lisowskiego i Arkadija Jewstafiewa, działaczy sztabu wyborczego Jelcyna. Ich zatrzymanie ma miejsce w najgorętszym okresie kampanii wyborczej.
1997 - Korżakow zostaje wybrany deputowanym do parlamentu. Do roku 2011 pracuje w Komisji do spraw Obrony.
Lipiec 1998 r. - pod Moskwą ginie zastrzelony przywódca opozycyjnego Ruchu Poparcia dla Sil Zbrojnych, generał armii Lew Rochlin. Za sprawcę zbrodni została uznana żona generała, Tamara Rochlina.



Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciołowski

Oryginał ukazał się na portalu Mediazona: https://zona.media/article/2016/05/09/korzhakov






*Maksym Sołopow, moskiewski dziennikarz młodszego pokolenia. Obecnie pracuje w portalu "gazeta.ru". Wcześniej związany był z zajmującym się obroną praw człowieka portalem http://zona.media/ (uruchomionym z inicjatywy dziewcząt z Pussy Riot). Współpracuje z nim po odejściu do gazeta.ru. 










Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com



Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego.