Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina kryzys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina kryzys. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 kwietnia 2015

Kryzys rosyjski i 50 miliardów dla Ukrainy



Kryzysu rosyjskiej gospodarki nie wywołały ani sankcje, ani spadające ceny ropy naftowej. Jej stary model rozwoju, oparty o wydobycie surowców i pobudzanie popytu wewnętrznego, wyczerpał się już kilka lat temu. Dziś gospodarkę rosyjską ogarnęła stagnacja. Aleksander Auzan, ceniony rosyjski ekonomista, dziekan wydziału ekonomii  Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego, rysuje także różne scenariusze wyjścia z obecnego kryzysu. Jego zdaniem, Rosja mogłaby także wziąć udział w ratowaniu, zagrożonej bankructwem, gospodarki Ukrainy.




Autor: Aleksander Auzan






Ukraina nas skłóciła, Ukraina nas pogodzi



Ekonomista Aleksander Auzan tłumaczy, iż rosyjsko-europejski projekt uratowania Kijowa przed bankructwem tworzy szansę na przerwanie wojny.

W ramach XXII sympozjum "Rosyjskie drogi", zorganizowanego przez Moskiewską Wyższą Szkołę Nauk Społecznych i Ekonomicznych, profesor Aleksander Auzan, dziekan wydziału ekonomiki Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego wystąpił z wykładem zatytułowanym "Wojna i gospodarka: scenariusze dla Rosji". Lenta.ru zapisała jego najważniejsze fragmenty.






Aleksander Auzan jest jednym z najbardziej cenionych rosyjskich ekonomistów. Realistycznie ocenia
położenie gospodarki rosyjskiej, jego zdaniem Rosja razem z Europą powinny pomóc Ukrainie. 





Jako ekonomista chciałbym zaprezentować trzy tezy, pokażą one, jak ta wojna związana jest z gospodarką. Jak mi się wydaje, nie potrzebne tu są jakieś wyjaśnienia,  będziemy mówili o wojnie w Donbasie. Ma ona charakter bardziej globalny i złożony, niż czysto wewnętrzny konflikt w sąsiadującej z nami Ukrainie.


Interpretacje ekonomiczne


Możliwe są różne ekonomiczne interpretacje tej wojny. Dla przykładu, dwa miesiące temu, na posiedzeniu Rady Naukowej Akademii Nauk wystąpiłem z polemiką wobec Siergieja Głaziewa (doradca prezydenta - red.). W jego interpretacji wojna jest związana ze zmianą stosunków technologicznych. Jego zdaniem, jesteśmy świadkami przejścia na kolejny, szósty już poziom rozwoju technologicznego. Z tego wynika konieczność przeprowadzenia modernizacji, przyspieszenia rozwoju wiodących państw, zwłaszcza USA. Wiąże się z tym potrzeba destabilizacji stosunków  międzynarodowych i skierowanie strumieni finansowych w innych kierunkach. Być może jest to interesujący punkt widzenia, jednak nie do końca się z nim zgadzam. Moim zdaniem, istnieje prostsza interpretacja, tego co się wydarzyło. Nie koniecznie musimy mówić o zjawiskach o charakterze "cyklicznym".

Kiedy zaczyna się czytać niemieckich ekonomistów z początku XX wieku, trudno oprzeć się zdumieniu, na ile nasze własne teksty pisane sto lat później podobne są do tego, co pisali Kessler, Kautsky i inni: "Świat jest ze sobą powiązany w takim stopniu, iż żadna wojna nie jest możliwa". Ale zaraz potem zaczęła się I wojna światowa. Najwyraźniej procesy internacjonalizacji, lub jak mówimy dziś globalizacji, mają charakter cykliczny. Jeśli przyjrzymy się kryzysowi z lat 2008-2009, to musimy stwierdzić, iż rzeczywiście był on dość niezwykły. Zobaczyliśmy dysproporcję pomiędzy wzajemnym powiązaniem państw za pośrednictwem jednego, wspólnego handlu giełdowego, a stopniem w jakim koordynują swoje działania. Jeśli w ramach jednego organizmu, walczą ze sobą płuca i wątroba, inaczej mówiąc, ośrodki finansowe z przemysłem, to organizm ten nie może czuć się dobrze. Gospodarka światowa znalazła się w fazie trwającej coraz dłużej obniżonej dynamiki. Na takim skrzyżowaniu należy dokonać wyboru. Dla przykładu, można radykalnie zwiększyć stopień wzajemnej koordynacji pomiędzy różnymi państwami, trudno jednak wyobrazić sobie powstanie rządu światowego, choćby na poziomie teoretycznym. Można zapewne zwiększyć rolę światowego systemu sądowniczego, taki postulat zgłoszono na forum Grupy G9 w 2009 roku, czy jednak daleko udało się nam zajść po tej drodze? Nawet Francja i Anglia nie potrafią porozumieć się w kwestii uregulowań z dziedziny finansów, a cóż dopiero mówić o Gwinei i Norwegii, czy Mongolii i Gwatemali.

Wariant numer dwa - deglobalizacja i powołanie do życia bloków regionalnych. To jeden z możliwych sposobów adaptacji i Ukraina moim zdaniem, stała się pierwszą ofiarą tej zaostrzającej się walki konkurencyjnej. To rezultat tego, iż zderzyliśmy się z pierwszą falą deglobalizacji.


Rady Grzegorza Kołodki


Wydział ekonomiczny  moskiewskiego uniwersytetu MGU często odwiedzają koledzy z różnych krajów Europy. Prowadzimy z nimi dyskusję. Opowiem o jednej z nich, to dobry przykład. W 2007 roku odbyła się w Jałcie konferencja z udziałem ekonomistów ukraińskich i europejskich. Na niej znany polski specjalista Grzegorz Kołodko (minister finansów Polski od 1994 do 2003 roku - red.) zwracając się do ukraińskich kolegów powiedział: "Ukraina jest zbyt dużym krajem, radziłbym wam nie liczyć na pomoc europejską. Europa nie weźmie jej na swoje barki. Daj Bóg, byśmy dali sobie radę z Bułgarią i Rumunią. Postarajcie się dogadać z Rosjanami".







Pojechałem do Kijowa w grudniu 2013 roku, Majdan miał wtedy charakter pokojowy, ale od razu zrozumiałem, że sytuacja się zmieniła. Tłumaczyłem kolegom z Europy, na czym polegała różnica. W 2007 roku traktowali oni Ukrainę jako obiekt pomocy i wsparcia dla reform instytucjonalnych, jednak między sobą konstatowali, iż "to się nie uda, nie starczy nam pieniędzy." Teraz Unia Europejska ma pieniędzy o wiele mniej (tak jak i Rosja), a Ukraina nie jest dla niej wyłącznie krajem, któremu niezbędne są reformy instytucjonalne. Teraz jest dla Europy nowym rynkiem. To wielki kraj - nadaje się.

Ta zmiana podejścia wynika z tego, iż to logika istnienia bloków regionalnych wymusza ocenianie krajów jako rynku. W tym zaś wypadku, mamy do czynienia z otwartym i ostrym starciem dwóch formujących się bloków regionalnych. Proszę zwrócić uwagę, aż do 2008 roku Euroazjatycki Blok Ekonomiczny, a więc do chwili, gdy zaczęliśmy smażyć się na kryzysowej patelni,  pozostawał porozumieniem pozbawionym treści. Jednak, gdy tylko okazało się, iż trzeba udzielić pomocy finansowej Mińskowi i Astanie, procesy integracji uległy przyspieszeniu. Nie będę twierdził, że ta wojna ma wyłącznie przyczyny ekonomiczne, ale moim zdaniem przyczyny te także odegrały swoją rolę. Ważne byśmy je sobie uświadomili, gdyż to zapewne nie jedyny i nie ostatni przypadek, gdy fala deglobalizacji przyniesie ze sobą wojny zimne i gorące.

Co to oznacza dla Rosji? 4 marca odbyło się zebranie u szefa rządu, spotkaliśmy się w wąskim kręgu. Dyskutowano o najważniejszych kierunkach działalności rządu. Dokument, jaki je opisywał, w  nowej sytuacji wymagał rewizji. Nie będę tu opowiadał o szczegółach zebrania, ale chciałbym podkreślić,  iż szereg tez z jakimi teraz chcę się podzielić, sformułowałem wówczas w obecności premiera.


Stary model rozwoju


Napięcia o charakterze geopolitycznym osiągnęły nowy etap. Proszę zwrócić uwagę na problem, jaki  naszemu krajowi, w nowej sytuacji, doskwiera najbardziej. Ponownie weźmy za punkt wyjścia kryzys z lat 2008-2009. Wówczas dał o sobie znać ten model rozwoju, z jakiego Rosja korzystała w ciągu minionych siedmiu lat, a w rzeczywistości nawet dłużej - ok. 30 lat. Był to model surowcowy, uzupełniano go niekiedy, pobudzając popyt wewnętrzny. Autorzy "Strategii 2020" jednym chórem podkreślali, iż wyjście z kryzysu przez te same drzwi będzie niemożliwe. Nie tylko dlatego, że ceny na surowce spadają. Także dlatego, iż prawie całkowicie zahamowaliśmy popyt wewnętrzny - ludzie tkwią w kredytach po uszy. W latach 2014-2015 rynek kredytowy zacznie się kurczyć, spłaty kredytów przewyższą sumy, jakie obywatele będą w stanie pożyczyć. Tak więc ten instrument, jakim są kredyty konsumpcyjne został zużyty, gospodarce trudno iść dalej.

Tempo rozwoju zaczęło zwalniać nie w 2014 roku, a w 2011, gdy kresu dobiegła faza wzrostu związanego z odbudową gospodarki. Ogólnie rzecz biorąc, naszą gospodarkę ogarnął obecnie stan paraliżu (jeśli nie wręcz śmierci klinicznej). Sankcje nie mają tu znaczenia, podobnie cena ropy naftowej. Rzecz idzie o tym, iż wyczerpał się dotychczasowy model rozwoju. Mamy dwa warianty, by na nowo uruchomić silnik gospodarki. Pierwszy z nich, to aktywne, liberalne reformy o charakterze strukturalnym, mające na celu stworzenie w kraju sprzyjającego klimatu inwestycyjnego. Drugi, to uruchomienie w gospodarce inwestycji państwowych (ok. 10 bilionów rubli, należy na nie wydać sumę, jaka znajduje się w rezerwach rządu). W ten sposób można będzie osiągnąć niewysokie, choć zauważalne tempo wzrostu do roku 2018. Mamy także do dyspozycji wariant trzeci, typowo rosyjski, nie zrobimy nic i pozostaniemy w stanie bezwładu. Ale i ten trzeci wariant wymaga sporych nakladów, a nasze zapasy finansowe ulegają skurczeniu. Z tego punktu widzenia, cena ropy naftowej ma rzeczywiście wielkie znaczenie.




Stary surowcowy model rozwoju Rosji uległ wyczerpaniu. Nie tylko dlatego, iż ceny na rynkach
światowych drastycznie spadły. 


Nawiasem mówiąc, nie wierzę w dość popularną u nas teorię, iż spadek cen ropy jest skutkiem spisku geopolitycznego. Mamy tu do czynienia z najprostszym równaniem, na poziomie pierwszego roku studiów ekonomicznych. Na rynku naftowym, obserwujemy jednocześnie recesję w eurostrefie i spowolnieniem tempa wzrostu w Chinach, zapotrzebowanie tamtejszej gospodarki na energię jest szczególnie wysokie, ze względu na stosowanie często przestarzałych technologii. Równocześnie rozpoczyna się walka o rynki zbytu pomiędzy Arabią Saudyjską, a korzystającą z innowacyjnych technologii wydobycia z łupków Ameryką. Spadkowi popytu towarzyszy konkurencyjna walka o rynki zbytu - co w takiej sytuacji musi się stać z cenami Szanowni Studenci? O jakich może tu być mowa wojnach geopolitycznych, nie mam pojęcia. Ale dla naszego scenariusza bezwładu w gospodarce, to niebezpieczeństwo śmiertelne.


Wybór scenariusza


A teraz kwestia wyboru pomiędzy różnymi scenariuszami. Bardzo podoba mi się scenariusz liberalny, mógłby okazać się bardzo efektywny. Ale jego skuteczność zależy od jednego - zakończenia wojny. Mechanizmy zachęcające kapitał prywatny do inwestycji nie będą działały, gdy nie zostaną uchylone sankcje, gdy inwestowaniu wciąż towarzyszyć będzie gigantyczne ryzyko. Jeśli zaś idzie o wpompowanie do gospodarki pieniędzy z budżetu, równolegle należałoby wprowadzić ograniczenia walutowe. Odpowiedź na pytanie retoryczne, co przyjdzie nam łatwiej? zakończenie wojny, czy narzucenie przez państwo różnych ograniczeń będzie oczywista. Ten drugi scenariusz nie podoba mi się wcale, ale z punktu widzenia niezbędnych kosztów jest znacznie łatwiejszy.

Jeśli więc ceny na ropę nie spadną zbyt drastycznie, prawdopodobieństwo realizacji jednego z opisanych scenariuszy oceniałbym następująco: 45% - gospodarka pozostaje w stanie bezwładu, 50% - wariant "mobilizacyjny", 5% - przeprowadzamy reformy strukturalne (rząd i kierownictwo Banku Centralnego są za). Tak więc to wojna pozostaje największym problemem, jak długo będzie trwać,  szanse wyboru któregoś z przedstawionych scenariuszy nie będą przedstawiały się inaczej.


Potrzeba 50 miliardów


I wreszcie ostatni temat, jaki chciałbym poruszyć. Czy istnieje jakieś wyjście z obecnej sytuacji? Nie da się zamknąć oczu na wojnę, coś trzeba z nią zrobić. Zdaję sobie sprawę, iż to, co w tej sprawie mam do powiedzenia, może się wydać dyskusyjne, jednak zaryzykuję…. Spróbujmy spojrzeć na Ukrainę z dwóch punktów widzenia, co musi zrobić ona sama i co dla niej zrobić mogą inni. Wojenny zgiełk spowodował, iż z naszego pola widzenia zniknął jeden z aspektów - Ukraina jest krajem znajdującym się na progu niewypłacalności i bankructwa. Właściwie, mówiąc wprost, Ukraina już jest bankrutem, jednak o tym nie poinformowano oficjalnie. Na razie żaden kredytorów  nie zgłosil swoich żądań w wystarczająco ostrej formie, by fakt bankructwa rządu i Banku Centralnego został uznany przez instytucje międzynarodowe. Czy można jednak dopuścić do bankructwa państwa położonego w środku Europy, o pięćdziesięciomilionowej ludności? Moim zdaniem, nie. Trudno wręcz wyobrazić sobie następstwa, jakie bankructwo mogłoby mieć dla ukraińskiej infrastruktury społecznej. Jedną z konsekwencji wojny jest niekontrolowane masowe przesiedlanie się ludności. Co się stanie, gdy dodatkowo zawali się cała infrastruktura socjalna?

Ile potrzeba pieniędzy, by uratować Ukrainę przed bankructwem? W 2013 roku dokonano odpowiednich rachunków. Ukrainie niezbędna jest pomoc finansowa w wysokości 50 miliardów dolarów. W gruncie rzeczy, to nie tak dużo - o wiele mniej, niż znaleziono dla Grecji. Jednak to więcej, niż samodzielnie może zaproponować każda z zainteresowanych stron. Ani Europa, ani Rosja (Amerykanów bankructwo Ukrainy w ogóle nie dotyczy) nie mogą ofiarować 50 miliardów. Rosja mogła dać takie pieniądze reżimowi Janukowicza, ale dziś, nie tylko na Ukrainie mamy inny rząd, zmieniła się także Rosja. Stanowisko Europy jest następujące: obiecaliśmy Ukrainie 20 miliardów i tyle damy. Ale to za mało.

Ukraina nas skłócila, Ukraina może nas pogodzić. Potrzebny jest wspólny rosyjsko-europejski projekt mający na celu zapobieżenie bankructwu Ukrainy. Rząd ukraiński znajduje się nieomal w sytuacji bez wyjścia. Trochę znam premiera Jaceniuka, o wiele lepiej znam Petra Poroszenkę, chcę powiedzieć, iż obydwaj są tej sytuacji świadomi. Dlatego wydaje mi się, iż być może warto, rozumiejąc gospodarcze przyczyny i współrzędne tej wojny, dokonać jej oceny, jako zjawiska z dziedziny gospodarki. I na tym polu poszukać instrumentów do jej zakończenia.



Zapisał: Paweł Szczelin
Tłum.: ZDZ



Tekst ukazał się na portalu lenta.ru:
http://lenta.ru/articles/2015/04/01/auzan/






*Aleksander Auzan (ur.1954), ceniony rosyjski ekonomista, dziekan wydziału ekonomii Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego, członek prezydenckiej Rady Gospodarczej. Autor licznych publikacji naukowych.   











Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com











poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Krymski scenariusz na wschodzie Ukrainy?


Wzrost napięcia na wschodzie Ukrainy, demonstracje i przejmowanie budynków państwowych przez siły prorosyjskie mogłoby świadczyć, iż Moskwa szykuje tam powtórkę scenariusza z Krymu. Znany moskiewski dziennikarz Oleg Kaszyn jest innego zdania: cena za aneksję Donbasu byłaby o wiele za wysoka i prezydent Putin zdaje sobie z tego sprawę. 




Autor: Oleg Kaszyn




Szydercza parodia kijowskiego Majdanu uzupełnia wydarzenia na wschodzie Ukrainy o dodatkowy rys, to co się dzieje nie przypomina kryzysu politycznego, a ponury reality show kojarzący się z modnymi filmami z dziedziny fantastyki produkowanymi w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku.

„Wasza sotnia”- „Nasza sotnia”


Tam ludzie stali na placach i tu też stoją na placach, tam opony i tu opony, tam ktoś pod przymusem klęczał na kolanach przed demonstrantami, tutaj dzieje się tak samo. Na szczęście Wschód nie ma jeszcze swojej „niebiańskiej sotni”, ale w tej atmosferze jaka teraz panuje, trudno bronić się przed dziwnym przeczuciem. Zwłaszcza, iż trudno oczekiwać, by reżyserów „rosyjskiej wiosny” cechował jakiś szczególny humanizm. Paralela „wasza sotnia” – „nasza sotnia”, jak by ponuro to nie brzmiało, dawno już przestała być nieprawdopodobna.


Na pierwszy rzut oka siły prorosyjskie usiłują doprowadzić na wschodzie Ukrainy
do realizacji tego samego scenariusza co na Krymie. Zajmowane są budynki
państwowe, pod adresem Wladimira Putina kierowane są apele o pomoc. 

Po przyłączeniu Krymu i przekształceniu go w obwód Federacji Rosyjskiej nic już nie wydaje się niemożliwe. Któż mógłby jeszcze dwa miesiące temu wyobrazić sobie, iż Dmitrij Miedwiediew poprowadzi w Symferopolu zebranie na temat społeczno-gospodarczego rozwoju półwyspu. A on te zebrania prowadzi, one są ważne nie tylko z punktu widzenia przyszłego rozwoju Krymu, ale z innego też, nikt nie myślał, że coś takiego się w ogóle zdarzy. I szkoda że nie myślał….

Więc dziś obserwując, to co się dzieje na wschodzie Ukrainy, kto zaręczy, iż obwody doniecki, charkowski i Ługański będą świętowały Nowy Rok jako części składowe tego samego państwa, w którym świętowały początek roku 2014…. Nagle rozbudzony imperializm władz rosyjskich, jak do tej pory, nie zderzył się z żadnym oporem (z wyjątkiem czysto retorycznego) ze strony Ukrainy, jest więc gotów tworzyć cuda. Dziś, gdy z Doniecka, Charkowa, Ługańska docierają do nas podobne wiadomości do tych, które półtora miesiąca temu napływały z Symferopola i Sewastopola, warto zastanowić się, kiedy znów na Kremlu obie izby naszego parlamentu zbiorą się na podniosłym posiedzeniu Zgromadzenia Federalnego, dla uroczystego podpisania umowy o przyjęciu kilku nowych obwodów w skład Federacji Rosyjskiej.

Ale im bardziej wydaje nam się, iż perspektywa ta robi się coraz bardziej realna, z tym większą pewnością można powiedzieć, iż nie zdarzy się to nigdy. Rosja nie przyłączy do siebie ani jednego regionu Wschodniej Ukrainy. Nie będziemy świadkami nowego uroczystego posiedzenia na Kremlu. Nie będzie podpisania umowy, ani demonstracji z wyrazami solidarności, z udziałem zaufanych pracowników sfery budżetowej przeprowadzonej pod hasłem „Donbas jest nasz”. Wraz z zakończeniem „rosyjskiej wiosny” nadejdzie „rosyjskie lato” – pora, gdy wszyscy rozjeżdżają się na urlopy, życie zamiera, a w telewizji pokazują powtórki starych programów.

Czym różni się Donbas od Krymu?


Tylko na mapie wydaje się, iż są do siebie podobne – tu krosteczka Krymu, tam zakrętas Donbasu. Ale w rzeczywistości regiony te nie są do siebie podobne. Na poły izolowany, przez 23 lata nikomu niepotrzebny, pogrążony w gospodarczej depresji Krym, dla Ukrainy pozostawał czymś na kształt Północnego Kaukazu dla Rosji. Z jedną różnicą, na Ukrainie nie rozbrzmiewało hasło „dość karmienia Krymu” i działo się tak dlatego, iż przez te lata nikt Krymu nie podkarmiał. Nikt tam nie wysyłał żadnych pieniędzy, mieszkańcy musieli dawać sobie radę sami, zarabiając na przyjeżdżających na Krym letnikach. Innymi słowy, wciąż nie wiadomo, czy aneksja Krymu przez Rosję stanowi dla Ukrainy rzeczywistą stratę, niech Ukraińcy sami sobie odpowiedzą na to pytanie, w końcu to ich sprawa. Nas interesuje co innego: oto terytorium Rosji uległo zwiększeniu, zdobyliśmy Krym, ale tam nie ma niczego wartościowego na czym moglibyśmy skorzystać, wszystko jest na odwrót, na rozwój Krymu trzeba będzie przeznaczyć ileś tam miliardów i odbędzie się to na ulubionych przez elitę rosyjską zasadach „weźmy co swoje”. Ktoś będzie musiał (wiadomo kto) wybudować most, ktoś ośrodki wypoczynkowe, ktoś inny zwycięży w przetargu na budowę linii kolejowej z Jałty do Symferopola, a jeszcze ktoś dostanie prawo na wykopanie tunelu dla metra w Sewastopolu. A to tylko gospodarka, w dodatku pozostanie nam Krym jako niewyczerpane źródło patriotycznego uniesienia, „Krym znów jest nasz” i tak dalej. Z której strony nie popatrzycie na Krym, to nie zdobycz, a cudo.

Czy to samo jest możliwe z Donbasem, można mieć wątpliwości. Jest to szczególnie ważny region o podstawowym znaczeniu dla państwa, tu mają swoje siedziby największe ukraińskie grupy finansowo-przemysłowe. Donbas ma swoją elitę, interesy, konflikty, pieniądze i jeszcze więcej – tutaj nie zadziałają te mechanizmy, które okazały się skuteczne w małym i ubogim Symferopolu. Tutaj, albo trzeba przyjąć Rinata Achmietowa do spółdzielni „Jezioro” (aluzja do grupy biznesmenów z otoczenia prezydenta Putina, którzy wspólnie z nim należeli przed laty do budującej dacze spółdzielni o tej nazwie – „mediawRosji”), albo stanąć do wojny. Hasło „Donbas jest nasz” już nie zabrzmi tak dumnie, jak krymski oryginał. Targi z Zachodem, lub Kijowem w sprawie Krymu, powrót prezydenta Janukowicza na „lojalne wobec niego terytorium”, działania drażniące Ukraińców, nasilające się wraz z przybliżaniem się daty wyborów – proszę bardzo, można ile wlezie, ale we wschodnio-ukraińskich obwodach powtórka krymskiego scenariusza – nie, nie, cena będzie za wysoka.

Jak się wydaje, Putin rozumie to bardzo dobrze. Może dla kogoś zabrzmi to dziwnie, ale obserwując obecną „hałaśliwą wiosnę” można dostrzec potwierdzenie tego, iż wiele więcej się nie zdarzy. Przez piętnaście lat spędzonych wspólnie z Putinem, można było przyzwyczaić się do jego sentymentalnej skłonności do konspirowania (może nie starczyło mu w młodości zabawy w szpiegów, a może źródła jej tkwią w specyficznej dla Petersburga etyce lat dziewięćdziesiątych) – Putin nigdy nie daje do zrozumienia, jaką decyzję podejmie jutro. Spróbujcie sobie przypomnieć, czy o którymś z podjętych przez Putina kroków wiedzieliśmy zawczasu….

Jeśli więc wszystko wskazuje dziś na to, że Rosja gotowa jest przyłączyć także terytorium Donbasu, to ta gotowość świadczy chyba najlepiej, że ten scenariusz nie będzie zrealizowany.

Nie, nie przyłączy.




*Oleg Kaszyn (1980), znany moskiewski dziennikarz związany w przeszłości z dziennikiem „Kommersant”. W 2010 stał się ofiarą brutalnego pobicia, wiązanego powszechnie z jego działalnością publicystyczną. Publikuje obecnie na portalach slon.ru, colta.ru. Sporym echem odbił się niedawno jego reportaż z Krymu opublikowany przez nacjonalistyczne wydawnictwo internetowe „Sputnik i pogom”. W październiku 2012 roku wybrano go do Rady Koordynacyjnej Opozycji. 




Oryginał artykułu można znaleźć na portalu slon.ru: http://slon.ru/russia/pochemu_donbass_ne_stanet_chastyu_rossii-1080142.xhtml