poniedziałek, 19 maja 2014

Kreml i Ukraina: w ślepym zaułku federalizacji


Kreml zdał sobie sprawę, iż wciągnięcie Ukrainy do Unii Euroazjatyckiej jest niemożliwe. Teraz Moskwie najbardziej zależy, by zahamować zbliżenie między Ukrainą i Zachodem. Temu służy projekt federalizacji. Jednak wybitny petersburski politolog Grigori Gołosow uważa, iż cel ten Moskwie łatwiej będzie osiągnąć powstrzymując się od wspierania separatystów. Rosja powinna wesprzeć reintegrację Wschodu i Południa Ukrainy. Tylko tak można będzie zwiększyć ich wpływy w polityce ukraińskiej i uniknąć ich pełnej marginalizacji.



Autor Grigorij Gołosow



Dalsze poparcie ze strony Rosji dla separatystów w Donbasie może
doprowadzić do jego pełnej izolacji i marginalizacji/ 


Jak się wydaje sytuacja na Ukrainie pozostaje skomplikowana i zagmatwana. Być może jednak lepiej powiedzieć, iż sytuacja jest stosunkowo prosta, tylko nie ma z niej łatwego wyjścia. By to zrozumieć, należy przyjrzeć się jej z punktu widzenia władz rosyjskich. Wystarczy na moment zapomnieć o Krymie, wtedy widać wyraźnie, iż kluczowe punkty strategii rosyjskiej sformułowano już rok temu, od tamtej pory nie uległy one zmianie. Program maksimum zakładał wciągnięcie Ukrainy w proces integracji euro-azjatyckiej. Właśnie dlatego, Moskwa tak nerwowo zareagowała na podjętą przez Wiktora Janukowicza próbę reorientacji politycznej w całkowicie przeciwnym kierunku. Dla niego samego skończyło się to żałośnie, choć wcześniej, do jesieni 2013 roku udawało mu się w miarę skutecznie grać rolę miłego cielęcia ssącego mleko od dwóch matek. Ssał wprawdzie bardziej dla siebie, niż dla własnego kraju, i za to przyszło mu zapłacić.

Wydarzenia lutowe, bez wątpienia,  wzbudziły na Kremlu poczucie głębokiej urazy wobec Zachodu oraz pragnienie natychmiastowego rewanżu. Pomijając akcenty emocjonalne, należałoby skonstatować, iż Rosja, po obaleniu Janukowicza, w niewielkim stopniu dokonała rewizji swoich priorytetów. Porzucono program maksimum, opowiedziano się za wariantem bardziej umiarkowanym. Jeśli nie udaje się całej Ukrainy wciągnąć do Sojuszu Euroazjatyckiego (w ślad za Białorusią i Kazachstanem), to trzeba postarać się, by na zawsze pozostała rozpięta między nami i Europą. Dla osiągnięcia tego celu wystarczy narzucić jej konstrukcję instytucjonalną paraliżującą dokonanie w tej kwestii ostatecznego wyboru. Stąd wzięła się idea federalizacji.

Prawo veta


Federacje różnią się od państw unitarnych nie tym, iż gwarantują swoim podmiotom terytorialnym więcej wolności w dziedzinie gospodarowania własnymi zasobami, w polityce kulturalnej i oświatowej, czy w kwestiach gospodarczych. Bywają państwa unitarne, które pod tym względem wyprzedziły wiele federacji (w tym także Rosję) o wiele długości. Specyfika sytuacji polega na czym innym. Idea federalizacji zakłada, iż podmioty terytorialne są nadzielone specjalnymi prawami i mogą z nich korzystać w odniesieniu do procesu podejmowania decyzji na obu poziomach, lokalnym i państwa jako całości. Jeśli ideę tę wprowadzić w życie z maksymalną konsekwencją, to ważniejsze od prawa do udziału w podejmowaniu decyzji okaże się absolutne prawo veta.

W historii mieliśmy niewiele federacji zbudowanym w oparciu o taki model. Aktualnym przykładem może być Bośnia i Herecegowina, w niej funkcje rządu centralnego są ograniczone do minimum, zaś władza rzeczywista jest prawie całkowicie rozdzielona między terytorialno-narodowe społeczności.  Jak mi się wydaje, właśnie bośniacki wariant odpowiadałby w pełni interesom kremlowskich władz. W tym miejscu pojawia się jednak dodatkowy problem. Urzeczywistnienie go wymaga, by terytorialno-narodowe społeczności dysponowały pryznajmniej statusem quasi państwowym, posiadały własny rząd, policję i armię. Na Ukrainie niczego takiego nie było, Kreml jednak doszedł do wniosku, iż ma do czynienia z problemem do rozwiązania i bez zwłoki przystąpił do realizacji odpowiedniego planu.

Nie będę wdawać się w szczegóły działania „ruchu zwolenników federalizacji”. Rola Rosji w tym ruchu wydaje się oczywista. Wystarczy zauważyć, iż w dwóch obwodach na wschodzie Ukrainy – donieckim i ługańskim sytuacja jaka się wytworzyła, nie do końca jest kontrolowana przez Kijów. Ale nie wszystko udało się tam zrealizować, tak jak tego pragnęły władze rosyjskie.

Po pierwsze, pełnowartościowa realizacja moskiewskiego planu wymaga, by spod kontroli Kijowa wyrwało się jeszcze kilka innych obwodów. W obecnym składzie „Noworosja” jest zbyt mała (zakładając czysto hipotetyczny rozwój wydarzeń), jeśli Kijów zdecydowałby się podjąć z nią rozmowy, różna kategoria wagowa partnerów rzucałaby się w oczy. Ale perspektywa, iż „ruch zwolenników federalizacji” rozprzestrzeni się poza granicami Donbasu jest niewielka.

Z tego punktu widzenia, taktyka władz ukraińskich zasługuje na pozytywną ocenę. Z jednej strony, prowadząc „operację antyterrorystyczną” udało im się uniknąć rozlewu krwi na masową skalę, krwawy scenariusz znacznie pogorszyłby wizerunek Kijowa  oczach społeczności międzynarodowej, ułatwiłby Rosji zwiększenie nacisku. Z drugiej strony, w warunkach „operacji antyterrorystycznej” grupy bojowe okupujące od kwietnia szereg budynków administracyjnych i pozostające na terytorium obwodów ługańskiego i donieckiego, nie są w stanie podjąć operacji w kierunku zachodnim. W rezultacie ruch prorosyjski pozostaje zlokalizowany, nie ogarniając swoimi wpływami większego terytorium.

Drugi i poważniejszy problem polega na tym, iż choć obydwa obwody wyrwały się spod kontroli Kijowa, stworzonym na ich terytorium republikom ludowym trudno znaleźć partnera do rozmów, możliwego do zaakceptowania przez Kijów i społeczność międzynarodową. Przywódcy obu republik, realizując przede wszystkim zadania bojowe, nie wypełniają żadnych funkcji w zakresie sprawowania władzy i wypełniać ich nie mogą. W oczach ludzi kontrolujących władze lokalne, to jest wschodnio ukraińskich oligarchów, owe republiki na stanowią ani nowej, ani atrakcyjnej niszy.


Kreml jest gotów zrobic wszystko co w jego siłach, by nie
dopuścić do dalszego zbliżenia Ukrainy z NATO i EU.

Jak mi się zdaje, w obecnej chwili Kreml postanowił wstrzymać się z podjęciem decyzji w nadziei, iż sytuacja rozwinie się w taki sposób, by można w niej było znaleźć wskazówki do dalszych działań. Ale obawiam się też, iż scenariusz oparty na zaniechaniu nie stworzy odpowiedniego pola dla manewru. Jeżeli rozlew krwi w obwodach donieckim i ługańskim ulegnie nasileniu, to dla Kremla taki rozwój wypadków, mógłby okazać się wystarczającym uzasadnieniem dla wprowadzenia na terytorium Ukrainy sil zbrojnych pod flagą pokojową. Dla społeczności międzynarodowej takie uzasadnienie nie będzie wystarczające, rosyjskie siły zbrojne napotkają opór. Następstwa mogą być katastrofalne.

Strategia kremlowska


Pora przyznać, iż scenariusz krymski – infiltracja/faktyczne przejęcie władzy/ referendum okazał się możliwy do zrealizowania, gdyż w całej operacji uczestniczyły regularne siły zbrojne, a nie oddziały ochotnicze, i jego ostatecznym celem pozostawała aneksja. Tak więc, jeśli celem Rosji jest teraz przede wszystkim zapobieżenie zacieśnieniu stosunków między Ukrainą i Zachodem (a zakładam, iż tak jest w istocie), to kontynuacja scenariusza krymskiego na Wschodzie Ukrainy może przynieść skutki przeciwne od zamierzonych. Należy szukać innych wariantów związanych z formowaniem na wschodzie prawomocnych organów władzy, nie warto nawet mówić o tym, iż „republiki ludowe” są gotowe do przeprowadzenia wyborów. Widzieliśmy już, jak tam odbywa się głosowanie. Oprócz tego, należy podjąć starania na rzecz reintegracji obwodów donieckiego i ługańskiego w ramach struktury politycznej wspólnej dla Wschodu i Południa Ukrainy. Od czasu rozpadu Partii Regionów takiej struktury po prostu nie ma. Ani jednego, ani drugiego nie uda się osiągnąć, jeśli nie zdołamy zatrzymać rozlewu krwi. Rosja ma pod tym względem wiele do zrobienia.

Po pierwsze, Rosja w dalszym ciągu okazuje realny wpływ na działania grup bojowych. To one w kwietniu okupowały szereg budynków administracyjnych, to one stanowią do dziś jądro sił zbrojnych „republik ludowych”. Ugrupowania te powinny otrzymać od Rosji jasny sygnał, iż należy się wycofać. Nie jestem pewien, czy doprowadzi to automatycznie do pełnego zahamowania działań zbrojnych prowadzonych przez „zwolenników federalizacji” – w oddziałach separatystów uczestniczą także kadry miejscowe – ale jeśli wyjadą  ludzie z zewnątrz, to ci pierwsi powoli rozejdą się do domów. Po drugie, czas zahamować dostawy broni. Po trzecie, trzeba zaprzestać trwającej prowadzonej wciąż infiltracji Wschodu.

Jeśli władze rosyjskie zdecydują się na tego rodzaju kroki, to ich skutki nie staną się przeszkodą w dalszej realizacji strategii kremlowskiej. Na odwrót. Większa liczba uznawanych powszechnie uczestników ukraińskiej gry o konstytucję, pochodzących ze wschodu, oznacza zwiększenie szans na sukces taktyki kremlowskiej (być może częściowy). Rosyjskojęzyczny wschód Ukrainy w każdym wypadku pozostanie wschodem, z punktu widzenia gospodarki, specyfiki wyborów, itd.  I zawsze będzie okazywał wpływ na politykę ogólno ukraińską. Ale obecna taktyka Rosji prowadzi nie do umocnienia tego wpływu, a do izolacji i marginalizacji wschodu.





*Grigorij Gołosow (ur.1963), wybitny rosyjski politolog, profesor Uniwersytetu Europejskiego w Sankt. Petersburgu






Tekst ukazał sie na stronie slon.ru. Jego adres: 
http://slon.ru/russia/3_deystviya_kotorye_kremlyu_nuzhno_predprinyat_na_ukraine-1097983.xhtml


Obserwuj i polub nas na Facebooku: 




piątek, 16 maja 2014

Twitter i Facebook w Rosji: jak długo jeszcze?


Rosyjskie władze coraz częściej grożą zablokowaniem na terenie Rosji takich serwisów jak Twitter i Facebook. Po raz kolejny, z tego rodzaju ostrzeżeniem wystąpił przedstawiciel Roskomnadzoru, organizacji odpowiedzialnej w Rosji za kontrolę nad Internetem. Czy zbliżamy się do chwili, gdy groźby te zostaną wprowadzone w życie?

 

Materiał portalu slon.ru






Roskomnadzor” (Federalna Służba Nadzoru w Sferze Komunikacji, Technologii Informatycznych i Komunikacji Masowych) gotów jest w dowolnej chwili całkowicie zablokować na terytorium Federacji Rosyjskiej serwis Twitter i sieć społecznościową Facebook. Takie oświadczenie złożył w rozmowie ze stacją telewizyjną „DOŻD’” rzecznik prasowy tej organizacji Wadim Ampiełowski.

- Nasza organizacja rzeczywiście analizuje możliwość całkowitej blokady Twittera i Facebooka. Jak nam się wydaje taka decyzja nie niesie ze sobą żadnego ryzyka.

Blokadą szeregu zagranicznych serwisów groził wcześniej zastępca szefa Roskomnadzoru Maksym Ksienzov w wywiadzie udzielonym gazecie „Izwiestia”.

- Choćby jutro, możemy w ciągu kilku minut zablokować w Rosji Twitter i Facebook…. Jeśli w pewnym momencie dojdziemy do wniosku, że następstwa blokady sieci społecznościowych będą w istotny sposób mniejsze od tych szkód, jakie przynosi naszemu społeczeństwu nie konstruktywne stanowisko międzynarodowych kompanii, zrobimy to, do czego zobowiązuje nas prawo. – oświadczył Ksienzow.

Nieco wcześniej, w tym samym wywiadzie dla „Izwiestii” zastępca szefa "Roskomnadzoru" zauważył, iż Twitter jest firmą amerykańską i często wykorzystuje swoich użytkowników dla „promocji swych własnych korporacyjnych interesów  oraz interesów tego państwo, pod którego jurysdykcją się znajduje”.

Blokada sieci społecznościowych oparta na motywach politycznych wprowadzana była w ostatnich latach w szeregu krajów. Dla przykładu, w Chinach są zakazane Facebook, Twitter, a także wyszukiwarka Google i należący do niej serwis YouTube. W 2013 władze Turcji zablokowały dostęp do Twittera. Ich zdaniem serwis mikroblogów był aktywnie wykorzystywany przez opozycję.




Także na blogu „media-wRosji”:

Wzlot i upadek rosyjskiego Internetu

 


Obejmując władzę w Rosji Władimir Putin obiecywał, iż państwo nie będzie ingerować w działalność rosyjskiego Internetu. W tamtych czasach liczba użytkowników sieci w Rosji wynosiła 3 miliony. 15 lat później po dawnej niezależności rosyjskiej Sieci pozostały tylko wspomnienia. Kreml przestraszony rolą mediów internetowych w kreowaniu buntów o charakterze politycznym wydał im prawdziwą wojnę.


Autor: Nastia Czernikowa 





Obserwuj i polub nas na Facebooku: 





czwartek, 15 maja 2014

Zombi w szarej strefie


Doniecka Republika Ludowa jest fikcją, jej władze kontrolują wyłącznie okupowany budynek obwodowej administracji w Doniecku. Mieszkańcy Donbasu niczego nie pragną dziś bardziej, niż pokoju i ładu i dlatego – pisze Jekatierina Siergackowa - głosowali za niepodległością. Ich straszny lęk przed banderowską zarazą przesłonił im tragiczną prawdę o własnym regionie. Dziś stał się on szarą strefą oddzieloną ścianą od reszty kraju.
 
O chaosie i nienawiści w Donieckiej Republice Ludowej



Autor: Jekatierina Siergackowa




Wielu mieszkańcow  Donbasu głosując za niepodległością wierzyło, że oddzielenie od
Ukrainy zapewni im lad i porządek. 



Mieszka w Donbasie prosty facet Funtik. Dawniej zajmował się wypraszaniem pieniędzy od ludzi w okolicy centrów handlowych, dziś jest dowódcą grupy samoobrony z czarno-niebiesko-czerwoną flagą dyżurującej w rejonie jednej z blokad. Na niej zatrzymywane są samochody, Funtik otwiera bagażniki, sprawdza dokumenty, a jeśli kogoś trzeba, to go zaaresztuje.

Mieszka w Donbasie Denis Puszylin. Dawniej stał na czele miejscowego oddziału MMM (znana z lat dziewięćdziesiątych piramida finansowa – „mediawRosji”), sprzedawał też wyroby cukiernicze. Dziś Denis jest szefem rządu Donieckiej Republiki Ludowej. Udziela prasie wywiadów, prowadzi rozmowy z Tymoszenko i Chodorkowskim, pozwala sobie na zignorowanie wystąpień Wladimira Putina.

Wszyscy są nam potrzebni


A jeszcze w Donbasie mieszka Ludmiła Siemionowna. Tak, jak dziesiątki tysięcy innych ludzi i ona 11 maja zjawiła się w lokalu wyborczym, by oddać swój glos za niepodległość. Było to dla niej prawdziwe święto, do kieszeni kurtki przywiązała georgijewską wstążkę. A jej przyjaciółka, emerytka Irina Siergiejewna została wybrana na stanowisko przewodniczącej komisji wyborczej. Irina posadziła mnie za stół, wręczyła paczkę kart do głosowania i poprosiła, żebym popracowała w charakterze wolontariuszki. te karty, proste wydruki z printera, w żaden sposób nie były zabezpieczone. 

- Podpisujesz się na nich i to wszystko – poinstruowała mnie przewodnicząca. Dostałam od  niej także kilka pustych kart, by można było uzupełnić listę wyborców. Na nich miałam zapisywać dane wszystkich chętnych do oddania głosu. Wystarczyło, by  zgłosili się z paszportem, jakąś kserokopią, a nawet i bez dokumentów. „Niech wszyscy glosują. Wszyscy są nam potrzebni” – powiedziała Irina Siergiejewna.

Kilka godzin później, w Krasnoarmiejsku czołgałam się po ziemi w kierunku najbliższego słupa, by ukryć się jakoś od kul. Nieznani, uzbrojeni ludzie w godzinach rannych zajęli budynek miejscowej administracji, by nie dopuścić do referendum. W pewnej chwili wypuścili w powietrze chaotyczną serię z automatów. Kobiety zbierające do tekturowych pudełek karty do głosowania z odpowiedzią zaznaczoną w kwadracie „tak”, także upadły na ziemię twarzą do niej. Słychać było ich krzyk i płacz.

Następnego dnia po przebudzeniu Donbas poczuł, że stał się szarą strefą. W hotelu, gdzie nocowałam, nie można już było opłacić rachunku przy pomocy karty płatniczej. Jak się okazało, zawiesił działalność należący do dniepropietrowskiego oligarchy Kołomojskiego „Privatbank”. Wcześniej ten sam bank jako pierwszy, zaraz po referendum,  wstrzymał pracę swoich oddziałów na Krymie. Obok niego, zamknięto niektóre centra handlowe i salony samochodowe., Zamiast w nastroju świętowania w związku ze zwycięsko przeprowadzonym glosowaniem ludowym, Donbas pogrążył się w ciszy. Zamilkł też Władimir Putin. Nie uznał Donieckiej Republiki Ludowej i jej samodzielności państwowej.

Wystarczył ostatni miesiąc, by Donbas wrócił w nieszczęsne lata dziewięćdziesiąte. Zdobywszy dostęp do broni, ludzie rozbijają okna wystawowe i rozkradają parkingi samochodowe. Porywają zwolenników ukraińskiej jedności, znęcają się nad zakładnikami i rozstrzeliwują ukraińskich żołnierzy. Dla nich Doniecka Republika Ludowa to szansa, by z tej chwilowej sytuacji wyciągnąć jak najwięcej korzyści. 89 procent głosów oddanych na kartach wyborczych na „tak” stało się sposobem na legitymizację klęski starań o zaprowadzenie ładu wolnego od przestępczości.

Szara strefa


Kiedy mieszkańcy Donbasu przyszli na referendum, by oddać swój głos za Doniecką Republikę Ludową, naiwność nie pozwoliła im zrozumieć, że to fikcja. DRL jest w istocie zbieraniną robotników, drobnych biznesmenów, biedniaków wolną od jakiejkolwiek kontroli i niezdolną do kontrolowania kogokolwiek. Doniecka Republika Ludowa istnieje zaledwie w przestrzeni zajętego przez siebie budynku administracji obwodowej, gdzie odbywają się zebrania prowadzone przez Denisa Puszylina. DRL jest wirtualną chmurą stworzoną przez pozbawionych umiejętności programistów. Rzeczywista władza w Donbasie znajduje się w rękach Funtików, tych co zatrzymują  samochody na punktach kontroli i dowódców uzbrojonych grup.

Ludmiła Siemionowna nie wiedziała, że oddała swój głos za szarą strefę. Irina Siergiejewna nie podejrzewała nawet, iż pomogła ją stworzyć. Obie wierzyły szczerze, iż pomogą Donbasowi uwolnić się od najazdu strasznego Bandery, złego rycerza niosącego żółto-błękitny miecz nad ich pokornymi głowami. Ludmiła Siemionowna i Irina Siergiejewna szczerze wierzyły, iż z pomocą Donieckiej Republice Ludowej przyjdzie bogata Rosja i zbawi ją, w imię dobra, od wszelkiego zła.

- Żeby tylko przestali strzelać, żeby ktoś zaprowadził porządek – sama sobie tłumaczyła jedna z kobiet przybyłych do lokalu wyborczego, w którym pracowałam jako wolontariuszka. Głosując na „tak” nie wybrała się nawet do kabiny. – Nam zwyczajnie potrzebny jest pokój.

Tragedia w Odessie z 2 maja,  chaotyczna operacja antyterrorystyczna w Słowiansku, strzelanina w Krasnoarmiejsku i walki w Kramatorsku wzmocniły kaleką chmurę Donieckiej Republiki Ludowej. Jeszcze większa liczba mieszkańców Donbasu doszła do wniosku, iż tylko odłączenie się od Ukrainy zatrzyma rozlew krwi.

W nieudanym filmie „Światowa Wojna Zombi” wirus zombi rozpełzł się po planecie. Jednak Jerozolimę uratowała otaczająca ją wielka ściana: zarażeni wirusem nie byli w stanie się przez nią przedostać. W oczach donbaskich uczestników referendum, ludzie z żółto-błękitnymi wstążkami są właśnie zombi. 

Choć mieszkańcy Donbasu nie czują się częścią Ukrainy, zombi żądają od nich jedności. Zaś dla ludzi z żółto-błękitnymi wstążkami zombi to właśnie mieszkańcy Donbasu, Funtikowie, Puszylinowie i emerytki z georgijewskimi wstążkami. I jedni i drudzy już dawno gotowi byli podzielić kraj przy pomocy ściany, tak by uniemożliwiała ona rozprzestrzenianie się zarazy.

Po ostatnim referendum ta ściana wyrosła sama z siebie. To szara ściana z szarą strefą po środku. W niej od czasu do czasu słychać serie z broni automatycznej. I tak ta szara strefa, w postaci niewidzialnej chmury, przykryła sobą ziemię Donbasu.





 *Jekatierina Siergackowa (ur.1987)- ukraińska dziennikarka, współpracuje z portalem „Ukraińska Prawda”. 








Oryginał artykułu ukazał się na stronie colta.ru. Jego adres: http://www.colta.ru/articles/society/3190



Obserwuj i polub nas na Facebooku: 







środa, 14 maja 2014

Kto kupi Donbas i za ile?


Dziwne referenda przeprowadzone w Doniecku i Ługańsku w niewielkim stopniu wpłyną na przyszłość wschodniej Ukrainy. O tym rozstrzygnie licytacja prowadzona przez Moskwę, Brukselę, Waszyngton i Kijów. Dmitrij Trawin, profesor Uniwersytetu Europejskiego z Sankt Petersburga, uważa, iż szansa na kompromis nie została jeszcze utracona.


Autor: Dmitrij Trawin




Referenda w dwóch obwodach Ukrainy, donieckim i ługańskim, odbyły się. I co dalej? Wszystkich nas interesuje ten problem. Może dlatego, iż oba miały nieco dziwny charakter. Zachód ich nie uznał. Rosja prosiła o ich przełożenie. Kijów udaje, że ich w ogóle nie było. I tak na serio Donieck i Ługańsk nawet nie myślały o samodzielnym bycie państwowym. W ich wypadku trudno mówić o niepodległości bez wsparcia ze strony silnego patrona, zdolnego udzielić im pomocy materialnej i wojskowej. Bez niej oba obwody skazane są na nędzę. W tej sytuacji, pojawia się uzasadnione pytanie, po co więc odbyło się to głosowanie?

Polityka realna i mity ludowe


Stykamy się tu z niezamierzonym skutkiem podziału, jaki ujawnił się w rosyjskim życiu politycznym. Z jednej strony mamy politykę realną, z drugiej stoimy wobec narzucanego obywatelom mitu o tym, iż dla dzisiejszej Rosji najważniejsza jest realizacja jednego zadania – rozszerzenia wpływów rosyjskich jak najdalej w głąb Ukrainy (a także Mołdowy, a być może także Białorusi i Kazachstanu), po to by odbudować związek mieszkającej tam ludności rosyjskojęzycznej z ojczyzną. Ludność ta z kolei, nie tylko gotowa jest wyrazić radość z „powrotu do domu”, chętnie też kalkuluje możliwe zyski związane z przejściem na system rosyjskich wynagrodzeń, emerytur, żołdów wypłacanych wojskowym, itd.

Ale w świecie rzeczywistym, Kreml musi w swych działaniach, brać pod uwagę istnienie dwóch istotnych ograniczeń. Pierwszym są stojące do dyspozycji Rosji zasoby, ich nie wystarcza i dla własnych obywateli. Drugim, nieuniknione straty gospodarcze związane z wprowadzeniem sankcji, ucieczką kapitału, wybierającego kraje bardziej zainteresowane wspieraniem biznesu, niż swoich posługujących się tym samym językiem „rodaków”.


Karty do głosowania w dziwnych referndach w Donbasie
drukowano na zwyklych printerach komputerowych. 


Jednak szerokie masy ludowe bardziej orientują się na mity, niż na problemy ze świata realnej polityki. W przestrzeni mitologicznej znaczenie referendów jest ogromne. Czy Rosja może zrezygnować z przyłączenia Doniecka i Ługańska, rozumują mieszkańcy Donbasu, jeśli w regionie tym mieszkają ludzie pragnący zjednoczenia z ojczyzną? Krym przyłączono de jure, Abchazję i Osetię Południową de facto. W czym Donieck i Ługańsk są gorsze?

Putinowi zapewne najbardziej podobałaby się federalizacja Ukrainy. W tak zorganizowanym państwie ukraińskim Donieck i Ługańsk (a także Charków i jeśli udałoby się, Dniepropietrowski, Zaporoże, Odessa) byłyby jego częścią z formalnego punktu widzenia, jednak w rzeczywistości uwolniłyby się od kontroli ze strony Kijowa i mogłyby nawiązać bliższe, partnerskie stosunki z Rosją. Taki rozwój wypadków umożliwiłby Kremlowi uniknąć gigantycznych wydatków związanych z transformacją wschodnich Ukraińców w Rosjan, a jednocześnie pozwoliłby by mu zachować wizerunek Rosji jako kraju niosącego ratunek i wsparcie.

Entuzjazm w dozach


Podobna konstrukcja ma jeszcze jeden plus. Zachowano by w ten sposób możliwość powrotu do kwestii zjednoczenia z Rosją, w odpowiedniej chwili można by się tym chwytem posłużyć w przyszłości, na przykład przed wyborami do parlamentu 2016 roku, czy prezydenckimi w 2018 r. Korzystniej byłoby zaoszczędzić część pieniędzy i wykorzystywać entuzjazm mas w sposób dozowany, przede wszystkim w lokalach wyborczych, nie zaś rozbudzać puste emocje. Pytanie jednak, jak organizować dozowanie entuzjazmu mas, jeśli z jego przejawami w donieckich i ługańsich lokalach wyborczych mieliśmy do czynienia właśnie teraz.

W poradzieckiej przestrzeni, historia z Krymem, u wielu ludzi wzbudziła ogromne oczekiwania. Ich spełnienie nie jest możliwe bez zniszczenia znajdującej się i tak w ciężkiej sytuacji rosyjskiej gospodarki. A jednak dzięki swej umiejętności dokonywania manewrów politycznych i przy odrobinie szczęścia, prezydent Putin, być może, będzie w stanie wyciągnąć z tej sytuacji realne korzyści.
Przyszła konfiguracja Ukrainy kształtuje się dziś, nie na drodze lokalnych referendów, a w ramach licytacji prowadzonej przez kwartet graczy globalnych: Moskwę, Waszyngton, Brukselę i Kijów. 

Stanowisko reprezentowane przez ludność Donbasu pozostaje zaledwie jednym z instrumentów – ważnym, ale daleko nie jedynym. Moskwa dysponuje jeszcze jednym instrumentem wpływu na Ukrainę – są nim dostawy gazu. Waszyngton i Bruksela mogą przyznać kredyty na ich opłacenie, a także zastosować wobec Rosji jeszcze poważniejsze sankcje gospodarcze. Do tej pory nosiły one jedynie zabawny charakter. Z kolei Rosja nie stosowała jeszcze na serio gazowej „pałki”. Spośród całego kwartetu Kijów jest najsłabszym graczem, ale i on dysponuje niemałą siłą – jest nim możliwość wpływania na opinię publiczną w krajach Zachodu. Nawet Palestyna, ze swym wieloletnim dorobkiem w dziedzinie terroryzmu jest w stanie powołując się na agresję ze strony Izraela, wzbudzić sympatię na Zachodzie. Tym bardziej Ukrainie, posługującej się w odpowiedni sposób mediami, uda się wycisnąć łzę współczucia z oczu europejskich, czy amerykańskich wyborców. Te właśnie łzy, określą w znacznym stopniu, stanowisko Waszyngtonu i Brukseli.

Jeśli Rosja nie blefuje…?


Ale tak w ogóle, najważniejsza dziś jest swego rodzaju licytacja. W jej ramach wszystko można sprzedać, wszystko można kupić. Także i Donbas. Można zmniejszyć cenę na gaz w zamian za federalizację. Można też odwrotnie, wstrzymać dostawy, jeśli wciąż będzie trwała akcja mająca na celu pokonanie prorosyjskich rebeliantów. Można zrezygnować z weryfikacji granic Ukrainy, w odpowiedzi na rezygnację NATO z włączenia Ukrainy do sojuszu.

Putin, jeśli ograniczy się do federalizacji, ma spore szanse, by osiągnąć swoje. Po pierwsze aneksja Krymu podwyższyła poziom licytacji. Kreml udowodnił, iż nie boi się wielkiego ryzyka. To oznacza, iż jakiekolwiek porozumienie nie przewidujące zmian granic Ukrainy, można będzie traktować jako kompromisowe z rosyjskiego punktu widzenia. Zachód, rzecz jasna, może założyć, iż żądanie zmian granicznych jest blefem i odrzucić wszelkie kompromisy. Ale jeśli Rosja nie blefuje, a gra na serio? 

Może więc lepiej od razu zgodzić się na federalizację, jeśli w ten sposób uda się uniknąć wywołanej przez kryzys ukraiński Trzeciej Wojny Światowej.

Jeśli Putin tego zapragnie, rezultaty referendów mogą też zostać wykorzystane jako podstawa dla kolejnego aktu „historycznej sprawiedliwości”. Lud, niestety, nie chce tolerować władzy Kijowa, prowadzącego w niezdarny sposób swoją operację antyterrorystyczną.

Jak się wydaje, federalizacja Ukrainy daje dziś szansę na osiągnięcie optymalnego kompromisu, o ile tylko jedna ze stron nie przestanie myśleć racjonalnie. Dzięki takiemu rozwiązaniu Putinowi udałoby się zachować wizerunek Zbawcy i Przywódcy zdolnego odbudować jedność Rosjan. Nie potrzebne były dodatkowe wydatki, nie wprowadzono by kolejnych sankcji.


Federalizacja Ukrainy - dla jednych konieczny kompromis, dla innych sposób na
zniszczenie ukraińskiego państwa. 


W oczach swej opinii publicznej i Zachód odegrałby rolę opory zdolnej do powstrzymania rosyjskich ambicji imperialnych. Tym bardziej, iż postulat federalizacji nosi w pełni demokratycznych charakter, zgodny jest z powszechnymi wyobrażeniami na temat wewnętrznej organizacji takich państw, jak Ukraina.

Nawet Kijów nie poniósłby specjalnej klęski, pod warunkiem jednak, iż udałoby mu się przekonać własne społeczeństwo, iż federalizacja dokonała się, nie w wyniku rosyjskiego wykręcania rąk, a jest krokiem w kierunku demokratycznej, europejskiej przyszłości, podjętym wspólnie z Unią Europejską.

Jak się wydaje szansa na osiągnięcie kompromisu nie zostala jeszcze utracona. Istotne jednak jest to, by któraś ze stron nie uznała, iż w tej historii ważniejsza jest inna zasada, ta iż „zwycięzca bierze wszystko”. 



*Dmitrij Travin, ekonomista, publicysta, profesor Uniwersytetu Europejskiego w St. Petersburgu, dyrektor Ośrodka Studiów nad Procesami Modernizacji. 







Oryginał artykułu ukazał się na stronie agencji Rosbałt. Można go znaleźć pod adresem: http://www.rosbalt.ru/main/2014/05/13/1267665.html




Inne artykuły Dmitrija Trawina na blogu „Media-w-Rosji”:


W Rosji zaobserwować można pierwsze objawy sytuacji rewolucyjnej. Coraz częstsze są przypadki, gdy niekontrolowany przez władze, ślepy gniew ludu rozstrzyga, co jest dozwolone, a co nie. Może on jednak, tak jak w 1917 roku, zniszczyć państwo – ostrzega Dmitrij Trawin. Nie obroni go charyzma jednego człowieka. Rosja potrzebuje odpowiedzialnej opozycji zdolnej do przezwyciężenia nadciągającego kryzysu.


Projekt „Żyrinowski”: jak długo jeszcze?

 

W wielkiej polityce pojawił się  w czasach radzieckich. Władimir Żyrinowski jest jedynym politykiem z tamtych czasów, który przetrwał do dziś. Niedawne skandale z jego udziałem postawiły jednak pod znakiem zapytania jego dalszą karierę. Tym bardziej, iż nacjonalistyczny elektorat Żyrinowskiego przechodzi stopniowo na stronę prezydenta Putina. Dymtrij Trawin uważa jednak, iż stary mistrz populistycznego PR nie da się jeszcze wysłać na emeryturę.





Obserwuj i polub nas na Facebooku: 
https://www.facebook.com/mediawrosji




wtorek, 13 maja 2014

Wschód Ukrainy: scenariusz „syryjski”, czy „abchaski”?


Jest jedynym deputowanym parlamentu rosyjskiego, który glosował przeciw aneksji Krymu. Ilja Ponomariow dzieli się na swym blogu wrażeniami z podróży na Wschód Ukrainy. Kijów nie chce słuchać ludzi z Donbasu, Moskwie nie zależy na zdobyczach terytorialnych, a na uzależnieniu Ukrainy. Jednak sprawy zaszły tak daleko, iż zachowanie jedności kraju może już być niemożliwe. Na wschodzie Ukrainy zrealizuje się jeden z dwóch scenariuszy – „syryjski”, lub „abchaski”.
 

Autor:  Ilja Ponomariow




12 maja 2014

Kolejny raz wróciłem z Ukrainy. Tym razem byłem tam podczas referendum. Odwiedziłem Donieck, Mariupol, dla kontrastu wybrałem się też do Dniepropietrowska. Nie mogę powiedzieć, by pod wpływem tej podróży zmieniło się radykalnie moje zrozumienie tamtejszej sytuacji, jednak na wiele ważnych momentów patrzę teraz nieco inaczej.

Tak widziałem sytuację do tej pory:


- Majdan był masowym powstaniem przeciw korupcji i samowoli. Pod tym względem było ono bardzo podobne do ruchu protestu w Rosji. Na Ukrainie jednak na plan pierwszy wysunęła się prawica, powstał sojusz neoliberałów z nacjonalistami gotowymi do twardej konfrontacji z lewicą (m.in. z powodu zdradzieckiego sojuszu Komunistycznej Partii Ukrainy z Partią Regionów).


Ilja Ponomariow, opozycyjny polityk rosyjski. Krytykowany w kręgach
nacjonalistycznych za odmowę poparcia aneksji Krymu. 


- Do sprzeczności istniejących między rolniczym i w głównej mierze zorientowanym na wartości  prawicowo-konserwatywne Zachodem, postindustrialnym, liberalnym Kijowem i przemysłowym, lewicowym Wschodem doszły problemy o charakterze narodowym, a także głębokie między-klanowe konflikty wewnątrz ukraińskiej elity. W ich rezultacie doszło do konfrontacji na ulicach.

- Rosyjskie władze, jak się okazało, boleśnie odczuły odrzucenie przez, jak się nam zdawało, braterski naród, naszego projektu Unii Celnej (korzystnego z obiektywnego punktu widzenia dla gospodarki ukraińskiej; jednak na skutek braku profesjonalizmu w prowadzeniu przez Unię Europejską polityki zagranicznej, przeciwstawiono mu koncepcję integracji europejskiej). Obawiając się spadku wskaźników popularności i potencjalnych zamieszek w samej Rosji, jej władze postanowiły wykorzystać chaos na Ukrainie i błędy tamtejszego, nowego rządu, by zaanektować część terytorium ukraińskiego. Potrafiły także zmobilizować wokół siebie społeczeństwo rosyjskie – w ten sposób klęskę zamieniono w zwycięstwo.

- Z kolei władzę w Kijowie zajęły korzystną dla siebie pozycję psychologiczną. Zetknąwszy się z problemami na Wschodzie, zignorowano rzeczywiste zaniepokojenie ze strony obywateli, ich troskę o własną przyszłość. Uznano, że ich protest jest skutkiem manipulacji ze strony Rosji i miejscowych oligarchów. Nawet utrata Krymu nie otrzeźwiła Kijowa, na odwrót, tego rodzaju nastroje uległy wzmocnieniu. Ta logika podpowiedziała wybór oligarchów na stanowiska gubernatorów we wschodnich obwodach Ukrainy, ale te nominacje tylko zaostrzyły istniejące problemy. W rezultacie Majdan pozbawiony został swego głównego anty-oligarchicznego, antykorupcyjnego  przesłania. Umożliwiło to utożsamianie wydarzeń w Kijowie z ultraprawicowym puczem (kierowanym przez mityczny „Prawy Sektor”, organizacja ta w najlepszym wypadku liczy zaledwie kilkuset bojowników w całym kraju). W ten sposób w języku rosyjskich propagandzistów pojawił się nie mający wiele wspólnego z rzeczywistością termin junta.

- Mimo to, ilość protestujących aktywnie mieszkańców Wschodu pozostawała niewystarczająca, by zdobyć władzę w tych regionach, lub by uzasadnić interwencję zbrojną ze strony Rosji. W najbardziej „problematycznych” obwodach odsetek protestujących nie przekraczał 25% ludności.  Wtedy właśnie władze w Moskwie, dzięki intensywnemu wsparciu propagandowemu ze strony telewizji, zaczęły wykorzystywać dla swoich celów (działając na ślepo) radykalne grupy tak lewicowej , jak i prawicowej orientacji. Na wschodzie Ukrainy pojawili się ochotnicy z różnych regionów Rosji i Ukrainy, zmobilizowano także część miejscowego świata przestępczego.  Jako główny punkt oporu wybrano miasto o symbolicznej nazwie „Słowiansk”. Organy wywiadu wojskowego udzieliły rebeliantom pomocy „metodologicznej” (możliwe także, że i materialnej i technicznej), a następnie służby specjalne (nie wykluczam, iż jednocześnie działały służby obu stron) sprowokowały krwawe wydarzenia w Odessie i Mariupolu. Umożliwiło to przeciwnikom Kijowa przeprowadzenie mobilizacji i konsolidacji swoich zwolenników. Zademonstrowano także, iż Kijów nie dysponuje realną władzą i nie jest w stanie zadbać o porządek publiczny. W ten sposób Rosja stała się jedynym i bezalternatywnym źródłem siły i prawa w ogarniętych chaosem regionach.

- Silna presja Zachodu zmusiła prezydenta Putina do przeprowadzenia w początkach maja manewru taktycznego, wystąpił on wówczas z apelem o przeniesienie terminu referendum. Jednak cel Kremla, jakim jest doprowadzenie do upadku obecnego rządu i objęcie władzy na Ukrainie przez lojalne w stosunku do Rosji siły polityczne  nie uległ zmianie.  Tak, jak mi się wydaje, wygląda zadanie podstawowe, pretensje terytorialne (w tym nie wykluczone w przyszłości wprowadzenie sił zbrojnych) pozostają przede wszystkim instrumentem destabilizacji nowej ukraińskiej władzy.


Frekwencja na referendum w sprawie niezależności Donieckiej Republiki
Ludowej, zdaniem Ilji Ponomariowa okazala się nieoczekiwanie wysoka. 

Nowe obserwacje

Co zobaczyłem podczas obecnej podróży do Donbasu i w jakich punktach moje stanowisko uległo zmianie?

- Co najważniejsze nie dostrzegłem w obecnych protestach elementu „socjalnego”. Ani trochę. Ani na jotę. W ogóle. Istotnie, w środowisku powstańców pełno jest apeli o powrót do świata wartości ZSRR. Ale tu nie chodzi o lewicowość Związku, a o jego charakter imperialny. W najlepszym wypadku myśli się o starej radzieckiej stabilizacji i gwarancjach opieki socjalnej, o zniszczonych po rozpadzie ZSRR związkach gospodarczych pomiędzy rosyjskimi oraz ukraińskimi przedsiębiorstwami. Kwestie socjalne są o wiele większą troską władz obwodowych nie skłonnych do udzielenia poparcia pakietowi zaproponowanemu przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Wśród protestujących pierwsze skrzypce grają grupy prawicowe, starzy członkowie takich organizacji jak „RNJ” (Russkoje Nacjonalnoje Jedinstwo), prawicowe skrzydło partii „Nacjonał-Bolszewickiej”, „SSO” (Związek Oficerów Radzieckich), Komunistyczna Partia Ukrainy/Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej, drużyny kozackie. W tym środowisku o wiele chętniej rozmyśla się o rządzie światowym, antychryście, Europie gejów, niż o podwyżkach cen i reformie emerytur. Duchowymi przywódcami tego towarzystwa są tacy działacze jak Barkaszow, Limonow, Dugin, Prochanow.

- Wstrząsnął mną jeden fakt, powstańcy nie mają żadnych aspiracji do zarządzania. Przez dwa miesiące współistnieli z oficjalnymi organami władzy w tych miastach, w których okupowane były budynki administracyjne. Przez cały ten czas, nie podjęto żadnej próby przejęcia władzy administracyjnej, nie próbowano wziąć pod kontrolę banków, instytucji łączności, kluczowych zakładów przemysłowych. Nie mamy tu do czynienia z żadną „Komuną Paryską”, tak jak niedawno opisywał sytuację na wschodzie Ukrainy  Borys Kagarlicki i w co gotów byłem uwierzyć do swojej ostatniej podróży. Na przykład, w Doniecku zajęto centrum telewizyjne, jednak miejscowa stacja, tak jak wcześniej nadaje w oparciu o wytyczne gubernatora, a nie Donieckiej Republiki Ludowej. Sens okupacji ma charakter czysto polityczny, demonstracyjny, zaś anatomia nowej władzy może być określona jako „imitacyjna” (zatknąć flagę i utrzymać ją do pojawienia się prawdziwej władzy achmietowskiej, lub moskiewskiej – trudno powiedzieć). Jeden z moich rozmówców powiedział słusznie, Doniecka Republika Ludowa to „obserwatorzy” (rozmówca Ponomariowa posłużył się terminem „smotriaszczyj” znanym z kryminalnego żargonu, określającym przedstawiciela świata przestępczego kontrolującego swoje terytorium – „mediawRosji”). Jest wiele świadectw tego, iż przywódcy DRL nie podejmują samodzielnie żadnych decyzji.

- Nie ma żadnych związków między załogami przedsiębiorstw, a rebeliantami (w fabrykach nie ma organizacji rebelianckich, nie ma żadnych rad, czy grup wewnątrz struktur związkowych). Za to w dniu referendum pan Achmietow poinformował o powołaniu do życia w Mariupolu (czysto robotniczym mieście) brygad robotniczych dla zaprowadzenia porządku. Prawdę mówiąc, realną władzę w Donbasie sprawują obecnie Achmietow i struktury kryminalne, nie DRL, czy Kijów. Ale z różnych powodów starają się swojej roli nie afiszować.

- Uważałem, iż frekwencja na referendum będzie niewysoka. Nie miałem racji – frekwencja była wysoka. Rzecz jasna referendum zorganizowano nie we wszystkich miejscach, kolejki i ścisk w lokalach wyborczych zorganizowano specjalnie z myślą o PR. Ale wydarzenia w Mariupolu silnie wzburzyły społeczeństwo. Ludzi wzięli udział w referendum, by pojawiła się choć jakaś władza zdolna do zaprowadzenia porządku i zatrzymania przemocy. Ludzie, ma się rozumieć,  glosowali nie za DRL, a za Rosję. Formułowanie ocen to zajęcie niewdzięczne, ale na moje wyczucie, 11 maja w glosowaniu wzięło udział od 40 do 60 % mieszkańców Doniecka. Nie 75%, jak poinformowała nas DRL, ale oczywiście także sporo.

- Wstrząsnęła mną impotencja władz w Kijowie. Kijowski rząd sam nie wie. czego chce, nie ma żadnej strategii w odniesieniu do Wschodu, a nawet nie jest gotów wsłuchać się w zdroworozsądkowy glos swoich własnych przedstawicieli obwodowych. Ci zaś powtarzają wciąż to samo, należy wycofać wojsko i przeprowadzić referendum w kwestii federalizacji/decentralizacji (niuanse związane z różnicami znaczeń tych terminów są teraz nieważne) razem z wyborami prezydenckimi. Uważają też, iż dla przywódców rebeliantów należy znaleźć miejsce w ramach oficjalnego procesu politycznego. Wojna informacyjna w Doniecku i Ługańsku została przegrana, wszelkie działania podejmowane przez centrum umacniają tylko nastroje separatystyczne. Starania, by zademonstrować swą władzę, niechęć do wsłuchania się w glos zgromadzonych na placach ludzi w pełnej mierze przypominają błędy popełnione przez Janukowicza. Jeden z moich rozmówców powiedział ciekawie: wszystkie wydarzenia na Ukrainie, Majdan, powstanie na Wschodzie to rewolucja nieusłyszanych.

Jaki scenariusz?


Przechodzę do wniosków.

Referendum moim zdaniem stworzyło dylemat:

- albo na Ukrainie zostanie zrealizowany scenariusz „syryjski” – niekończąca się,  rozpełzająca się stopniowo wojna domowa, podsycana z zagranicy.

- albo Doniecka Republika Ludowa i Ługańska Republika Ludowa upodobnią się do Abchazji i Osetii Poludniowej.

Osobiście jestem za jednością Ukrainy. Tak będzie lepiej dla Rosji, tak będzie lepiej dla ludności zamieszkującej Wschód Ukrainy, a nawet jej Zachód (nie uda się zbudować nowoczesnego społeczeństwa w kraju odciętym od bazy przemysłowej „problematycznych regionów”, nadzieja na to jest tylko iluzją liberałów), ale nie jestem pewien, czy taki wariant jest jeszcze realny.

Dla ludności zamieszkałej na Wschodzie, z pozostałych wariantów najkorzystniejszy wydaje się scenariusz abchaski. Oznacza on gospodarczą stagnację, zamknięcie wielu przedsiębiorstw i większości kopalni ( w obwodzie rostowskim, w wyniku przeprowadzonych reform, wydobycie węgla spadło pięciokrotnie, w Donbasie zaś do tej pory tylko dwa razy). To wszystko oznacza brak modernizacji i podobnego rodzaju nieprzyjemności. Ale to też oznacza pokój. W tej sytuacji, dla zagwarantowania pokoju Rosja będzie musiała uznać DRL i ŁRL, a także wysłać tam sily pokojowe. Wszystko z resztą dla tego jest już gotowe. Trzeba też jednak rozumieć, że dla naszego kraju oznacza to zaostrzenie sankcji ze wszystkimi związanymi z nimi konsekwencjami dla gospodarki, dla poziomu życia. Do tego należy doliczyć ogromne wydatki wielokrotnie przewyższające krymskie. I wreszcie możemy stanąć w obliczu wojny partyzanckiej: strzelanina 11 maja w Krasnoarmiejsku była sygnałem ostrzegawczym. Strzelały i zabiły cywilnego mieszkańca siły pro kijowskie, nie armia regularna, czy siły samoobrony, ale całkowicie samodzielni, przybyli  z zewnątrz „chłopcy” gotowi do zademonstrowania swego patriotyzmu wobec „rosyjskiej agresji”.


Wydarzenia w położonych na południu Ukrainy Mariupolu i Odessie zaostrzyły
nastroje wśród miejscowej ludności. Ludzie tęsknią za wladzą, ktora zatrzyma
przemoc i zaprowadzi pokój. 


„Scenariusz syryjski” byłby najgorszy. Oznacza on jeszcze większy rozlew krwi. Rosji, być może uda się uniknąć najgorszych sankcji, jednak pod bokiem, po sąsiedzku powstanie kuźnica prawdziwych kadr partyzanckich. W Czeczenii walczyli bojownicy obcy nam z etnicznego punktu widzenia, tutaj zetkniemy się ze swoimi. Będą to ci sami ludzie, którzy uczestniczyli w „Marszach Rosyjskich” ze swastykami, i tak dalej. Obrzucając Kijów obelgą „faszyści, faszyści” tworzymy we własnych miastach, własnych faszystów.

Chcemy tego? Może lepiej byśmy zaczęli się słuchać nawzajem, i wreszcie usłyszeli o co nam chodzi?

PS.
Podczas podróży rozmawiałem spokojnie ze wszystkimi. Odwiedziłem budynek okupowanej administracji obwodowej, wypisano mi przepustkę-list żelazny, kontaktowałem się z wieloma aktywistami i komendantami średniego szczebla. Przywódcy DRL nie gotowi byli do dialogu, jednak nie spotkałem się z przejawami agresji ze strony ich zwolenników. Nie odczułem agresji ze strony zwolenników DRL w lokalach wyborczych, choć w zasadzie wszędzie mnie rozpoznawano. Cala agresja, niestety, przychodzi od Rosjan. Równie intensywnie kontaktowałem się z przedstawicielami władz w Kijowie, a także z władzami miejskimi.

PS.

Jeśli chodzi o oficerów GRU. Nie widziałem ich. Nie liczyłem z resztą na to, że spotkam ich w Doniecku, by ich zobaczyć trzeba pewnie jechać do Słowiańska. Ale zebrałem wiele świadectw, rozmawiałem z wieloma ludźmi uczestniczącymi w starciach po stronie DRL. Jak się wydaje, prawda leży po środku, głośni oficerowie działają, nie są to jednak ludzie z moskiewskiego garnizonu, ale żołnierze z Kaukazu, ci sami, którzy przeszli Osetię Południową i bezpośrednio sami Osetyjczycy. Plus wojskowi z Krymu. Ich ogólna liczba nie jest duża, być może jest ich setka. Ale jak już podkreślałem wiele razy, to nie są dowódcy, a najwyżej doradcy. 



Ilja Ponomariow (ur.1975), rosyjski polityk opozycyjny, deputowany do Dumy Państwowej, członek frakcji „Sprawiedliwa Rosja”. Na początku swej kariery zajmował się biznesem w dziedzinie nowoczesnych technologii. Aktywista rosyjskich organizacji lewicowych. W 2011 roku zaangażował się aktywnie w działalność ruchu protestu przeciw fałszerstwom wyborczym. 





Oryginał tekstu można znaleźć pod adresem: http://www.echo.msk.ru/blog/ilya_ponomarev/1318444-echo/



Obserwuj i polub nas na Facebooku: 




sobota, 10 maja 2014

Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa


W Rosji weszła właśnie w życie ustawa: przewiduje ona karę za publiczne użycie określenia „zbrodnicze” w odniesieniu do represji stosowanych w czasie wojny przez takie organizacje, jak NKWD, czy SMIERSZ.  Polityk i publicysta Leonid Gozman, uważa iż były one organizacjami przestępczymi na równi z hitlerowskimi GESTAPO i SS. I oświadcza, iż jest gotów stanąć w tej sprawie przed sądem, tak jak przewiduje to nowa ustawa.


 
Autor:  Leonid Gozman





By wydobyć przyznanie się do winy ze strony aresztowanych
NKWD i SMIERZ stosowały najbardziej okrutne tortury. 



Właśnie weszła w życie ustawa o odpowiedzialności karnej za rehabilitację nazizmu. Jestem głęboko przekonany, iż nie jest to ustawa wymierzona w nazizm, a na odwrót wspierająca nazizm. Na jej podstawie zakazana jest wszelka krytyka metod stosowanych przez nasze represyjne organy sprawiedliwości w czasie wojny. Te działania nosiły w rzeczywistości hitlerowski, faszystowski charakter. Ta właśnie zasada została zaszyfrowana w kluczowym  dla ustawy sformułowaniu o stosowaniu kar za „świadome rozpowszechnianie kłamliwych informacji o działaniach ZSRR w czasie II wojny światowej.”

Nie będę mieszał się do toczonej już dyskusji o analfabetyzmie prawnym i destrukcyjnych konsekwencjach tej ustawy. Chciałbym zwrócić uwagę na jedno. Od chwili obecnej wypowiedzi o przestępstwach NKWD, roli Stalina w rozpętaniu II wojny światowej tracą swój czysto historyczny charakter, a staja się fragmentem aktualnie toczonej walki o wolność słowa.

Zamierzam naruszać tę ustawę...


W naszym kraju nie istnieje żaden normalny sposób oprotestowania tych przepisów. Brak nam politycznej reprezentacji, niezawisłych sadów, a na najistotniejsze argumenty przeciw tego rodzaju nowościom ustawodawczym władze nie reagują. W tej sytuacji widzę dla siebie jedno wyjście, i wzywam innych, by poszli moim śladem. Mam na myśli publiczne naruszenie nowych przepisów, po to by władze musiały je zastosować w praktyce. W ten sposób można doprowadzić do politycznej i moralnej klęski ich autorów, a w szczególności ustawy o odpowiedzialności karnej za rehabilitację nazizmu. Każdy proces wytoczony osobom oskarżonym o naruszenie tych przepisów stanie się otwartą rozprawą nad przestępczą ideologią i praktyką, jakie autorzy ustawy usiłują otoczyć ochroną.

Uważam, iż mam obowiązek publicznego naruszenia tej ustawy, nie tylko dlatego, iż jako obywatel Rosji nie mam zamiaru pogodzić się z obłudą i ciemnotą – nowa ustawa powstała w ich duchu. Ważna jest także moja motywacja osobista – kiedy rok temu w swoim blogu porównałem stalinowski SMIERSZ z hitlerowskim SS (jak mi się wydaje porównanie to było jak najbardziej uzasadnione) wybuchł dziki skandal. Deputowani do Dumy Państwowej obiecali wówczas pozwać mnie do sądu (swej obietnicy nie wypełnili). Wtedy właśnie reanimowano, pokryty kurzem, tkwiący w parlamentarnej zamrażarce projekt ustawy. Nieoczekiwanie zmotywowałem do działania ustawodawczego deputowaną Jarowoją i innych godnych szacunku obywateli. Nie mam wątpliwości, wszystko to zrobiliby i beze mnie. Ale też trudno mi czuć się całkowicie wolnym od odpowiedzialności i tym samym wolnym od obowiązku podjęcia kontrakcji.

Tak więc publicznie, dzięki pomocy środków masowej informacji, niniejszym pozwalam sobie niniejszym naruszyć wyżej wymieniona ustawę. Oświadczam, dokładnie to samo, co oświadczałem już w przeszłości – a jest ono już obecnie niedozwolone.

NKWD z czasów wojny jak GESTAPO


Represyjne organy Stalina, w szczególności NKWD i SMIERSZ, w latach II Wojny Światowej (świadomie ograniczam się do tego okresu, podobnie do nowej ustawy)dokonywały zbrodni analogicznych do popełnianych przez SS, Gestapo i partię hitlerowską. Na podstawie wyroku Trybunału Norymberskiego, w związku z ich popełnieniem,  uznano je za organizacje przestępcze. W szczególności organy takie jak NKWD i SMIERSZ dopuszczały się aktów ludobójstwa wobec narodów ZSRR, stosowały tortury, na masową skalę bez sądu i śledztwa mordowały i represjonowały niewinnych obywateli. Wykonawców tych zbrodni nie tylko nie ukarano, na odwrót wyróżniano ich nagrodami. W konsekwencji, działania te nie mogą być oceniane jako „ekscesy wojenne”. Odpowiedzialnością za nie, należy obarczyć nie tylko bezpośrednich katów i wykonawców, ale także na dowódców, nie wyłączając Głównodowodzącego. Całe nasze państwo istniejące w tych latach ponosi za nie odpowiedzialność. Moim zdaniem,  w związku z ogromem popełnionych przez nie zbrodni wszystkie wymienione powyżej organizacje należy traktować jako organizacje przestępcze.

Jak mi się wydaje, moje stanowisko powinno być jasne dla każdego zdrowo myślącego człowieka. Nie oznacza ono rzecz jasna, iż kwestionuję nieludzki i przestępczy charakter reżimu hitlerowskiego, nie jest ono przejawem braku szacunku dla moich współobywateli walczących z niemiecko-faszystowskim agresorem, albo poddaniem w wątpliwość naszego Zwycięstwa. To oczywiste, iż nie uważam za przestępców wszystkich, którzy w tych latach służyli w NKWD i SMIERSZu, i tam zdarzali się różni ludzie, wielu z nich uczciwie i z poświęceniem broniło Ojczyzny.

Jestem pewien, iż z niniejszym oświadczeniem zgodziłyby się miliony ludzi pozbawionych życia i wolności przez system komunistyczny, nowa ustawa odmawia im prawa do obrony własnej godności.

W związku z moim naruszającym prawo oświadczeniem, ogłoszonym publicznie dzięki pomocy środków masowego przekazu, kompetentne organy mają obowiązek rozpoczęcia działań śledczych.


Czekam z niecierpliwością na publiczny proces sądowy.  




*Leonid Gozman (1950), polityk i publicysta, od czasów pieriestrojki związany z demokratyczną formacją Jegora Gajdara i Anatolija Czubajsa. Były współprzewodniczący liberalnej partii Sojusz Sił Prawicowych. 








Artykuł Leonida Gozmana ukazał się na łamach moskiewskiej "Nowej Gaziety, Można go znaleźć pod adresem: http://www.novayagazeta.ru/columns/63510.html


Obserwuj i polub nas na Facebooku: 





środa, 7 maja 2014

Tatarzy Krymscy: powrót do Związku Radzieckiego ?


Od dziesięcioleci Mustafa Dżemilow walczył o prawa Tatarów Krymskich. W Związku Radzieckim spotykały go za to prześladowania. W niepodległej Ukrainie pozostał niekwestionowanym przywódcą swego narodu. Dżemilow nie pogodził się z przyłączeniem Krymu do Rosji. W walce z Dżemilowem Kreml sięgnął po drastyczne środki – zabronił mu wjazdu do ojczyzny.
 

Rozmowa z przywódcą Tatarów Krymskich, Mustafą Dżemilowem. 




Rozmawiał Ilia Szelepin, slon.ru

-------------------------------------------------------


4 maja rosyjska prokuratura wydała ostrzeżenie pod adresem Medżlisu, cieszącej się największym autorytetem organizacji Tatarów krymskich. Grozi jej pełna likwidacja. Prokuratura ogłosiła swoje oświadczenie w związku z wydarzeniami 3go maja, kiedy w Armiansku, mieście położonym na granicy półwyspu z Ukrainą, kilka tysięcy Tatarów Krymskich starało się zmusić funkcjonariuszy straży granicznej, by wpuścili na Krym jednego ze swych przywódców – deputowanego Rady Najwyższej Ukrainy Mustafę Dżemilowa.

Dżemilow w przeszłości był znanym dysydentem. W więzieniach radzieckich i na zesłaniu odsiedział w sumie ponad 15 lat. Obecnie jednak sprzeciwiał się przeprowadzeniu referendum w kwestii przyłączenia Krymu do Rosji. Dalej też nie ma zamiaru uznać jego wyników.




Ilia Szelepin, slon.ru:
W końcu władze rosyjskie wytłumaczyły Panu, dlaczego nie chcą wpuścić Pana na Krym?


Od czasów radzieckich Mustafa Dżemilow
walczy o prawa Tatarów Krymskich. 
Mustafa Dżemilow:
Nie, nikt mi niczego nie tłumaczył. Cała sytuacja stała się jeszcze mniej zrozumiała. Po raz ostatni wyjechałem z Krymu 27 kwietnia. Wtedy, na granicy, zwrócili się do mnie żołnierze tak zwanej „Samoobrony” i oświadczyli, że w stosunku do mnie został wydany zakaz wjazdu na terytorium Rosji. W porządku, niech będzie, jak chcą niech zakazują, ja do Rosji nie jeździłem często. Zadałem wtedy pytanie, gdzie są odpowiednie podpisy, kto zatwierdził decyzję o zakazie wjazdu. Odpowiedziano mi, iż żołnierzom samoobrony polecono tylko poinformować mnie o nałożeniu tego rodzaju sankcji. Zaraz potem prasa podniosła szum. W odpowiedzi, strona rosyjska wydala oświadczenie, że to wszystko jest wymysłem, żadnej tego rodzaju decyzji w stosunku do mnie nie podejmowano, i że źródłem krążących na ten temat plotek jest propaganda zachodnich mediów.

3 maja poleciałem na Krym. Obecnie nie ma już bezpośredniego połączenia między Krymem, a Kijowem, poleciałem więc przez Moskwę. Kiedy przyleciałem na moskiewskie lotnisko Szeremietiewo, funkcjonariusz FSB poinformował mnie, iż w odniesieniu do mnie wydano zakaz wjazdu na terytorium Rosji. Ale i tym razem nie pokazano mi żadnych dokumentów, niczego. Funkcjonariusz ograniczył się do informacji ustnej, po czym wydał mi bilet powrotny do Kijowa. Nie miałem wyboru, wróciłem.
Zaraz potem w nocy spróbowałem dotrzeć na Krym samochodem. Jazda trwa ok. 10 godzin, tyle samo potem trzeba czekać na granicy. Kiedo dotarliśmy na Krym, przejście graniczne było zablokowane. 

Pilnowali go żołnierze, było ich ok. tysiąca. Oprócz nich granicy strzegli Kozacy, tituszki, samoobrona, ludzie po cywilnemu. Jak gdyby szykowano się na mój przyjazd. Na spotkanie ze mną, od strony Krymu przyjechało ok. 800 samochodów z Tatarami. Im udało się przebić przez ten kordon graniczny, przekroczyli granice w moim kierunku. Sytuacja zrobiła się bardzo napięta. Prowadziliśmy rozmowy przez pięć, sześć godzin. Żołnierze przygrozili, iż tych, którzy przebili się na drugą stronę, nie wpuszczą z powrotem. Posypały się wtedy telefony z Parlamentu Europejskiego, z Turcji.

Krym zamieszkuje obecnie ok. 240 tys.
Tatarów. stanowią oni 12% ludności. 
Ambasador Turcji zapewnił mnie, iż władze jego kraju, a także osobiście premier Erdogan obserwują sytuację na Krymie. Turcy poprosili mnie jednak, byśmy zaniechali przebijania się przez przejście graniczne, doradzili powrót do Kijowa. To jak twierdzili, umożliwi im poszukiwanie wyjścia dyplomatycznego.  Sytuacja na Ukrainie jest i tak bardzo trudna, na jej terytorium istnieje wiele punktów zapalnych , stworzyły je rosyjskie służby specjalne. Postawiłem jednak warunek, ja odjadę, jeśli moich rodacy, którzy przekroczyli granicę zostaną wpuszczeni z powrotem. Tak i zrobiono. Ale już następnego dnia zaczęto ich wzywać na rozmowy. Nikt jednak wytłumaczył, dlaczego nie wpuszczono mnie na Krym.

Rozmowa dwóch głuchoniemych


Szelepin:
W przeddzień referendum na Krymie rozmawiał Pan przez telefon z Władimirem Putinem. Nie próbował się pan z nim skontaktować teraz?

Dżemilow:
Rozmawialiśmy z nim 4 dni przed referendum. Już wówczas była to rozmowa dwóch głuchoniemych. Ja mówiłem swoje. Putin przekonywał do swojego punktu widzenia. Powtarzał, że wszystko zależy od społeczeństwa krymskiego, za czym opowie się na referendum. Ja mu powiedziałem, ze nie da się przeprowadzić uczciwego referendum na okupowanym terytorium. Putin mówił, iż Rosja zrobi dla Tatarów Krymskich o wiele więcej, niż Ukraina zrobiła dla nich przez minione 23 lata.  Jednym słowem obiecał nam szczęśliwe życie. Możemy o tym porozmawiać, odpowiedziałem mu, jednak najpierw 

Rosja najpierw powinna wycofać swoje wojska. Rosja może nam pomagać na podstawie międzynarodowego porozumienia z Ukrainą. Ale później, nie miałem już żadnego kontaktu ani z nim, ani z jego przedstawicielami.

3 maja, kiedy nie przepuścili mnie w Szeremietiewo, rozmawiałem z jednym z deputowanych do waszej Dumy. Poznałem go podczas pracy w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy. Zatelefonował do mnie i zaproponował, bym napisał pismo na adres Putina i poprosił go, by wyjaśnił sytuację. Zapytałem, czy ja jestem poddanym Putina, żeby pisać do niego takie listy? On i tak jest dobrze o wszystkim poinformowany.

Szelepin:
Co zamierza Pani robić teraz?

Dżemilow:
Od czasu do czasu będę przyjeżdżał na granicę Krymu i próbował dostać się do siebie do domu. Mamy do czynienia z prawdziwym chamstwem. Pół stulecia walczyliśmy za prawo powrotu do ojczyzny, a tu pojawiają się jacyś żołnierze i nie dają nam żyć u siebie.

Szelepin:
Rozumie pan, dlaczego go nie wpuszczają? Pan przecież nie uznał wyników krymskiego referendum.

Dżemilow:
Nikt ich nie uznał poza Rosją i kilkoma innymi krajami.

Szelepin:
Z punktu widzenia prawa międzynarodowego, tak. Ale ludność na Krymie zachowuje się spokojnie, nie buntuje się, nie organizuje protestów, i jak się wydaje pogodziła się z przyłączeniem Krymu do Rosji.

Flaga Ukrainy


Dżemilow:
Nikt się nie pogodził. Zaprowadzono tam terror.  Na Krymie jest tylko jedno miejsce, gdzie wisi flaga Ukrainy, to budynek Medżlisu, Zgromadzenia Tatarów Krymskich. Dla nich to jak dla byka czerwona płachta. Wpadają do nas, zrywają flagę i krzyczą, iż flaga Ukrainy zwiększa między-etniczne antagonizmy. Co za idiotyzm. Gdy Krym należał do Ukrainy, setki ludzie przemierzały półwysep z flagą Rosji, nikt na nich nie zwracał uwagi. A teraz, tak się wściekają na widok flagi ukraińskiej. Taką mamy atmosferę. Jak gdybyśmy wrócili do Związku Radzieckiego. I to do ZSRR w nienajlepszym dla siebie okresie.

Szelepin:
Jaki jest sens w tym, by nie wpuszczać Pana na Krym?

Dżemilow:
To jest wyjątkowo głupie. W XVIII-XIX wieku nie było telefonów, Skype’a, wtedy zablokowanie przywódcy Tatarów Krymskich było możliwe. Ale dziś, mogę się zwrócić do swoich rodaków z dowolnego punktu planety. Rosja postąpiła co najmniej dziwnie, także w odniesieniu do samej siebie. Wygląda tak, jakby chcieli sprowokować rozlew krwi. Choć może to być też przejaw zwykłej tępoty.

Szelepin:
W marcu przyjeżdżał Pan do Moskwy na spotkanie z byłym prezydentem Tatarstanu, Szajmijewem. Teraz nie próbował on wystąpić w roli pośrednika?

Dżemilow:
Nie. Rzeczywiście spotkałem się z Szajmijewem, ale obecny prezydent Tatarstanu Minichanow regularnie przyjeżdża na Krym i opowiada Tatarom, jak im będzie dobrze w składzie Federacji Rosyjskiej. To dziś jego najważniejsze zadanie.

Szelepin:
W mediach pojawiły się wiadomości o tym, iż ruch Tatarów Krymskich może zejść do podziemia. Media powołują się na pana.

Dżemilow:
Krymscy Tatarzy jako naród w żaden sposób nie mogą zejść do podziemia. Ale na taki krok może zdecydować się Medżlis, Zgromadzenie Tatarów Krymskich, jeśli na terenie Federacji Rosyjskiej jego działalność zostanie zakazana. Wracają po prostu stare radzieckie czasy, wówczas istnienie naszych struktur narodowych było zabronione. Ale legalnie, czy nielegalnie Medżlis będzie dalej działał.

Szelepin:
W Rosji termin „podziemie” kojarzy się w oczywisty sposób z bojownikami północnego Kaukazu…

Dżemilow:
Ja nie posłużyłem się terminem „podziemie”, to już twórczość dziennikarzy.

Szelepin:
Jakby Pan obecnie opisał nastrój panujący wśród pana zwolenników? Sam pan mówi, iż nie uznali wyników referendum, a Pana do nich nie puszczają. Będą podejmowane jakieś działania?

Dżemilow:
Za dwa tygodnie, 18 maja, będziemy obchodzić 70 rocznicę deportacji Tatarów Krymskich. To jubileuszowa data. Rzecz jasna i zwolennicy i przeciwnicy władzy rosyjskiej spotkają się na wielkiej manifestacji. 


Parlament Tatarów Krymskich nie chce zgodzić się
na usunięcie ze swej siedziby symboli Ukrainy. 
Na niej podniesiona zostanie oczywiście kwestia przyłączenia się do Rosji. Ale atmosfera na Krymie jest ponura – jakby spodziewano się czegoś okropnego. Kilka tysięcy Tatarów już porzuciło półwysep, albo wywiozło swoje dzieci. Uczniowie w szkole zmuszani są do śpiewania hymnu rosyjskiego. Rodzicom się to nie podoba. W konsekwencji obserwujemy znaczący wzrost napięcia. Tatarzy Krymscy postarają się zachować cierpliwość do końca, ale jeśli tego rodzaju chamstwo się nie skończy, ich niezadowolenie samo z siebie nie zniknie.


Szelepin:
Do jakich działań wzywa Pan teraz swoich zwolenników? Jakie daje im pan wskazówki?

Dżemilow:
Przez pięćdziesiąt lat wałczyliśmy o prawo powrotu do ojczyzny. Wiele razy podkreślałem, ze przez te lata nie przelaliśmy ani kropli własnej ani cudzej krwi. Tej zasadzie pozostaniemy wierni. Ale jeśli wrogie nam działania będą kontynuowane, ludzi nie uda się powstrzymać. Bardzo się tym niepokoję, iż sytuacja może wymknąć się spod kontroli.

Szelepin:
Co Pan ma na myśli, mówiąc o niemożliwych do zaakceptowania chamskich działaniach władz Rosji?

Dżemilow:
Najbardziej irytuje wmawianie ludziom, iż są teraz obywatelami Rosji, i ze powinni zrezygnować z obywatelstwa Ukrainy. Mówią nam, iż jeśli odmówimy, czeka nas status cudzoziemca, i że trzeba się będzie starać o prawo stałego pobytu. Ale z jakiej racji, pytam się, mamy starać się o prawo pobytu na własnej ziemi. Jakim cudem okazaliśmy się cudzoziemcami we własnej ojczyźnie?






Obserwuj i polub nas na Facebooku: