Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konflikt Ukraina-Rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konflikt Ukraina-Rosja. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 grudnia 2014

Za moją głowę dawali 150 tysięcy dolarów



Kto naprawdę uczestniczył w walkach na wschodzie Ukrainy? Miejscowi rebelianci, ochotnicy, Kozacy, Czeczeńcy, rosyjscy żołnierze? Jaka była ich motywacja? Co skłoniło ich do wyjazdu? Media niezależne nie szczędzą wysiłku, by ustalić prawdę. Badają każdy trop, rozmawiają z każdym, kto zechce się wypowiedzieć. Te monologi, wywiady rejestrują w całości, tylko tak można dowiedzieć się, co siedzi w ich głowach. Tylko w ten sposób można odsłonić prawdę o spustoszeniach moralnych i materialnych wywołanych ukraińską awanturą Władimira Putina. 



Rozmowa z Jewgienijem Łaktionowem, uczestnikiem walk w Kotle Izwarińskim, to nie pierwsza tego rodzaju publikacja ukazującego się na Uralu, w Jekaterynburgu, znakomitego portalu „Znak”. Wcześniej na blogu opublikowaliśmy już pochodzące z tego źródła Sceny z życia Donieckiej Republiki”.  



Rozmawiał Igor Puszkariew, znak.com





Jewgienij Łaktionow, 28 lat. Odbył zasadniczą służbę wojskową. Ostatnie miejsce
pracy: serwis samochodowy w Jekaterynburgu. 



Jewgienij Łaktionow pochodzi ze Staroutkinska. Jeszcze wiosną pracował w serwisie samochodowym w Jekaterynburgu, zarabiał 50 tysięcy rubli miesięcznie i był przykładnym mężem. Teraz ma za sobą udział w ługańskiej rebelii. Uczestniczył w niej pod pseudonimem  „Mechanik”, jego głowę, jak sam twierdzi, wyceniono na Ukrainie na 150 tysięcy dolarów. Żona odeszła od niego, gdy walczył na froncie. W połowie grudnia wybiera się jednak z powrotem na południowy wschód Ukrainy.

Na Jewgienija pierwsi natknęli się nasi koledzy z gazety „Szalinskij Wiestnik”, dzięki ich pomocy mogliśmy się z nim skontaktować. Spotkaliśmy się z młodym i chuderlawym mężczyzną,  o ziemistej cerze. Nie ukrywał twarzy. Miejsce spotkania wyznaczył sam – „na kamieniu”. Miał na myśli skałę na brzegu rzeki Czusowa, pośrodku cmentarza. „Mamy bać się martwych? Bać się trzeba żywych, a nie martwych. Ci już leżą sobie spokojnie” – wyjaśnił nasz rozmówca.

Rozmawialiśmy z pewnością około czterdziestu minut. Prawie przez cały czas wiał przenikliwy wiatr, ale można było odnieść wrażenie, iż Jewgienij jakby wcale nie odczuwał chłodu. Ubrany był  jedynie w koszulkę i krótką skórzaną kurtkę. Nie miał nawet czapki. Palił natomiast papierosy, dosłownie jeden za drugim.



Igor Puszkariow:
Ile masz lat?

Jewgienij Łaktionow
Dwadzieścia osiem.

Puszkariow:
Co skłoniło cię do wyjazdu? Pieniądze?

Łaktionow
To w ogóle nie jest kwestia pieniędzy.

Puszkariow:
Czego w takim razie?

Obrzydło mi patrzeć na wszystko

Łaktionow:
Obrzydło mi patrzeć na wszystko. Ktoś poszedł walczyć ze względów rodzinnych, ktoś ze względu na coś jeszcze innego. Można powiedzieć, że ja zgłosiłem się dla idei i żeby się sprawdzić. Pojechałem robić to, czego mnie uczyli. Nie dla pieniędzy. Znalazłem się tam na początku września.

Puszkariow:
Jak dowiedziałeś się o tym dokąd pojechać i jak tam dotrzeć?

Łaktionow:
Przez jakiś tydzień dogadywałem szczegóły na „WKontaktie”. Potem na konto przyszła pensja i postanowiłem pojechać pociągiem, sam. Napisałem do chłopaków, że jeśli ktoś jeszcze się wybiera, to żebyśmy zebrali się któregoś dnia i wyruszyli razem. I to wszystko. Skontaktował się ze mną pewien facet i zaproponował bym pojechał  z nimi samochodem. Zabrałem się z nimi. Tam spisali  nasze dane, kto czym się zajmował…

Puszkariow:
Służyłeś w wojsku?

Łaktionow:
Jako czołgista na Dalekim Wschodzie, przy granicy. Byłem też na misji w Czeczenii.

Puszkariow:
Ilu was się zebrało?

Łaktionow:
Osiem-dziesięć osób. Wszyscy swierdłowscy. Dokładnie nie pamiętam, bo potem zabierali jeszcze kogoś po drodze. Wyjechaliśmy czwartego września.

Puszkariow:
Własnym samochodem?

Łaktionow:
Zabraliśmy się z prywaciarzem. Jeździł za własną kasę, zrobił dwa kursy. Potem żona mu się zbuntowała, że nie zarabia na tym, zabrała klucze od samochodu. Więcej już nie jeździł, ale ogólnie – to porządny facet. Dotarliśmy na miejsce szóstego września. Granicę przechodziliśmy przez „bramkę północną”, w pobliżu Izwarino. Można powiedzieć, że przekroczyliśmy ją nielegalnie. Wtedy nie można się było przez nią przemieszczać. I tyle. Tam po nas wyszli.

Puszkariow:
Podobno przejechaliście razem z konwojem humanitarnym?

Łaktionow:
Tak, z „pomocą”.  Ale zorganizowaliśmy ją sami,  zebraliśmy co się dało, wsparli nas jeszcze inni.

Puszkariow:
Co zabraliście ze sobą?

Łaktionow:
Artykuły spożywcze, środki medyczne, pieniądze, rzeczy, zabawki. Zawaliliśmy tym całą „Gazelę”, coś tam jeszcze wrzuciliśmy do busika. Przekroczyliśmy punkt graniczny „Siewiernyj”, potem przesiedliśmy się do innych samochodów. Przewieźli nas przez kilka wsi, pokazali co się tam wyprawia. Po drodze trafiliśmy do wioski w ogóle zmiecionej z powierzchni ziemi.

Puszkariow:
Pamiętasz jej nazwę?

Łaktionow:
Nie przypomnę sobie, jak się nazywała. Potem trafiliśmy do innej wsi, tam domy już były całe. Ale i tak bez okien, bez drzwi, bez wszystkiego. W końcu ruszyliśmy do bazy. Położona była w obwodzie ługańskim, nie chcę podawać dokładnego miejsca. Sam rozumiesz. W bazie dostaliśmy dobę, żeby się przebrać, wyposażyć.

Puszkariow:
Dali wam ekwipunek, broń?

Łaktionow:
Wszystkie rzeczy były zdobyczne. Co komu wpadło do rąk, zatrzymywał dla siebie. Komuś udało się na przykład złapać ładownicę, komu innemu kamizelkę.

Puszkariow:
A tobie co udało się złapać?

Łaktionow:
W Jekaterynburgu dali mi mundur letni. Pomógł mi też swój, ziomal, tak się składa, że właśnie zginął piętnastego. Przy jego pomocy znalazłem kamizelkę, bandaże, apteczki, nożyki, całą drobnicę. Potem poszliśmy załatwić broń. I to tyle, ogólnie od tego zaczęliśmy przygotowania.

Puszkariow:
Jak nazywał się wasz pododdział?

Łaktionow:
Batalion „Chuligani”. Byliśmy grupą wywiadowczo-dywersyjną (pokazuje naszywkę z napisem „Uralski Korpus Ochotniczy”).

Puszkariow:
A skąd konkretnie byli swierdłowscy ludzie?

Łaktionow:
Z różnych miast: Polewskoj, Aramil, Artiomowsk, kilku chłopaków z Jekaterynburga.

Puszkariow:
Wszyscy służyli w wojsku?

Łaktionow:
Z wyjątkiem jednego. Poręczyli za niego osobiście deputowani.

Puszkariow:
Kto?

Łaktionow:
Nie znam nazwisk, ze Swierdłowska.

Puszkariow:
Kto w ogóle jedzie tam z naszych stron?



Podczas rozmowy nad brzegiem rzeki Czusowa Jewgienij odpala jednego papierosa
za drugim. 


Łaktionow:
Niektórzy przeszli wojnę czeczeńską, inni Afganistan, wielu takich, którzy rozwiedli się z żoną – około 70%. Niektórym z powodu kredytów odebrano dom, inni stracili nadzieję na lepsze życie. Różni tam byli.

Puszkariow:
Ciekawi mnie, czy walczą tam też Czeczeni i jak odnoszą się do nich ci, którzy przeszli wojnę czeczeńską, dogadują się jakoś?

Łaktionow:
U nas Czeczenów nie było. Może gdzieś walczą, ja ich nie widziałem. Mogę mówić tylko o chłopakach walczących razem ze mną.

Puszkariow:
Wyekwipowano was i co dalej?

Strzelaliśmy z moździerzy

Łaktionow:
Kilka razy ćwiczyliśmy strzelanie, potem pojechaliśmy do stanicy. Otoczyły ją ukropy, dostali się do środka. A my strzelaliśmy do nich z moździerzy spod świętego Igora, tam stoi jego pomnik. Jeździliśmy tam na KrAZie, postrzelaliśmy, pojeździliśmy, potem przerwa na papierosa – i ruszyliśmy przejmować punkt kontrolny numer 32 (w pobliżu wsi Smiełyj, 50 kilometrów od Ługańska – przyp. redakcji).

Puszkariow:
To tam, gdzie był kocioł?

Łaktionow:
No tak, kocioł izwariński.

Puszkariow:
Działała tam tylko wasza grupa?

Łaktionow:
Dorzucili jeszcze miejscowych. Byli też kozacy, ale oni prawie nie uczestniczyli w walkach. Działali również miejscowi bojownicy, nie więcej niż dziesięciu,  stali przed punktem kontrolnym „32”. Wszystko co mieli do dyspozycji, to jeden, dwa magazynki. Broni ciężkiej nie mieli w ogóle. Nie mam pojęcia, jak zamierzali walczyć. Dzieliliśmy się z nimi, kto czym mógł - magazynkami, granatami, „muchami” (granatnikami – przyp. redakcji). Trochę poczekaliśmy, aż przyjechał dowódca. Zebrało się nas 11 osób, rzucili nas na transportery i pojechaliśmy okrążać ten punkt kontrolny. O tutaj, trzydziesty drugi (rysuje butem na śniegu), tutaj trzydziesty pierwszy, tu wieś, tu rzeczka. Tamci stąd strzelali w nas z moździerzy, z „Gradów” (szturcha nogą gdzieś koło naszkicowanej rzeki). W tym miejscu zajechaliśmy im drogę i zatrzymaliśmy się z tyłu, odcięliśmy trzydziesty drugi tak, żeby nie wozili im ani picia, ani żarcia, żadnej pomocy humanitarnej. O 6ej rano zajęliśmy pozycję, a już o 9ej ruszyliśmy do boju. Bitwa trwała mniej więcej dziesięć dni, z krótkimi przerwami. Przez te 10 dni szły kolumny, czołgi, wozy bojowe, transportery. Przebił się tylko jeden czołg z najbardziej doświadczoną załogą. Właśnie on położył naszych.

Puszkariow:
Jak to się stało?

Łaktionow:
No jak… Podpaliliśmy go, już płonął, ale przedostał się do swoich na 32, stamtąd od razu ruszył w kierunku naszych pozycji. Szedł do przodu, jego działo stało o tak (pokazuje ręką w dół), tutaj nasze okopy. Wystrzelił z czterech metrów. Od razu zginęło dwóch ludzi.

Puszkariow:
Naszych? Ze Swierdłowska?

Łaktionow:
Jeden z Azbestu, drugi z Nowoutki. Właśnie ten „ziomal” z Nowoutki, który pomagał mi w przygotowaniach. Presli był snajperem, zabiło go. Tak samo Batię z Azbestu, rozwaliło mu pół czaszki. Walczył razem z synem Miszą, pseudonim „Kozak”. Nie wiem, gdzie teraz jest syn, może też wyjechał. Dzwoniłem do niego, ale jest nieosiągalny. Ale te wszystkie ukropskie czołgi już tam zostały.

Puszkariow:
Ile ich spaliliście?

Łaktionow:
22.

Puszkariow:
Wasza grupa dziesięciu ludzi zniszczyła 22 czołgi?


Nasz mały oddzial zniszczył 22 ukraińskie czołgi - przechwala sie Jewgienij. Można mu wierzyć? 


Łaktionow:
W pododdziale było mniej więcej 30 ludzi, ale bojowników praktycznie 20. Pozostali nas wspomagali, nawet kobiety. Z żołnierzy połowa to byli artylerzyści, strzelali z dystansu. Na pierwszej linii walczyło 8-10 ludzi.

Puszkariow:
I to wszystko?

Łaktionow:
No, mieliśmy jeszcze wsparcie. Ale oni zazwyczaj uciekali. Przyjeżdżali wszyscy – i specnazowcy, i kozacy, ale jak tylko zaczynała się walka, to jakoś wszyscy… Uciekali tak, że aż spadały z nich hełmy. Prosiliśmy ich: zostawcie nam chociaż BK (komplety bojowe). Wtedy zdejmowali kamizelki, rzucali w naszym kierunku: „Łapcie chłopaki, walczcie”.  A sami wiali jak najdalej. 

Puszkariow:
Kto udzielał wam wsparcia?

Deputowani nie przyjeżdżają walczyć

Łaktionow:
Byli Osetyjczycy, naprawdę zawzięci. Drugiego dnia przyjechało do nas osiemnastu ludzi. Posiłki. Tego samego dnia wyjechało 17 rannych. Stawali po prostu na baczność i tak rzucali się do szturmu. Tak w ogóle, przyjeżdżał tam do nas z Moskwy nawet przedstawiciel Putina.

Puszkariow:
Do was?

Łaktionow:
Tak, do Ługańska, do bazy.

Puszkariow:
Po co?

Łaktionow:
Nie wiem. Nie było z niego żadnego pożytku. Postrzelał na strzelnicy – i tyle. Krótko mówiąc, chyba chciał się rozerwać. Różni tam byli ludzie. Przyjeżdżali deputowani – z Jekaterynburga, z Moskwy. Przyjadą, posiedzą za stołem, pojadą sobie na strzelnicę, postrzelają dla przyjemności i z powrotem, zabierają się do domu. Tacy przecież nie pójdą na front.

Puszkariow:
Powiedziałeś, że Ukraińcom wysyłano pomoc humanitarną na punkt kontrolny. Skąd nadchodziła ta pomoc?

Łaktionow:
Z naszej strony.

Puszkariow:
Jak to możliwe?

Łaktionow:
Widzisz, zdarza się (uśmiecha się). Taka polityka, wszystko opiera się na pieniądzach. Wiesz ile pieniędzy trzeba zapłacić,  żeby przepuścić jeden samochód z Rosji?

Puszkariow:
Nie mam pojęcia. Trudno mi sobie wyobrazić. Płacą za to?

Łaktionow:
Pewnie. A teraz pomyśl sobie: walczysz przeciwko komuś, a nosisz mu żarcie, wodę. Może jeszcze dołożyć mu BK (komplet bojowy – „mediawRosji”) i gołą babę? Nie ma się z czego śmiać! Dlatego nikogo nie przepuszczaliśmy. Przyjeżdżał sam szef rządu Ługańskiej Republiki Ludowej, domagał się, żeby przepuszczać. Daliśmy mu kopa w dupę i pociągnęliśmy z granatnika, żeby dalej nie jechał. I nie pojechał. A całą tę „humanitarkę”… Sam rozumiesz, wystarczy że przyjedziesz do Ługańska, pójdziesz na rynek i wszystko tam jest. Można wszystko znaleźć.

Puszkariow:
Pomoc nie dociera do mieszkańców?

Łaktionow:
Część idzie dla mieszkańców, część tam. A jeśli chodzi konkretnie o nasz pododdział… Chciałbym chociaż raz popalić rosyjskie papierosy.

Puszkariow:
A jakie paliliście?

Łaktionow:
Zdobyczne.

Puszkariow:
A jak dociera zaopatrzenie?

Puszkariow:
O to starali się dowódcy, załatwiali coś po cichu. Może ktoś ich jakoś sponsorował, nie wiem… My byliśmy prostymi żołnierzami, z nami rozmowa była krótka: umiecie walczyć, to idźcie i walczcie. A w całej tej polityce ja się nie orientuję…

Puszkariow:
No dobrze. Walczyliście tam 10 dni, a potem co?

Łaktionow:
Umówiliśmy się z tymi 150 ludźmi (po stronie ukraińskiej – „mediawRosji”), którzy tam zostali, żeby poddali się.

Puszkariow:
W dziesiątkę okrążyliście 150 Ukraińców?!

Łaktionow:
Nie 150, na początku było ich tam 350. Według ich danych. Plus wszystkie czołgi, wozy bojowe, BTR-y.

Puszkariow:
Wy też mieliście jakąś technikę?

Łaktionow:
Jeden jedyny BTR-80 z lat osiemdziesiątych. Przegrzewał się, kierownica złamana, prawie nie jeździł. Dostałem go ja – w końcu jestem czołgistą. Wyprowadziliśmy go jakoś na pozycję i strzelaliśmy, dopóki nie zacięły się oba karabiny.

Zaproponowaliśmy, żeby się poddali

Puszkariow:
Jak w ogóle byliście w stanie zmusić Ukraińców do poddania się?

Łaktionow:
Nie mieli już czym walczyć, zabrakło wody, żarcia, nie mieli niczego. Zaproponowaliśmy im, żeby się poddali i wyszli. Trzy doby trwały pertraktacje, potem pozwoliliśmy im wyjść. Ale ich ukropskie dowództwo wyjść im nie pozwalało. Jak przymierzali się do tego pierwszy raz, to swoi bili po nich gradami i artylerią. Mówili im: „Bijcie się do końca albo sami was wykończymy”. I tak potem ich wypuściliśmy. Postawiliśmy warunek, żeby pozostawili całą technikę, która nie działała. Właśnie tam trafiliśmy po raz pierwszy w „Bucefała”, BTR-4, wspólny wariant polsko-ukropski. Wzięliśmy dwa „trofea”, właśnie te „Bucefały”. Od razu wysłaliśmy je do Moskwy. Dwie jednostki zabrałem do remontu. Swojego BTRa-80, przegrzewał się i nie mógł już jeździć. I jeszcze zdobyczny wóz bojowy, przeprowadziłem go na remont do Ługańska. Potem pojechałem do domu, tym bardziej że spaliły mi się wszystkie dokumenty.

Puszkariow:
Jak to się stało?

Łaktionow:
Dokumenty zostawiłem w naszej sześćdziesiątce szóstce (samochód GAZ-66 – przyp. redakcji) na punkcie kontrolnym. Po prostu nie wolno było brać ze sobą ani telefonów, ani dokumentów. Nasze telefony śledzili. Celowali tam, gdzie się znajdowały. Ameryka dostarczała im dobre uzbrojenie. Dlatego nie braliśmy ze sobą niczego. Ale tam właśnie przebił się czołg, wystrzelił i wszystko, co było w tej sześćdziesiątce szóstce, spłonęło.

Puszkariow:
Jak szykowałeś się do powrotu?

Powrót

Łaktionow:
Dotarliśmy do Ługańska, tam nam powiedzieli: „Czekajcie na samochód”. Minął tydzień, żaden się nie pojawiał. Wtedy z chłopakiem o pseudonimie „Jożyk”, razem z nim walczyliśmy, zdecydowaliśmy, że zabieramy się stamtąd na własna rękę.  Pożyczyliśmy od znajomego piątkę (pięć tysięcy rubli – przyp. redakcji), dostarcza tam pomoc humanitarną.”. „Jożyk” sprzedał swój automat, ja swój karabin Dragunowa. Oddaliśmy ludziom z oddziału. W końcu o uzbrojenie u nich nie jest łatwo…

Puszkariow:
Ile coś takiego kosztuje?

Łaktionow:
Zapłaciliśmy po 5 kafli (tysięcy rubli – przyp. redakcji). Znowu przekroczyliśmy granicę nielegalnie,  przez „bramkę północną”. Stamtąd wzięliśmy taryfę, kosztowała 8,5 tys. rubli, dojechaliśmy do Saratowa. Tam mieszka siostra mojego kolegi. Wsadzili mnie do pociągu, bez dokumentów, to nie jest takie proste. Tutaj w Jekaterynburgu wyszli po mnie na dworzec.

Puszkariow:
Jak zareagowała twoja rodzina? Na twój wyjazd na Ukrainę?

Łaktionow:
Mama nie wie nic. Myśli, że jeździłem do roboty na Północ. Z żoną rozstałem się. Spędziłem tam ledwie miesiąc, zadzwoniłem do niej, a ona mówi, że jest już z innym. Powiedziałem jej spadaj. Wystarczy.

Puszkariow:
Podobno znowu się tam wybierasz?

Łaktionow:
Oczywiście.

Puszkariow:
Dlaczego?

Łaktionow:
Zostało tam sporo moich chłopaków, wielu poległo, trzeba ich pomścić. Po trzecie – ginie wielu cywilów. W telewizji mówią teraz, że codziennie ginie ich tam dwóch albo trzech. Tak naprawdę od 50 do 200. I tak codziennie.

Puszkariow:
A zawieszenie broni?

Łaktionow:
Kiedy zdobywaliśmy trzydziesty drugi, właśnie obowiązywało zawieszenie broni.

Puszkariow:
Kiedy pojedziesz?

Łaktionow:
15 grudnia. Albo od razu po Nowym Roku. Trzeba załatwić dokumenty.

Puszkariow:
Od nas ludzie wciąż tam jadą?

Łaktionow:
Ostatnia zmiana pojechała 29 listopada. Wyjeżdżają co dwa tygodnie.

Puszkariow:
Byłeś tam, widziałeś wszystko na własne oczy. Jak myślisz, po co to wszystko – tam krew i śmierć, tutaj sankcje i powrót „zimnej wojny”? Jest w tym jakikolwiek sens?

Kijów to wielki sklep

Łaktionow:
A co ja mogę myśleć? Wszystko to polityka. Jaki w ogóle sens może mieć wojna? Tylko taki, żeby ktoś mógł zarobić więcej pieniędzy.

Puszkariow:
Ale ty poszedłeś tam dla idei?

Łaktionow:
Poszedłem ze względu na ludność  cywilną. Miałem patrzeć, jak zarabiają pieniądze kosztem ludzi, brutalnie ich zabijają, gwałcą dzieci? Nie rozumiem takiej wojny.

Puszkariow:
Z takiego punktu widzenia, jak powinien był zachować się Putin? Wprowadzić tam rosyjskie wojsko i zapobiec rzezi?

Łaktionow:
Nie ma do tego prawa.

Puszkariow:
Zajęcie Krymu też było bezprawne, ale weszli i obyło się bez wojny.



W końcu grudnia, albo zaraz po Nowym Roku Jewgienij wybiera się na wschód Ukrainy ponownie.
Chce pomściźć poległych kolegów. 


Łaktionow:
Trzeba odciąć Kijów od wszystkich surowców, gazociągów, całkowicie go zdławić. Już teraz zamarzłby i się poddał. A my zapominamy o jego długach za gaz i dajemy im wszystko.

Puszkariow:
Przecież Ukraińcy to bratni naród.

Łaktionow:
Jacy to niby bracia? Nie rozśmieszaj mnie.

Puszkariow:
Dlaczego tak mówisz?

Łaktionow:
Może ci w wieku 60-70 lat rzeczywiście chcą pokoju. Ale młodzi od 15 do 40 lat nie bardzo…

Puszkariow:
Wiesz o co im chodzi?

Łaktionow:
Dla nich Ukraina jest ich własnym państwem. Ale oni sami są bandytami, w ich oczach Rosjanie są nikim. A Kijów to niby co? Nie ma żadnych surowców, niczego, bez Donbasu od razu zdechnie. Wszystkie surowce i węgiel są z Donbasu. Kijów to tylko wielki sklep. A sklep bez towaru to po prostu budynek. Tylko Ameryka z tego korzysta.

Puszkariow:
Mówisz, że ukraińska młodzież ma inne zasady. Trafiali oni do was jako jeńcy?

Łaktionow:
Tak.

Puszkariow:
Jak się z nimi komunikowaliście, o czym rozmawialiście?

Łaktionow:
Nie rozmawialiśmy z nimi. Pytaliśmy tylko kto kim jest i skąd. Chłopakom odbywającym akurat służbę wojskową współczuliśmy. Trafił do nas dowódca „Ajdaru” (ochotniczy pododdział stworzony w maju 2014 z inicjatywy byłego komendanta „Samoobrony Majdanu” Serhija Melnyczuka przy wsparciu Igora Kołomojskiego – biznesmena i gubernatora obwodu dniepropietrowskiego; bojownicy batalionu oskarżani są przez stronę rosyjską o masowe przestępstwa przeciwko ludności cywilnej – przyp. red.), tego zarżnęliśmy od razu. Trafiali do nas i Murzyni, i Litwini. Jest tam masa najemników, żołnierzy zasadniczej służby jest zapewne jakieś 20%.

Puszkariow:
Ile płacą najemnikom?

Łaktionow:
Nie wiem. Według naszych danych za głowę bojownika z naszego pododdziału płacili po 150 tysięcy dolarów. Mieliśmy także miejscowego, używał pseudonimu „Małysz”, za niego dawali 500 tysięcy. Chociaż z tamtej strony byli też i Rosjanie.

Puszkariow:
Po tamtej stronie?

Łaktionow:
To jest właśnie najlepsze.

Puszkariow:
Natykaliście się na nich?

Łaktiomow:
Tak.

Puszkariow:
I co?

Łaktionow:
Od razu pod ścianę.

Puszkariow:
Może oni też walczyli dla idei?

Łaktionow:
Po tamtej stronie? Tylko dla pieniędzy.

Puszkariow:
A jak odnosiła się do was miejscowa ludność?

Łaktionow:
A jak miałaby się odnosić, jeśli bombardują ją „Gradami”, artylerią? Mówili nam: „Kiedy ich wreszcie pozabijacie?”.

Puszkariow:
Czyli popierają ochotników-separatystów?

Łaktiomow:
Jasne, że popierają. Po zajęciu wsi ukropy sprawdzały każdy dom. Brali, co chcieli. Telewizor, zobaczą konserwy – to zabierają konserwy, widzą młodą dziewczynę – to biorą dziewczynę.

Puszkariow:
Bojownicy-separatyści tak nie robią?

Łaktionow:
Nie. Widziałem, jak szabrownika komendant postawił pod ścianę.

Puszkariow:
Moi koledzy z portalu E1.ru kilka dni temu napisali o 36-letnim Michaile Łaptiewie, fotografie i programiście z Kamyszłowa. Walczyliście ramię w ramię, teraz jest ciężko ranny.

Łaktionow:
Siedział w okopie razem z poległymi „Preslim” i „Batią”. Tyle że na samym dnie. „Bucefał” wystrzelił, przebił betonową płytę i pocisk oderwał mu nogę. Chłopak teraz siedzi i po prostu się rozpił. Był normalnym facetem, 70 kilogramów wagi. A teraz, kiedy go odwiedziłem, podniosłem go jedną ręką, waży ze 30 kilo. Teraz wszystko zależy od jego silnej woli.

Chcę zobaczyć, jaki będzie odzew...

Puszkariow:
A jak zorganizowana jest pomoc medyczna w Ługańsku?

Łaktionow:
Na razie to tylko obiecanki.

Puszkariow:
Łaptiewa przecież uratowali.

Łaktionow:
Uratowali… Jednego chłopaka z Jekaterynburga też… w głowie zostały mu odłamki. Potrzebna jest operacja, nie ma na to pieniędzy. Kto ma to sfinansować, nie wiadomo. Ja też miałem ranę.

Puszkariow:
Jak do tego doszło?

Łaktionow:
Trwała bitwa, strzelali z „Gradów”. KPRF (Partia Komunistyczna – „mediawRosji”) obiecała odszkodowanie za rany. Nieważne. Kilku naszych chłopaków zginęło, nawet na pogrzeb nie dali pieniędzy.

Puszkariow:
Finansowanie powinno iść przez KPRF?

Łaktiomow:
Chzba tak…  KPRF przecież w tym uczestniczy, obiecali…. W Ługańsku mówili, że będzie po 2500 dolarów miesięcznie. I nic.

Puszkariow:
Ale ty przecież nie jechałeś dla pieniędzy.

Łaktionow:
Nie, ja dla idei.

Puszkariow:
Może pomoże jeszcze ktoś inny?

Łaktiomow:
Niby kto? Przecież byliśmy tam nielegalnie, nazywali nas terrorystami.

Puszkariow:
Tutaj was tak nie nazywają.

Łaktionow:
Dlatego udzielam tego wywiadu, chcę zobaczyć, jaki będzie odzew, jaka reakcja.  Może ktoś powie, że nie mam racji i zapyta, co ja tam w ogóle robiłem. Chociaż ogólnie, opinie tego rodzaju są mi obojętne. Chcę wszystko nagłośnić, żeby naród dowiedział się , co się tam naprawdę wyprawia. Na razie mówimy nie więcej, niż 20% prawdy. Dlaczego Putin sprzedaje im teraz i gaz, i towary, po co to wszystko daje ukropom? Byłoby lepiej, gdyby zamarzli i się poddali. Wtedy już dawno zwycięstwo byłoby nasze. Teraz w Donbasie nie ma ani światła, ani gazu, ani ogrzewania. Ludzie siedzą w okrążeniu, marzną, pozbawili ich nawet „pomocy humanitarnej”.  Do Doniecka nie da się już przedrzeć, nawet konwój humanitarny wpadł w okrążenie.


Tłum.: T.Cz.




Oryginał ukazał się na publikowanym w Jekaterynburgu portalu znak.com:



Inne artykuły na naszym blogu o ochotnikach z Rosji walczących 

na wschodzie Ukrainy:




O bojownikach walczących w oddziałach separatystycznych na wschodzie Ukrainy wiadomo niewiele, zwłaszcza o tych pochodzących z Rosji. Niezależne rosyjskie media podejmują spore wysiłki, by dotrzeć do ludzi gotowych do walki za Donbas i poznać ich motywację. Petersburski dziennikarz Anton Szyrokich zapisał monolog Siergieja, petersburskiego biznesmena wybierającego się na front. Materiał opublikował magazyn internetowy colta.ru


Z położonej po sąsiedzku z Alaską dalekowschodniej Czukotki do Donbasu jest blisko 10 tys. kilometrów. Denis Kłoss, chirurg z Anadyru, uznał jednak, iż może się donbaskim separatystom przydać, jako lekarz. Był uczestnikiem krwawych wydarzeń na lotnisku w Doniecku. Obserwował bierność miejscowej ludności. Był świadkiem chaosu organizacyjnego w szeregach separatystów. O swoich przeżyciach w Donbasie opowiedział dziennikarce Annie Bykowej.


Na Ukrainę pojechał z Uralu. Choć początkowo wierzył, iż bojownicy Majdanu walczą w słusznej sprawie, przejął się także losem Donbasu. Nikołaj Mokrousow spędził tam kilka tygodni. Pracował w sztabie Donieckiej Republiki Ludowej, kontaktował się z jej przywódcami. Jednak krytycznie obserwował otaczającą go rzeczywistość. Być może ta właśnie postawa zaprowadziła go do piwnicy w siedzibie donieckiego kontrwywiadu. Udało mu się szybko odzyskać wolność, był jednak świadkiem przerażających tortur, jakim poddano młodych Ukraińcow podejrzanych o związki z Prawym Sektorem.

Sensacyjna relacja Nikołaja Mokrousowa pozwala lepiej zrozumieć rzeczywistość Donieckiej Republiki Ludowej, bezsens i tragedię donbaskiego rozlewu krwi. Artykuł ukazał się na publikowanym w Jekaterynburgu portalu znak.com













Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com
















środa, 3 grudnia 2014

„Gospodarka Noworosji” – co to takiego?


Wiele fabryk i kopalń wstrzymało produkcję. Nie działają banki. Po emerytury i świadczenia ludzie wyjeżdżają na tereny kontrolowane przez legalne władze Ukrainy. Większość towarów do miejscowych sklepów i na bazary dociera z Rosji. Reguły prowadzenia interesów ustalają komendanci formacji separatystycznych. W gospodarce zapanował chaos. Maksym Butczenko opisuje dramat na wschodzie Ukrainy.


 

Autor: Maksym Butczenko





Każdego ranka na targu w mieście Roweńki między rzędami sprzedawców przechadza się troje umundurowanych ludzi. Jeden z nich przewiesił przez ramię kałasznikowa, drugi jest uzbrojony w pistolet, a trzeci – jasnowłosa kobieta – to ochotniczka, o niej wiadomo tylko tyle, że ma na imię Oksana. Ludzie ci stanowią tymczasową administrację targu. Bazar należał wcześniej do osoby prywatnej. Właściciel uciekł jednak po referendum w sprawie niepodległości Ługańskiej Republiki Ludowej. Wtedy rynkiem zaczęli administrować miejscowi rebelianci. Ich zadanie jest proste: pilnują, by sprzedawcy nie dyktowali wysokich cen.



Zamknięcie ukraińskich banków na terenach kontrolowanych przez separatystów
uderzyło w miejscową gospodarkę i mieszkańców. 


Podobne ręczne zarządzanie ma miejsce prawie we wszystkich miastach na terenie samozwańczych republik. Ukraińskie banki – zarówno państwowe, jak i prywatne – przerwały działalność w DRL i LRL na początku lata. Przyczyną było niepodporządkowanie się tych terytoriów ukraińskim przepisom, coraz częstsze napady na przewożących pieniądze konwojentów, a także zakłócanie prac oddziałów bankowych przez uzbrojonych ludzi.

Ostatnie wydarzenia zmieniły tutejszy krajobraz gospodarczy. Znaczna część biznesmenów opuściła okupowane terytoria. Ci, którzy zdecydowali się pozostać, zostali postawieni przed wyborem: albo będą płacić podatki do budżetu republik, albo grozić im będzie likwidacja. Tutejszy krajobraz gospodarczy charakteryzują dwa ważne szczegóły: zamknięto większość dużych przedsiębiorstw przemysłowych oraz upaństwowiono znaczną część sklepów, centrów handlowych, a nawet fabryk. Tę operację przeprowadzono w stylu z 1917 roku.

Środowisko biznesowe w LRL i DRL porównać można do ledwie parującego kotła, ogień pod nim już dawno zgasł. Jego zawartość pozostaje jeszcze co prawda ciepła, ale jak długo utrzyma tę temperaturę? Ekonomiści przewidują, że od kilku miesięcy do pół roku. Mimo oczywistych problemów, miejscowa ludność nie stara się poznać dokładniej prawdy na temat obecnych wydarzeń i w dalszym ciągu wierzy w świetlane perspektywy gospodarcze Noworosji.

Podatki albo życie

Po upadku banków  w Donbasie zaprzestał działalności Urząd Podatkowy Ukrainy, regionalny Skarb Państwa, oddziały Funduszu Emerytalnego oraz instytucje opieki społecznej. W tym samym czasie główne stery władzy w miastach przejęli miejscowi komendanci wojskowi. Są zazwyczaj przedstawicielami klasy robotniczej – w Stachanowie na przykład na tym stanowisko znalazł się murarz Pawieł Driemow, a w Roweńkach spawacz Igor Kulkin. Warto dodać, że u władzy pozostali również dotychczasowi merowie, ale pozbawiono ich realnego wpływu na życie swoich miejscowości.

Drobni przedsiębiorcy podlegają teraz nakazom komendantur, podatki ustalane są przez miejscowe władze złożone z rebeliantów. W Swierdłowsku na przykład wszyscy biznesmeni oraz osoby prawne zobowiązane są do przerejestrowania działalności. W poczekalni „Ludowego Urzędu Podatkowego” ludzie stoją w ogromnych kolejkach, miastowi nie chcą mieć problemów z nową władzą. 

Przerejestrowanie działalności jest płatne – koszt zaświadczenia wynosi 100 hrywien (22 złote), jednocześnie należy uiścić opłatę w wysokości 200 hrywien za patent na prowadzenie działalności gospodarczej. Pobierany jest także podatek gruntowy za ubiegły i bieżący rok. Wszystkie opłaty można uiścić wyłącznie gotówką.

Cechą charakterystyczną struktury LRL jest podział tego terytorium na kilka sfer wpływów. W Ługańsku (mimo istnienia kilku konkurujących ze sobą zgrupowań) dominującą rolę odgrywa Igor Płotnicki, lider republiki. Wpływy na południu Ługańszczyzny podzielili między sobą ataman Wojska Dońskiego Nikołaj Kozicyn, miejscowe formacje rebeliantów oraz, jak twierdzą miejscowi, rosyjskie wojsko. W Ałczewsku pełnię władzy i wpływów posiada Aleksiej Mozgowoj, komendant batalionu „Prizrak”. I tak dalej. Panuje dość znaczne rozdrobnienie, dlatego też warunki stawiane przedsiębiorcom są różne w zależności od regionu. Większość opłat trafia do kieszeni merów ludowych i komendantów, część zasila budżet centralny republiki. Choć to akurat ciężko jest sprawdzić – oficjalnych informacji podatkowych nikt nie publikuje.

W Donieckiej Republice Ludowej struktura finansowania jest o wiele prostsza. Za cały system podatkowy odpowiada tak zwane ministerstwo dochodów i opłat. Osoby prawne zobowiązane są do odprowadzania podatku dochodowego w wysokości 20%, osoby fizyczne rozliczają się według dwóch stawek podatku dochodowego: 13% w przypadku dochodu niższego niż 10 tysięcy hrywien (2230 złotych) oraz 20%, jeśli dochód jest wyższy. Dla porównania przepisy Ukrainy przewidują podatek dochodowy na poziomie od 10 do 17% w zależności od kategorii i poziomu dochodu.

Dla części przedsiębiorców przepisy DRL przewidują ryczałt podatkowy: taksówkarze płacą 170 hrywien miesięcznie (38 złotych), kierowcy marszrutek – 500 hrywien miesięcznie (112 złotych), właściciele stoisk na bazarze – 150 hrywien (35 złotych). Opłata za wykorzystanie zasobów naturalnych wynosi po 10 tysięcy hrywien do budżetu miejscowego oraz centralnego.

W donieckim ministerstwie nie ukrywają, że za uchylanie się od płacenia podatków przewidziane są poważne kary – od grzywny do aresztu.

Problem polega jednak na tym, że tego typu metody nacisku działają tylko na drobnych przedsiębiorców. Wielcy biznesmeni zachowują się inaczej – należąca do miliardera Rinata Achmetowa firma DTEK, kontrolująca kilka wiodących przedsiębiorstw wydobywczych, poinformowała, iż w dalszym ciągu płaci podatki do budżetu Ukrainy. Niektóre pracujące w rejonie konfliktu kopalnie zwróciły się jednak do organów podatkowych z wnioskiem o odroczenie płatności w związku z trudną sytuacją finansową.

„W ciągu dziewięciu miesięcy 2014 roku przedsiębiorstwa położone w rejonie walk, mimo wszelkich trudności, zasiliły ukraińskie budżety wszystkich poziomów kwotą 3 miliardów hrywien z podatków” – mówi Marina Poliakowa z dyrekcji do spraw kontaktów zewnętrznych DTEK.

Były deputowany Partii Regionów Borys Kolesnikow dodaje, że wszystkie znane mu duże przedsiębiorstwa w dalszym ciągu płacą podatki do budżetu Kijowa, albo przynajmniej tak twierdzą.

Martwe rekiny biznesu

Równocześnie duża część przedsiębiorstw przemysłowych zaprzestała działalności. Przykładów nie trzeba szukać daleko. W Gorłówce jeszcze latem zamknięto oddział koncernu „Stirol”, największego na Ukrainie producenta nawozów mineralnych, jego właścicielem jest ukraiński miliarder Dmitrij Firtasz. Wszystkie zapasy środków chemicznych zostały wywiezione ze strefy działań wojennych, a produkcja została wstrzymana.

W równie nieciekawej sytuacji okazała się Ługańska Fabryka Budowy Maszyn. W ciągu ostatnich dwudziestu lat fabryka produkowała na rynek rosyjski, konstruując urządzenia dla takich dziedzin przemysłu, jak metalurgia (czarna, stali węglowej, metali kolorowych), przemysł koksochemiczny, energetyczny, budowlany, celulozowo-papierniczy oraz dla rolnictwa. Pod koniec sierpnia hale fabryczne zostały niemal całkowicie zniszczone w wyniku ostrzałów artyleryjskich. Kierownictwo przedsiębiorstwa zdecydowało o jego ewakuacji na teren Rosji – zakład będzie się teraz mieścił w 
Kamieńsku Szachtyńskim w obwodzie rostowskim.

W podobnej sytuacji znalazła się też Ługańska Fabryka Odlewniczo-Mechaniczna. Powstała ona w 1933 i przed konfliktem była jednym z wiodących przedsiębiorstw wytwarzających grzejniki żeliwne, kominy, technikę wojskową. Na początku działań wojennych fabryka wstrzymała produkcję. Później zniszczeniu uległa jej infrastruktura energetyczna. Niektóre budynki administracji spłonęły w czasie ostrzałów. Doniecka fabryka „Topaz” wytwarzała i opracowywała skomplikowane systemy  i wyroby radiotechniczne, a także elementy specjalnego przeznaczenia. Obecnie w fabryce trwa przestój, jej kierownictwo uciekło. Niektóre dane mówią o tym, iż w czerwcu przedstawiciele DRL wywieźli z terenu zakładu wszystkie maszyny, w tym kosztowne urządzenia zagłuszania sygnałów radiolokacyjnych „Mandat”. W halach fabrycznych „Topazu” widać jednak mimo wszystko oznaki życia – zaczęli tam koszarować separatyści.

Robotników przestał wzywać do pracy również Doniecki Zakład Metalurgiczny (DMZ), kontrolowany przez rosyjskiego przedsiębiorcę Wiktora Nusienkisa. Przyczyną przestoju jest uszkodzenie torów kolejowych, którymi dowożono surowce oraz wywożono gotowe produkty. W pierwszych dniach października kierownictwo zakładu dziarsko raportowało, że rozpoczął pracę piec nr 1, wyłączony z pracy ze względu na brak surowca. W ciągu dziewięciu miesięcy bieżącego roku DMZ wyprodukował 760 tysięcy ton żelaza – o 25,9% mniej w porównaniu z rokiem ubiegłym.


Na położony w pobliżu granicy rynek w Lugańsku obecnie trafiają
przede wszystkim towary z Rosji. 


Jak długo popracuje jeszcze ten zakład? Ukraiński ekonomista Aleksandr Żołud’ przekonany jest, że dni fabryki są policzone. Powody wyjaśnia następująco: metal to trudny produkt, w celu obcięcia kosztów transportowany tylko drogą morską. W przypadku transportu torami kolejowymi produkcja szybko staje się niedochodowa. Największa obecnie trudność polega na tym, że jedyny przydatny dla metalurgów port znajduje się w Mariupolu, kontrolowanym przez Kijów.

– Wróży to, delikatnie mówiąc, mgliste perspektywy dla przedsiębiorstw metalurgicznych, a właściwie stawia na nich krzyżyk ­– przekonany jest Żołud’.

Lista przedsiębiorstw, które z różnych przyczyn zaprzestały działalności, jest bardzo duża: Charcyzska Fabryka Rur, Jenakijewski Zakład Metalurgiczny, Donieckgormasz, Ałczewski Kombinat Metalurgiczny, przedsiębiorstwa DTEK – „Rowienkiantracit” i „Swierdłowantracit” (oba te przedsiębiorstwa wydobywcze składują produkcję w magazynach, dostawę węgla klientom uniemożliwiają uszkodzone tory kolejowe), kopalnia „Komsomolec Donbassa” (największa kopalnia Ukrainy, odpowiadająca za 8% krajowego wydobycia węgla).

Warto przypomnieć, iż wiele fabryk w Donbasie zapewniało egzystencję miastom, w których się znajdowały. Pracowała w nich większość mieszkańców, materialnie zależna od nich była większość dorosłej ludności danego terytorium.

– Nie chcę wdawać się w politykę, ale proszę tylko pomyśleć  – wielkie fabryki wstrzymają pracę, ludzie nie będą mieć pieniędzy. Znikną drobne przedsiębiorstwa, głównie ze sfery usługowej.  Nie będzie przecież nawet pieniędzy na chleb, a co dopiero na bilet do kina. Mniej przedsiębiorstw to mniej podatków. Oznacza to, że miejscowy budżet będzie zbyt mały. Gospodarka posypie się jak domek z kart – uważa Żołud’.

Czy da się przetrwać?

Ludność LRL i DRL, pozbawiona ukraińskich emerytur i zasiłków społecznych ze względu na paraliż systemu bankowego, kombinuje jak może. Wielką popularność zyskała „turystyka ekonomiczna” – grupa ludzi zbiera karty bankowe górników i za prowizję w wysokości 200-400 hrywien pobiera ich wypłaty w znajdującym się pod kontrolą Kijowa obwodzie charkowskim, czyli tam, gdzie pracują banki.

Podobnie postępują emeryci. Jeżdżą do miast kontrolowanych przez Ukrainę, przerejestrowują swoje emerytury i zasiłki, i spokojnie wracają na terytorium samozwańczej republiki. Czasami również władze LRL i DRL podrzucają swoim obywatelom po 1,8 tysiąca hrywien, określając te wypłaty jako „emeryturę tymczasową”. Choć nie są prowadzone żadne statystyki, ilu ludziom ją wypłacono, to konsumenci wciąż dysponują pewną ilością gotówki. Dlatego też wciąż jeszcze działają drobni przedsiębiorcy – handlarze, małe sklepiki spożywcze. Znaczna część produktów sprzedawanych w DRL i LRL pochodzi z Rosji. W ten sposób stopniowo wypychane z rynku są towary ukraińskich wytwórców.

Ale i tutaj dysponować trzeba znajomościami z przedstawicielami republik. Praca w handlu jest możliwa, jeśli współpracuje się z obecną władzą. Za wynagrodzenie pieniężne władza gwarantuje ciągłość dostaw towarów i produkcji. Ci, którzy się sprzeciwiają, traktowani są zgodnie z prawami czasu wojny – rozmowa z nimi jest krótka. W Ługańsku tak potraktowano dużą ukraińską sieć handlową ATB. Znacjonalizowano, a mówiąc prościej skonfiskowano, należące do niej 25 sklepów i magazynów z towarami. Na ich podstawie stworzono nową sieć supermarketów, nazwaną „Narodnyj”. 

Anna Liczman, kierownik służby prasowej „ATB”, mówi, że towar dowożono prawdopodobnie z innych ograbionych magazynów albo wykorzystano to, co pozostało na  składach ATB.
Podobny los podzieliły dwa największe ługańskie centra handlowe „Atrium” oraz „Centralnyj”. Działalność wznowił za to w Ługańsku główny rynek – jego dotychczasowy właściciel zdołał  dogadać się z nową władzą.

W każdym niemal wypadku prowadzenie działalności gospodarczej możliwe jest, gdy znajdzie się wspólny język z miejscową formacją separatystów. W biznesie nie istnieją jednolite zasady gry. Chociaż ze strony DRL i LRL, od czasu do czasu, słychać komunikaty o stworzeniu wspólnego dla wszystkich „Banku Ludowego” czy Urzędu Podatkowego, to od zrealizowania tych koncepcji dzieli wszystkich jeszcze długa droga.

Ciężko przewidywać też, jaka będzie stabilność tych struktur, ponieważ warunki dla prowadzenia biznesu zmieniają się w zależności od miasta. Wciąż jest niejasne, czy praca systemowa jest tu w ogóle możliwa. Z LRL i DRL wyjechała co najmniej połowa przedsiębiorców i mówią o tym oni sami. Przyczyną był brak warunków do prowadzenia biznesu,  powrót do umów „na gębę” i prymitywnych relacji pieniężnych, imitujących grę rynkową.

To jednak nie koniec złych wieści dla republik. Rząd Ukrainy opracował strategię wymierzoną w „turystykę ekonomiczną”. Wszyscy, którzy nie zarejestrują się jako uchodźcy, nie będą otrzymywać emerytur i zasiłków, nawet jeśli przerejestrowali wcześniej swoje dokumenty. Oznacza to, że większość z czterech milionów mieszkańców tych terytoriów zostanie pozbawiona i tego złudnego poczucia stabilności finansowej.

Prezydent Petro Poroszenko podpisał dekret „O pilnych przedsięwzięciach w celu stabilizacji sytuacji na okupowanych terytoriach obwodu donieckiego i ługańskiego”. Jeden z punktów tego dekretu przewiduje zaprzestanie obsługiwania przez banki rachunków należących do ludności oraz podmiotów gospodarczych o dowolnej formie własności działających w rejonie „operacji antyterrorystycznej, w obwodzie donieckim i ługańskim”.

Oznacza to, że przedsiębiorstwa działające w LRL i DRL zostaną ostatecznie odcięte od pępowiny ukraińskiego systemu finansowego. Własnego systemu na tych terytoriach nie stworzono i wszyscy ci, którzy pragną dalej prowadzić biznes bądź otrzymywać świadczenia, będą zmuszeni do wyjazdu.

Żołud’ przypomina, iż podobny scenariusz rozpadu więzi między państwami poradzieckimi rozegrany został na początku lat dziewięćdziesiątych. Zamiast gospodarki ZSRR zaczęły funkcjonować gospodarki poszczególnych republik. Wtedy rozerwane zostały więzi między poszczególnymi przedsiębiorstwami. Skutkiem tego było zamykanie zakładów produkcyjnych i fabryk, wzrost bezrobocia oraz długi okres spadku poziomu życia.

Amerykański ekonomista Mancur Olson pisał, iż w warunkach zbliżonych do anarchii, niekontrolowana grabież ze strony konkurujących między sobą band niszczy bodźce do inwestowania i produkcji. I mieszkańcy i „bandyci” zostają pozbawieni wszystkiego. Z czasem jeden z bandytów zostaje mianowany „dyktatorem”. Sam  jedynowładczo monopolizuje i reguluje grabież ludności poprzez podatki. W rezultacie wszyscy na tym zyskują.

Dlatego samozwańcze republiki podążyć mogą jedną z trzech dróg. Pierwsza to powrót w skład gospodarki Ukrainy; jak widać, dzieje się jednak dokładnie na odwrót. Druga możliwość to pełna integracja z Rosją, ten wariant (z uwagi na konieczność dotowania regionu) jest jednak niekorzystny dla Kremla. I wreszcie trzecia droga: dyktatura proletariatu w swoim afrykańskim wariancie – z własnymi regułami, miejscowym kolorytem i prawem dla wybranych.

Wydarzeniom w Donbasie najbliżej do ostatniego wariantu. Rozpadowi ulegają wszelkie zasady prowadzenia biznesu, które jako tako przetrwały jeszcze od czasów Ukrainy. Noworosja wyrusza w swobodny rejs. Tylko morze pozostaje niespokojne i trzeba pokonywać potężne fale niestabilnej gospodarki.



Tłum.: T.Cz.







*Maksym Butczenko, publicysta ukraińskiego magazynu „Nowoje Wremia”. Wiele lat przepracował w Donbasie jako inżynier.






Artykuł ukazał się na portalu slon.ru:






Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com





poniedziałek, 1 grudnia 2014

Luke Harding: Rosja to nie Putin

Spędził w Moskwie blisko cztery lata jako korespondent wpływowej brytyjskiej gazety “Guardian”. Opisywał to, co widział: państwo przeżarte korupcją, represje wobec opozycji, agresywną politykę zagraniczną. W odwet poddano go szykanom, włamywano się do jego mieszkania, śledzono, na podsłuchu był jego telefon. W końcu wydalono go z Rosji. Po powrocie do Anglii Luke Harding opowiedział o swych rosyjskich doświadczeniach w przejmującej książce „Mafijne państwo Putina”. Właśnie ukazało się polskie wydanie.

 Luke Harding odpowiada na pytania bloga „Media-w-Rosji”
 







Korespondent „Guardiana”


Media-w-Rosji:
Nie miał Pan łatwego życia w Rosji jako korespondent prasy zagranicznej?

Luke Harding:
Nie miałem. Przyjechałem do Moskwy w 2007 razem z Phoebe, moją żoną i dwojgiem małych dzieci. Już w miesiąc później zorientowałem się, ze ktoś włamał się do naszego mieszkania. Nikt nas nie chciał ograbić, niczego nie ukradziono, jednak w pokoju syna pozostawiono otwarte okno. Mieszkaliśmy wysoko na 10 piętrze, otwarte okno dla dziecka w jego wieku było ogromnym niebezpieczeństwem. Po wizytach intruzów, w nocy włączał się pozostawiony przez nich i ukryty w zakamarkach mieszkania budzik, na nocnej szafce leżała półpornograficzna książka o sztuce osiągania orgazmu. Nie miałem wątpliwości, że mój telefon był na podsłuchu, włamano się także do moskiewskiego biura mojej gazety. Śledzono mnie. Amerykańskie służby obserwują człowieka, tak by nie miał o tym pojęcia, rosyjskie w pewnych wypadkach, gdy zależy im na osiągnięciu określonego efektu psychologicznego postępują odwrotnie. No i jeszcze, w ministerstwie spraw zagranicznych, w wydziale prasy zagranicznej krzyczano na mnie za moje publikacje.

Media-w-Rosji:
Znam w Moskwie wielu korespondentów zagranicznych. Wszyscy są świadomi tego, że mogą być obserwowani. Mojemu przyjacielowi z TagesZeitung wytoczono proces, swego czasu polski dziennikarz został pobity na ulicy. Niedawno Kreml pozbył się z Moskwy amerykańskiego dziennikarza Davida Sattera, podobnie jak i pan interesującego się korupcją na szczytach rosyjskiej władzy (w latach osiemdziesiątych moskiewskiego korespondenta Financial Times), ostatnio związanego z radiem „Swoboda”. Jednak pana poddano szczególnym szykanom. Wiadomo dlaczego?

Harding:
To się zaczęło bardzo szybko po moim przyjeździe do Moskwy. Guardian opublikował rozmowę z Borysem Berezowskim. Ten wpływowy w czasach Jelcyna oligarcha chwalił się, że odegrał znaczną rolę w zdobyciu prezydentury przez Władimira Putina. Szybko stal się jego zaciekłym krytykiem, w obawie o własny los zbiegł do Londynu. Moim kolegom z gazety Berezowski powiedział, że planuje spisek mający na celu obalenie Putina. Ja także byłem podpisany pod tym materiałem, bo zadzwoniłem do rzecznika Putina, Dmitrija Pieskowa z prośbą o komentarz. Berezowski działał wówczas na Kreml niczym czerwona płachta na byka. W związku z publikacją w naszej gazecie wzywano mnie nawet na przesłuchanie do słynnego moskiewskiego więzienia Lefortowo.

Media-w-Rosji:
Zachodni korespondenci delegowani do Moskwy w czasach komunistycznych byli poddani stałej obserwacji, o tym wszyscy wiemy, tych niepokornych pozbawiano akredytacji, ale po upadku komunizmu, wydawało się, iż władze mają na głowie ważniejsze sprawy.

Harding:
Związek Radziecki był projektem o zasięgu globalnym, miał motywację ideologiczną. Komunizm chciano narzucić całemu światu. KGB było instrumentem partii. Posługiwano się nim z jednej strony by kontrolować własne społeczeństwo, by tępić przejawy herezji, z drugiej dla realizacji owych dalekosiężnych zamierzeń o charakterze globalnym. W państwie Putina nie ma ideologii, najważniejsze są pieniądze, to jest jedna wielka kleptokracja. Ta dyktatura kontroluje przede wszystkim strefę publiczną, bo zrozumiała, że nie ponosząc wielkiego ryzyka, prywatną może pozostawić obywatelom. Stosuje też represje, ale nie tak jak za Stalina na masową skalę, a wybiórczo. To też działa. W odniesieniu do opozycji, w odniesieniu do korpusu dyplomatycznego i dziennikarskiego, ludzi biznesu. Kiedy pan spostrzeże, że kolegę, sąsiada, kogoś innego z tych samych szeregów spotkało coś wyjątkowo nieprzyjemnego, być może sam się pan zastanowi, czy nie warto skorygować zachowania. Nie chcę krytykować kolegów z mediów, ale ich relacje na temat reżimu Putina w wersji soft często brały się właśnie stąd. W taki właśnie sposób dobrano ofiary represji w związku z demonstracją na Placu Błotnym w maju 2012 roku. Równie dobrze w policyjne sieci mogli wpaść inni ludzie. A w dodatku nie wolno zapominać, że ten reżim swoich wrogów potrafił zabijać. I w kraju i za granicą. W Londynie, Wiedniu, Emiratach. W Moskwie, na ulicy, na klatce schodowej.

Media-w-Rosji:
Wierzy pan w samobójstwo Berezowskiego?

Harding:
W tej sprawie można mieć wątpliwości, ale chyba prawdy nie poznamy nigdy.



Władimira Putina w 2003 roku w Londynie przyjęto w Londynie z najwyższymi honorami państwowymi. 



Życzliwe przyjęcie Władimira Putina

Media-w-Rosji:
Zaraz po objęciu przez niego władzy, świat przyjął życzliwie Władmira Putina. Wprawdzie postawiono pytanie „who is mister Putin?”, to jednak przeważała nadzieja, iż uda mu się rozwiązać problemy pozostawione w spadku przez odchodzącego Borysa Jelcyna. W mediach zachodnich nie poświęcono wystarczająco dużo uwagi wydarzeniom w oczywisty sposób sygnalizującym, w jakim kierunku podąży prezydentura Władimira Putina.

Harding:
Po objęciu władzy Putin przyjechał do Anglii. Spotkał się z Tony Blairem, przyjęła go królowa. Londyn już wtedy był ulubionym miastem rosyjskiej elity. Oligarchowie, elita, kupowali tu domy, mieszkania, kluby piłkarskie, wydawnictwa prasowe. Ich dzieci uczyły się w angielskich szkołach i na wyższych uczelniach. Biznes z całego świata zaczął robić z Rosjanami interesy na globalną skalę. Na stole leżały miliardy. Ropa i gaz to wielkie pieniądze. Putin nauczył się kupować wpływowych zachodnich polityków. Wystarczy przypomnieć byłych szefów rządów, kanclerza Niemiec Schroedera i premiera Włoch Berlusconiego. Teraz Kreml finansuje francuską prawicę. Prowadzi też zakrojoną na szeroką skalę kampanię propagandową, przeznacza ogromne pieniądze na telewizję emitującą programy w różnych językach, na internetowych trolli.

Media-w-Rosji:
Większość czasu spędził pan w Moskwie w czasach prezydentury Dmitrija Miedwiediewa. Istniała wtedy szansa na liberalizację systemu?

Harding:
Na tle Putina, przynajmniej na początku Anatolij Miedwiediew wyglądał jak prawdziwy liberał. Wszystkim się spodobało, kiedy powiedział , że „wolność jest lepsza od braku wolności’. Ale w rzeczywistości od początku pozostawał marionetką Putina. Pamiętam jak żartowano z niego, mówiono o obozie liberalnym Miedwiediewa, nie było jednak wiadomo, czy on sam wchodzi w jego skład. Putin przez cały czas trzymał rękę na pulsie. Miedwiediew odszedł do historii jako jeden z najmniej znaczących przywódców Rosji.



Przez cztery lata stanowisko prezydenta Rosji zajmował Dmitirj Miedwiediew. Jednak
Władimir Putin przez cały czas trzymal rękę na pulsie. 


Opozycja

Media-w-Rosji:
Kiedy opozycja organizuje marsze pokoju potrafi wyprowadzić na ulice kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Wszyscy przychodzą z własnej woli, nikt nie organizuje transportu zbiorowego dla demonstrantów. Na spontaniczne demonstracje z poparciem dla Kremla wyjdzie z własnej woli najwyżej kilka tysięcy. Jeśli urzędnicy się postarają, zapłacą uczestnikom, zorganizują transport, wydadzą odpowiednie zarządzenia być może zgromadzą więcej ludzi, ale takie sztuczne poparcie może okazać się nie wiele warte, zwłaszcza w godzinie wielkiej próby. Może nie doceniamy roli opozycji w Rosji Władimira Putina?

Harding:
Nie jestem pod tym względem optymistą. Wygląda na to, że wracamy do starego radzieckiego modelu z czasów Breżniewa, Andropowa, Czernienki, przywódca odchodzi dopiero po swojej śmierci. Wtedy otwiera się okno dla zmian. Z prawnego punktu widzenia Putin może pozostać u władzy do 2024 roku. Wydaje mi się, że ma do dyspozycji wszelkie instrumenty niezbędne, by ją zachować. W dodatku będzie nam trudno prognozować jego postępowanie. Czasem wydaje mi się, iż jeśli chce się przewidzieć co zrobi Putin, należy porzucić zdrowy rozsądek. Przypuśćmy, że istnieje wybór między dwoma rozwiązaniami. Pierwsze jest rozumne, logiczne i konstruktywne, drugie szalone i pozbawione sensu. Które wybierze Putin? Często okażemy się bliżsi prawdzie, stawiając na to drugie.

Media-w-Rosji:
Wyklucza pan możliwość, iż przez te lata pojawi się polityk zdolny Putinowi rzucić wyzwanie? Nie doczekamy prezydentury Aleksieja Nawalnego?

Harding:
W innym kraju, niż Rosja polityk typu Nawalnego mógłby zajść daleko. Nie brakuje mu charyzmy, intuicji, jest wciąż młody. A jednak nie da się zdobyć Kremla, bez możliwości działania na co dzień. Od wielu miesięcy Nawalny znajduje się w areszcie domowym, wytoczono mu kolejny proces sądowy oparty o sfabrykowane zarzuty. W Rosji nie ma przestrzeni do działania dla polityków opozycyjnych. Gdy władza czuje, że ktoś robi się niebezpieczny, podejmie wszelkie działania, by go zneutralizować. Przy okazji chciałbym wspomnieć o Michaile Chodorkowskim. Pojechałem do Berlina, kiedy władze wypuściły go z obozu. Jestem pod jego wielkim wrażeniem, być może w latach dziewięćdziesiątych brał udział w nie do końca przezroczystych interesach, jednak pobyt w obozie nauczył go wiele. Chodorkowski zachował godność. A teraz ma swemu krajowi i rodakom wiele do powiedzenia.

Śmierć Nataszy Estemirowej

Media-w-Rosji:

W czasie pobytu w Rosji musiał pan relacjonować wiele tragicznych wydarzeń. Zamachy terrorystyczne, krwawą czystkę w Osetii Południowej w 2008 r., itd. Któreś z tych wydarzeń utrwaliło się panu w pamięci szczególnie? 


Latami rejestrowala przypadki naruszenia praw człowieka w Czeczenii, tortury, porwania,
wymuszenia okupu, zabójstwa. W oczach czeczeńskiego dyktatora Ramzana Kadyrowa Natalia
Estemirowa byla osobistym wrogiem. 


Harding:
Chyba śmierć Nataszy Estemirowej, okrutnie zamordowanej działaczki na rzecz praw człowieka. Mieszkała i prowadziła działalność w jaskimi lwa, w Groznym rządzonym przez Ramzana Kadyrowa. Rejestrowała przypadki naruszania praw człowieka, tortury, porwania, zbrodnie, informowała o nich organizacje pozarządowe, Memoriał. Spotkałem ją kilka razy, na pogrzebie adwokata Stanislawa Markiełowa, na procesie domniemanych zabójców Anny Politkowskiej. Pamiętam wspólnie zjedzony lunch, wróciła właśnie z Oksfordu. Miała 50 lat, ale wyglądała zdecydowanie młodziej i bardzo elegancko. Byłem pod wrażeniem jej odwagi i siły moralnej. Zdawała sobie sprawę, do jakiego stopnia jest znienawidzona przez reżim Kadyrowa. Porwano ją po drodze z domu do pracy. W dwie godziny później rozstrzelano ją już na terenie sąsiadującej z Czeczenią Inguszetii. W trzy dni po jej śmierci poleciałem do Groznego, byłem na cmentarzu. Nie poznałem nigdy Anny Politkowskiej, kiedy przyjechałem do Moskwy już nie żyła. Natasza Estemirowa i Anna Politkowska przyjaźniły się, kontaktowały się regularnie, współpracowały ze sobą. Kiedyś nadejdzie dzień, gdy w Rosji ulice, place, szkoły i uczelnie będą nosić ich nazwiska.

Największy kryzys w Europie

Media-w-Rosji:
W swojej książce przedstawił Pan państwo Putina w jak najgorszym świetle. Jednak jej pierwsze wydanie ukazało się kilka lat temu. Wtedy mało kto potrafił przewidzieć, iż czekają nas z jego strony rzeczy o wiele gorsze, aneksja Krymu, wojna na wschodzie Ukrainy….

Harding:
To jest największy kryzys w Europie od czasów zimnej wojny. Równowaga strategiczna istniejąca od 1945 roku została naruszona. Spędziłem na Ukrainie kilka miesięcy. Byłem w Doniecku, widziałem na własne oczy uzbrojoną przez Rosję zbieraninę najemników, maruderów, rebeliantów. Dla Putina konflikt na Ukrainie ma charakter zastępczy, to przejaw konfrontacji z Ameryką. Jest przekonany, iż Stany Zjednoczone intrygują w jego strefie wpływów. On chyba szczerze wierzy, że zeszłoroczne wydarzenia na Ukrainie były rezultatem machinacji CIA, przecież to niemożliwe, by sami Ukraińcy zorganizowali protest na taka skalę. Chciałby także, by Rosja w oczach świata odzyskała status supermocarstwa. Ale neoimperialistyczne fantazje Putina nie zwiększają jej potencjału. Rosja jako państwo pozostaje jednak mocarstwem regionalnym. Jest zdolna do terroryzowania sąsiadów i korumpowania zachodnich polityków i biznesmenów.

Media-w-Rosji:
W 2011 roku został pan deportowany z Rosji, potem na skutek interwencji rządu brytyjskiego zwrócono panu wizę, tak by mógł Pan dotrwać do końca swojej moskiewskiej misji. A teraz? Mógłby się pan wybrać do Rosji?

Harding:
Nie, wciąż jestem na czarnej liście.

Media-w-Rosji:
Ciągnie Pana do Rosji?

Harding:
Ja nie jestem żadnym rusofobem, na odwrót czuję się związany z Rosją. Mówię po rosyjsku, podczas pobytu w Rosji chodziliśmy do teatru, na koncerty, do muzeów. Po powrocie do Anglii moja żona napisała książkę o swoich ulubionych moskiewskich trasach spacerowych. W Rosji mieszka wielu wspaniałych ludzi. W żadnym wypadku nie wolno utożsamiać Rosji z Władimirem Putinem, z jego reżimem. Żaden reżim nie jest wieczny, więc nie tracę nadziei, że nadejdzie dzień, gdy moje nazwisko zostanie wymazane z czarnej listy wizowej i będę mógł tam pojechać bez obaw.



Rozmawiał: Zygmunt Dzięciołowski






*Luke Harding (ur. 1968), znany brytyjski dziennikarz od lat związany z gazetą „Guardian”. Był jej korespondentem w Delhi, Moskwie, Berlinie. Relacjonował wojny w Afganistanie, Iraku i Libii. Jest autorem kilku książek, m.in. wydanych w Polsce „Polowanie na Snowdena” i „Mafijne Państwo Putina”. Jest laureatem licznych nagród dziennikarskich. Obecnie pracuje w londyńskim biurze „Guardiana”. 


















Książkę Luke’a Hardinga „Mafijne Państwo Putina” można kupić na portalu wydawnictwa Vis-a-Vis/Etiuda
















Pozostałe fragmenty książki Luke’a Hardinga „Mafijne Państwo Putina” na blogu „Media-w-Rosji”


http://media-w-rosji.blogspot.com/2014/11/jest-pan-wrogiem-putina.html

Znany angielski dziennikarz Luke Harding przyjechał do Moskwy w 2007 roku jako korespondent liberalnej angielskiej gazety „Guardian”. Szybko zorientował się, że trafił do państwa nieokiełznanej korupcji, kleptokracji, kontrastów społecznych i represji wobec politycznych przeciwników. W swoich artykułach poruszał najbardziej drażliwe tematy. Unikał eufemizmów, upiększeń i niedopowiedzeń. Bardzo szybko stał się celem bezprzykładnych szykan. Podsłuchiwano jego telefon, do mieszkania włamywali się nieznani intruzi. Wreszcie trafił na czarną listę, doświadczył deportacji z Moskwy. Dziś nie ma co liczyć na wizę do Rosji. Swe rosyjskie doświadczenia opisał w głośnej książce „Mafijne państwo Putina”. Właśnie ukazało się jej polskie wydanie.


Za zgodą wydawnictwa Vis-a-Vis/Etiuda publikujemy wybrane fragmenty książki Hardinga. Pierwszy z nich opisuje dwa spotkania ze znaną socjolożką Olgą Krysztanowską. Od lat obserwuje ona przemiany zachodzące w łonie rosyjskiej elity. Tłumaczy brytyjskiemu dziennikarzowi kto i dlaczego wziął go na celownik.




http://media-w-rosji.blogspot.com/2014/11/najwieksze-wyzwanie-dla-zachodu-od.html

Trzy lata temu, kiedy ukazało się pierwsze angielskie wydanie książki Luke’a Hardinga o mafijnym państwie Władimira Putina, stawiane przez autora Kremlowi zarzuty wydawać się mogły przesadzone. Od tamtej pory zdarzyło się bardzo wiele. Reżim stłumił bezwzględnie falę demokratycznych protestów w latach 2011-2012. W 2014 dokonując inwazji Krymu i wspierając otwarcie rebelie na wschodzie Ukrainy, odsłonił się jeszcze bardziej. Obserwacje Hardinga dotyczące istoty stworzonego przez Władimira Putina systemu przestały kogokolwiek dziwić.

Polskie wydanie książki „Mafijne Państwo Putina” zamyka specjalnie napisane posłowie. Jakby Luke Harding chciał nam powiedzieć, gdybyście uważnie przeczytali moją książkę trzy lata temu, może niektórym nieszczęściom udałoby się zapobiec.





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com