środa, 17 czerwca 2015

Kierunek despotia. Rozmowa z Siergiejem Kowaliowem




Jest prawdziwą legendą i sumieniem rosyjskiej opozycji demokratycznej. W latach radzieckich Siergiej Kowaliow uczestniczył w ruchu dysydenckim. Po rozpadzie Związku Radzieckiego walczył o przestrzeganie praw człowieka w nowej Rosji. W studiu telewizji TV DOŻD' pytania zadawał mu Timur Olewski, nieustraszony autor licznych korespondencji z ogarniętej kryzysem Ukrainy. Ten dialog jest świetnym przykładem dyskusji, jaka toczy się w rosyjskim środowisku demokratycznym. Dokąd zmierza Rosja? Jak wielką groźbą jest nacjonalizm? Jakie są źródła kryzysu na Ukrainie? Co zrobić z Ramzanem Kadyrowem?
   

Z Siergiejem Kowaliowem rozmawia Timur Olewski
  




Olewski i Kowaliow. Sędziwy dysydent rozmawia na antenie "TV DOŻD'" z przedstawicielem nowego pokolenia demokratycznej publicystyki w Rosji. 


 

Olewski:
O problemach nękających dzisiejszą Federację Rosyjską można rozmawiać niemal bez końca. Pan w przeszłości inicjował wiele ważnych dyskusji. Mamy wiele problemów wartych przedyskutowania, zamieszanie wokół Konstytucji, konflikt na wschodzie Ukrainy, kwestie obrony praw człowieka… Chciałbym najpierw zapytać o fundację “Dynastia”. Historia z “obcymi agentami” i etykietką wroga, którą władze przyczepiają organizacjom działającym w Rosji, ciągnie się już niemal trzy lata.

Kowaliow:
To prawda.

Olewski:
Przez ten czas owszem, piętnowano różne organizacje, przyklejano im łatkę “zagranicznych agentów”, ale ostatecznie nikt z tego powodu poważnie nie ucierpiał, żadne tego rodzaju stowarzyszenie nie zostało zlikwidowane. Więc może to sztucznie rozdmuchany temat?


Oficjalne zakazy i dodatkowe przepisy


Kowaliow:
Niejedną z tych organizacji ukarano karami pieniężnymi.

Olewski:
Grzywny może i były dotkliwe, ale mimo wszystko nie są to jakieś koszmarnie wysokie sumy. I zapłacili je wyłącznie ci, którzy nie zaakceptowali nowej definicji “agenta obcego państwa”. Może jednak powinni podporządkować się nowym przepisom? Kiedy podpisywał pan list w obronie Siniawskiego i Daniela (Andriej Siniawski i Juli Daniel - pisarze rosyjscy skazani w 1966 za publikowanie swoich utworów za granicą pod pseudonimem - "mediawRosji"), promotor pańskiej pracy naukowej i laureat nagrody Nobla, Nikołaj Nikołajewicz Siemionow powiedział: „nie należy nadmiernie zaostrzać sytuacji. Bo wtedy władza wprowadzi oficjalne zakazy i dodatkowe przepisy”. Zatem nie należy się sprzeciwiać...

Kowaliow:
Tamta rozmowa była dla mnie wstrząsem. Siemionow (noblista z roku 1956, nagroda w dziedzinie chemii - "mediawRosji") powiedział mi coś w tym rodzaju: “Sierioża, jest pan uczonym. A mimo to, nie dysponując dostateczną wiedzą o całej sprawie, nie znając szczegółów, pozwolił pan sobie na zabranie głosu. Czy to rozsądne?”. Odpowiedziałem mu: “Nikołaju Nikołajewiczu, nie muszę znać szczegółów. Wystarczy mi, że wiem, że w naszym kraju nie ma przepisu przewidującego odpowiedzialność za opublikowanie tekstu tam, gdzie autor chciał go opublikować”. Bo rzeczywiście, nawet w ZSRR nie było takiego przepisu.

Olewski:
Nie było też przepisu, który mówiłby wprost o zakazie publikowania za granicą.

Kowaliow:
Albo pod pseudonimem. Dla mnie to był wystarczający argument. Proces przeciwko tym dwóm pisarzom nie miał żadnych podstaw prawnych.

Olewski:
Siemionow odpowiedział panu wtedy: “Naprawdę chciałby pan, żeby taki paragraf został przyjęty?”.

Kowaliow:
Dokładnie brzmiało to tak: “A co, chce pan, żeby takie przepisy w końcu oficjalnie uchwalono? Przecież wie pan, że u nas to całkiem możliwe”.

Olewski:
Póki co mówi się u nas o “agentach obcego państwa”. Określenie niezbyt przyjemne, ale mimo wszystko ci “agenci” wciąż mogą legalnie funkcjonować. Więc może lepiej nie przeciągać struny i nie prowokować władz do podjęcia decyzji na dobre zakazującej działalności takich organizacji?

Kowaliow:
Sądzę, że gdyby wszystkie nasze organizacje pozarządowe zostały oficjalnie naznaczone takim piętnem, to wiele zachodnich fundacji zrezygnowałoby ze współpracy z nimi. Znam podobne przykłady. Docierały do nas oświadczenia od sponsorów, że przez jakiś czas nie będą wypłacać grantów rosyjskim podopiecznym. Może nawet, w związku z sytuacją panującą obecnie w Rosji, całkowicie przestaną je dofinansowywać.

Olewski:
Czyli w ten sposób Zachód usiłuje wywierać presję na Rosję?

Kowaliow:
Zachodnie przepisy dotyczące fundacji są surowe i bardzo precyzyjne. Na przykład z punktu widzenia amerykańskich urzędników kontrolujących obrót środkami należącymi do fundacji, twierdzenie, że „te pieniądze są przeznaczane na cele polityczne” to naprawdę poważny zarzut. Pod tym względem Amerykanie bardzo ściśle przestrzegają prawa, a prawo zabrania fundacjom prowadzenia tego rodzaju działalności. Zresztą nie bardzo wiem, co tak naprawdę nasz ustawodawca rozumie pod pojęciem “działalności politycznej”? Przecież nasza Konstytucja jasno określa naturalne prawo obywateli do działań zgodnych z zasadami demokracji. Obywatel ma prawo kontrolować organy władzy, oceniać realizowaną przez nie politykę oraz wyrażać swoją opinię w tym zakresie. W cywilizowanych społeczeństwach czynne korzystanie z tego prawa traktowane jest wręcz jako obywatelski obowiązek.

Olewski:
Poruszył pan niezwykle ważną kwestię. Gdyby w tej chwili zorganizowano referendum i zapytano ludzi, czy można nazywać organizacje otrzymujące dotacje z Ameryki “agentami obcego państwa”, to ponad połowa z nich odpowiedziałaby: “Tak, oczywiście”. To w ogóle o wiele szersza kwestia. Czy pana zdaniem po dwóch latach agresywnej propagandy, po wydarzeniach na Ukrainie, po dwóch wojnach czeczeńskich, po wybraniu Władimira Putina na trzecią kadencję jest w ogóle sens przeprowadzać w Rosji jakichkolwiek referenda albo wybory?

Kowaliow:
Pyta pan, czy wybory mają sens?

Olewski:
Tak. No bo po co badać nastroje społeczne, skoro z góry wiadomo, że wcześniej zostały one umiejętnie podgrzane przez speców od propagandy? Owszem, społeczeństwo pójdzie do urn i wyrazi swoją wolę. Ale wątpię, czy ludzie będą głosować za polepszeniem swojej sytuacji politycznej, materialnej czy jakiejkolwiek innej. Więc w sumie, po co głosować?


Działalność ze wstydu


Kowaliow:
Odpowiedź jest bardzo prosta. Przypomnijmy sobie działalność obrońców praw człowieka w latach 60-80-tych i wszystko, co było związane z tym środowiskiem. Moim zdaniem większość z tych działaczy nawet nie marzyła o tym, że uda im się w istotnym stopniu zmienić ustrój kraju. Oni walczyli „zaledwie” o konkretne sprawy i konkretnych ludzi. Inaczej mówiąc, wcielali w życie klasyczną zasadę: “Nie mam prawa milczeć”. Wstyd było milczeć i nie reagować. To właśnie wstyd był motorem działania dla mnie i wielu moich przyjaciół.

Oczywiście byli też i tacy, którzy wierzyli, że ich działalności przyniesie konkretne skutki polityczne. Mogę wymienić tu bardzo znane nazwiska. Politykiem był na przykład Wołodia Bukowski, wierzył, że potrafi wpłynąć na sytuację polityczną. Podobnie początkowo myśleli nieżyjący już Piotr Jakir i Wiktor Krasin. Dopiero później pokajali się przed władzą w zamian za skrócenie wyroków i złagodzenie warunków zsyłki. Naprawdę wielu z nas wtedy wierzyło, że taka działalność ma sens.

Kiedyś mój kierownik naukowy, Izrail Moisejewicz Gelfand spytał mnie: “Co pan wyprawia? Ja oczywiście rozumiem, do czego pan zmierza, to widać gołym okiem. I ja to jak najbardziej popieram. Ale na co konkretnie pan liczy?”. Po czym przypomniał mi, że od momentu pojawienia się pierwszych symptomów kryzysu do ostatecznego krachu Imperium Bizantyjskiego minęło całych 300 lat (...) i dodał: “Wie pan, 300 lat to naprawdę sporo czasu”. Chcę przez to powiedzieć, że ci, którzy w czasach ZSRR wyrażali moralny protest, uważali go za cel sam w sobie. Ktoś potępiał interwencję w Czechosłowacji, ktoś protestował przeciwko cenzurze, ale każdy skupiał się na konkretnym problemie, chociaż byli oczywiście i tacy, którzy nie akceptowali władzy radzieckiej jako takiej. Rzecz jasna, w tamtych czasach uważaliśmy mówienie prawdy za osobisty obowiązek, a jednocześnie za coś oczywistego i pozytywnego. Wychodziliśmy z założenia, że potomni o nas nie zapomną, że nasza postawa będzie wzorem dla przyszłych pokoleń.  (...)

Pewien dziennikarz podczas rozmowy z Andriejem Sacharowem pozwolił sobie na nieco prowokacyjne pytanie: “Czy spodziewa się pan politycznych przemian w Związku Radzieckim?” Pamięta pan ten wywiad? Sacharow odpowiedział: “W przewidywalnej przyszłości? Nie, nie spodziewam się”. “W takim razie dlaczego pan nie zrezygnuje ze swojej działalności?”. Po chwili namysłu Sacharow wyjaśnił: “Inteligenci potrafią tylko jedno – nieustannie dążyć do ideału. I tym właśnie powinni się zajmować”. Potem jeszcze raz się zamyślił i wygłosił wspaniałą maksymę: “Wie pan, kret historii ryje po cichu i niepostrzeżenie”. Te słowa okazały się prorocze. Jako naukowiec nie powinienem może używać tego słowa, ale to naprawdę było proroctwo.


Kierunek: despotia


Olewski:
A jak pan ocenia dzisiejszą Rosję? Mamy już za sobą rozpad ZSRR, dawno minęły lata 90-te, kiedy wydawało się, że do władzy nareszcie doszli liberałowie. Minęło kilkanaście lat i dziś liberalizm przedstawiany jest jako ideologia wroga, niepożądana. Obserwujemy nawrót nie tyle do idei Związku Radzieckiego, co do ideologii charakterystycznej dla wczesnej fazy dzikiego kapitalizmu.

Kowaliow:

Nasz kraj obecnie, konsekwentne zmierza w stronę despotyzmu.

Olewski:
Następnym etapem być może będzie odrodzenie zakorzenione w idei narodowej, nie liberalnej. Takie tendencje można zauważyć w wielu wypowiedziach Nawalnego, a przecież na jego mityngi przychodzi sporo ludzi. Na jednym z niedawnych spotkań w Nowosybirsku Nawalny mówił: “Chyba nie zamierzacie umierać za Rotenbergów? Chciałbym, żeby moi rodacy, mieszkający na przykład w Nowosybirsku, zarabiali więcej od Chińczyków”. To jest  bez wątpienia odwołanie do idei narodowej. W pewnych kręgach takie tendencje są jeszcze bardziej wyraziste i jaskrawe.

Kowaliow:
W zasadzie staram się unikać rozmów o Nawalnym. Wszyscy ciągle go komentują. Zgodzę się, że jego poglądy są nacjonalistyczne. Zdrowy rozsądek i znajomość przykładów z historii XIX wieku podpowiadają mi jednak, że nacjonalizm to ślepy zaułek. W połowie XX wieku w historii i polityce pojawił się zupełnie nowy bohater. Ten bohater to człowiek, ludzkość. Takie podejście zupełnie zmieniło naszą perspektywę. (…)

Olewski:
Odsiadywał pan wyrok w słynnym łagrze “Perm 36”. Razem z panem przebywał tam ukraiński działacz narodowy Łewko Łukjanenko, potem mianowany ambasadorem Ukrainy w Kanadzie. To był nacjonalista, zgodzi się pan? Czy po wyjściu z łagru utrzymywaliście kontakty? I czy pana zdaniem dzisiejsza Ukraina nie zmierza w kierunku państwa narodowego? Zdaje się, że dla Ukraińców to jest obecnie kwestia pierwszoplanowa?


Nawet Kowaliow zaraził się bakcylem imperializmu


Kowaliow:
Darzę sympatią ukraiński ruch niepodległościowy, rozumiem Majdan i procesy, które doprowadziły do zmiany władzy. Sympatyzuję z ukraińskimi tendencjami proeuropejskimi (nawiasem mówiąc, Rosja za wszelką cenę stara się je zneutralizować). Ale mimo to muszę przyznać, że ukraińska ideologia narodowa jest dość silnie okraszona prowincjonalnością, aż do śmieszności. Z Łewkiem Łukjanenką znamy się dość pobieżnie, odsiadywaliśmy wyroki w tym samym czasie, ale w różnych zonach. Potem gdzieś jeszcze się przelotnie spotkaliśmy.

Dam panu taki przykład: do Moskwy przyjechał Sławko [Wiaczesław] Czornowił – postać naprawdę legendarna, i pod patronatem ukraińskiej ambasady w Moskwie zorganizował wspólne spotkanie moskiewskich i ukraińskich dysydentów.  Na spotkaniu dosłownie każdy z przyjezdnych ukraińskich prelegentów przemawiał po ukraińsku. Wysłuchałem dwóch czy trzech takich przemówień, a w końcu wstałem i powiedziałem: “Panowie, dajcie spokój. Ja sam jako tako rozumiem wasz język, o ile mówicie w miarę powoli. Trochę osłuchałem się z nim dzięki krewnym, a jeszcze lepiej poznałem go, siedząc w łagrze. Ale przecież na tej sali są ludzie, którzy nie pojmują po ukraińsku ani słowa. Wiem, że swobodnie rozmawiacie po rosyjsku. I przyjechaliście tu chyba po to, żeby z nami rozmawiać?  To może zacznijcie wreszcie mówić o istotnych problemach, zamiast demonstrować nam znajomość swojego ojczystego języka”. A Czornowił odpowiedział mi wtedy: “Tośmy się czasów doczekali. Nawet Kowaliow zaraził się bakcylem imperializmu”.

Olewski:
Ale konkretnie, o co im chodziło? Chcieli, żeby pan i inni mieszkańcy Moskwy zaczęli uczyć się ukraińskiego?



Sędziwy dysydent z czasów radzieckich, Siergiej Kowaliow jest legendą rosyjskiego ruchu na rzecz praw człowieka. 


Kowaliow:
Nie mam pojęcia, co chcieli przez to osiągnąć. Sam do końca tego nie zrozumiałem. Sądzę, że pragnęli podkreślić, że są Ukraińcami i chcą mówić w ojczystym języku. A jak ktoś ich nie rozumie, to niech się nauczy języka albo załatwi sobie tłumacza. Zresztą, znam o wiele bardziej jaskrawe przykłady. Pamiętam, jak w Brazylii ukraińscy obrońcy praw człowieka przemawiali po ukraińsku przed publicznością, która znała jedynie język rosyjski (znali go nawet niektórzy Amerykanie i Brytyjczycy) oraz, rzecz jasna, angielski. No i pojawił się poważny problem ze zorganizowaniem przekładu z ukraińskiego na te dwa języki. (...)
Za to kiedy po konferencji wracałem do swojego pokoju hotelowego, w windzie spotkałem dwóch sympatycznych młodych Ukraińców i jedną Ukrainkę. Jak pan myśli, po jakiemu rozmawiali między sobą?
Olewski:
Pewnie po rosyjsku.

Kowaliow:
Tak, rozmawiali ze sobą po rosyjsku.


Język i wojna


Olewski:
A czy zgodzi się pan z opinią, że gdyby przez ostatnie lata Ukraińcy we wszystkich szkołach wprowadzili obowiązkową naukę w języku ukraińskim, podobnie jak to robią obecnie Gruzini, to być może udałoby się im zapobiec wydarzeniom na wschodzie Ukrainy? Bo niewątpliwie są one związane również i z kwestią językową. Oczywiście, w tej chwili celowo przejaskrawiam. Jednak jest w tym pewna logika. Na naszych oczach doszło do niespodziewanej konfrontacji pomiędzy dwoma państwami, których mieszkańcy nierzadko są spokrewnieni w dosłownym znaczeniu tego słowa.  Więc może język miał jednak szansę stać się tym czynnikiem, który zapobiegłby wojnie? Jak pan sądzi?

Kowaliow:
Nie wiem. Nie sądzę, żeby na Donbasie mógł się rozpowszechnić język ukraiński. Chociaż na pewno jest tam obecny. Z pewnością w tych regionach Ukrainy dominuje nie literacki ukraiński, a takie południoworuskie “bałakanie”, typowe również dla pogranicznych terenów po rosyjskiej stronie granicy. Są tam oczywiście ludzie biegle posługujący się językiem ukraińskim, ale są i tacy, którzy w ogóle go nie znają i używają wyłącznie rosyjskiego. W zasadzie kwestia językowa we wschodniej Ukrainie jest w pewnym sensie konsekwencją tego prowincjalizmu, o którym już wspominałem. Tamtejsi mieszkańcy nie znają oficjalnego, urzędowego języka ukraińskiego. Przyczyny dzisiejszych wydarzeń są jasne – rosyjska interwencja była zaplanowana już wcześniej i wszyscy doskonale rozumieli, że Rosja nie będzie się jedynie biernie przyglądać rozwojowi wypadków.

Olewski:
Rozmawiamy o państwie położonym pomiędzy Rosją i Europą. Ma ono ma poczucie przynależności do europejskiej wspólnoty kulturowej. To państwo chce wzmocnić swoją tożsamość, a jednocześnie odciąć się od czynników konfliktogennych. Do tego dochodzi czynnik językowy jako przejaw nacjonalizmu. W zdrowym społeczeństwie takie zjawiska byłyby czymś niemożliwym, a w każdym razie zabawnym. Inaczej jest na Ukrainie, która przechodzi różne kryzysy związane z samoświadomością i poszukiwaniem swojego miejsca w świecie (tak było np. ostatnio przy okazji parady równości). Społeczeństwo ukraińskie na te procesy reaguje dość adekwatnie, gdy ktoś próbuje cofnąć czas i zepchnąć kraj w przeszłość odrzuca go, jednocześnie wspierając siły postępowe - nawet jeśli są one wewnętrznie zróżnicowane. Ale mimo wszystko zastanawiam się, czy ten nacjonalizm, pana zdaniem nosi on charakter “prowincjonalny”, może przekształcić się w niezbędną Ukraińcom świadomość narodową? A może się mylę?

Kowaliow:
Wie pan, ja darzę Ukrainę ogromną sympatią i doskonale rozumiem, gdzie leżą źródła ukraińskiej ideologii narodowej: w ukraińskiej historii, przede wszystkim okresu radzieckiego, ale nie tylko. Przypomnijmy sobie epokę Mazepy oraz inne okresy dziejów Ukrainy. I nie zapominajmy o “Tarasie Bulbie”. Nie będę tu przypominać fragmentów usuniętych z tego wspaniałego utworu Gogola. Ale przecież nawet i po autorskiej korekcie pozostały w nim epizody bardzo okrutne i przesycone dzikim nacjonalizmem. Pamiętajmy jednak, że Gogol opisał tę rzeczywistość zgodnie z prawdą. Ucisk, jakiemu poddawana była Ukraina, musiał w końcu doprowadzić do takiej a nie innej formy poszukiwania samoświadomości narodowej. Podobnie było w czasach sowieckich - wystarczyło przyjść pod pomnik Szewczenki w haftowanej ludowej koszuli i już można było mieć kłopoty. Zaczynało się śledzenie, wzywanie “na dywanik” w Komsomole albo na uczelni. A nie daj Boże ktoś zaśpiewał przy tym jakąś ludową ukraińską piosenkę albo zatańczył hopaka! To już było traktowane jak akt polityczny...

Olewski:
Siergieju Adamowiczu, w XX wieku Rosjan też niszczono jako naród, jako nację. Niszczono ich na ogromną, wielomilionową skalę, i trwało to kilkadziesiąt lat.

Kowaliow:
Niezupełnie pana rozumiem.

Olewski:
Mówię o Rosjanach jako nacji.

Kowaliow:
Tak? I kto niby niszczył osoby narodowości rosyjskiej?

Olewski:
Tak, mam na myśli Rosjan. Zgodzi się pan, że rosyjskich chłopów wytępiła radziecka władza?

Kowaliow:
Wie pan, w tamtym okresie Związek Radziecki był niezwykle internacjonalistyczny. I gdy policzy pan ofiary terroru stalinowskiego mające czysto rosyjskie pochodzenie etniczne, a potem porówna pan wyniki z udziałem procentowym innych etnosów, choćby Żydów, to zobaczy pan, że Rosjanie wcale nie byli w czołówce. Rosjanie...

Olewski:
Niemniej jednak zginęły miliony Rosjan.

Kowaliow:
Dość szybko w Związku Radzieckim narodził się mit o “starszym bracie”. Rosjanie uzurpowali sobie rolę “starszego brata” i bardzo chętnie wykorzystywali swoją uprzywilejowaną pozycję. Kiedy odsiadywałem wyrok w “Permie-36”, to Rosjanie stanowili tam mniejszość, zdecydowaną mniejszość.

Olewski:
Mówi pan o strefie dla więźniów politycznych?

Kowaliow:
Tak, mówię o zonie dla politycznych. Tyle że za Stalina cały GUŁAG był taką strefą dla “przestępców politycznych”. Byli też oczywiście pospolici kryminaliści, ale wśród nich panował pełny kosmopolityzm, wsadzano wszystkich jak leci. Morzenie głodem też było, oczywiście, że tak. Tylko że Wielki Głód dotknął rosyjskie obwody w znacznie mniejszym stopniu, niż obwody zamieszkane przez Ukraińców. Nie twierdzę, że Ukraina była jedynym obszarem dotkniętym tą klęską. Ale tam wszystko przebiegało o wiele okrutniej, tam był głód zorganizowany i sterowany. Śmiercią głodową umierali przede wszystkim mieszkańcy Ukrainy. I wszyscy doskonale rozumieli, że dzieje się tak na rozkaz z Moskwy. Owszem, socjalistyczny Kijów wspierał te akcje, ale inicjatywa wyszła z Moskwy. Więc proszę się nie dziwić, że Ukraińcy...

Olewski:
Dajmy spokój Ukraińcom. Nie dosłuchał pan mojego pytania, a chodziło mi o to, że po upadku Związku Radzieckiego było dość powodów, by Rosjanie poczuli potrzebę zjednoczenia się wokół idei narodowej. Teraz tych powodów jest nawet więcej, bo...  Zresztą wiadomo, o co chodzi. Przecież myśmy tych problemów do dziś nie zdążyli jeszcze przetrawić. Podobnie zresztą nie przetrawili ich póki co i Ukraińcy, i inne narody krajów postsowieckich. Lekceważenie tych kwestii jest niepoważne, szczególnie w dzisiejszej sytuacji.


Droga donikąd


Kowaliow:
A moim zdaniem te ideologie narodowe to droga donikąd. Sądzę, że panująca dziś na świecie tendencja do globalizacji jest jedyną receptą na dobrobyt i szczęście. Należy jedynie zrozumieć, że globalizacja nie jest równoznaczna z unifikacją języków czy kultur. Przeciwnie, jeśli globalizacja nie ogranicza się do problemów gospodarczych, lecz obejmuje przede wszystkim kwestie moralne, polityczne czy prawne, to w takiej sytuacji kultury narodowe otrzymują dodatkowe pozytywne impulsy. Przecież zgodnie z Deklaracją Praw Człowieka każdy z nas ma prawo posługiwać się dowolnym językiem, wyznawać dowolną religię, identyfikować się z dowolną kulturą. Jak kto chce – indywidualnie albo wspólnie z innymi osobami podzielającymi jego poglądy. Chcę przez to powiedzieć, że mimo, iż ukraiński nacjonalizm nie budzi mojego entuzjazmu, to trzeba podkreślić, że nie jest on tak rozpowszechniony, jak wmawia nam nasza propaganda. Weźmy wybory: ile tam procent zdobyli ci prawicowi “nazi”?

Olewski:
1,75%.

Kowaliow:
Tak, ale wszyscy łącznie. A w sumie w wyborach wystartowały przecież trzy takie partie. To najlepszy dowód, że cieszą się znikomym poparciem. Z drugiej strony uważam, że jeden wspólny język urzędowy jest czymś naturalnym i praktycznym. Chociaż oczywiście jest takie państwo jak Szwajcaria. Nie można jej w żaden sposób zarzucić, że jest niedemokratyczna czy nieliberalna, a sami Szwajcarzy posługują się 4 językami urzędowymi. I całkiem nieźle sobie z taką różnorodnością radzą.

Olewski:
Wspomniał pan o prawach uniwersalnych. Wróćmy zatem do tematyki rosyjskiej. Nie jestem fachowcem, pan natomiast doskonale orientuje się w problematyce powszechnych praw człowieka i obywatela. Chciałbym więc wrócić do sprawy fundacji “Dynastia”, wspierającej rosyjskich naukowców. Załóżmy, że ma pan rację i faktycznie zmierzamy w stronę despotyzmu. Ustrój panujący w ZSRR nie był despotią, ale posiadał pewne jej cechy. A mimo to stosunek władzy radzieckiej do uczonych...






Kowaliow:
Ale konsekwentnie zbliżał się do tego “ideału”.

Olewski:
... w Związku Radzieckim uczeni byli szczególną, uprzywilejowaną kategorią. Uczonym wolno było więcej, żyli we własnym świecie, mieli poczucie bezpieczeństwa. Dlaczego dziś nie może tak być? Przecież “Dynastia” finansuje to, czego z jakichś względów nie finansuje państwo. Gdyby państwo wspierało naukowców, “Dynastia” byłaby niepotrzebna. Zakaz jej działalności nie jest chyba rozsądną decyzją? Więc po co to zrobiono? Gdzie tu logika?


Kowaliow:
Logika w tym jest, zapewniam pana. I ma pan całkowitą rację, bo istotnie lwia część funduszy “Dynastii” była przeznaczana na literaturę popularnonaukową. I to jaką! To były doskonałe przekłady naprawdę wybitnych prac naukowych. Działalność wydawnicza jest nawet pożyteczniejsza od finansowania konkretnych badań laboratoryjnych, bo wychowuje nowe kadry naukowe, zaszczepia młodzieży zapał do zgłębiania skomplikowanych zagadnień. Dlaczego więc “Dynastia” stała się ofiarą tych bezmyślnych decyzji? Ano, właśnie dlatego, że milowymi krokami zmierzamy ku despotyzmowi. Tak naprawdę nasz rząd – chociaż wolę mówić o władzach ogólnie, a nie tylko o rządzie, - a zatem nasze władze nie mają już innego wyboru. One się już tak zagalopowały, że mają tylko jedno wyjście: mogą iść uparcie aż do końca. Mogłyby też pozwolić innym siłom politycznym stanąć ze sobą w zawody. Tyle że wtedy minęłoby niewiele czasu i większość naszych narodowych “świętych krów” zasiadłaby na ławie oskarżonych. Pewnie nie wszyscy poszliby za kratki, ale część swoich majątków na pewno by stracili.


Kadyrow na Kremlu?


Olewski:
Skoro, jak pan mówi, idziemy tą drogą na oślep, to pewnie dojdziemy w końcu do punktu, w którym trzeba będzie odpowiedzieć na pewne niełatwe pytania. Jak pan sądzi, czy Ramzan Kadyrow mógłby zostać prezydentem Federacji Rosyjskiej?

Kowaliow:
Myślę, że to niemożliwe bez zamachu stanu. Ale należy pamiętać, że Ramzan Achmatowicz ma do dyspozycji spore siły zbrojne. Wiadomo też, że kremlowskich dotacji oraz podatków ściąganych z Czeczenów Kadyrow nie wydaje wyłącznie na organizację imprez piłkarskich czy innych tego typu rozrywek.

Olewski:
Myśli pan, że mieszkańcy Rosji nie zagłosowaliby dziś na niego?

Kowaliow:
Nie, nie sądzę. W zasadzie trudno przypuścić, że dzisiejsi Rosjanie mogliby zagłosować na Czeczena czy Żyda, czy kogoś tam jeszcze.

Olewski:
Dlaczego? Przecież Kadyrow to człowiek symbolizujący silną rękę Putina.

Kowaliow:
On jest dla Putina jak ból zębów. Putin sądził, że znalazł idealne rozwiązanie problemu czeczeńskiego, czyli “czeczenizację Czeczenii”. Nawiasem mówiąc, nasza grupa obrońców praw człowieka bardzo surowo odnosiła się do kwestii obrony ludności cywilnej w Czeczenii, i to niezależnie od narodowości czy wyznania. Nie popieraliśmy Czeczenów bezkrytycznie. Rozumieliśmy ich racje, zdawaliśmy sobie sprawę z tego, gdzie leżą źródła ich ruchu niepodległościowego, ale nie wspieraliśmy ich dążeń do państwowej suwerenności. To jest temat na dłuższą rozmowę, ale te wszystkie kwestie można naprawdę bez większego trudu wyjaśnić.

Muszę podkreślić, że niektórzy czeczeńscy politycy, z którymi miałem okazję rozmawiać, tłumaczyli: “Jaką formę powinna mieć nasza suwerenność? Przecież to oczywiste, że Czeczenia jest niewielka. A ci Czeczeńcy, którzy mówią o naszych rzekomo bogatych tradycjach państwowych, mocno przejaskrawiają. Żadne państwo czeczeńskie nigdy nie istniało. Silny partner jest nam niezbędny, a takim partnerem może być dla nas wyłącznie Rosja. Dopiero przy takim założeniu można zaczynać rozmowę o kształcie naszej przyszłej państwowości. Z państwem-partnerem powinniśmy mieć wspólną granicę, wspólną armię i walutę, uzgodnioną przez obie strony politykę zagraniczną, a także wspólną politykę gospodarczą, szczególnie w zakresie najważniejszych gałęzi przemysłu. W przypadku Czeczenii są to wydobycie i przerób ropy naftowej. Właśnie te sprawy są dla nas priorytetem”.

Spytałem więc: “To dlaczego mówicie o niezawisłości? Jeśli ta wasza wizja się spełni, to co wam zostanie z idei suwerenności państwowej? Zielony sztandar z wizerunkiem wilka?”. A mój rozmówca odpowiedział: “Tak, to dla nas bardzo ważne”. W tym samym czasie dość napięte były też nasze stosunki z Tatarstanem. Jednak Tatarstan konsekwentnie wcielał w życie takie postulaty, o jakich Czeczeńcy mogli tylko pomarzyć – w każdym razie ci Czeczeńcy, o których tu mówię. Natomiast czeczeński ruch oporu początkowo składał się głównie z pokojowo nastawionych cywili. Dopiero z czasem, powoli, ale konsekwentnie przywództwo zaczęli przejmować młodzi bandyci - doskonale umieli strzelać, ale kompletnie nie znali się na polityce. Nawiasem mówiąc gazawat, czyli czeczeński wariant dżihadu, został ogłoszony przez Kadyrowa seniora, ojca dzisiejszego przywódcy Czeczenii.

Olewski:
Ale ostatecznie udało się zaprowadzić tam pokój.

Kowaliow:
Inaczej to się nie mogło skończyć. To podręcznikowy przykład ewolucji ideologii i poglądów.

Olewski:
Jak pan sądzi, może powinniśmy po prostu cierpliwie czekać na rozwój wydarzeń? Może pod przywództwem mądrego Ramzana Kadyrowa sytuacja wyewoluuje w ten sposób, że dzieci dzisiejszych milicjantów, znacznie lepiej wykształcone, niż ich ojcowie, nauczą się akceptować rozwiązania kompromisowe? Czy widzi pan jakąś alternatywę i na czym miałaby ona polegać?

Kowaliow:
Alternatywa zawsze jest tylko jedna: trzeba budować nowoczesne społeczeństwo obywatelskie. Niestety, Ramzan Kadyrow buduje system oparty na zupełnie innych wartościach.

Olewski:
Demokratyzacji Czeczenii raczej nie można się po nim spodziewać.

Kowaliow:
No cóż, wystarczy przypomnieć, za czyje pieniądze odbudował Grozny.

Olewski:
W jaki sposób można by było przekonać Ramzana Kadyrowa do idei społeczeństwa obywatelskiego? Kto mógłby podjąć się tego zadania?

Kowaliow:
Tu nie pomogą żadne dyskusje, tego rodzaju ludzi po prostu nie da się przekonać. Naiwnością jest pogląd, że każdego można przekonać, wystarczy tylko dobierać właściwe argumenty. Takich polityków jak Kadyrow należy usuwać (chociaż oczywiście zdaję sobie sprawę, że w tym wypadku usunięcie jest praktycznie niemożliwe). Ale gdyby udało się obalić Kadyrowa i zastąpić go normalnym politykiem, który zna prawo i go przestrzega, to i tak pożytek byłby z tego niewielki. Ramzan Achmetowicz zbyt głęboko zmienił mentalność swoich rodaków, narzucił im własny model “ewolucji”. Cofnąć te zmiany byłoby niezwykle trudno.




Tłumaczenie: Katarzyna Kuc




Rozmowa zostala wyemitowana na antenie telewizji "TV DOŻD'", jej transkrypcja dostępna jest pod adresem:





*Siergiej Kowaliow (ur. 1930), wybitny rosyjski działacz ruchu na rzecz praw człowieka, dysydent z czasów radzieckich, więzień polityczny. W poradzieckiej Rosji, do roku 2003 był deputowanym do parlamentu.









*Timur Olewski, dziennikarz niezależnej stacji telewizyjnej "TV DOŻD'". Od samego początku relacjonował na antenie wydarzenia na Ukrainie. Autor cyklu wywiadów "Olewski"














Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com





sobota, 13 czerwca 2015

Bez zapasu wody, świeczek, bateryjek nie da się żyć…



Jeszcze półtora roku temu życie w Ługańsku biegło utartym szlakiem. Mieszkańcy miasta nigdy nie doświadczyli szczególnego dobrobytu,  jednak potrafili funkcjonować w otaczającej ich rzeczywistości. Ich dotychczasowy świat zburzyła wojna.  W nowych realiach samozwańczej Lugańskiej Republiki Ludowej musieli nauczyć się żyć. Autorka tekstu, Żenia Krawczenko opisuje, jak wygląda teraz ich życie codzienne. Koniecznie trzeba zrobić zapasy wody, świeczek, baterii do latarek. W aptekach brakuje lekarstw, więc by je zdobyć, trzeba skorzystać z okazji, gdy ktoś jedzie do Rosji. Miejscowe władze wystawiają dokumenty uznawane tylko na terytorium republiki. Życie w Ługańsku biegnie dalej. Ludzie żenią się, rozwodzą, rodzą dzieci, świętują urodziny, chorują, chodzą do pracy…




Autorka:  Żenia Krawczenko




Najważniejsze, żeby zrobić zapas wody. Krany w domu mogą pozostawać suche przez kilka dni.


 


Na co trzeba być przygotowanym w stolicy samozwańczej Ługańskiej Republiki Ludowej.



Władze samozwańczych Donieckiej Republiki Ludowej i Ługańskiej Republiki Ludowej przed kilkoma dniami ogłosiły projekt poprawek zmieniających konstytucję Ukrainy. Dzięki ich przyjęciu, ich zdaniem, powstaną warunki, by obie republiki pozostały w składzie Ukrainy. Na ile życie codzienne na terenach kontrolowanych przez rząd w Kijowie różni się od życia po przeciwnej linii frontu. List mieszkanki Ługańska opowiada o panujących w mieście warunkach życia.



W dzisiejszych czasach życie w Ługańsku wymaga odpowiedniego przygotowania. Ważna jest strona materialna i psychologiczna. Postaram się zachować obiektywność i unikać ocen. Piszę dla tych, którzy wyjechali dawno i zastanawiają się nad powrotem, lub po prostu chcą zorientować się, jak wygląda sytuacja. Nie będę więc w ogóle pisać o polityce.


Woda, prąd i telefony


Każdego dnia o dowolnej porze mogą wyłączyć prąd. Potem znów go włączą, pytanie tylko kiedy. Należy zawsze posiadać zapas bateryjek do latarek, świeczek, albo nafty do lampy naftowej. Wszystkie te rzeczy są deficytowe, nie da się ich zwyczajnie kupić. Jeśli zobaczycie  je w sklepie, trzeba kupować na zapas.

Woda w mojej dzielnicy pojawia się na dwie godziny rano i na dwie godziny wieczorem. Taka jest norma. Często bywa tylko rano, albo tylko wieczorem. Ciśnienie w kranach czasami bywa wystarczające, niekiedy woda ledwie kapie. Jeśli chce się coś wyprać w pralce, należy odgadnąć odpowiednią porę. Praktycznie wszystkie domowe garnki i naczynia napełnione są wodą. Dodatkowo mamy 20 butelek plastikowych oraz 80 litrowy bak, wszystkie pełne. Bez zapasu wody nie da się żyć. Zdarzało się, że wodę wyłączano na trzy dni, lub dłużej.

Za to gaz był przez cały czas, nigdy go nie wyłączano. Ale zdarzało się, że ciśnienie było słabe. Ale nigdy nie pozbawiono nas gazu całkowicie.

Co jakiś czas przestaje działać łączność komórkowa. Każdy musi mieć po kilka sim kart. Zazwyczaj korzystamy z sieci MTS i Life. Sieć Kyivstar nie działa. Opłatę za telefon można wnieść w rozstawionych po mieście terminalach. Prowizja wynosi ok. 5 hrywien.  Tradycyjne telefony funkcjonują, ale kiedy wyłączają światło, po jakimś czasie przestają działać. Z komórkami jest podobnie, kiedy zostaje wyłączone światło, po chwili znika łączność MTS. Sieć Life wytrzymuje dłużej, ale jakość jej połączeń jest zdecydowanie gorsza.
Przy okazji opowiem o opłatach mieszkaniowych. Dla mieszkańców Ługańska mieszkania i usługi komunalne są płatne. W punktach, gdzie wnoszone są opłaty zawsze stoją długie kolejki, może z tego powodu płacą nie wszyscy. Kontrolerzy miejscy chodzą po domach i mieszkaniach, kontrolują liczniki, za niepłacenie wyłączają prąd i gaz. Tak robią w domach prywatnych, teraz coraz częściej wyłączają w mieszkaniach. Taryfy odpowiadają stawkom ukraińskim.


W kolejce po zasiłek


W ciągu ostatnich dwóch miesięcy (kwiecień i maj) wypłaty zasiłków socjalnych odbywały się regularnie. Emerytury są takie same, jak przed wojną. Do niedawno mieliśmy w tej dziedzinie pełny chaos, na razie jednak nie będzie wyrównywane zadłużenie z poprzednich miesięcy. Wypłacane są zasiłki na dzieci, jednak opóźnienia pod tym względem sięgają pół roku. W maju wypłacono je za listopad-luty. Żeby otrzymać zasiłek, należy założyć w banku specjalny rachunek, potrzebne jest też podanie do dzielnicowego wydziału opieki społecznej. Potem jest ono przekazywane do Ukraińskiego Funduszu Społecznego. Po odbiór zasiłków trzeba stać w kolejce po 2-3 dni. Emerytury wypłacane są na tym samym poziomie, co przed wojną. Jednak na razie nie są wypłacane zasiłki za poprzednie miesiące, mała szansa, że to zadłużenie zostanie uregulowane.

Pracę można znaleźć w firmach prywatnych i w jednostkach budżetowych. Najczęściej poszukiwani są ludzie o takich zawodach, jak pielęgniarka, kasjerka, kelner, fryzjer, budowlaniec. Pracownicy w sferze budżetowej nie dostają pensji. W lutym nauczycielom i lekarzom wypłacono pensje za wrzesień, w marcu za pół października. Przed 1 maja lekarze dostali 23% swoich pensji za listopad. Wypłacono im po 150-200 hrywien (25-34 złote). Podobną wypłatę nauczyciele dostali w środku maja.

Swoje wynagrodzenia otrzymują zatrudnieni przez sektor prywatny. Sprzedawczyni, kasjerka, barman, kelner, sprzątaczka zarabiają ok. 1000 hrywien (170 złotych). Zdarzają się i mniejsze pensje, po 300, 600, 700 grywien.


Nasze ceny - na co nas stać...


Poziom cen jest nieco niższy niż w Rosji, jednak o wiele wyższy, niż na Ukrainie. Oto przykłady niektórych cen (1 zloty = 5,7 hrywny)

Parówki - 80 hrywien
Sok - 30-40 hrywien
Czekoladowe cukierki - od 80 hrywien
Coca-cola - 0,5 litra od 20 hrywien
Chleb - 5-6 hrywien, ekonomiczny - 3 hrywny
Cukier - 21023 hrywny
Mleko - 13 hrywien
Masło - 25 hrywien paczka
Jajka - 2,5 hrywny sztuka
Kartofle - 12 hrywien
Mydło gospodarcze - 8-15 hrywien kawałek
Szampon - od 40 hrywien za tani rosyjski
Pasta do zębów - 35-40 hrywien

Są to ceny na bazarze. Ale i tak, żeby znaleźć wiele artykułów trzeba się nabiegać, szukać. Jeśli uda się znaleźć coś deficytowego, trzeba kupować na zapas. W supermarketach także nie wszystko da się kupić,  ceny w nich są zwykle o 5-10 hrywien wyższe.


USG w trzech miejscach 


Sytuacja z lekarstwami wygląda gorzej. W aptekach nie ma waty i spirytusu, waleriany, analginu, szeregu prostych preparatów. Bywa, że coś uda się znaleźć, trzeba wcześniej obdzwonić szereg aptek i dopytać się. Lekarstwa specjalistyczne niezbędne w leczeniu chorób serca, nerek, nadciśnienia można znaleźć w sieciach społecznościowych, albo zamawiać u ludzi jeżdżących do Rosji.



Posterunek kontrolny Ługańskiej Republiki Ludowej na północy regionu. Nocą obowiązuje to godzina policyjna. 



Parę słów o medycynie. Szpitale pracują, choć brakuje wielu lekarzy. Dla przykładu, w jednej z przychodni endokrynolog przyjmuje 3 razy w tygodniu, rejestracja wydaje zaledwie 10 numerków. Żeby je zdobyć, trzeba przyjść do przychodni o 6 rano i odstać kilka godzin w kolejce. Przychodnie funkcjonują, pacjentów jest bardzo dużo, można tez wezwać do domu pogotowie ratunkowe (na razie bezpłatnie). USG można zrobić w trzech miejscach. Nie ma klinik prywatnych.


Jak zdobyć rosyjski dyplom?


W szkołach i uczelniach w dalszym ciągu funkcjonują klasy ukraińskie i katedry języka ukraińskiego. Zapewne, informacje o skandalach z naszymi dyplomami rozeszły się szeroko. Na razie trudno powiedzieć, by dyplomy rosyjskie były wydawane masowo. Niektórzy studenci uczelni rolniczej otrzymali dyplomy uczelni z Woroneża, ale jeśli orientuję się w sytuacji, studenci sami zajęli się wszystkimi kwestiami organizacyjnymi, pojechali do Woroneża, załatwili dokumenty, itd. Części uczniów udało się wyjechać, by zdać ukraiński egzamin "ENO" (Зовнішнє незалежне оцінювання), niektórym udało się dotrzeć do Rosji by zdać państwowy egzamin EGE. Ale 90% absolwentów szkół i uczelni otrzyma tylko dokument potwierdzający zdobyte wykształcenie wydany przez ŁRL i ważny na jej terytorium. W jednej z uczelni Ługańska studentom zaproponowano, by pozostali w niej jeszcze przez rok i po wpłaceniu opłaty uzupełniającej, otrzymali dyplom rosyjski (9000 hrywien). Podobno uczelnie zawarły odpowiednie porozumienie. Pojawiła się także inna możliwość, studentom proponowano, by pojechali do Rosji i samodzielnie próbowali dogadywać się z uczelniami. W takim wypadku, by otrzymać dyplom rosyjski trzeba zdać uzupełniające egzaminy z przedmiotów. W przeciwnym wypadku studenci mogą otrzymać tylko dyplom ŁRL.

Studenci w tej kwestii mają różne poglądy. Wielu realistycznie ocenia sytuację, wystarczą im dyplomy wydane przez ŁNR. Znajoma studentka powiedziała mi, iż w żadnym wypadku nie zamierza się przenosić z Ługańska, więc lokalny jej wystarczy. Inna z kolei, uczy się dalej, na innym wydziale, kierunek bardzo ją interesuje, nie przejmuje się, że dyplom nie będzie uznawany poza Ługańskiem. Wśród studentów słychać głosy oburzenia, w związku z tym, iż nie stworzono możliwości bezpłatnego zdobycia rosyjskiego dyplomu. W nowym roku akademickim będzie prowadzona rekrutacja we wszystkich działających uczelniach. Wciąż stosowane są ukraińskie programy nauczania, także podręczniki. System oświatowy w Ługańsku w przyszłym roku będzie finansowany przez budżet, będą także działały kierunki płatne. Na razie jednak o konkretnych sumach nie mówi nikt.


Dokumenty


To na pewno najbardziej skomplikowany fragment ługańskiej rzeczywistości.

Na miejscu brak blankietów ukraińskich paszportów (w naszych realiach chodzi raczej o dowody osobiste - "mediawRosji"). Jeśli ktoś ma ukończone 16 lat i zgubił paszport dostanie wyłącznie dokument ŁRL ważny tylko na jej terytorium. Do dawnego paszportu ukraińskiego można samodzielnie wkleić zdjęcie odpowiadające wiekowi właściciela - 25, lub 45 lat. Jednak z takim dokumentem nie da się wjechać na Ukrainę. Za to bez wklejonego zdjęcia nie wpuszczą do Rosji. Wydawane są świadectwa ślubu, rozwodu, śmierci, jednak na terytorium Ukrainy nie są one uznawane. Z miejscowym świadectwem urodzenia nie da się przewieźć dziecka na terytorium Ukrainy.


To już nie jest stary Ługańsk


Nastroje wśród mieszkańców Ługańska są różne. Niektórzy aktywnie wspierają obecny reżim, wierzą, że wszystko się ułoży, potrzeba tylko trochę cierpliwości. Ale są też wściekli na Rosję, czekali iż region zostanie do niej przyłączony, i że nastąpi raj socjalny. Niektórzy odczuwają nostalgię, stare życie było w porządku, kiedyś zapewne wróci. Życie w Ługańsku biegnie dalej. Ludzie żenią się, rozwodzą, rodzą dzieci, świętują urodziny, chorują, chodzą do pracy, w dni wolne od pracy grillują szaszłyki. Pojawiło się o wiele więcej wolontariuszy. Ludzie chętniej się spotykają, kontakty między sąsiadami stały się bliższe, łatwiej poznać nowych ludzi. Miasto wciąż żyje, ludzie dają sobie radę. Komuś wiedzie się lepiej, komuś gorzej. Ale to już nie jest stary Ługańsk,  znany nam i kochany przez mieszkańców..

Nasze miasto przypominam dziś znajomego człowieka, z którym na jakiś czas utraciliśmy kontakt. W tym czasie przeszedł on ciężką chorobę, stracił pracę. Teraz porusza się z trudem, trochę  kuleje, pomaga sobie laską,  uśmiecha się, ale w jego oczach widać smutek. Trochę się denerwuje, kiedy ludzie dowiadują się o jego problemach.

Ale wciąż pozostaje dla nas kimś bliskim, zasługuje na naszą miłość, trzeba się nim opiekować bez względu na okoliczności.


Tłum.: ZDZ


Oryginał ukazał się portalu svoboda.org
http://www.svoboda.org/content/article/27063650.html




O Ługańsku na "Media-w-Rosji"



Z każdym dniem sytuacja ludności w położonym na wschodzie Ukrainy Ługańsku staje się coraz bardziej dramatyczna. W okupowanym przez separatystów i obleganym przez oddziały ukraińskie mieście nie ma prądu, wody i łączności ze światem zewnętrznym. Nie wywożone są śmieci, w gruzach leżą miejscowe placówki oświatowe. Ługański dziennikarz Andriej Dechtiarienko, choć opuścił miasto, obserwuje rozwój sytuacji. W rozmowie telefonicznej z radiem Swoboda opowiedział, jak wygląda życie w udręczonym Ługańsku.  



Od tygodnia przeciwnicy władz w Kijowie okupują w Ługańsku budynek obwodowego zarządu ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa SBU. Mumin Szakirow z Radia Svoboda przepytał ługańskiego socjologa i prawosławnego duchownego Jewgienija Gnatienko co to znaczy być patriotą Donbasu i dlaczego wschodniej Ukrainie tak trudno porozumieć się z zachodnią.









Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com