sobota, 16 maja 2015

Dzień Zwycięstwa: Rosjanin w Gdańsku



W Rosji rocznica zwycięstwa obchodzona jest z gigantycznym rozmachem. W Polsce wszystko odbywa się inaczej - konstatuje Władimir Warfołomiejew, rosyjski publicysta, zastępca redaktora naczelnego radiostacji "Echo Moskwy". Nie ma rzeki filmów wojennych w telewizji, w uroczystościach państwowych, poza oficjelami, uczestniczy niewiele osób. Pamiętając wojnę, Polacy żyją dniem dzisiejszym i jutrzejszym. 




  


Znany rosyjski dziennikarz, Władimir Warfołomiejew trafił do Gdańska, gdy odbywały się tam uroczystości
z okazji rocznicy zakończenia wojny. Zaskoczył go brak patosu i propagandy państwowej. 





Po raz pierwszy w te dni majowe, kiedy świętujemy rocznicę zakończenia wojny, znalazłem się w Europie i na własne oczy zobaczyłem, jak ten dzień obchodzony jest w Polsce. W tym kraju, centrum obchodów 8 maja, był w tym roku nadmorski Gdańsk. To właśnie tutaj, na półwyspie Westerplatte, polski garnizon bronił się w 1939 roku przed atakami Niemców. Nocą pod pomnikiem odbyła się uroczystość z udziałem prezydenta Komorowskiego i dziesięciu przywódców europejskich. W ciągu dnia, już w samym mieście odbyła się ceremonia składania kwiatów z udziałem prezydenta Gdańska, duchowieństwa, wojskowych, kombatantów, uczniów. Obecny był także rosyjski konsul generalny. Nasz dyplomata nie przemawiał, za to miejscowi działacze, poczynając od prezydenta miasta mówili i to dużo. Wszyscy przypominali nie tylko niemiecki, ale i radziecki totalitaryzm, gestapo i NKWD, Auschwitz i Katyń. Wszystko to jest uzasadnione i zrozumiałe.


Uroczystości dostępne dla mieszkańców


Co mnie zaskoczyło, obie uroczystości były dostępne dla samych mieszkańców Gdańska, w prasie zapraszano ich do udziału tak w ceremonii z udziałem głowy państwa, jak i przed pomnikiem w centrum. A jednak chętnych okazało się niewielu. Nocą przybyło maksimum 100 osób, w ciągu dnia jeszcze mniej.


Na sposób zorganizowany zjawiło się kilka grup uczniowskich (sądząc po ich wyglądzie byli członkami jakichś klubów patriotycznych), żołnierzy, studentów uczelni wojskowych. I to wszystko. To święto wciąż jest obchodzone na najwyższym szczeblu państwowym i to z odpowiednim rozmachem i ceremoniałem. Ale stosunek zwykłych mieszkańców do wydarzeń  sprzed pół wieku jest o wiele spokojniejszy. Nikt ich z resztą, trzeba to podkreślić, do tych uroczystości specjalnie nie przygotowuje. Na ulicach wywieszono jedynie flagi państwowe, to jedyna zauważona przeze mnie forma agitacji państwowej z tej okazji. W programie telewizyjnym nie lały się rzeką, tak jak u nas, filmy wojenne, agitacyjne talk-shows, klipy reklamowe.


Polacy żyją dniem dzisiejszym


A przecież nie da się powiedzieć, iż Polacy mogą wobec wojny zachować obojętność. To mało prawdopodobne, tym bardziej, iż to oni, jeśli się nie mylę, ponieśli największe straty ze wszystkich krajów (w układzie procentowym - 17). Zapewne tragedia wojny pozostaje dla nich ważna, jest to już jednak historia odległa, nawet jeśli dotknęła każdej rodziny. Polacy żyją dniem dzisiejszym i jutrzejszym. Tak to z pewnością jest.  




Tłum.: ZDZ



Oryginał ukazał się na stronie Wladimira Warfołomiejewa w Facebooku: https://www.facebook.com/varfolomeev/posts/10202813404575856






*Władimir Warfołomiejew (ur. 1966), dziennikarz, zastępca redaktora naczelnego radiostacji "Echo Moskwy". Występuje na antenie jako prowadzący kilku znaczących audycji. W roku 2010 podpisał rezolucję opozycji rosyjskiej "Putin musi odejść". 














Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com









Jadę tam, by stać się narzędziem zemsty




Autobusem jadą przeważnie handlarki. Są w drodze po nową partię towaru. Między nimi łatwiej się ukryć. W chwili wyjazdu z Machaczkały świeciło słońce. Po drodze niebo nabiera szarej, a drzewa czarnej barwy. Po stracie ukochanego, Chadidża jedzie do Moskwy. Najwyższy chce, by stała się narzędziem zemsty.



Rosyjska pisarka, Marina Achmedowa krok po kroku opowiada o losach swojej bohaterki. Prześwietla jej duszę i serce. Tłumaczy jej motywy, ofiarę złożoną z życia. Pomaga nam zrozumieć, skąd biorą się muzułmańskie kobiety samobójczynie i terrorystki.



Fragment powieści "Musiałam umrzeć"



Autorka: Marina Achmedowa












Nie wiem, ile potrwa ta droga. Ale nie może być tak niezmierzona jak wieczność. Ciągle śpię, a gdy się budzę, to widok przez okno autobusu przeraża mnie jeszcze bardziej. Mijamy nieznane miasta. Drzewa stają się coraz wyższe. Śniła mi się zielona nitka z dywanu, rozciągnięta pomiędzy Nagą Górą w naszej wsi a autobusem. Im dalej autobus odjeżdżał, tym bardziej nitka się naprężała. Jeszcze trochę – i się zerwie. Po co ci wszyscy ludzie tam jadą? Za oknem jest brzydko i zimno. Nigdy nie widziałam takiego brzydkiego szarego nieba. Ziemia, przez którą przejeżdżamy, wydaje mi się
obca – nie poznaję jej. Śniło mi się, że leżę w naszym sadzie pod zieloną jabłonią. Ciepła ziemia grzeje mnie w plecy. Widzę babcię, jak idzie, opierając się na lasce.

Allachu, co się ze mną dzieje? Dlaczego ciągle chce mi się spać?

Babcia idzie w moją stronę. Uśmiecha się. Jest taka ładna. Słyszę długi sygnał w komórce. Dzwonię do cioci Zuchry.

– Nie chcę cię widzieć! – krzyczy ciocia. – Okryłaś nas hańbą! Wyrzekliśmy się ciebie i nie chcemy więcej znać! Twoja babcia umarła! Wołała cię przed śmiercią! Później poprosiła o mleko, wypiła je i umarła! To ty ją zabiłaś!

Dziadek tak mocno kaszlał, więc myślałam, że umrze pierwszy. I dlatego sądziłam, że muszę kochać go bardziej, na babcię przyjdzie jeszcze czas, gdy dziadka zabraknie. Ale babcia wypiła mleko i umarła, a ja nie zdążyłam jej pokochać.

Za to kocham ją teraz. Śniło mi się, że babcia leży na podłodze, w korytarzu. Tam, gdzie leżała przed śmiercią moja matka. Z góry przez szparę w dachu pada na nią słoneczne światło. Babcia prosi o gorące mleko. Na jej piersiach siedzi anioł śmierci Azrael. Przyszedł po nią, tak jak przyjdzie po nas wszystkich.

Mleko jest tak gorące, że z filiżanki unosi się para. Babcia chciwie je łyka. Unosi oczy ku szparze – tam skąd bije słońce. Otwiera usta, a z nich wydobywa się mleczna para. Azrael ją chwyta i odlatuje. Z podwórza dobiega skrzypienie kamienia szlifierskiego. Co za nieprzyjemny dźwięk.

Obudziłam się. To autobus tak skrzypiał.




Po eksplozji w moskiewskim metrze, po wybuchu autobusu w Wołgogradzie Rosję ogarnął paniczny strach przed przybywającymi z Kaukazu terrorystkami samobójczyniami. Za kobietami podejrzanymi o kontakty z ekstremistami muzułmańskimi rozesłano listy gończe.




Myślę, że teraz starczy mi sił. Starczy mi sił, dlatego że może nie starczyć czasu. Otworzyłam torebkę i wyjęłam z niej kartkę. Rozłożyłam ją i pocałowałam słowa napisane ręką Machacza. Obok mnie siedzi mężczyzna – tamten, który pytał, czy jestem gotowa stać się narzędziem zemsty. Teraz wygląda inaczej. Jest ogolony, ma na sobie garnitur i niebieską koszulę. Pachnie wodą kolońską. Mdli mnie od mocnych zapachów.

„Nie myśl, że mnie już nie ma. Jestem i zawsze będę. Nie mogę ci niczego wyjaśnić – zostało mało czasu. Jedyne, czego żałuję, to tego, że cię ze sobą związałem. Powinienem był dać ci spokój. Ale nie potrafiłem. Jeśli mnie kochasz, idź do mojej matki. Powinna cię przyjąć jako wdowę po mnie. I pogódź się ze swoją rodziną. Słyszysz? Pogódź się z nimi za wszelką cenę. Zostawiam ci pieniądze, wziąłem je również od ojca, ale wystarczy ci ich na długo. Przekaż część Arifowi Efendi, żeby mógł wykupić moje ciało. Nie zostawaj sama, idź do krewnych. A ja zawsze będę przy tobie. Machacz”.

Serce tłucze mi się pod ubraniem. Chcę odejść. Natychmiast, zaraz. Nie wytrzymam jeszcze paru dni. Parę dni to wieczność. Każda sekunda jest jak nóż, który przeszywa mi serce. Chcę natychmiast zostać narzędziem zemsty.

Przepraszam cię, Machacz, że nie zdołałam spełnić twojej prośby. Babcia umarła. Ciocia Zuchra wyrzekła się mnie. A twoja matka… Upadłam przed nią na kolana – to było przed tamtym domem z kolumnami. A ona nie wpuściła mnie za próg. Nigdy ci nie wybaczy, Machacz. Wyrzekła się twojego ciała. Sam jesteś sobie winien, Machacz. Ja przecież nie jestem winna! Dokąd miałam iść? Wszyscy się ode mnie odwrócili. Babcia umarła. Dziadek do końca swoich dni musiałby żyć z piętnem hańby. Wioskowe plotkarki otwarcie wytykałyby mnie palcami. Ciocia Zuchra może by mnie przyjęła – okrytą wstydem, z dzieckiem. Ale ona i wujek Wagab nie mogli przyjąć wdowy po tobie, ponieważ wujek pracuje w milicji. Zabiłeś własnego ojca, Machacz. Nie wiem, w imię czego to zrobiłeś. Nie osądzam cię, Machacz, ty wiesz lepiej. Ale miałeś wybór – zabić albo nie. A może nie miałeś wyboru, nie wiem. Nigdy już się nie dowiem – nie starczyło ci czasu, żeby mi wszystko wyjaśnić. Ale czy ja miałam wybór, Machacz? Nie zostawiłeś mi wyboru, o niczym nie decydowałam sama. Wróciłam do domu Arifa Efendi. Tam mnie przyjęli jak kogoś bliskiego. Nie zapytałeś mnie przecież, czy chcę z nimi żyć. Nie miałam już dokąd pójść.

Czy sama dałabym radę zabrać twoje ciało z kostnicy? Przypomnij sobie, Machacz, jak razem z Arifem Efendi staliśmy pod stalową bramą kostnicy. Jak było ciemno. Jak szczekały psy. Czekałam na ciebie, jakbyś żył. Nie wierzyłam. To jakaś pomyłka, powtarzałam w myślach. On żyje, żyje, uspokajałam się. Przypomnij sobie, jak przyjechała ciężarówka, która przywiozła twoje ciało. Staliśmy pod bramą. Było ciemno. Paliły się tylko światła samochodu. Arif Efendi dał pieniądze strażnikom. Dał im tamte pieniądze, które mi zostawiłeś. Wpuszczono nas za bramę. Szłam za ciężarówką i nie mogłam oddychać. Nie wierzyłam, Machacz, do ostatniej chwili nie wierzyłam. Idąc za ciężarówką, wybierałam twój numer w komórce. Byłeś niedostępny. Ale wybierałam twój numer na nowo, bo nie wierzyłam, nie mogłam uwierzyć. Później ciężarówka zatrzymała się przy marmurowych stopniach prowadzących do kostnicy, a one tak dziwnie błyszczały w ciemności. Gdy podniesiono brezent, zobaczyłam twoje nogi. Twoje gołe nogi. Zawsze bym je poznała. Poznałabym je wśród stu milionów innych. Czyż nie krzyknęłam wtedy? Widziałam, jak cię wyciągnęli, zawiniętego w nasz koc! Tym kocem się przykrywaliśmy. Wyciągnęli cię, zawiniętego w nasz koc, i położyli na białych marmurowych stopniach. Pamiętasz, jak krzyknęłam, gdy zobaczyłam twoją siną twarz i otwarte oczy. Co oni z tobą zrobili, Machacz? Dlaczego tak patrzysz? Co oni ci zrobili? Pamiętasz, jak się bałeś? Patrzyłeś na mnie nieruchomym wzrokiem, bałeś się, a mnie pękało serce z litości nad tobą. W twoich oczach widziałam pytanie: „Co ja tu robię w tej kostnicy?”. Zawsze byłeś taki przystojny i modnie ubrany, Machacz. Pamiętasz, jak się rzuciłam, żeby cię objąć? A oni mnie przepędzili jak psa! Jakbyś nie należał do mnie, ale do nich! Jakby mieli do ciebie prawo! Jakbym była złodziejką, która chce im ciebie ukraść.




Wołgograd, październik 2013 roku. Autobus linii 29. 6 ofiar śmiertelnych, ponad 40 rannych. Zamachu dokonała
przybyła z Dagestanu kobieta terrorystka. 



Przynieśli nosze i położyli cię na nich. Krzyczałam i płakałam, a Arif Efendi poprosił ich, żeby cię nie kroili, tylko pozwolili nam pochować twoje ciało. Ale oni odmówili. Powiedzieli, że takie są przepisy. Kto je wymyślił?

Pamiętasz, jak koc się odchylił, gdy podnosili nosze? Czemu zdjęli ci sweter? Dlaczego miałeś taką siną skórę? Co oni ci zrobili? Dlaczego tak na mnie patrzyłeś? Nigdy przedtem tak na mnie nie patrzyłeś!

Później zemdlałam. I wiem na pewno, że wtedy nasze dziecko umarło. Nie mogło żyć. Umarło, gdy leżałam bez czucia. I wszystko się skończyło. Wiedziałam, że to koniec.

Teraz będziesz mnie oskarżać? Teraz chcesz mi zarzucić, że dokonałam niewłaściwego wyboru? Czemu tak mówisz, Machacz? Przecież wiesz, że nie miałam wyboru! Czy mogłam teraz odmówić Arifowi Efendi, który tak się o mnie zatroszczył? Który pojechał po twoje ciało, kiedy ono nie było już potrzebne nawet twojej matce? Który był dla mnie taki dobry i tylko raz mnie o coś poprosił. Czy mogłam mu odmówić, Machacz? Po tym wszystkim, co dla nas zrobił? To ty mnie do niego wysłałeś.Więc czy miałam jakiś wybór?



 *          *          *



Jadą z nami głównie kobiety – handlarki ubraniami. W przejściach stoją ich duże kraciaste torby. Mam na sobie czarną spódnicę zasłaniającą brzuch i biały golf. Droga, którą jedziemy jest całkiem płaska, nie taka jak tamta, która prowadzi do naszej wsi. Z jakiegoś powodu pamięć podsuwa mi widok białych kości wypadających spośród skał na drogę. Mężczyzna nazywa się Asłan, tak jak mój bratanek. 

Gdy wyjeżdżaliśmy z Machaczkały, była jesień, ale świeciło mocne słońce. Tutaj słońce się gdzieś schowało, jest tylko szare niebo i czarne drzewa. Za oknem przesuwają się małe miasteczka. Ranek zamienia się w dzień, a dzień w wieczór. Ciągle śpię. Ścierpły mi plecy od niewygodnego oparcia. 


Okno jest zamknięte, ale i tak czuję zimne powietrze i obcy zapach. Kiedy przyjedziemy?

Asłan odgrywa rolę mojego męża. Wszyscy tak właśnie myślą – że jest moim mężem. Przecież ciężarna kobieta nie wybrałaby się z obcym mężczyzną autobusem do Moskwy. Od czasu do czasu Asłan mnie pyta, czy nie chcę się napić wody albo czegoś zjeść. Zachowuje się bardzo uprzejmie, jak gdyby chciał spełnić każde moje życzenie.

Pachnie jedzeniem – smażonym kurczakiem, jajkami i ziemniakami. Mdli mnie od tych zapachów. Ścierpło mi całe ciało. Oto jaki obrót przybrało moje życie. Gdy zrobiło się całkiem ciemno, razem z innymi kobietami wyszłam za potrzebą. Odeszłyśmy kawałek od autobusu i przykucnęłyśmy na skraju drogi. Wokół było ciemno i cicho, słychać było tylko, jak siusiamy. Później wróciłyśmy do autobusu. Szłam ostatnia. Powiedziano nam, że podróż potrwa jeszcze cały dzień. Nie wytrzymam tej drogi. Ale nie mam wyboru. 

Gdybyście tylko wiedzieli, że jadę tam po to, by stać się narzędziem zemsty. Przez jakąś chwilę mam ochotę zdradzić to wszystkim, wykrzyczeć na cały autobus. Ale nie zrobię tego. Asłan uważnie mnie obserwuje. Jednak nie dlatego milczę. Nigdy nie krzyknę. Mogę krzyknąć, lecz milczę.


                                                           
                                                       *          *          *



Drugi dzień podróży był jeszcze trudniejszy. Siąpił deszcz.Okno zaparowało, więc nie widziałam ani domów, ani drzew. Przez okno przedostawało się tylko zamglone szare światło.

W nocy parę razy budził mnie ból pleców. Asłan nie spał. Ciągle patrzy przez okno. Siedzenie przy nim to prawdziwa męka. Bez przerwy się modlę. Proszę Allacha, żeby dał mi siły dotrwać do końca drogi. Modlitwa przynosi mi ulgę. Zasypiam. Budzę się i znowu modlę.

Na dworzec przyjechaliśmy wieczorem. Nie zdążyłam się rozejrzeć. Czekała już na nas jakaś para – mężczyzna i kobieta, ona podobna do Asi. Początkowo wzięłam ją za Asię, ale później zobaczyłam, że to nie ona.

Wsiedliśmy do samochodu i znowu ruszyliśmy w drogę. A więc to jest Moskwa, myślałam, patrząc przez okno. Ile świateł… Allachu, tylko piramidy egipskie mogą być tak wielkie jak te domy! Nie mogłam się oderwać od okna. Nigdy nie potrafiłabym żyć w takim mieście, bałabym się wyjść na ulicę – aż strach stanąć koło takich wielkich domów. Jakby się było mrówką, przed którą wznosi się nie dom, lecz góra. Aaach, westchnęłam, gdy przejeżdżaliśmy koło fontanny. Cóż to była za wspaniała fontanna! Przepiękne strumienie wody tryskały w górę, tworząc rozmaite figury. I w dodatku strumienie były różnokolorowe – czerwone, zielone! Samochody pędziły ulicami, aż mi się kręciło w głowie. Allachu, tyle dobra dałeś tym ludziom, a oni nadal są źli i chciwi. Ile jeszcze potrzebują, żeby się nasycić? Ile potrzebują, żeby przestali do nas przyjeżdżać i zabijać?

Czułam strach, ale nie mogłam się napatrzeć. Aaach, jakie kawiarnie i restauracje mijaliśmy – „Pijalnia czekolady”, „Coffee House”. Byłam ciekawa, co w nich podają. Pewnie trzeba być bardzo bogatym, że chodzić do takich restauracji, myślałam. Allachu, czego tym ludziom brakuje? Czego oni od nas chcą?

Podróż trwała koło godziny. Przejechaliśmy pod jakimś mostem, później jeszcze kawałek i miasto się skończyło. Zaczęła się szeroka droga.

Kobieta nawet ze mną nie rozmawiała. Ona też jest dziwna, jak Asia. Obie mają podobne spojrzenia. Była ubrana w dżinsy i skórzaną kurtkę. Ale i tak w jej obecności czułam się raźniej – mimo wszystko to kobieta.

W pewnej chwili zadałam sobie pytanie: co ja tu robię – z tymi obcymi mężczyznami, w tym strasznym, obcym miejscu? Pytanie przemknęło mi przez głowę i natychmiast znikło, ponieważ Allach nie pozostawia mnie bez odpowiedzi. Przyjechałaś tutaj po to, żeby stać się narzędziem zemsty, odparł mi Najwyższy z wysokości siedmiu niebios, a ja Go usłyszałam. Czyż nie prosiłam, by przerwał moje ziemskie życie i jak najprędzej podarował mi wieczność? On mnie usłyszał. Przez Arifa Efendi dał mi możliwość zasłużenia na wieczność. Wiem, czego ode mnie oczekują i ci mężczyźni, i Arif Efendi. I zrobię to, czego oczekują, ponieważ tego samego oczekuje ode mnie Najwyższy Allach. Wysłał tych braci, żeby przybliżyć mi wieczność. Allachu, jesteś tak miłosierny, szepczę, splatając przed sobą dłonie. Poruszę tylko jednym palcem i już osiągnę wieczność. Czy wieczność jest porównywalna z małym ruchem palca?








"Musiałam umrzeć"

Autor: Marina Achmedowa
Tłumaczenie: Aleksandra Stronka
Społeczny Instytut Wydawniczy "ZNAK"
2015

Książkę można zamówić w sklepie internetowym "Znak"
























*Marina Achmedowa (ur. 1977), rosyjska pisarka i dziennikarka. Jej reportaże ukazują się regularnie na łamach magazynu "Russkij Reportior". Najwięcej uwagi poświęca zagadnieniom Północnego Kaukazu, konfliktowi na Ukrainie, problematyce socjalnej. Ma na koncie liczne podróże dziennikarskie do najbardziej niebezpiecznych zakątków Dagestanu, Czeczenii, Ukrainy. Jest autorką kilku powieści przyjętych entuzjastycznie przez krytykę rosyjską. Jej proza wolna jest od rozbudowanej metaforyki, Achmedowa oszczędnym stylem potrafi pokazać opisywane przez siebie sytuacje z fotograficzną dokładnością. Jej książki ukazują się coraz częściej w tłumaczeniu na inne języki.









Jeszcze jeden fragment powieści Mariny Achmedowej na blogu "Media-w-Rosji":

Dagestan na niespokojnym, północnym Kaukazie. Rodzinna wioska. Wyjazd do miasta. Wstępny egzamin na studia kupiony za pieniądze. Świat jest niesprawiedliwy. Meczet. Nowi znajomi. Wieczorny namaz. Koraliki sznura modlitewnego przywiezionego z Mekki. Allach. Narzędzie zemsty. Człowiek jest stworzony z wody i z gliny. Rosyjska pisarka, Marina Achmedowa krok po kroku opowiada o losach swojej bohaterki Chadidży. Prześwietla jej duszę i serce. Tłumaczy jej motywy, ofiarę złożoną z życia. Pomaga nam zrozumieć, skąd biorą się muzułmańskie kobiety, samobójczynie i terrorystki.










Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com











czwartek, 14 maja 2015

Chadidża ! Na studiach łatwiej o męża !




Dagestan na niespokojnym, północnym Kaukazie. Rodzinna wioska. Wyjazd do miasta. Wstępny egzamin na studia kupiony za pieniądze. Świat jest niesprawiedliwy. Meczet. Nowi znajomi. Wieczorny namaz. Koraliki sznura modlitewnego przywiezionego z Mekki. Allach. Narzędzie zemsty. Człowiek jest stworzony z wody i z gliny. Rosyjska pisarka, Marina Achmedowa krok po kroku opowiada o losach swojej bohaterki Chadidży. Prześwietla jej duszę i serce. Tłumaczy jej motywy, ofiarę złożoną z życia. Pomaga nam zrozumieć, skąd biorą się muzułmańskie kobiety samobójczynie i terrorystki.



Fragment powieści "Musiałam umrzeć"



Autorka: Marina Achmedowa







Minęło tyle lat i oto znowu otwieram dziennik. Dobrze go ukrywałam przez te wszystkie lata, więc nikt nie przeczytał ani słowa. Teraz sama wstydzę się czytać, tak wydoroślałam. Wyjeżdżając, schowałam go pod rzeczami na dnie walizki. Tej samej żółtej walizki, z którą mój wujek dziesięć lat temu wrócił z wojska.

Myślałam, że będę musiała spędzić całe życie na wsi, ale wyjechałam stamtąd. Teraz mieszkam w mieście, tak jak marzyłam. Niedawno zdarzyło się coś, czego się w ogóle nie spodziewałam. Przyjechała siostra babci, ciocia Zuchra, i zabrała mnie ze sobą do miasta, żebym się uczyła. Babcia okropnie kręciła nosem. Uważała, że powinnam wyjść za mąż za syna Salihy. Podejrzewała, że na uczelni będę się zadawać z chłopcami i zejdę na złą drogę.

– Po co ma się uczyć? – Babcia się opierała. – Czy nauka przyniosła komuś jakąś korzyść? Weź choćby córkę Zumki.

Miała dwadzieścia pięć lat, nikt nie chciał się z nią ożenić. Dobrze, że została drugą żoną. Nikt nie potrzebuje wykształconej dziewczyny. Wykształcona ma za dużo wymagań.

– Wykształcenie to jedno, a dyplom to drugie – powiedziała ciocia Zuchra.

Jeszcze bardziej się roztyła i ledwie się poruszała. Przyjechała z mężem – wujkiem Wagabem – nowym, zagranicznym samochodem. Odkąd ostatnio ich widziałam, wujek zmalał, a łysina przesunęła mu się aż na tył głowy. Ciocia miała miękkie, obszyte futerkiem kapcie, z których wylewały się spuchnięte nogi. Kiedy szła, bałam się, że ziemia popęka.

Ciocia Zuchra siedziała obok babci na poduszkach.

Do naszego domu dobudowaliśmy dużą przybudówkę z czerwonej cegły, ponieważ wszyscy we wsi zaczęli używać cegły. Wstyd już było stawiać dom z gliny i słomy. Dawniej domy były do siebie podobne. Teraz na ich podstawie można było stwierdzić, która rodzina jest biedna, a która bogata. Najbogatsi byli ci mieszkańcy, których krewni pracowali w mieście. My zaś prócz cioci Zuchry nie mieliśmy w mieście bliskiej rodziny.

Rozesłaliśmy w przybudówce dywany, w oknie powiesiliśmy wykrochmalony, sięgający podłogi tiul, na dywanach ułożyliśmy poduszki, a w dwóch rogach ustawiliśmy wazony ze sztucznymi kwiatami. Na ścianie wisiał pozłacany zegar, zdjęcie Mekki i sura z Koranu wytłoczona na tabliczce złotymi literami. W przybudówce było bardzo ładnie, więc babcia przyjmowała tam wszystkich gości.

– Po co jej dyplom? – pytała. – Dyplomu nie włoży rodzinie męża do kieszeni. Im zależy na dobrym posagu.

– I tu się mylisz! Mówię ci, jeszcze jak się mylisz! Nie wiesz, że teraz w mieście wszyscy chcą, żeby narzeczona miała dyplom. Gdy wyjdzie za mąż, i tak nie będzie pracować, ale wykształcona narzeczona to prestiż.

– Wielkie mi mecyje z jakimś tam prestiżem, nawet nie wiem, co to takiego – powiedziała babcia i kichnęła. Teraz kichała, nawet kiedy nie wąchała tytoniu.

– Mówię ci, lepiej żeby miała dyplom. Na trzecim roku wyjdzie za mąż i jak mąż zechce, to będzie studiować, a jak nie zechce – on sam zapłaci za sesje, a ona będzie siedzieć w domu. Albo ja nie wiem, jak się to robi?! Przecież mój Rusik skończył prawo, ożenił się i wyjechał do Moskwy. Pracuje tam w firmie. Żona też ma dyplom – uczelni medycznej. Ale siedzi w domu.

– E tam. – Babcia nie dawała się przekonać. – Ta nauka to jakiś wymysł. Profesorem przecież nie zostanie, będą tam tylko gębę sobie wycierać moim nazwiskiem. Wydam ją za mąż i wtedy spokojnie umrę – wreszcie zrzucę z siebie ciężar.

– Sama będę się nią opiekować! Nie wierzysz mi czy jak?! Mnie nie wierzysz?! Obiecałam Ajszy i dotrzymam obietnicy.



W październiku 2013 roku Naida wysadziła autobus numer 29 w Wołgogradzie. Zginęło 6 osób, 47 odniosło rany. 


Słysząc imię mojej matki, babcia się rozpłakała. Parę łez stoczyło jej się po twarzy. Wytarła je, po czym się uspokoiła.


– To droga sprawa – powiedziała. – Powiadają, że trzeba zapłacić dziesięć albo dwadzieścia tysięcy dolarów, żeby się dostać na uniwersytet. Skąd wziąć takie pieniądze? Hadżi-Murat jeszcze nie wrócił z Rosji. Jak przywiezie pieniądze, to wystarczą na rok. Musimy postawić nową bramę. Wszyscy mają nowe bramy. To dla nas mus.

– Wagab już się dogadał na uczelni, ma tam dojścia. Zapłacimy z pięć tysięcy i to wszystko. Daj mi swoją zgodę i przyjmij, że Chadidża już zdała wstępne egzaminy. I że dyplom ma w kieszeni.

– Astaghfi rullah, jakie pieniądze!

– Obiecałam Ajszy, to zapłacę. Pieniądze mamy, na cudze nie liczymy.

– Odpowiadasz za nią. – Babcia westchnęła.

– Przecież ci powiedziałam, że nie spuszczę jej z oczu. Jeszcze zobaczysz, jak korzystnie wyjdzie za mąż. Może za prokuratorskiego syna. Sąsiadów mamy nie byle jakich. Jeden to zastępca naczelnika wydziału administracji, drugi to naczelnik. Jest jeszcze sędzia, MSW, FSB, Szósty Wydział – do wyboru, do koloru.

– Ale jeśli się dowiem, że dziewczyna nosi spodnie, od razu przyjadę, spuszczę jej lanie i zabiorę z powrotem na wieś – powiedziała babcia. Po jej minie można się było domyślić, że już sobie wyobrażała, jak wydaje mnie za mąż za prokuratorskiego syna.

– Komu nie wierzysz? Mnie nie wierzysz? Należy przecież do rodziny. Co, może nie jestem jej ciocią?


Siedziały obok siebie – babcia i ciocia Zuchra. Babcia mała jak świerszczyk, ciocia Zuchra duża jak słonica. Babcia była jak stara gruszka, którą zapomniano zerwać z gałęzi – z czasem wyschła i się pomarszczyła. A ciocia Zuchra, na odwrót, rosła jak ciasto na drożdżach. Przyglądałam jej się zza zasłony i myślałam: zaraz, dosłownie na moich oczach, rozedmie się jeszcze bardziej, na brzuchu pęknie jej spódnica, a na nogach kapcie. Babcia i ciocia wiedziały, że słucham, o czym rozmawiają.



*                          *                         *


Czyż mogłam marzyć o mieście, o uniwersytecie? O mieście jeszcze w dzieciństwie marzyłam, ale o studiowaniu na uniwersytecie nigdy. Wiedziałam, że babcia za nic się nie zgodzi, żebym pojechała się uczyć. A gdyby nawet się zgodziła, to i tak nie mieliśmy pieniędzy, żeby zapłacić za przyjęcie na uczelnię.

Z naszej wsi tylko parę dziewcząt i paru chłopców pojechało do miasta, żeby się uczyć. Pochodzili z najbogatszych, murowanych domów. A u nas murowana była tylko przybudówka.

Przez dziesięć lat, które minęły od śmierci mamy, ciocia Zuchra odwiedziła nas ledwie kilka razy. Właściwie o niej zapomniałam; jedynie wspominając mamę, wydawało mi się, że znowu słyszę, jak jęczą schody pod nogami cioci Zuchry.

Przez te wszystkie lata każdy dzień mojego życia był podobny do następnego. Nic nigdy się nie zmieniało. Wstawałam rano z materaca rozesłanego na podłodze i wiedziałam, co się dzisiaj wydarzy. Zasypiałam, leżąc na materacu pod kocem, i wiedziałam, co się wydarzy nazajutrz. Ale teraz otworzyłam swój dziennik i zrozumiałam, że chociaż wszystkie dni były jednakowe, wiele się zmieniło przez te dziesięć lat. Dlaczego tak się stało? Dlaczego nie zauważyłam zmian i dopiero, gdy czytam słowa napisane dziesięć lat temu, widzę, że one nastąpiły? Mimo wszystko życie jest bardzo dziwne.


– Chadidża! – zawołała mnie ciocia Zuchra.

Wyjrzałam zza zasłony.


– Ta dziewczyna to wykapana ty w młodości! – oznajmiła babci, a ta roześmiała się zadowolona.

– Na jakim wydziale chcesz studiować? – zapytała ciocia.

– Nie wiem – odparłam. – A jakie są?

– No więc, proszę ciebie, jeśli chodzi o prawo, to od razu mówię nie. – Ciocia Zuchra przyłożyła rękę do czoła, jakby mówienie sprawiało jej trudność.

Złote pierścionki wpijały się cioci w palce. Chyba już nigdy nie zdoła ich ściągnąć. Pewnie najpierw je włożyła, a później przytyła.



Centralny meczet w stolicy Dagestanu Machaczkale należy do największych w Europie. Może się w nim
modlić do 15 tysięcy wiernych. 


– To droga sprawa – rzekła. – Trzeba zapłacić czterdzieści tysięcy i nic się nie załatwi po znajomości. Mówią, że jest osiem osób na jedno miejsce.

– Astaghfi rullah! – wykrzyknęła babcia.

– To jeszcze nic. Studiują tam sami chłopcy. Nie masz tam czego szukać. Teraz wszyscy wybierają ekonomię albo języki obce.

– A co się robi na wydziale języków obcych? – zapytałam.

– Jak to co? Studiuje się języki obce. Angielski, francuski, arabski.

– Litości! – powiedziała babcia. – Po co jej języki?

– Nie domyślasz się czy co? O narzeczoną ze znajomością angielskiego wszyscy się zabijają!

– Masz ci los… Ta miastowa moda, te porządki! Słowo daję, że w ogóle nie można się połapać. Co? Będzie rozmawiać z mężem po angielsku? Dobra narzeczona jest skromna, dba o teściów, gotuje, pierze, sprząta, rodzi dzieci. Ty mi powiedz, kto wymyślił te języki?

– Tak teraz jest i już! – odparła ciocia Zuchra. – Jak chcesz wydać córkę za mąż, musisz umieć się zakręcić.

– Dobrze, niech idzie na te języki. To lepiej, niż miałaby się plątać między chłopcami. – Babcia wreszcie się zgodziła. Nie rozumiała życia w mieście, ale nie chciała od razu się zgodzić, żeby ciocia Zuchra nie pomyślała, że to ona jest tu najważniejsza.

– A co się robi na ekonomii? – zapytałam.

– Już wszystko postanowione! – Babcia się rozzłościła. – Po co ci ekonomia? Idziesz się uczyć języków! Spróbuj mi później nie wyjść za mąż.

– Wydział języków obcych nazywają nawet wydziałem narzeczonych – powiedziała ciocia Zuchra. – Studiują tam same dziewczęta.

– No i dobrze. – Babcia pokiwała głową. – Tak właśnie powinno być. Żeby nie razem z chłopcami. Tylko uważaj, niech no tylko ktoś cię zobaczy z chłopcami! Jak tylko odezwiesz się do któregoś słowem, natychmiast złoję ci skórę.

– Babciu, przecież ja w ogóle nie zamierzam z nimi rozmawiać. Po co?

– Kawiarnie, piwiarnie – tego też, żeby mi nie było!

– Na co mi to?

– A skąd ja mam wiedzieć na co? Zumka ma wykształconą córkę. Ostatnio przyjechała w spodniach. Co to był za skandal, Allachu! Jak przechodziła koło godekanu, mężczyznom mało papachy z głów nie pospadały ze wstydu.

– To były spódnico-spodnie. Spodni nie było widać.

– Jak to nie było widać?! Co ty mi tu opowiadasz?!

Wszystko było widać! Kto miał zobaczyć, ten wszystko zobaczył! Abidatka specjalnie poszła za nią aż do źródła, żeby się przyjrzeć. Widziała, że to nie spódnica! Dam sobie rękę uciąć, jeśli było inaczej! A ty co, sprzeczasz się ze mną? Patrzcie no ją – nie zapomina słowa w gębie!

– Mówi się „języka”, babciu.

– Kiedyś cię zamorduję! Przysięgam! Jaka pyskata. Ciągle mnie poprawia. Powiedz jej, Zuchra, jak rozmawiałyśmy z naszą babcią – bałyśmy się oczy podnieść, usta otworzyć. A ta mnie jeszcze poprawia. Co się stało z tą młodzieżą? Myśmy były inne – skromne, szanowałyśmy starszych, nie mieliłyśmy jęzorami. A teraz wszyscy mają języki długie na trzy kilometry! Ooo takie! – Babcia uniosła rękę, przyłożyła do łokcia dłoń na sztorc, jakby chciała odrąbać sobie rękę i potrząsnęła nią w powietrzu.

– Takimi językami tylko podłogi zamiatać! Mówię ci, takie długie jak od naszej wsi do następnej!


Ciocia Zuchra chwyciła się grubymi palcami za boki. Policzki jej poczerwieniały jak jabłka. Zadrżały. Oczy zwęziły się w szparki.


– Oj, nie mogę… – wyjęczała. – Ty sama masz taki język…


Ciocia Zuchra parsknęła śmiechem. Odrzucała głowę do tyłu, żeby nabrać powietrza, przyciskała dłońmi boki, jak gdyby wyduszała z siebie bulgotanie. Babcia też się śmiała z otwartymi ustami, pokazując dwa długie żółte zęby, innych z przodu nie miała. Babcia, chociaż była mała, rechotała na cały dom. A ciocia Zuchra tylko bulgotała. Ona śmiała się w środku, a babcia na zewnątrz. Później obie się uspokoiły, tylko jęczały, trzymając się za boki.


– Połknęłam śmieszka – powiedziała ciocia Zuchra.

– Nic już nie mów – odrzekła babcia, ciężko dysząc. Wyjęła z kapciucha tytoń i powąchała. – A psik!

Ciocia Zuchra przesunęła dłonią z góry na dół po twarzy.


– Chadidża… – zawołała takim urywanym głosem, jakby dopiero co zeszła z góry. – Zostawiłam reklamówki w bagażniku. Idź, przynieś i przymierz. To wszystko dla ciebie.

















"Musiałam umrzeć"

Autor: Marina Achmedowa
Tłumaczenie: Aleksandra Stronka
Społeczny Instytut Wydawniczy "ZNAK"
2015

Książkę można zamówić w sklepie internetowym "Znak"





*Marina Achmedowa (ur. 1977), rosyjska pisarka i dziennikarka. Jej reportaże ukazują się regularnie na łamach magazynu "Russkij Reportior". Najwięcej uwagi poświęca zagadnieniom Północnego Kaukazu, konfliktowi na Ukrainie, problematyce socjalnej. Ma na koncie liczne podróże dziennikarskie do najbardziej niebezpiecznych zakątków Dagestanu, Czeczenii, Ukrainy. Jest autorką kilku powieści przyjętych entuzjastycznie przez krytykę rosyjską. Jej proza wolna jest od rozbudowanej metaforyki, Achmedowa oszczędnym stylem potrafi pokazać opisywane przez siebie sytuacje z fotograficzną dokładnością. Jej książki ukazują się coraz częściej w tłumaczeniu na inne języki.






Jeszcze jeden fragment powieści Mariny Achmedowej na blogu "Media-w-Rosji":




Autobusem jadą przeważnie handlarki. Są w drodze po nową partię towaru. Między nimi łatwiej się ukryć. W chwili wyjazdu z Machaczkały świeciło słońce. Po drodze niebo nabiera szarej, a drzewa czarnej barwy. Po stracie ukochanego, Chadidża jedzie do Moskwy. Najwyższy chce, by stała się narzędziem zemsty.










Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com







poniedziałek, 11 maja 2015

Władimirze Władimirowiczu, za co pan nas nienawidzi?



Mało gdzie na wschodzie Ukrainy toczyły się równie zacięte walki. Nie przerwano ich nawet po podpisaniu porozumienia w Mińsku. W końcu separatyści przejęli kontrolę nad ważnym ze strategicznego punktu widzenia miastem Debalcewe. Bomby zamieniły je w ruiny, 80 % domów legło w gruzach. Wadim Babenko uciekł z Debalcewe po wkroczeniu separatystów. Czuje się Ukraińcem, od samego początku opowiedział się po stronie Majdanu, nie rozumie dlaczego Ukraina miałaby się podzielić. W rozmowie z radiem "Swoboda" opowiedział, jak żyło się w Donbasie przed Majdanem, jakie zmiany przyniosły rządy separatystów i dlaczego napisał list do prezydenta Putina.




Rozmawiał Dmitrij Wołczek





Jak na każdej wojnie najbardziej tragiczny los spotkał ludność cywilną



 

Za co Rosjanie nas zabijają? Co zrobiliśmy wam złego?


Przedsiębiorca z miasta Debalcewe, opuszczonego przez armię 

ukraińską po ciężkich walkach, napisał list do Władimira Putina







List do Putina


 „Chciałbym pana zapytać, czy pan w ogóle ma pojęcie, co wyrabiają wasi „powstańcy” w naszym spokojnym niegdyś miasteczku? – pisze do prezydenta Rosji Wadim Babenko – Docierają do pana informacje o grabieżach, zabójstwach i rozbojach, dokonywanych przez „bojowników o Noworosję”? Chyba jako prezydent Rosji powinien pan wiedzieć o tych zajściach. To niech mi pan odpowie, za co w tej chwili Rosjanie tak bardzo nienawidzą nas, Ukraińców?

Za co Rosjanie nas zabijają? Co zrobiliśmy wam złego? Żyliśmy spokojnie, pracowaliśmy, wychowywaliśmy dzieci, aż tu ni stąd, ni zowąd przyszli Rosjanie i zaczęli zrównywać z ziemią nasze miasta i wsie, zabijać naszych starców i dzieci.

Czy panu jako prezydentowi, i po prostu jako człowiekowi, naprawdę nas nie szkoda? Przecież jeszcze niedawno szczerze wierzyliśmy w ideę braterstwa naszych narodów. Po co nas pan skłócił z naszymi rosyjskimi braćmi? Jak ja, ojciec trojga dzieci, mam im teraz powiedzieć, że zabijają nas rosyjscy żołnierze?

Co mam powiedzieć swojemu zapłakanemu dwuletniemu synowi, kiedy wyrzutnie „Huragan” ostrzeliwują nasze miasto z obszarów kontrolowanych przez pańskie wojska? Dlaczego moje sklepy spożywcze zostały ograbione przez kozaków Kozicyna? Czy panu, tak zwyczajnie po ludzku, nie żal nas i naszych dzieci?"





Po tym, jak władzę w Debalcewem zagarnęli separatyści, Wadim Babenko zmuszony był opuścić rodzinne miasto. O swoich losach opowiedział Radiu Swoboda:






Wadim Babenko:
Od 2002 roku prowadzę własny biznes. W Debalcewem miałem dwa sklepy spożywcze. Aktywnie popierałem Ukrainę, byłem na Majdanie. Kiedy w mieście przebywały wojska ukraińskie, pomagałem naszym żołnierzom, czym tylko mogłem. W moim domu mieszkali oficerowie batalionów „Połtawa” i „Ruś Kijowska”. Teraz mam za swoje… Kiedy do miasta weszli separatyści, miejscowe sprzedawczyki od razu pokazały mnie komu trzeba: „O, ten to jest za Ukrainą”. Przyszli jacyś faceci z komendantury wojskowej i wynieśli mi ze sklepu wszystko. Cenniejsze rzeczy zabrali sobie, a resztę, - kaszę, ryż, - rozdali ludziom. W jednym z tych sklepów rozdawana jest teraz z ramienia DRL pomoc humanitarna. Maksyma zwolenników „Donbabwe” i „Ługandy” brzmi: jeśli można ci coś odebrać, to na pewno odbierzemy. Skrzywdzili w ten sposób wielu ludzi, nawet spośród własnych zwolenników. Choćby jedną z kobiet, która zajmowała się biznesem. Nie mogła doczekać się ich przyjścia, popierała ich. Przyszli i zrobili u niej to samo, co u mnie: wynieśli z domu wszystko, co się dało, załadowali do jej własnego autobusu i wywieźli.

Dmitrij Wołczek:
A pański dom?

Babenko:
W domu stacjonuje 15 brygada międzynarodowa wraz z adiutantem komendanta brygady, niejakim „Abchazem”. Są tak bezczelni, że wydzwaniają do mnie na prywatny telefon. Numer dostali od miejscowych zdrajców. Dzwonią i pytają, gdzie mają szukać łyżek albo widelców. A teraz nawet piszą w sieciach społecznościowych: „dziękujemy za dom, warunki nam bardzo odpowiadają”.


Były pracownik


Wołczek:
A kto na pana doniósł? Sąsiedzi?

Babenko:
Były pracownik mojego sklepu. Przepracował u mnie 10 lat. To starszy gość, alkoholik. Jak tylko separatyści weszli do miasta, od razu założył sobie białą opaskę, jak policaj z czasów Wielkiej Wojny Ojczyżnianej, i poleciał kablować: „A Wadik to się kumplował z ukraińskimi żołnierzami”. Udało im się nawet podrzucić mi do sklepu broń, żeby potem przy ludziach wynieść ją z piwnicy i twierdzić, że „wykryli” u mnie cztery automaty i granat. Nie miałem w domu niczego takiego, ale im potrzebny był pretekst. Kiedyś hobbystycznie zajmowałem się renowacją militariów, więc oczywiście znaleźli u mnie mundur majora wojsk wewnętrznych z czasów Wojny Ojczyźnianej i jakieś polskie sztandary. No i zrobili ze mnie faszystę, powiedzieli, że to flagi faszystowskie. Jak z takimi dyskutować, jeśli oni nawet flagi Polski nie potrafią rozpoznać?

Wołczek:
Był pan w domu, kiedy przejęli budynek?

Babenko:
Nie miałem z nimi bezpośredniego kontaktu. Ostatnie 20 dni spędziłem w piwnicy, bo na dwór po prostu nie dało się wyjść, tak strzelali. Moje dwuletnie dziecko biegało po domu i krzyczało: „Tata, pan robi pif-paf!”. I pokazywało na niebo. Wywiozłem stamtąd całą rodzinę, a sam zostałem. Separatyści wcale nie ostrzeliwali pozycji armii ukraińskiej, tylko miasto. To „grady”, to „smiercze” leciały nad naszymi głowami. Gdzieś koło domu tak gruchnęło, że nie tylko szyby popękały, ale i brama się zawaliła. Trafili też w garaż, rozbili mi autobus. Po tym zdarzeniu postanowiłem wywieźć rodzinę.

Wołczek:
Miasto jest bardzo zniszczone?





Ewakuacja z ogarniętego walkami Debalcewe udała się nielicznym.



Marzenia o raju


Babenko:
Praktycznie w 80%. Słowiańsk to pestka w porównaniu z Debalcewem. Debalcewe jest bardzo zniszczone. Miejscowi entuzjaści „republiki donieckiej” cały czas liczyli na to, że nowa władza zapewni im raj na ziemi. Wykrzykiwali coś o fińskich domkach, które dostaną w prezencie od Rosji. Ale obiecywany raj nie nastąpił. Debalcewe to jedyne miasto w obwodzie donieckim, gdzie nie ma gazu, więc w piecach od zawsze paliliśmy węglem. Miejscowi naiwniacy czekali na gwiazdkę z nieba, a okazało się, że ani fińskich domków nie dostaną, ani gazu im nikt nie podłączy, ani wypłat się nie doczekają. Figę z makiem dostali.

Wołczek
Czy w Debalcewem było wielu ukraińskich patriotów, zwolenników Majdanu? Czy też raczej czuł się pan mniejszością w agresywnym otoczeniu?

Babenko:
Nas, zwolenników Ukrainy, było z 10 procent. Pozostali, w większości ludzie słabo wykształceni i zahukani, wykrzykiwali: „DRL! DRL!”. No to mają, co chcieli. Teraz takich jak ja jest znacznie więcej.  Widziałem nawet, że na VKontakte utworzyła się grupa „Debalcewe”. Wielu ludzi przejrzało na oczy i mówią głośno, że nie chcą żadnej donieckiej „republiki”, chociaż wcześniej byli jej zwolennikami. Dotarło do nich w końcu, przekonali się na własnej skórze. Tyle że teraz to ich otrzeźwienie to musztarda po obiedzie.

Wołczek:
A ci ludzie, którzy zajęli pański dom? Po co do pana dzwonią? Chyba nie tylko po to, żeby spytać o łyżki?

Babenko:
Najpierw dzwonili z pogróżkami. Odpowiadałem spokojnie: „Słuchaj, porozmawiajmy. Powiedz mi coś o sobie. Ja mam skończone dwa fakultety, jestem ojcem trójki dzieci, kocham swoją ojczyznę. To moja ziemia, tu się urodziłem”. Wtedy mój rozmówca zaczyna opowiadać: „Jestem z Krasnojarska”.– „A gdzie się uczyłeś, jaką szkołę skończyłeś?” – „Jestem spawaczem”. - „A gdzie pracowałeś?”. Z naszej rozmowy wynikało, że to jakiś bezrobotny, nikomu nie potrzebny człowiek. Tyle, że z bronią w ręku. Nie ukrywał, że jest z Krasnojarska. Mówię do niego: „A jak ty trafiłeś do mojego kraju? Przyszedłeś tutaj i wygoniłeś mnie z własnego domu. Z czego ja mam dzieci wykarmić?”. Wie pan, tam mieszkają ludzie słabo wykształceni, nigdy niczego nie mieli. Tu zobaczyli nagle, że można wszystko zabrać za darmochę, nawet samochód czy autobus. Mi też zabrali autobus, wywieźli z domu wszystkie sprzęty. Z Debalcewego wyjechałem osobówką, zabrałem tylko rzeczy dla trójki dzieci. W DRL jestem poszukiwany listem gończym, na posterunkach milicji wisi mój portret. Niby że taki groźny ze mnie ukraiński terrorysta. Aż przykro patrzeć, jacy u nas idioci mieszkają. Sami chcieli tej swojej „republiki”, a jak ją w końcu dostali, to rozkładają ręce i nie wiedzą, co dalej robić.  Wszystko zniszczone, nie ma infrastruktury, nie ma fabryk i przedsiębiorstw. A oni nie chcą kiwnąć nawet palcem. Sami przed sobą nie potrafią przyznać, że są zwykłymi durniami. Komendant naszej milicji był kiedyś moim przyjacielem. W głowie mu się coś poprzestawiało, ale ogólnie facet jest w porządku.  Jest samotny, stracił rodzinę. Kiedyś zadzwonił do mnie po pijanemu, płakał w słuchawkę i opowiadał, że żona odeszła. Powiedziałem mu: „Widzisz, Andriej, ani rodziny nie masz, ani flagi, ani ojczyzny”. Nawet rodzona matka z nim nie rozmawia przez to, że poparł „republikę” doniecką. A przecież to normalny facet, i nie łapówkarz, jak to zwykle bywa z naszą milicją. Po prostu coś mu się tam w głowie uroiło.


Decyzje zapadły w Mińsku


Wołczek:
Bitwa za Debalcewe rozpoczęłą się od razu po podpisaniu porozumienia w Mińsku. Dlaczego miasto się poddało?

Babenko:
Sądzę, że w Mińsku los Debalcewego został przesądzony. Debalcewe to najwyższy punkt na Wyżynie Donieckiej, w dodatku mieści się tu węzeł kolejowy. Z punktu widzenia sztuki wojennej wysokość na poziomem morza jest bardzo istotna. Wygrywa ten, kto rozmieścił artylerię na jakimś wzniesieniu. Wcześniej Debalcewe oddzielało „republikę” ługańską od „republiki” donieckiej. Po zajęciu miasta rebeliantom udało się połączyć. Nasi mogli chociaż uprzedzić, powiedzieć: „Patrioci, Ukraińcy, wyjeżdżajcie z miasta, zamierzamy się poddać”.  Wtedy zdążylibyśmy wywieźć choćby cokolwiek. A tak – zdołaliśmy spakować jedynie podręczny bagaż. Armię ukraińską wypierała z miasta armia rosyjska, regularne wojska. Rozmawiałem z wieloma chłopakami z naszych sił zbrojnych; walczyli bezpośrednio na pierwszej linii. Opowiadali, że wróg zaczął wysyłać przeciwko nim małe grupy dywersyjne, atakowały ich znienacka w zupełnie niespodziewanych miejscach. My zaczynamy w to miejsce przerzucać rezerwy, a oni już atakują z innej strony. Nasze siły były zupełnie nieskoordynowane. Bataliony milicyjne miały swoje odrębne dowództwo, a siły zbrojne podlegały komuś zupełnie innemu. Gdyby te jednostki stanowiły spójną całość, nikt by im nie dał rady. Niestety, zabrakło tego spoiwa i wszystko skończyło się tak, a nie inaczej.

Przepełnia mnie nienawiść do Rosjan, a przecież jeszcze rok temu wydawało mi się, że co za różnica, czy uważam się za Ukraińca czy za Rosjanina? Teraz myślę już inaczej. Myślę o sobie „jestem Ukraińcem”. Natomiast Rosjanie zwolennicy wojny na Ukrainie, to nasi wrogowie. Byłem gotów iść na front, ale przecież mam troje dzieci. Zostaliśmy bez dachu nad głową. Jeden mój bliski kolega, major milicji, służy w batalionie „Złote Wrota”. Też stracił swój dom. Chociaż muszę przyznać, że większość moich dawnych znajomych walczy po stronie DRL. Nazywam ich wyrzutkami społecznymi. Wiem, nie powinienem tak o nich mówić, ale przecież ja ich znam jak własną kieszeń. 

Wcześniej byli nikim, teraz nagle dostali do rąk broń i od razu poczuli się jak paniska. Zachciało im się samochodu – poszli i wzięli sobie cudze auto. Zachciało się wódki – idą do sklepu i po prostu ją biorą.  Jestem zszokowany, jak Putin mógł pozwolić, żeby aż do tego doszło? W tej chwili w mieście grasuje sześć band. Te wszystkie DRL, ŁRL, kozacy - po prostu włosy się jeżą na głowie. A miejscowe sprzedawczyki pozakładały sobie białe opaski i teraz jeżdżą po domach, opuszczonych przez ukraińskich patriotów, i grabią wszystko jak leci.





80% miasta legło w gruzach. Debalcewe ostrzeliwano z obu stron z najcięższych rodzajów broni. 



Wolczek:
Wojska rosyjskie nadal są w mieście czy wycofały się już w lutym?


Strzelanina na punkcie kontrolnym


Babenko:
Teraz trudno powiedzieć, bo nie mają jakichś specjalnych znaków rozpoznawczych. Po mieście włóczą się kozacy. Podzielili między siebie strefy wpływów, kilka dni temu doszło nawet do strzelaniny na punkcie kontrolnym. W rezultacie zginął jeden z „Noworosjan”. Początkowo myśleliśmy, że to może nasza grupa dywersyjno-rozpoznawcza, ale okazało się, że to kozacy po pijanemu poprztykali się z tymi od „Republiki Donieckiej”. Zaczęła się strzelanina, jednego z nich trafiła kula. Zdaje się, że regularnych wojsk rosyjskich tu nie ma. Na nowo uruchomili węzeł kolejowy i przywrócili połączenie między Ługańskiem i Donieckiem, tak więc teraz składy towarowe docierają do Debalcewego i tu są rozładowywane. Na obrzeżach miasta zgromadzono naprawdę mnóstwo sprzętu. Mamy jednocześnie trzy komendantury, bo miasto zostało podzielone na strefy. 

Jakaś część podlega pod „Republikę Ługańską”, inna pod „Republikę Doniecką”. Chociaż tak naprawdę te przedmieścia podległe „donieckim” kiedyś uważane były za część Debalcewego. Bochenek chleba wydają tam co dwa dni, po bochenku na łebka. Początkowo po prostu rozdzielali rosyjską pomoc humanitarną oraz to, co zrabowali ze sklepów. A teraz już nie, teraz musisz najpierw odpracować dzienną normę i dopiero wtedy dojesz przydział, czyli pół bochenka chleba plus jakaś tam kasza w mizernych ilościach. Bida z nędzą.

Wołczek:
Jak pan sądzi, czy ta awantura z „Republiką Doniecką” wkrótce się skończy? A może przeciwnie – potrwa jeszcze bardzo długo?

Babenko:
Skończy się wtedy, kiedy zabraknie wsparcia ze strony Rosji. Wielu moich znajomych z Debalcewego mówi: „już nam wszystko jedno, kto będzie rządził”. To złe podejście. Tu powinna być Ukraina, nasza ojczyzna. Przecież to tu się kształciliśmy, tu wychowywaliśmy dzieci. Separatyści niczego nam nie dadzą. Tyle, że trudno to wytłumaczyć ludziom, jeśli ich filozofia życiowa sprowadza się do: „niech rządzi, kto chce, byle nie strzelali”. Przecież właśnie dlatego to wszystko teraz się dzieje – bo wychowywaliśmy się na „błatnych” piosenkach, popularnych wśród kryminalistów; bo w młodości zachwycaliśmy się serialem „Brygada”. Zanim zaczął się konflikt zbrojny, rządzili u nas ludzie z przestępczego półświatka. Dla miejscowych przedsiębiorców wymuszenia i haracze były codziennością.

Wołczek:
To dlatego postanowił pan jechać na Majdan?

Babenko:
Tak, 30 listopada pobito studentów, 1 grudnia już byłem na Majdanie. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem taką masę ludzi. Podobno tego dnia było nas tam niemal milion. Wszyscy się ze sobą bratali. Ja miałem chorą nogę i lekko utykałem. Obcy ludzie podchodzili do mnie i pytali, czy potrzebuję pomocy. Wielokrotnie proponowano mi nocleg. Wszystkich ogarnął entuzjazm, w końcu udało nam się obalić Janukowycza. I gdyby wtedy nie wmieszał się Putin, gdyby nie udzielił wsparcia marginesowi z Donbasu…!





Z okazji Dnia Zwycięstwa 9go maja nowe władze miasta zorganizowały obchody na wielką skalę. 



Kiedyś byłem dumny, że pochodzę właśnie z Donbasu. Kiedy służyłem w armii i ktoś pytał mnie albo moich ziomków, skąd jesteśmy, zawsze odpowiadaliśmy: „Z Donbasu”. A dziś wstyd mi się do tego przyznać. Wstydzę się, że półanalfabeci z moich rodzinnych stron krzyczeli: „To my utrzymujemy całą Ukrainę”. Teraz wiadomo, że Donbas funkcjonował wyłącznie dzięki dotacjom z budżetu. A nasi ludzie… Powiem bez owijania w bawełnę, jacy są: obudził się taki o 6.00 rano, szedł do pracy, w południe już był podpity, a pod koniec dnia pracy - po prostu pijany w sztok. Potem powrót do domu, awantura, seria solidnych kuksańców dla żony i dzieci. Żona płacze, dzieci płaczą,  a nasz „bohater” nareszcie kładzie się spać. Rano pobudka o 6.00, i wszystko od początku. Tak właśnie wygląda ich codzienność, tacy oni są.

Potem zaczęło się straszenie banderowcami. Rozpowszechniano niestworzone historie, np. że banderowcy gotują dzieci w wielkich kotłach. Jak można coś takiego wymyśleć? Tłumaczyłem znajomym, przecież nigdy nie byliście w zachodniej części Ukrainy. A ja tam odsłużyłem wojsko, potem wielokrotnie jeździłem kupować samochody. Wiem z doświadczenia, że mieszkają tam życzliwi, normalni ludzie, tacy sami Ukraińcy jak my. Tyle tylko, że oni rozmawiają po ukraińsku, a my po rosyjsku.  Ale przecież i oni, i my jesteśmy Ukraińcami. Mnóstwo razy jeździłem do Łucka czy do Równego, żeby kupować tam samochody. Ledwie zdążysz przyjechać, a już cię serdecznie witają. Choć widzą cię pierwszy raz, od razu zapraszają do siebie, do domu. Człowieka, który miał mi sprzedać samochód, znałem wyłącznie z rozmów telefonicznych, a jednak od razu zaprosił mnie pod swój dach, przedstawił rodzinie. Nas początkowo taka otwartość dziwiła: „A skąd oni wiedzą, czy nie jesteśmy jakimiś bandytami?”. Ta serdeczność miło nas zaskoczyła. Ale naszym idiotom ze wschodu, tej masie alkoholików z marginesu społecznego, bez trudu udało się wmówić, że ci z zachodniej części kraju to jacyś mordercy. Ot, na przykład, całkiem niedawno spuszczono wodę ze sztucznego jeziora, żeby odnaleźć w nim zwłoki dziewczyn, rzekomo zgwałconych przez ukraińskich żołnierzy. Rozumie pan? To przecież świadczy o mentalności tutejszych ludzi. Kto normalny uwierzy, że ukraińska armia mogła gwałcić i mordować, a potem wrzucać obciążone kamieniami trupy do jeziora? Wstydzę się, że kiedyś tutaj mieszkałem, że byłem ich sąsiadem. Wstyd mi za tych ludzi.


Postawimy ich przed sądem


Wołczek:
Jakie ma pan plany na przyszłość? Zamierza pan wrócić do Debalcewego?

Babenko:
Nie chcę tam wracać. Trudno mi żyć obok tych ludzi. Myślę, że jak tylko Rosjanie się wycofają, cała ta awantura od razu się skończy, a separatyści najzwyczajniej w świecie zwieją. Pamięta pan, jak jeszcze nawet pod koniec lat 80-tych w ZSRR sądzono policajów z czasów II wojny światowej? Jeden taki przypadek zdarzył się nawet w naszym mieście. Pamiętam, chociaż byłem wtedy dzieciakiem. Oskarżony był już naprawdę starym człowiekiem, a jednak KGB zdołało go wytropić. I to samo będzie z separatystami. Sądzę, że kiedyś w przyszłości wszyscy oni zostaną pociągnięci do odpowiedzialności.

Wolczek:
Dlaczego postanowił pan napisać do Putina?

Babenko:
Pisałem też do Poroszenki, do Jaceniuka. Prosiłem, żeby zapewniono bezpieczeństwo mojej rodzinie. Wtedy ja sam mógłbym wstąpić do armii, walczyć o swój kraj. Nie otrzymałem odpowiedzi. Natomiast do Putina napisałem prosto z mostu: „Władimirze Władimirowiczu, nazywam się tak i tak, chciałbym spytać, za co nas pan tak nienawidzi? Co myśmy Rosjanom zrobili? Kiedyś uważałem was za braci, a teraz co mam o was myśleć?”. I niech pan sobie wyobrazi, że dostałem list podpisany przez sekretarza Putina: „Pańskie pismo zostało zarejestrowane i w trybie przewidzianym odpowiednimi przepisami otrzyma pan odpowiedź w terminie dwóch miesięcy”. Ale póki co obiecanej odpowiedzi jeszcze nie otrzymałem.





Tłumaczenie: K.K.
Oryginał ukazał się na portalu svoboda.org:
http://www.svoboda.org/content/article/26972620.html




*Dmitrij Wołczek (ur. 1964), od 1988 roku dziennikarz rosyjskiej redakcji Radio Swoboda. Redaktor naczelny portalu svoboda.org. Poeta, tłumacz literatury anglojęzycznej. 













Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com