Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obozy w Rosji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obozy w Rosji. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 listopada 2016

Karcer i tortury



Moskiewskie protesty z lat 2011-2012 przestraszyły władze rosyjskie nie na żarty. Od kilku lat Kreml konsekwentnie prowadzi politykę mającą na celu sparaliżowanie działalności opozycyjnej. Nasilono działania propagandowe, przyjęto szereg drakońskich ustaw i przepisów. Na podstawie jednej z nich wprowadzono do kodeksu karnego artykuł, przewidujący karę pozbawienia wolności za wielokrotny udział w pikietach i demonstracjach organizowanych bez uzgodnienia z władzami. Znaleziono sposób umożliwiający zatrzymywanie działaczy wyrażających protest w formie pikiety jednoosobowej. Ildar Dadin, wielokrotnie brał udział w akcjach protestacyjnych opozycji. Często wychodził na pikiety. Jako pierwszy trafił do obozu karnego na podstawie nowego artykułu kodeksu karnego. Skazano go, by przestraszyć innych opozycjonistów. Wysłano go do obozu, gdzie poddawany jest biciu i torturom. Jego przejmujący list do żony Anastazji Zotowej mówi wszystko….
 




"Meduza" publikuje list Ildara Dadina wysłany do żony Anastazji Zotowej. Daduj opowiada w nim o torturach stosowanych w obozie karnym IK-7 w Siegieżu. Tortury sa stosowane z inicjaty kierownictwa. Dadin, jako pierwszy został skazany na podstawie artykułu przewidującego kary pozbawienia wolności za "wielokrotnie naruszenie przepisów regulujących organizację, lub przebieg zebrań i demonstracji" (art. 212.1 Kodeksu Karnego. Dadin, nim trafił na ławe oskarżonych, był wielokrotnie aresztowany za uczestnictwo w jednoosobowych pikietach.



List został zapisany 31 października 2016 roku przez adwokata Aleksieja Lipcera na podstawie słów Dadina.


Podczas jednego z zatrzymań policja pobiła Ildara Dadina




Nastiu !

Jeśli uznasz, że informację o tym, co dzieje się ze mną, należy opublikować, postaraj się, by została upowszechniona jak najszerzej. To zwiększy moje szanse na przeżycie. Musisz wiedzieć, że w kolonii IK-7 istnieje prawdziwa mafia, do niej należy cała administracja zakładu karnego. Z obozową mafią związani są naczelnik kolonii, major służby wewnętrznej, Siergiej Leonidowicz Kossijew i całkowita większość funkcjonariuszy, włączając lekarzy.


Karcer na powitanie


Od chwili przybycia do kolonii w dniu 10 września 2015 roku, odebrano mi praktycznie wszystkie rzeczy. Podrzucono mi dwa ostrza, zaraz potem "znaleziono" je podczas rewizji. To tutaj praktyka stosowana powszechnie, stosuje się ją po to, by nowo przybyłych od razu wysłać do karceru. Chodzi o to, by zrozumieli, że znaleźli się w piekle. Do karceru skierowano mnie bez żadnego postanowienia. Równocześnie odebrano mi wszystkie rzeczy, w tym mydło, szczotkę do zębów, pastę do zębów, a nawet papier toaletowy. W odpowiedzi na te niezgodne z prawem działania, ogłosiłem głodówkę.

11 września 2016 roku przyszedł do mnie naczelnik kolonii Kossijew wraz z trzema funkcjonariuszami. Wspólnie zaczęli mnie bić. Tego dnia pobito mnie cztery razy, za każdym razem, kopiąc nogami biło mnie 10-12 funkcjonariuszy. Kiedy pobili mnie po raz trzeci, wepchnęli mi głowę do klozetu znajdującego się w celi karceru.

12 września 2016 przyszli do mnie funkcjonariusze i kajdankami skuli ręce za plecami. Potem podwiesili mnie na kajdankach. Tego rodzaju tortura powoduje niemożliwy do wytrzymania ból w nadgarstkach. Masz wykręcone stawy, odczuwasz dziki ból pleców. Tak wisiałem przez pół godziny. Potem ściągnęli mi majtki i powiedzieli, że zawołają innego skazańca, by mnie zgwałcił. Nie będzie tego wszystkiego, obiecano, jeśli odwołam głodówkę. Po tym wszystkim, zaprowadzono mnie do gabinetu Kossijewa, tam w obecności innych funkcjonariuszy usłyszałem od niego: "Jeszcze mało cię bili. Jeśli wydam funkcjonariuszom polecenie, będą cię bić o wiele mocniej. Spróbujesz się poskarżyć - zabiją cie i zakopią za płotem". Później bili mnie regularnie, po kilka razy na dzień. Regularne bicie, znęcanie się, poniżające wyzwiska, wszystko to robią także z innymi więźniami.

Wszystkie późniejsze nagany i osadzenia w karcerze były sfabrykowane, oparte były na jawnych kłamstwach. Wszystkie filmy video, na których ogłasza się moje nagany zostały zainscenizowane. Zanim zaczynało się filmowanie, mówiono mi, jak mam się zachowywać i co mam robić. Ostrzegano, bym nie okazywał sprzeciwu, żądano bym patrzał w podłogę. Ostrzegano, iż jeśli się nie posłucham, zostanę zabity i nikt się o tym nie dowie, nikt bowiem nie wie nawet, gdzie się znajduję.

Nie wolno mi wysyłać żadnych listów bez kontroli i pośrednictwa administracji, w niej zaś zapowiedziano, że jeśli będę pisał skargi, pozbawią mnie życia.

Nastiu !

W pierwszym liście z IK-7 pisałem o ETPC, w ten sposób próbowałem obejść cenzurę. To była taka drobna aluzja, iż nie wszystko ze mną jest w porządku, i że potrzebuję pomocy (żaden list Ildara z kolonii do mnie nie dotarł - przyp. Anastazja Zotowa).


Blokada informacyjna


Chciałem cię poprosić, byś opublikowała ten list, przede wszystkim dlatego, iż poddany jestem w kolonii całkowitej blokadzie informacyjnej. Nie wiedzę żadnego innego sposobu, by ją przełamać. Nie proszę, byście starali się mnie stąd wyciągnąć, przenieść do innego zakładu karnego. Nie chcę stąd uciekać, nie pozwala mi na to sumienie, zamierzam dalej walczyć, także po to, by pomóc pozostałym. Nie boję się śmierci. Najbardziej boję się, że poddam się, nie wytrzymując tortur.



Ildar Dadin od kilku lat brał aktywnie udział w demonstracjach opozycji, wychodził na jednoosobowe pikiety. 

Jeśli w Rosji jeszcze nie zlikwidowano "Komitetu do Walki z Torturami", może warto się do nich zwrócić, by udzielili nam pomocy, mnie i innym więźniom, może dzięki ich wsparciu zostałoby uznane nasze prawo do życia i bezpieczeństwa. Chciałbym, by ogłoszono publicznie, iż major Kossijew wprost grozi mi śmiercią, za to, że próbuje się skarżyć na to, co tu się wyprawia. Byłoby dobrze, gdyby udało ci się znaleźć adwokata, który mógłby stale znajdować się w Siegieżu, by udzielać nam pomocy prawnej.

Czas działa przeciw mnie. Zapisy z video monitoringu nakręcane w celi pomogłyby udowodnić, że torturowano mnie i bito, jednak szanse na to, że je zachowano, są niewielkie. Jeśli teraz, znów zaczną mnie torturować, bić i gwałcić, mało prawdopodobne, bym wytrzymał dłużej, niż tydzień. Jeśli zdarzy się, że nagle, nieoczekiwanie straciłem życie, mogą ci powiedzieć, że popełniłem samobójstwo, że przyczyną był nieszczęśliwy przypadek, że zastrzelono mnie podczas próby ucieczki, albo, że pobiłem się z innym więźniem. Wszystko to będzie kłamstwem, sfabrykowanym po to, by ukryć, iż dokonano zaplanowanego mordu, mającego na celu wyeliminowanie świadka i ofiarę tortur.

Kocham cię i nie tracę nadziei, że znów kiedyś cię zobaczę.




Tłum.: ZDZ




List publikujemy za portalem "Meduza". Można go znaleźć także na wielu innych stronach i portalach w rosyjskim Internecie: https://meduza.io/feature/2016/11/01/izbivali-po-10-12-chelovek-odnovremenno-nogami





* Ildar Dadin (ur. 1982), działacz rosyjskiej opozycji , więzień sumienia, skazany w 2015 roku na trzy lata pozbawienia wolności. Sąd wyższej instancji skrócił później wyrok do 2,5 roku. Dadina jako pierwszego zesłano do obozu karnego  na podstawie nowego, uchwalonego w 2014 roku nowego  artykułu kodeksu karnego, przewidującego kary pozbawienia wolności za "wielokrotne naruszenie przepisów o organizacji zebrań i demonstracji". Przed aresztowaniem Dadin wielokrotnie uczestniczył w pikietach i demonstracjach w obronie więźniów politycznych, czy przeciwko wojnie na Ukrainie.










Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com



Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego.




poniedziałek, 1 czerwca 2015

Na co zasługuje Stalin?



W Rosji Putina nie brakuje entuzjastów epoki Stalina. Ich zdaniem represje nie przekreślają jego zasług. Opisując je, posługują się współczesną terminologią, Wielki Dyktator był efektywnym menedżerem. Stworzył silne mocarstwo. Bal się go cały  świat. W krótkim, przenikliwym tekście opublikowanym na swoim blogu moskiewski publicysta Andriej Mowczan demaskuje całą nędzę epoki Stalina. I udowadnia dlaczego Rosji wciąż potrzebna jest głęboka destalinizacja.  



Autor: Andriej Mowczan




 


W sześćdziesiąt lat po śmierci Stalina, największego tyrana w jej historii, Rosja wciąż potrzebuje destalinizacji. 






Okazuje się, że można mnie wyprowadzić z równowagi! Hura, okazuje się, że wciąż żyję!


W komentarzach na moim blogu Jewgienij Grin zadał pytanie:


„Andriej, chciałem napisać coś innego, potem przeczytałem o Stalinie. I przyszło mi do głowy takie pytanie. Czy Stalin nie zasługuje na nic więcej oprócz krytyki i zapomnienia? Czy można widzieć w nim jedynie  krwawego tyrana, nie biorąc pod uwagę aspektów ekonomicznych i industrialnych?”


Jewgienij, od razu przepraszam za emocje, szanuję Pana i pańskie pytanie. Ale jest ono przeraźliwie bolesne. 


Oto nasz Jewgienij, miłośnik prywatnych odrzutowców i wyścigówek, tak wynika z jego profilu na Facebooku, ma długie włosy, sądząc po zdjęciu lubi publiczne wystąpienia. Odpowiadam: jest pan dawno po dyplomie, już dziesięć lat upłynęło od pełnego głodu okresu studenckiego, wtedy musiał pan nosić jeden szynel przez pięć zim, a buty (też jedną parę) łatał panu bezpłatnie znajomy szewc, pracuje pan jako inżynier w biurze projektowym w Moskwie. 


Na zewnątrz rozkwita ZSRR, niedawno zdołał pan z żoną i córką przenieść się z zimnego kąta w pokoju jej rodziców (w okolicy obecnej ulicy Swobody) do oddzielnego pokoju w mieszkaniu numer 9, w kilkupiętrowym bloku na osiedlu Sokoł (chociaż na osiemnaście pokoi przypada jedna ubikacja i umywalka, z niej cieknie rdzawa i zimna woda, w porównaniu do lodowatego kąta jest to luksus). Żona jest nauczycielką w szkole, córka chodzi do żłobka (miał pan szczęście). Z pensji, pracuje pan przez sześć dni w tygodniu, starczy panu na skromne wyżywienie i zwykłe ubrania, od święta jest pan w stanie nawet kupić żonie coś w prezencie,  na przykład wieczne pióro. Kocha pan żonę i dba o nią: jest młoda (urodziła się w okresie rewolucji), to już „nowy człowiek”, jest czuła i dobra. I niepotrzebnie pan ją rozpieszcza, przez to nie zdaje sobie sprawy z tego, co wolno, czego nie. Byłoby lepiej, gdyby bił ją pan tak, jak robiła to większość sąsiadów we wsi jej rodziców! 


Kiedyś w szkole, na radzie pedagogicznej, zastanawiano się, dlaczego nie wszyscy nauczyciele w wystarczającym stopniu uświadamiają uczniom, iż rozprawa ze zdrajcami jest  absolutnie konieczna i pilna. Żona nie tylko nie złożyła odpowiedniego oświadczenia demonstrującego entuzjazm, tylko cicho, w rozmowie ze starszą przyjaciółką i koleżanką z pracy powiedziała: „jak w ogóle można się z tego cieszyć? Kim by nie byli, to przecież też ludzie!” Mówiła cicho, ale napisano na nią od razu całe trzy donosy, autorką jednego z nich była przyjaciółka. Pańską żonę zabiorą za tydzień, w nocy. Będą grzeczni i uprzejmi, wy będziecie na dwa głosy wykrzykiwać, że to pomyłka, oni będą was uspokajać: oczywiście, że pomyłka, ale mamy polecenie, zawieziemy i już tam na miejscu wszystko wyjaśnią i od razu wypuszczą. 


Dwie krople krwi


Nad ranem podejmie pan próby wyjaśnienia sprawy, a pańscy przyjaciele na pytanie, jak to zrobić, od razu zaczną unikać pana i rozmowy. Już na kolejnym spotkaniu w ogóle przestają pana zauważać. W końcu wedrze się się pan do odpowiedniej instytucji, ale zamiast odpowiedzi zaczną panu zadawać pytania i pokażą podpisane zeznania: pańska żona była członkiem grupy sympatyków Trockiego związanej z japońskim wywiadem. Jej celem było deprawowanie uczniów i krytyka władzy radzieckiej. Na dokumencie z zeznaniami będzie jej podpis, drżący i słaby, w kąciku dwie krople krwi. Od pana zaczną żądać pośrednich dowodów: „Przecież nie mogła z panem o tym nie rozmawiać? Z jakimi podejrzanymi się spotykała?” Pan będzie krzyczał: „To niemożliwe, przecież ją znam! To prowokacja kontrrewolucjonistów! Złożę skargę do samego towarzysza Stalina!” – „Proszę bardzo – odpowiedzą panu. – Niech pan sam decyduje, czy chce pan pomóc organom, czy nie. Proszę iść.” Przy czym okazać się może, że widok jej krwi wywoła u pana atak mdłości, krew uderzy panu do głowy, nagłe zrobi się panu gorąco, za chwilę ręce skostnieją i zaczną drżeć, a w piersi pojawi się straszne uczucie tęsknoty. Zgarbi się pan i niespodziewanie usłyszy słowa wypowiadane przez swój własny głos: „Tak, tak, tak, oczywiście, teraz rozumiem, tak, raz mówiła, ale myślałem, że to tak z dobroci, ale wie pan, ja zawsze twardo powtarzałem…” – „Proszę napisać” – „naczelnik” poda panu ołówek. I napisze pan. Ale to nieważne, bo w obu przypadkach przyjdą po pana po czterech dniach. Przez te cztery dni nie będą pana zauważać koledzy i znajomi i nawet rodzice żony nie przepuszczą pana przez próg. 


Przejdzie pan wszystkie etapy – oburzenia i strachu; po pierwszym pobiciu poczuje pan strach i rozpacz; w końcu zorientuje się pan, że bić będą dwa razy dziennie. W celi „w imieniu ludu", obijają nerki, łamią nos i masakrują twarz, na przesłuchaniu „po radziecku”, odbijają wątrobę, rozrywają przeponę, łamią palce, rozgniatają genitalia - w nich zżyje się pan z przerażeniem, żadnych więcej emocji już w panu nie będzie. Nawet nie będzie pan pamiętać, że miał pan córkę (a gdzie teraz jest?) i żonę.






Uda się panu. Szybko podpisze pan wszystko, co trzeba. Na podstawie pańskich zeznań zabiorą jeszcze sześciu ludzi, tylko jednego z nich pan zna, to ten kolega, który przestał się z panem witać. Kiedy będzie pan podpisywać przeciw niemu zeznania, tylko na ten jeden moment obudzą się w panu ludzkie uczucia: ogarnie pana niezdrowa satysfakcja. W pańskiej historii zdarzy się też cud. Oskarżą pana tylko o nie złożenie donosu (bywa, że oficerowie śledczy lubią tworzyć złożone historie, czasem wystarczy im, że znajdą odpowiedni paragraf). Wyślą pana do łagru, po odsiedzeniu pięciu lat trafi pan na front, w pierwszym boju zostanie pan ranny w rękę, która już nigdy nie wyzdrowieje do końca i dlatego nie trafi pan już na pole walki. Pozwolą panu wrócić do starego biura projektowego. W obozie będą bić pana (cofniemy się odrobinkę) jeszcze dużo i często, pozbawią pana zębów, złamany nos nigdy nie zrośnie się prawidłowo, pańskie palce kiedyś potrafiły grać na gitarze, teraz już nigdy nie będą w stanie nawet normalnie utrzymać długopisu. Nigdy nie będzie mógł pan spokojnie patrzeć na jedzenie i będzie pan chował pod poduszką czarne skórki od chleba. Do końca życia będzie pan utykał, nigdy nie będzie pan spał więcej niż cztery godziny, budząc się od każdego szelestu, a hałas samochodu za oknem w nocy będzie przyprawiać pana o zawał serca.


Spróbuje pan znaleźć swoją córkę, ale nie znajdzie jej pan: wysłano ją do specjalnego domu dziecka dla wrogów ludu, później wybucha wojna i ślady się urywają. Archiwa by pomogły, ale pozostaną zamknięte i nigdy nie będą szeroko dostępne. 





Stworzył największą i najokrutniejszą tyranię w historii kraju, ale w dzisiejszej Rosji nie brakuje przekonanych,
iż był efektywnym menedżerem. 


Nigdy nie dowie się pan już niczego o losie żony, ale ja panu opowiem, sam przecież wiem wszystko. Przewieźli ją do celi i od razu na miejscu, zanim doczekała się przesłuchania, została zgwałcona przez znajdujących się w niej kryminalistów. Było ich sześciu, mieli dwie godziny, ochrona nie reagowała, śledczy się spóźniał – jak zwykle masa roboty. Żona opierała się przez mniej więcej trzy minuty, przez ten czas wybili jej pięć zębów i złamali dwa palce. Dlatego też trudno było jej podpisać protokół. Krew na papierze pochodziła z rozerwanego ucha (po pięciogodzinnym przesłuchaniu rozbity nos już nawet nie krwawił). Ucho rozerwano jej na przesłuchaniu – śledczy, nie doczekawszy odpowiedzi, czy się przyzna, kilka razy uderzył ją po głowie podstawką do szklanki (tak naprawdę był zły, że herbata była zimna, roboty od cholery, dziewucha ładna i zgrabna, i dlaczego swołoczy wolno, a jemu, oficerowi, nie?!). Ona również szybko przyznawała się do wszystkiego i podpisywała wszystko, o co prosili.  Zawahała się tylko raz – kiedy podpisywała zeznania przeciwko panu. Ale powiedzieli jej, że wyślą ją do celi z mężczyznami i podpisała. Ją także szybko wysłali do łagru. Ale nie potrafiła się przystosować – pan szybko nauczył się usługiwać "błatnym" kryminalistom (najwyższa kasta wśród więźniów w ZSRR – przyp. tłum.) i kraść racje żywnościowe, kiedy nikt nie patrzył. Ona ciągle próbowała chronić innych od przemocy, nienawidzili jej za to i błatni i ich ofiary. Jakoś po roku, kiedy powiedziała coś w stylu „przecież nie można tak bić człowieka!” któraś z kryminalistek warknęła: „Ach, nie można? A treningi? Jak się nauczymy bez treningu? Nieźle dajesz, ku*wa DOSAAF!” (Dobrowolne Stowarzyszenie Współpracy Armii, Lotnictwa i Floty – przyp. tłum.) Rozebrali ją i bili, pokazując kto jak potrafi, a „politycznych” zmusili do oceniania ciosów według skali od jednego do dziesięciu. Każde uderzenie wywoływało ożywione spory wśród jury, w końcu kogoś trzeba było uznać za zwycięzcę, przegrany mógł się obrazić. Nikt nie zauważył, kiedy umarła: upadła szybko, bili leżącą. Ta, która to zauważyła, powiedziała: „Zdechła, suka. Nieciekawa sprawa. Macie wolne!”


Przeżył pan jeszcze 15 lat po wojnie, umarł w wieku 50 lat na udar mózgu. Cały ten czas oczywiście nie mieszkał pan w swoim starym mieszkaniu na Sokole, a w pokoju wydzielonym przez Ministerstwo Średniego Przemysłu Maszynowego (za kartonowym przepierzeniem mieszkała czteroosobowa rodzina, drzwi frontowe do wszystkich były jedne, ale toaleta już na siedem pokoi). 


Większość produktów dostawał pan za kartki i talony (praktycznie niewiele było panu potrzebne). Jednak nie udało się panu kupić radia, słuchał pan odbiornika, który stał w połowie pokoju należącej do sąsiadów, prawie zawsze był włączony. Kiedy nie mógł pan ruszać lewą częścią ciała, już po sześciu godzinach przewieziono go do szpitala i położono na materacu w korytarzu. Nie podchodzili do pana, bo uznali że przypadek jest beznadziejny. Umierał pan we własnym moczu i ekskrementach jeszcze około doby, ale to było nic w porównaniu do obozu – czuł się pan dobrze, jak wtedy gdy wysyłano pana na front, gdy odniósł pan ranę i dowiedział się, że ręka pozostanie bezwładna, i wtedy gdy wierzył pan że żona umarła i nie cierpiała (do ’pięćdziesiątego szóstego tylko pan wierzył, a nie wiedział).


Rosja silna gospodarczo?


Chciałbym, żeby pan wiedział, że wszystko co się z nim stało, nie może być rozpatrywane bez uwzględnienia kwestii ekonomicznych i przemysłowych. Wielu wciąż wierzy, że Rosja stała się silna ekonomicznie, jeśli nie kosztem ich i pańskich drobnych przykrości, to przynajmniej za pana oraz ich życia.


No cóż. Nie zamykajmy więc oczu i na tę kwestie. Rosja w tym czasie przeżyła straszliwy głód (do 8 milionów ofiar, do 3 milionów zmarłych bezpośrednio z głodu) – jako jedyna w Europie. Wyprzedała wspaniałe zapasy kosztowności i dzieł sztuki. Obywatele Rosji cierpieli głód, chłód i choroby przez cały okres przedwojenny i 20 lat po niej. W jakim celu? Po to, by móc produkować tylko i wyłącznie czołgi, armaty, myśliwce i samochody, mundury i buty. Ani wtedy, ani później Rosja nie potrafiła wyprodukować ani jednego towaru pierwszej potrzeby, stworzyć żadnej własnej technologii (nawet rakiety i bombę atomową ukradziono). Szwadrony czołgów nie uratowały ZSRR od dwa razy mniejszego pod względem liczebności wroga. Podczas, gdy my przegrupowywaliśmy się dzięki amerykańskim dostawom i jedliśmy amerykańską tuszonkę, nasz przeciwnik, choć był gorzej uzbrojony, przeorał całą europejską część kraju.


Życie 26 milionów ludzi, to cena strachu Europy przed komunizmem, cena stalinowskiej strategii „lodołamacza” i cena kolaboracji przed wojną. Cena represji, to nie mniej niż 3 miliony trupów i 6 milionów wracających z łagrów. Cena rozkułaczania i ustanawiania prawa przeciw „szkodnikom i złodziejom” to jeszcze 4 miliony. Jedna trzecia kraju. W jakim celu? Żeby najpierw na rachunek Zachodu zacząć produkować kiepską stal i stare czołgi, a potem założyć własne zakłady ze zdobycznych maszyn i pracować na nich do XXI wieku? Żeby utrwalać beznadziejne zacofanie w rolnictwie (genetyka to burżuazyjna pseudonauka) i w technologiach cyfrowych (sprzedajna dziwka imperializmu)? Do lat dziewięćdziesiątych nie pozbyliśmy się baraków, do lat osiemdziesiątych naszym przeznaczeniem były wspólne mieszkaniowe "kołchozy". W trzydzieści lat po wojnie telewizor kosztował tyle, co półroczna pensja naukowca, samochód – pięć lat pracy, mieszkanie (wspólnie z małżonkiem!) – 20 lat pracy, jeśli pozwolą i dadzą, tam gdzie zechcą…


ZSRR narodził się jako kraj biedny, pozostał biedny za Stalina i skończył w biedzie. Dyktatury nie bywają bogate (jeśli nie są Singapurem).


Potrzebna jest nam destalinizacja. To monstrum i po 60 latach po swojej śmierci nadal wyciąga do nas swoje łapy poprzez ludzi pozbawionych wyobraźni. Mam nadzieję, że panu jej nie brakuje, że potrafi pan wyobrazić sobie taką scenę: pańskie dziecko w końcu zasnęło.  Z żoną usiedliście przy stoliku. Na nim stoi lampka, narzuciliście na nią chustę. Słyszy pan słowa żony, "jakie to straszne – mówi - nie tylko karać zdrajców (oczywiście, inaczej się nie da, też pan to rozumie), ale jeszcze cieszyć się z mordowania, to jakieś średniowiecze." Przecież jest pan nauczycielem historii, orientuje się pan… Powiedział jej pan „Zobaczysz, doigrasz się!” i roześmiał. Położyliście się koło północy i jeszcze nie usnęliście, kiedy usłyszeliście pod oknem hałas samochodu. 

W tym czasie po ulicach jeździło mało samochodów, ale czy mało spraw mogą mieć ludzie w mieście – nie zwróciliście na to uwagi…



Tłumaczenie: Konrad Jeleński



Oryginał ukazał się na blogu Andrieja Mowczana dostępnym na portalu snob.ru:








*Andriej Mowczan, rosyjski ekonomista, publicysta. Swoje błyskotliwe teksty publikuje na portalach forbes.ru, colta.ru, snob.ru. Pracował na kierowniczych stanowiskach w inwestycyjnych firmach "Trojka_dialog", "Renesans", "Trietij Rim". Obecnie jest szefem programu ekonomicznego w Moskiewskim Centrum Fundacji Carnegie. 
















"Media-w-Rosji" o tym jak w Rosji Putina traktowana jest 

pamięć o czarnych czasach Gułagu





Do obozu "Perm-36" Siergieja Kowaliowa zesłano w latach siedemdziesiątych za antyradziecką agitację i propagandę. Najgorszy był karcer, panował w nim wieczny chłód, skazańcom zmniejszano racje żywnościowe. Po upadku Związku Radzieckiego Kowaliow poparł inicjatywę, by w starym obozie zorganizować muzeum poświęcone ofiarom represji. Ale w Rosji Putina, ekspozycja w dawnym kształcie nie jest potrzebna, podjęto więc decyzję, by upamiętniała także zasługi funkcjonariuszy Gułagu. W rozmowie z portalem "Otkrytaja Rossija" Siergiej Kowaliow bije na alarm, najgorsze jest to, że władze przejęły również całe zbiory i archiwum muzeum.









Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com







Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego. 






sobota, 23 maja 2015

„Git-ludzie”, szara masa i „cwele”



Pamięć i wiedza o życiu w obozach, więzieniach, zamkniętych domach dziecka ważna była dla szeregu pokoleń Rosjan. Temat ten poruszały dzieła literackie i piosenki bardów. Badaniami zajmowali się psychologie i socjologowie. Niewielu z nich mogło pochwalić się dorobkiem równie bogatym, co profesor Michaił Kondratiew. Badał struktury hierarchiczne w stosunkach międzyludzkich, typowe dla placówek penitencjarnych i wychowawczych typu zamkniętego. Na kilka tygodni przed śmiercią, w rozmowie z Michaiłem Czerkalinem podzielił się wspomnieniami z własnego pobytu za kratami i sformułował kilka ważnych spostrzeżeń odnoszących się do relacji między światem więziennym, a społeczeństwem na wolności.






Dlaczego wychowankom domów dziecka łatwiej dostosować się do „koszarowej” rzeczywistości? Jak kształtują się i na czym bazują w środowiskach hermetycznych stosunki między władzą i osobami jej podległymi? Dlaczego z punktu widzenia organów administracyjnych nieoficjalne „kasty”, funkcjonujące w koloniach karnych, są zjawiskiem pożądanym? Trzy tygodnie przed samobójstwem jeden z pionierów rosyjskiej psychologii penitencjarnej, profesor Michaił Kondratiew, opowiedział Artiomowi Czerkalinowi o swoich doświadczeniach z okresu pobytu w więzieniu.



Refleksje Michaiła Kondratiewa zapisał Michaił Czerkalin





W Możajsku, w obozie dla niepełnoletnich, odsiaduje wyrok ok. 200 skazanych za ciężkie przestępstwa.
Foto:Jegor Gabwrilenko (http://gavrilenko.livejournal.com/14785.html)




Wybór zawodu psychologa więziennego w pewnym sensie narzuciło mi samo życie. Do całego szeregu innych profesji miałem po prostu zamkniętą drogę. W wieku 17 lat trafiłem do więzienia, a stamtąd do kolonii dla młodocianych przestępców. Brałem udział w pospolitej ulicznej bójce, ale tak się złożyło, że w 1973 r. Rada Najwyższa ZSRR wydała postanowienie „O zwalczaniu czynów chuligańskich”. Gdyby nie to, pewnie dostałbym zwykłą grzywnę albo wyrok w zawieszeniu. Na mocy nowego postanowienia skierowano mnie jednak do aresztu śledczego „Matrosskaja Tiszina”.

W areszcie na Butyrkach nie było osobnego oddziału dla nieletnich przestępców, zresztą nie ma go tam i dziś. No a potem, już po rozprawie sądowej, istniała tylko jedna możliwość – skierowanie do „kolonii wychowawczej z przymusem pracy” dla nieletnich i młodocianych przestępców w wieku od 14 do 18 lat.

Obecnie tego typu kolonie noszą nazwę po prostu „wychowawczych”. Praca przymusowa została usunięta z ich programu. I to, moim zdaniem, bardzo negatywnie wpłynęło na osadzonych. Być może wysiłek fizyczny miał niewielki wpływ na sam proces resocjalizacji, ale przynajmniej pozwalał więźniom na wypełnianie czasu choćby jakimkolwiek zajęciem. Obecnie czas wolny służy im głównie do nawiązywania i zacieśniania podejrzanych znajomości, budowania więziennej hierarchii i umacniania wzajemnych zależności w specyficznym systemie stosunków międzyludzkich.

Nierównoprawność stosunków można zaobserwować we wszystkich istniejących społecznościach – zarówno w klasie szkolnej, jak i w drużynie sportowej, w jednostce wojskowej czy w kolektywie pracowniczym. Nierówności te kształtują się w oparciu o stosunki nieformalne, te jak wiadomo, zawiązują się zazwyczaj w sposób spontaniczny i żywiołowy.



Kasty



Inna sprawa, że w takiej wyizolowanej społeczności jak kolonia karna, różnice w statusie społecznym mają charakter jakościowy. Tym właśnie różni się struktura kolonii od innych struktur hierarchicznych istniejących w normalnych grupach społecznych. Zasadniczo grupy funkcjonujące w półświatku przestępczym opierają się na regule kastowości. W kolonii karnej są to struktury czteropiętrowe, czy też czterowarstwowe. Dwie pierwsze kasty tworzą nieoficjalni liderzy oraz ich zausznicy; trzecia kasta składa się z „przeciętniaków”, natomiast na samym dole tej swoistej drabiny społecznej znajduje się grupą powszechnie pogardzanych wyrzutków.

Istnienie takiego zróżnicowania pozycji w grupie potwierdza również fakt, iż podopieczni placówki penitencjarnej używają specyficznej terminologii slangowej. W gwarze więziennej nieoficjalni liderzy to borzyje [polski odpowiednik to „git-ludzie”; dosł. borzyj to „bezczelny, niepokorny, agresywny” - mediawRosji]. Ich zausznicy nazywani są priborziewszymi. Kasta pośrednia to czuszki. Natomiast opuszcziennyje to margines, „wyrzutki społeczne” [polski odpowiednik to „cwele”]. O ile trzy pierwsze kasty należą do „przyzwoitego towarzystwa”, to środowisko opuszcziennych składa się z ofiar różnych wynaturzeń i czynów karalnych. Najczęściej „scweleniu” poddaje się ich za „kablowanie”. Sama kara najczęściej przybiera postać poniżania z zastosowaniem przemocy o charakterze seksualnym. Co istotne, każdą z tych kast cechuje stosunkowo stała liczebność. Borzyje to grupa od trzech do ośmiu osób na 100 więźniów. Około 15 osób to priborziewszyje. Kasta pośrednia składa się z 70-75 ludzi i stanowi rdzeń społeczności więziennej (w przypadku kolonii dla dorosłych uznawani są za tzw. „prawdziwych facetów”, przestrzegających przestępczego „kodeksu”, ale jednocześnie podporządkowujących się rozkazom więziennej administracji). Pozostałe 15-20 osób to opuszcziennyje.



Amnestia w Możajsku



Co ciekawe, taka struktura wewnętrznych podziałów, występująca w zamkniętych placówkach, jest zadziwiająco żywotna. Być może wynika to z faktu, że czynniki zewnętrzne kształtują ją wciąż od nowa, nawet jeśli funkcjonowanie grupy z jakichś względów zostało na pewien czas zaburzone. Na przykład w 1974 r. z okazji 50-lecia ZSRR ogłoszono amnestię, która objęła dość szeroki krąg osadzonych. Możajska Kolonia Karna, do której trafiłem, była wzorową kolonią typu ogólnego: osadzeni, którzy w niej przebywali, w większości byli nowicjuszami, odsiadywali pierwsze wyroki. Dlatego praktycznie wszyscy załapali się na amnestię. Kiedy zbliżał się koniec amnestii okazało się, że możajska kolonia dosłownie opustoszała, zostało w niej zaledwie dwóch ludzi, niespełniających kryterium wiekowego lub odsiadujących wyrok z „niewłaściwego” paragrafu. Gdy przyjechałem tam po latach, już jako naukowiec i psycholog, zaobserwowałem, że raz ustalona hierarchia nie uległa jakimkolwiek, choćby najmniejszym zmianom. Wynikało to z faktu, iż jej źródłem był określony zespół prawideł i zasad, które wychowawcy zawsze odgórnie narzucają podopiecznym. Dzieje się tak dlatego, że system kastowy umożliwia administracji więziennej sprawną kontrolę nad skazanymi. Rzecz jasna, nie ma to nic wspólnego z „przemianą osobowości” czy resocjalizacją.



Ta sama logika



W zasadzie rządzi tu ta sama logika, co i w innych placówkach typu zamkniętego, poczynając od domów dziecka, kończąc na strukturach wojskowych. W wojsku na przykład sierżant, żądając by wysprzątano toaletę, mówi do „dziadka”: „Żeby mi tu wszystko błyszczało!”. Natychmiast po tych słowach powinien wyjść, bo oczywiście, jako wyższy rangą, sam sprzątać nie będzie. Sierżanta nie obchodzi, kto konkretnie się tym zajmie, toaleta ma być wypucowana i już. Dokładnie tak samo wygląda współpraca administracji więziennej i borzych, tj. nieformalnych liderów. Rozkaz zostaje wydany komuś z „git-ludzi”, a kto i jak go potem wykona – nie jest istotne.

Podam inny przykład: oprócz Możajskiej Kolonii Karnej w obwodzie moskiewskim istniała (i nadal zresztą istnieje) Kolonia Ikszańska. Później, jako psycholog prowadziłem badania w obu tych koloniach. W Możajsku zauważyłem, że procent nieoficjalnych liderów w stosunku do stanu osobowego całego bloku był dwu- a nawet trzykrotnie wyższy, niż w Ikszy. W tej drugiej placówce na blok przypadało maksymalnie trzech liderów, nie więcej. Długo nie mogłem zrozumieć, z czego to wynika. W końcu jednak znalazłem przyczynę: w Możajsku zajmowano się głównie seryjną produkcją łyżek na specjalnych prasach, natomiast w kolonii ikszanskiej działał cech odlewniczy. Okazało się, że według niepisanego przestępczego kodeksu borzyje w ogóle nie mogą pracować. W przypadku produkcji łyżek można zwolnić od pracy 10 ludzi na 100, a i tak uporają się z realizacją planu. Natomiast w odlewni zwolnienie 10 ludzi jest już niemożliwe. Trzech na stu to maksimum. Zatem automatycznie liczba nieformalnych liderów była tam trzykrotnie niższa.

Co istotne, człowiek prowadzący badania nad systemem wzajemnych stosunków panujących w kolonii, bez trudu może określić status więźnia na podstawie samych tylko zewnętrznych atrybutów. Gdyby postawiono przede mną 100 ludzi, to z marszu będę mógł określić pozycję każdego z nich. Żadne dodatkowe badania mi nie potrzebne. Wystarczy, że spojrzę na ich ubrania.



W obozie dla małoletnich skazanych obowiązuje nieformalna hierarchia regulująca położenie 
każdego z nich także w oczach administracji. Foto:Jegor Gawrilenko,
(http://gavrilenko.livejournal.com/14785.html)




Spodnie "dzwony" i kurtki skórzane



W czasach, kiedy ja odsiadywałem wyrok, w modzie były spodnie „dzwony”. A z przydziału więźniowie dostawali coś zupełnie przeciwnego – górna część nogawek była szeroka i zwężała się ku dołowi. Skazani znaleźli na to radę. Obcinali nogawki, odwracali je do góry nogami i przyszywali na nowo. W ten sposób powstawały „dzwony”. Obuwie robocze (w więziennym żargonie nazywano je kocy) ozdabiano blaszkami zwędzonymi z warsztatu, buty teraz błyszczały. Najbardziej szykownym elementem stroju była czapka-uszanka, jednak musiała różnić się od tych z przydziału. Dla kasty pośredniej, czyli czuszek, typowa była kurtka zakładana przez głowę i zapinana na trzy guziki, tzw. diatłowka. Natomiast skórzane kurtki, rozpinane z góry do dołu (tzw. szkury) nosili wyłącznie przedstawiciele „elity”, tj. borzyje i priborziewszyje. Na całą Kolonię Możajską przypadało tylko sześć granatowych szkur, wszystkie inne kurtki były czarne.

W dwa miesiące po przeniesieniu z więzienia do kolonii, odwiedzili mnie rodzice. To było już moje drugie spotkanie z nimi. Podczas pierwszego widzenia moja twarz miała sinozielony odcień i wyglądała jak nieświeży kurczak na bazarze. Mamie nakłamałem, że jestem chory, a tak naprawdę współwięźniowie spuścili mi wcześniej solidne lanie. To był obowiązkowy etap w procesie wspinania się na wyższe szczeble więziennej hierarchii. O swoje miejsce w grupie walczyłem dość długo, ale warto było. W spadku po moim poprzedniku dostała mi się taka właśnie granatowa kurtka. Pęczniejąc z dumy, na drugie widzenie z rodzicami poszedłem właśnie w niej i w spodniach „dzwonach”. Dzięki temu klawisze przepuścili mnie bez rewizji, a z rodzicami mogłem spędzić całą przepisową godzinę. Innych przeszukiwano, niektórym nawet przerywano spotkanie z krewnymi już po 10 minutach. W pewnej chwili mama spytała szeptem: „Misza, tobie się chyba tutaj żyje zupełnie nieźle, co? Wszyscy mają czarne kurtki, tylko ty jeden masz granatową”. A ojciec na to: „Ten drań to się wszędzie potrafi urządzić”. Po czym wstał i wyszedł trzaskając drzwiami. Od razu się domyślił, że moja kurtka to coś wyjątkowego, że to dowód wysokiej pozycji wśród więźniów.

Paliłem wtedy „Primy”, chociaż w kolonii większym prestiżem cieszyły się „Biełomory”. No więc paliłem te „Primy” ukradkiem, a paczkę chowałem w kieszeni. Za to z kieszonki na piersiach demonstracyjnie wysuwałem rożek pudełka po „Biełomorach”. Oprócz tego o mojej pozycji świadczyły długopisy - miałem najtańsze, po 35 kopiejek za sztukę, ale za to aż w ośmiu kolorach. Ten, kto umiał dostrzec i zinterpretować takie atrybuty, mógł od razu, na pierwszy rzut oka, określić moją wysoką pozycję w więziennej hierarchii.






W naszej brygadzie mieliśmy też przewodniczącego rady ds. skazanych. Facet demonstracyjnie, na oczach strażników, nosił brązową czapkę zamiast przepisowej czarnej. Wewnątrz niej, by ją usztywnić i maksymalnie upodobnić do papachy wszywało się kawałki kartonu. Ten gość na apelach zawsze stał w pierwszym szeregu. Kiedy wychodził na wolność, oddał czapkę jakiemuś ziomkowi. Okazało się jednak, że nowy właściciel był jedynie priborziewszym, a nie borzym. Dlatego już pierwszego dnia, kiedy na apelu „samozwaniec” stanął gdzieś na przedzie, zastępca komendanta brygady zdjął mu tę czapkę z głowy, pociął ją brzytwą i wyrzucił. Pozycja tego „ziomka” w grupie była za niska w stosunku do przywłaszczonego atrybutu.



Kryminaliści na fotografiach



Kiedyś byłem również świadkiem i takiej historii: na przełomie lat 80-tych i 90-tych władze zorganizowały operację „Troska”. Całą akcję wymyślił jakiś generał z MSW. Idea była taka, że kto odsiedział wyrok, miał potem odwiedzić swoją dawną kolonię i opowiedzieć, że po wyjściu z więzienia jest możliwe ułożenie sobie życia na nowo. Oczywiście wcześniej dokonywano selekcji prelegentów i wybierano takich, którym udało się coś osiągnąć, awansować w hierarchii społecznej.


Dzień w obozie zaczyna się o 6,30, kończy o 22.00. Małoletni skazani pracują po 6 godzin dziennie. Foto:Jegor Gawrilenko (http://gavrilenko.livejournal.com/14785.html)



Byłem jednym z takich wybrańców, wysłano mnie do kolonii w Możajsku. Razem ze mną przyjechał pewien chłopak, siedział wcześniej, zanim zamknęli i mnie. W kolonii nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy. Pracował w mieście Kemerowo jako brygadzista, w jednej z tamtejszych kopalni, odznaczony go nawet orderem Lenina. Kiedy w asyście jakichś generałów i dostojników przeszliśmy przez wartownię, naszym oczom ukazała się alejka, wzdłuż niej rozstawiono fotografie o wymiarach metr na metr. Spojrzałem na swoje zdjęcie i przypomniałem sobie, w jakich zrobiono je okolicznościach. Było mi potrzebne do zaświadczenia o odbyciu kary. Na całą brygadę przypadała wtedy jedna marynarka, jeden krawat i jedna koszula. Fotograf wieszał na ścianie prześcieradło, przed nim stawiał krzesło fotografował na takim tle. Wydawał przy tym polecenia: „Pochyl głowę w dół i patrz na swoje buty. A teraz, bez podnoszenia głowy, popatrz w obiektyw tak, bym widział sklepienie twojej czaszki”. Wszystko to robiono po to, żeby wklejone do zaświadczenia zdjęcie razie potrzeby ułatwiało milicji zidentyfikowanie delikwenta. W rezultacie na fotografiach widniały fizjonomie najprawdziwszych kryminalistów, złowrogo łypiących spode łba. No i w tej właśnie alejce honorowej, tuż koło wartowni, umieszczono taki właśnie mój portret. Tyle tylko, że mocno powiększony. A tuż nad nim widniał napis: „Doktor nauk psychologicznych, członek-korespondent”.

Ogólnie rzecz biorąc z tych, którzy po odbyciu kary wrócili do normalnego życia, tylko nielicznym udało się odbić się od dna i coś osiągnąć. W tym miejscu należy podkreślić pewien istotny czynnik: ci, którym w kolonii karnej żyło się całkiem nieźle, zwykle prędzej czy później do niej wracali. Natomiast pośród „scwelonych” nie znam nikogo, kto by tam wrócił. Poczta pantoflowa działa niezawodnie i jeśli już raz cię poniżyli, to już nigdy nie będziesz miał możliwości awansować w więziennej hierarchii.



Specyficzne normy i zasady



Osobny i powszechny problem stanowią domy dziecka. Tu znowu powracamy do zagadnienia społeczności hermetycznych. Nie wiadomo czemu panuje powszechne przekonanie, że wychowankom takich placówek życie powinno się ułożyć szczęśliwie. Tylko że jeśli człowiek nauczył się walczyć o swoje, jeśli potrafił się jakoś urządzić w sierocińcu, to potem w normalnym środowisku, w normalnym społeczeństwie zawsze będzie mu wyjątkowo ciężko. W wyizolowanych grupach panują specyficzne normy i zasady. Jeśli potrafisz funkcjonować w tym świecie, to zawsze najłatwiej ci będzie odnaleźć się w innej tego rodzaju zamkniętej grupie. Właśnie dlatego byli wychowankowie domów dziecka doskonale adaptują się do warunków panujących w koloniach karnych czy w armii, z jej „falą” i „gnębieniem kotów”.



Jak się robi herbatę?



W ramach wspomnianej już operacji „Troska” jeździliśmy również po domach dziecka. Jedno ze spotkań wstrząsnęło mną szczególnie: wraz z komisją przyjechaliśmy do Moskwy, odwiedziliśmy pewnego chłopaka w nowej, przydzielonej mu przez państwo po opuszczeniu sierocińca kawalerce. Takie wtedy obowiązywały przepisy. Chłopak chciał poczęstować nas herbatą. Wziął więc zwykły czajnik, nasypał do niego cukru, dolał zimnej wody i postawił na kuchence. Nigdy wcześniej nie widział, jak się robi herbatę. W domu dziecka dostawał gotowy napój w kubku. Takie było jego pojęcie o życiu. Oczywiście to nic strasznego, że nie umiał normalnie zaparzyć herbaty. Nie o to mi chodzi. Chcę jedynie podkreślić, że ten chłopak cały system stosunków międzyludzkich i obyczajów skopiował z domu dziecka, po prostu mechanicznie przeniósł go na grunt zwyczajnego życia w społeczeństwie. Ludzie jednak nie znają tych norm, lub nie akceptują ich, taka osoba czuje się więc wyobcowana. W domu dziecka grono pedagogiczne dokłada wszelkich starań, żeby zapewnić dzieciom dobre warunki bytowe, bo wtedy łatwiej utrzymać kontrolę nad wychowankami, łatwiej ograniczyć do minimum niebezpieczeństwo buntów, przejawów niezadowolenia i awantur. W zasadzie wychowawcy dbają o swój własny interes i mało ich obchodzi, co się stanie z tymi dzieciakami, gdy już opuszczą placówkę opiekuńczo-wychowawczą. Ci młodzi ludzie, którzy zdołali zaadaptować się do życia w tego rodzaju grupie, bardzo często po latach wracają do domów dziecka – tyle, że już w charakterze wychowawców. Natomiast ci, którzy w hermetycznym środowisku sierocińca zawsze czuli się źle, dość szybko odrzucają te normy jak zbędny balast. Dzięki temu łatwiej im wtopić się w normalne społeczeństwo. W koloniach karnych powyższe tendencje są jeszcze silniejsze.





Tłumaczenie: Katarzyna Kuc



Oryginał ukazał się na portalu "Mediazona":
http://zona.media/story/kondratyev/






 Michaił Kondratiew (ur. 1956) pełnił funkcję dziekana na wydziale psychologii Moskiewskiego Uniwersytetu Psychologiczno-Pedagogicznego. Był założycielem i redaktorem naczelnym czasopisma „Psychologia społeczna i społeczeństwo”. Jeden z pionierów rosyjskiej psychologii penitencjarnej. Badał struktury hierarchiczne w stosunkach międzyludzkich, typowe dla placówek penitencjarnych i wychowawczych typu zamkniętego. Jego najwybitniejsze prace to „Budowanie autorytetu”, „Nastolatek w systemie stosunków międzyludzkich w placówce wychowawczej typu zamkniętego”, „Psychologia społeczna w zamkniętych placówkach wychowawczych”. 5 maja 2015 r., po długich zmaganiach z chorobą nowotworową, zakończył życie samobójstwem.












Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com







poniedziałek, 16 grudnia 2013

Piekło na ziemi. Kobieta w obozie pracy w czasach Putina.

Siedziały w obozach w Mordowii, tam gdzie zesłano też solistkę Pussy Riot Nadię Tołokonnikową. Malowany przez nie obraz obozowej egzystencji jest jeszcze czarniejszy od relacji Nadii. 

Nadiu, napisałaś prawdę! Ani słowa przesady….

We wrześniu 2013 roku solistka grupy Pussy Riot napisała swój list otwarty. Opowiedziała w nim o niewolniczej pracy skazanych, o poniżeniu jakie spotyka je za najmniejsze uchybienia. Trzy byłe skazane, które wyroki swoje odsiedziały w Mordowii przyjechały do Moskwy, by potwierdzić słowa Tołokonnikowej.

Federalna Służba Więziennictwa (FSIN RF) przeprowadziła kontrolę w obozie IK-14, w którym odsiadywała wyrok Nadieżda Tołokonnikowa. Komisja Kontrolna nie stwierdziła, by naruszano regulamin. 

Te kobiety nie siedziały za politykę. Nie utrzymują, iż skazano je za niewinność, przyznają się do swoich przestępstw. W wywiadzie udzielonym „The New Times” opowiadają o koszmarze obozu kobiecego. Dowiemy się od nich, dlaczego uwięzione kobiety nigdy nie składają skarg, dlaczego są gotowe pracować za darmo. I dlaczego więzienie nie resocjalizuje człowieka, a na odwrót degraduje go i niszczy jego charakter. 

„Włożę ci do kieszeni 15 gramów – i wrócisz do obozu”

Kira Sagajdarowa:

Mam 29 lat. Urodziłam się na Białorusi. Moja prawdziwa matka, z powodu ciemnego koloru mojej skóry oddala mnie do domu dziecka. Adoptowała mnie pewna kobieta, później z domów dziecka zabrała jeszcze ośmioro dzieci mulatów, potem stworzyła pierwszy w Związku Radzieckim rodzinny dom dziecka. Udało mi się zdać na studia, przyjęto mnie na informatykę. Jednak rzuciłam naukę, poszłam do pracy, w 2006 roku pojechałam z moim chłopakiem do Moskwy. Mam za sobą dwa wyroki. W obozie IK-2 odsiadywałam wyrok 5 lat i 6 miesięcy za kradzież w znacznych rozmiarach i fałszowanie dokumentów. Teraz, po wyjściu na wolność, staram się o wszystkim zapomnieć, chcę rozpocząć wszystko od początku.

Kiedy docierasz do obozu i trafiasz na kwarantannę, tam najpierw pytają Cię o wykształcenie. A potem zadają następne pytanie – potrafisz szyć? Ja im powiedziałam, że potrafię posługiwać się komputerem, więc zostałam skierowana do pracy w studio telewizyjnym. Odpowiadałam za filmowanie różnego rodzaju organizowanych w obozie imprez kulturalnych, czy wydarzeń. Filmowałam je w towarzystwie oddziałowej, potem montowałam, w końcu mój reportaż pokazywano w obozowej telewizji. W końcu 2011 roku nadszedł termin, kiedy mogłam poprosić o warunkowe zwolnienie. Ale już wówczas w moich aktach odnotowano wiele naruszeń regulaminu. Dowiedziałam się od administracji obozowej, że nie mam szans na warunkowe. Być może, im się nie chciało szukać kogoś, kto zastąpiłby mnie w studio telewizyjnym. Za co spotykały mnie kary regulaminowe? Za cokolwiek…  Znaleziono u mnie telefon komórkowy, albo za to, że przez plac obozowy przeszłam sama, bez naszej brygady.

Pyta mnie Pani, dlaczego nikt się nie skarży. To nie ma sensu. Naczelnik obozu rozmawiał ze mną przed wyjściem na wolność: ”Jeśli po twoim wyjściu w Internecie pojawi się cokolwiek na nasz temat, obiecuję ci, przyjedziesz na widzenie do przyjaciółki, my ci podrzucimy do kieszeni 15 gramów, i wrócisz do zony.” To nie była pusta groźba.

Pisanie skarg nie tylko jest bez sensu, może także być niebezpieczne. Od tego człowiekowi może być tylko gorzej. Siedziały w naszym obozie dwie cudzoziemki, Niemka i Finka. Jeśli dobrze pamiętam Finka miała na imię Blukling. Potem przeniesiono je do IK-14, tam gdzie siedziała Tołokonnikowa. Niemka umarła niemal od razu, chorowała na cukrzycę, w IK-2 dostawała insulinę, ale w IK-14, żeby ją dostać, trzeba było czekać w długiej kolejce, mówili u nas, że jej po prostu nie dostawała. A Finka, przy pomocy wychodzącej na wolność kobiety przekazała na zewnątrz skargę, że w obozie odmawiają jej leczenia. Ta kobieta oszukała Finkę, przekazała skargę do obozowego oddziału operacyjnego. Finkę ukarano. To była kobieta w podeszłym wieku, odesłano ją do karceru, odebrano jej obuwie ortopedyczne, okulary, laskę, założono jej chodaki, zrobili z niej warzywo. Na wolność wyszła w wózku inwalidzkim. Nikt nie wziął jej w obronę. W obozie dla kobiet nie ma więźniów „autorytetów”, tak jak w męskim.

Jeszcze jedna historia z mojego doświadczenia, razem ze mną w warunkach zaostrzonego rygoru siedziała dziewczyna, Gulnaz Janajewa. Pokłóciła się z którąś ze skazanych na kilka dni przed przyjazdem bliskich na widzenie. Funkcjonariusze obozu nie próbowali nawet wyjaśnić co i jak. Wyciągnęli na plac obie skazane i przyłożyli im zdrowo. Ci sami funkcjonariusze potem błagali Gulnaz na kolanach, „Zbadamy Cię teraz, jeśli z Tobą będzie wszystko w porządku, pozwolimy ci na widzenie, ale jeśli jesteś bardzo posiniaczona, ty sama napiszesz, że rezygnujesz z widzenia.” Na to Gulnaz odpowiedziała: „Nie będę niczego pisać, widzę się z rodzicami raz na rok”. Na to oni zaczęli ją prosić, by nie skarżyła się przed krewnymi.  Oni nie mogli odmówić widzenia, jej brat w Baszkirii zajmował wysokie stanowisko, w obozie bano się, że zrobi skandal.

„Jeśliby mnie ogolili, przykryłabym się rękami”

Irina Dardykina:

Mam 32 lata, urodziłam się i wyrosłam w Kołomnie. Moi rodzice umarli, mam tylko młodszego brata. Byłam narkomanką, czasami kradłam. Mam za sobą dwa wyroki. Ostatni raz osądzono mnie za kradzież, rabunek i narkotyki. Dostałam 3 lata. Wyszłam na wolność w czerwcu 2012. Siedziałam w obozie IK-2 w Mordowii, położonym w osadzie Jawas. Niedawno wyszłam za mąż. Z moim mężem poznałam się korespondencyjnie, podczas odsiadki. On sam siedział po sąsiedzku. Bardzo się kochamy. Moim marzeniem jest teraz remont mieszkania, chciałabym żyć jak normalni ludzie.

Pracowałam w pracowni artystycznej. (Nadia Tołokonnikowa prosiła, żeby zamiast szwalni w IK-14 przeniesiono ją do tego rodzaju pracowni). Administracja obozowa nie zgodziła się (The New Times).

Kiedy wysłano mnie do tej pracy, od razu dowiedziałam się, że żadnego wynagrodzenia tam nie będzie. Ja powiedziałam, nie chcę szyć, mogę za to rysować bezpłatnie, to o wiele lepsze niż brud i nie kończąca się praca w szwalni plus stale wisząca nad nami groźba, że nas wyślą do karceru. 

Kiedy tylko przyszłam do pracowni, dostaliśmy nowe zamówienie od kierownictwa. Zlecono nam wykonanie 50 matrioszek, na każdej z nich miałyśmy narysować twarz jakiejś kobiety. Albo prokuratorki z Moskwy, albo jakiejś szyszki z Zarządu Federalnej Służby Więziennictwa. Rysowałyśmy na podstawie fotografii, zdaje się, ze któraś z nich obchodziła pięćdziesiąte urodziny.

Następne zlecenie dostałyśmy od jakiegoś cudzoziemca. Był kimś w rodzaju sponsora naszego obozu. Malowałyśmy dla niego matrioszkę składającą się z trzydziestu elementów. Malowałyśmy jego samego, jak gdyby podjeżdżał na koniu ku carewiczowi Iwanowi. Dostałyśmy także zlecenie na matrioszkę złożoną z pięćdziesięciu elementów, zleceniodawcą był jakiś moskiewski milioner. Jemu zachciało się, by na matrioszce były wymalowane wizerunki całej jego rodziny, żony, dzieci bliźniaki i dom z pięknymi schodami.

W okolicach Nowego Roku zamawiano zazwyczaj wielkie matrioszki przedstawiająca Dziadka Mroza. Pewnego razu dostarczono nam szkice projektowe, chodziło o matrioszki, do których pakowano butelki z koniakiem. Miały być ogromne, gdzieś tak połowa mojego wzrostu. Zamówienie przyszło z mordowskiej fabryki alkoholu, opiewało na 20 sztuk matrioszek, zmieścić się w nich musiały pięciolitrowe butelki. Niby na prezenty. Lalki miały przedstawiać dziewczyny z Mordowii w ludowych kostiumach. Dyrektor fabryki obiecał, że kupi najdroższe farby, najdroższe pędzelki, żebyśmy tylko wykonały jego zamówienie.

Zrobiłyśmy, co do nas należało. Dyrektor był zadowolony. Przyniósł nam potem do obozu z wolności masę słodyczy, torty. Pracowałyśmy prawie nielegalnie. Kiedy przyjeżdżała komisja kontrolna, ukrywano nas, jak gdyby tej pracowni artystycznej w obozie w ogóle nie było. Na terytorium zony stał mały wagon z piecykiem, był w nim tapczan, spałyśmy na nim po kolei. Zamówień było bardzo dużo. Poganiano nas, żebyśmy wykonywały je szybciej. Funkcjonariusze przychodzili do nas i prosili, byśmy robiły różne lalki także dla ich krewnych. Jedna z funkcjonariuszek zażądała byśmy na plecaku namalowały Myszkę Miki. Funkcjonariusze są zazwyczaj skąpi, nikt z nich nie chce wydawać pieniędzy, zwłaszcza wtedy, gdy można nas wykorzystać bezpłatnie. A to musiałyśmy namalować dla przedszkola grzybki, albo kwiatki. Spróbuj odmówić,  kiedy domaga się tego jeden z funkcjonariuszy! Zagryzą potem człowieka, podczas każdej kontroli będą drobiazgowo rewidować. Będą nas poniżali. Za najdrobniejsze przewinienie mogą ogolić na łyso. Jeśliby ze mną tak zrobili, ja bym cały czas przykrywała głowę rękami, to okropne poniżenie.

24 października powiesiła się Tania Czapurina. Miała 30 lat, może trochę więcej. Pracowała jako szwaczka, ale nie dawała rady wypełniać normy. Zawsze zostawała po godzinach. W różny sposób ją karano, musiała stać w klatce, nocami nie spała. Posadzili ją za zabójstwo, na wolności został mąż i dwoje dzieci. Tego dnia, kiedy się powiesiła, wybierałam się do stołówki. Przyglądam się, a ona stoi ze szmatą i wiadrem. I mówi do mnie: „Jestem taka wyczerpana, nie jestem w stanie, znowu kierują mnie do robót porządkowych”.

Szum podniósł się wieczorem, kiedy okazało się, że zadusiła się własną chustką, w komórce, w domu dziecka. Później w papierach cenzora odnaleziono pocztówkę, jaką napisała do swoich dzieci. Tam było o tym, że je kocha, i że niedługo znów będą razem. Męczono nie tylko ją, ale ona po prostu nie wytrzymała. I powiesiła się. Naczelnik obozu powiedział wtedy na placu apelowym: „Wieszajcie się, ile chcecie, mnie wszystko jedno, powieście się wszystkie.”

„Pójdziesz na skargę, po prostu cię zabiją”

Irina Noskowa:

Mam 29 lat. Urodziłam się w Briańsku. Kiedy miałam 10 lat, zostałam bez rodziców. Oddano mnie do domu dziecka. Wtedy zaczęłam kraść. Po raz pierwszy za kradzież kieszonkową dostałam półtora roku obozu lekkiego. Po raz drugi posadzili mnie za kradzież dwóch telefonów komórkowych. Kosztowały 11 tysięcy rubli. Skierowano mnie do obozu IK-2 w osadzie Jawas. Moje marzenie – żeby to było ostatni raz, żebym już więcej nie trafiała do więzienia.

Pracowałam w szwalni. Tam obowiązuje zasada: jeśli nie wykonujesz normy, po prostu cię biją. Brygadzistki biją, bije szef produkcji u siebie w gabinecie (w redakcji dysponujemy nazwiskami wszystkich funkcjonariusze, o których mówiły skazane- The New Times). Szef produkcji ma szafkę. W niej stoi deska. Zwykła deska, długa i szeroka. Odwracasz się twarzą w kierunku ściany, ręce przed siebie i on zaczyna bić. Przy tym mówi, patrz na obraz. Zastępca naczelnika obozu trzyma w szafie czerwone rękawice bokserskie, służą mu do bicia skazanych. W tym obozie nie znam dobrych funkcjonariuszy, wszyscy są źli. Idziesz do zony przemysłowej, uśmiechasz się, a funkcjonariusze pytają: „ Co ci tak wesoło? Wędruj do sztabu!”A tam mogą Ci przyłożyć pałą, potem wracasz do obozu. Za nic. Nie wiem, skąd się bierze ich dzikość i złość.

Szyłyśmy mundury „Wicher”. Zgodnie z dokumentami na wydziale powinny pracować 43 szwaczki. Nasza norma – 112 mundurów. W rzeczywistości w szwalni pracowało 25-30 szwaczek. A normę podnoszono nam do 170 mundurów. Nie dążyłyśmy. To było niemożliwe. Nie wychodziłyśmy z fabryki, żyłyśmy tam na stale. Kiedy na wolność wychodziły najlepsze szwaczki, na ich miejsce przychodziły dziewczyny, które nigdy w życiu nie widziały maszyny do szycia. Po czterech dniach zaczynano się nad nimi znęcać. Ciągnięto je za włosy. Popychano je tak, by uderzały się o maszyny. Nie chcę nawet szczegółowo mówić o wszystkim, co z nimi wyprawiano. W obozie robią z ludzi inwalidów. Wszystko bezkarnie. Jeśli nie daj Boże, pójdziesz poskarżyć się na któregoś funkcjonariusza, mogą po prostu zabić. Kiedy z naszym etapem przywieziono mnie do obozu, skierowano mnie do części sanitarnej. Tam na podłodze leżała kobieta z sinymi wargami. Z gabinetu wychodzili lekarze, jeden z drugim tylko przeskakiwali nad nią. W obozie nikt nie ratuje nikogo. Jeśli umierasz, nie ma sprawy, nie jesteś potrzebna, nikt cię leczyć nie będzie.





Film "Konkurs" nakręcony kilka lat temu daje wyobrażenie o życiu kobiet w rosyjskich łagrach. "Konkurs piękności" to rozrywka, która nie zmienia codziennej rzeczywistości. 

„Tołokonnikowa nie powiedziala wszystkiego„

Kira Sagajdarowa:

Mówią, że Tołokonnikowa zajmuję się własnym pi-arem.  Nas, byłe skazane, ten osobisty PR nie interesuje. W rzeczywistości administracja obozu bardzo boi się jawności. Po takich listach, jak Tołokonnikowej, na jakiś czas funkcjonariusze zaprzestają swoich gierek z pobiciami, z rękawicami bokserskimi. Jak mi się wydaje, Nadia nie wszystko powiedziała, można było powiedzieć więcej. Ale ja ze swej strony nigdy nie słyszałam, by w obozie IK-14 funkcjonariusze bili skazane. Jeśli w naszym obozie IK-2 funkcjonariusze mogą nam sami wykręcać ręce, to w obozie IK-14 robią to za nich zaufane skazane.

Irina Noskowa:

Nadia jest super, napisała prawdę i niczego nie przekręciła. Napisała tak, jak jest, do jakiego stopnia nas  poniżają. Ja sama raz zostałam wysłana do karceru na pięć dni. Zapytałam, za co mnie to spotkało… Odpowiedziano mi, że za wygląd zewnętrzny. W karcerze, kiedy otwierane są drzwi do celi, trzeba złożyć raport: wymagane jest głośne i wyraźne podanie nazwiska. Potem należy wymienić artykuł kodeksu karnego, termin rozpoczęcia kary i jej zakończenia. Tak trzeba zrobić za każdym razem, niekiedy dziesięć razy w ciągu dnia, tyle razy ile otwierane są drzwi. Potem mówią ci: „wychodź”. Trzeba odwrócić się do ściany i rozstawić nogi zgodnie z szerokością ramion. Potem mogą przyłożyć pałką, albo zmuszają cię do biegania w charakterze jaskółki. Trzeba stanąć na palcach i biegać. Jeśli dyżurna ma zły nastrój, takie bieganie może potrwać bardzo długo. Któregoś razu biegałyśmy tak przez 40 minut. Ty tak biegasz, a oni dają ci kuksańce.

„Tego obozu nie zapomnisz”

Irina Dardykina:

Swoich pierwszych dwóch wyroków w ogóle nie pamiętam. Ale ostatniego obozu nie mogę zapomnieć. Przecież nie cały czas rysowałam matrioszki. Musiałam także szyć, a ja szyć nie umiem. Więc swoje dostałam. Oczywiście, mamy na sumieniu przestępstwa, nikt nie spodziewa się, że będą nam usuwać pyłek spod nóg. Ale to co z nami wyprawiano, przekracza dopuszczalne granice. Kobiety śpią po dwie godziny na dobę, nie dostają lekarstw. Przywieziono do nas chore na AIDS, obóz dostaje lekarstwa, ale im nie dają tyle, ile potrzeba. To trudno sobie wyobrazić,  jak szybko w obozie umierają dziewczyny chore na AIDS.

Kira Sagajdarova:

Obóz niszczy psychikę. Taka presja uniemożliwia resocjalizację. Ona budzi w nas najgorsze instynkty. Dawniej nie potrafiłabym przejść obojętnie obok człowieka, który źle się czuje, dziś pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi. Tu zawsze może się zdarzyć, że prokurator, nie daj Boże, znajdzie dla człowieka nowy paragraf.

Irina Noskowa:

Na początku pobytu w obozie, jeśli któraś ze skazanych, albo ktoś z funkcjonariuszy obraził mnie, albo poniżył, czułam, że gotowa jestem dać mu w twarz. Ale mój system nerwowy jest dziś tak rozhuśtany, że myślę teraz inaczej, bicie nie ma sensu, lepiej od razu zabić.

Kira Sagajdarowa:

Ten system można zmienić, ale pod warunkiem, że ktoś zabierze wszystkich obozowych kacyków. Powinni odejść Siergiej Wasilijewicz Porszyn, były naczelnik obozu (pracuje dziś w Mordowskim Zarządzie Służby Wwięziennictwa), Wiaczesław Aleksandrowicz Kimiajew (zastępca naczelnika do spraw operacyjnych) i Siergiej Wladimirowcz Ryżow (teraz pełni funkcję tymczasowego naczelnika obozu).

Irina Dardykina:

Siedziałam w tym obozie od 2010 do 1013. Ile razy widziałam jak Kimiajew wykręcał się sianem. On rzeczywiście niczego się nie bał. Przyjeżdżały komisje, sporządzały uwagi, ale potem wszystko udawało się zamieść pod dywan. Pewna kobieta powiesiła się w domu dziecka, inna w celi, jeszcze jedna przecięła sobie żyły. Cały obóz boi się Kimiajewa, i skazane i funkcjonariusze. Wystarczy zobaczyć jak wychodzi do zony: ”Ja sto razy powtarzać nie będę. Można odnieść wrażenie, jak gdyby chciał powiedzieć: ”No banderłogi, podejdźcie tu bliżej”. Wszyscy trzęsąc się, milczą. Funkcjonariusze nie odchodzę, nie ma dla nich innej pracy. Więc cierpią w milczeniu, a potem odgrywają się na nas skazanych.

Relacje byłych skazanych spisała Zoja Swietowa

Fotografie: Igor Starkow

Relacja ukazała się na łamach magazynu "The New Times"

*Zoja Swietowa, rosyjska publicystka, laureatka wielu rosyjskich i międzynarodowych nagród. Autorka publikacji z dziedziny praw człowieka.