sobota, 13 września 2014

Nie chcemy szczególnego statusu. Chcemy niepodległości



Fenomen republik ludowych na wschodzie i południu Ukrainy budzi wielkie zainteresowanie w niezależnych mediach rosyjskich.  Z jednej strony wiadomo, są one tworem sztucznym, marionetkowym, stworzonym z inspiracji Moskwy. Kim jednak są ludzie, którzy w nich działają? Czy mają własny program, czy realizują wyłącznie instrukcje z Moskwy? Przeprowadzona przez dziennikarzy portalu slon.ru nieco zagadkowa rozmowa z byłym ludowym gubernatorem Donbasu, Pawłem Gubariewem rzuca trochę światła na to, co dzieje się za kulisami Donieckiej Republiki Ludowej.
 


Z Pawłem Gubariewem rozmawiali Aleksandr Ponomariow i Lola Tagajewa.
  






Paweł Gubariew wyznaczył dziennikarzom portalu „Slon” spotkanie w klubie bajkerów „Sekston”, tu znajduje się siedziba „Nocnych wilków” i ich przywódcy Aleksandra „Chirurga” Załdostanowa. „Zaczekajcie, za chwilę Wam otworzą” – sprzed bramy zadzwoniliśmy do Gubariewa. Wejście do klubu w trudny do zrozumienia sposób przypominało wrota wiodące do Mordoru. Po pięciu minutach „ludowy gubernator Donbasu” wyszedł sam, by otworzyć masywną furtkę. Wewnątrz, w „Sekstonie” panuje pustka, prowadzone są prace remontowe. Zapytany o to, czy przyjaźni się z Chirurgiem, Gubariew odpowiada twierdząco: „Dlaczego miałbym się nie przyjaźnić. To w porządku gość, z nim przyjaźni się nawet Putin.” Za chwilę Gubariew zaczyna się skarżyć, iż Moskwa to trudne miasto. Jeśli, umówicie się tu z kimś na spotkanie, to jeszcze wcale nie znaczy, że się odbędzie.” – wzdycha.




Choć należal do inicjatorów protestów donieckich, Pawieł Gubariew, pierwszy gubernator
ludowy Donbasu, dziś w kierownictwie DRL nie zajmuje żadnego oficjalnego stanowiska. 



Aleksiej Ponomariow, Lola Tagajewa:
- Zacznijmy może od pytania, po co przyjechał pan do Moskwy

Paweł Gubariew:
Chciałem spotkać się z chłopakami, ocenić sytuację. W zasadzie spotykam się tylko ze środowiskiem patriotów. To są szczerzy ludzie, wspierają Noworosję na prawdę, nie tylko słowami.

Ponomariow, Tagajewa:
Kim są ci patrioci?

Gubariew:
O nich można powiedzieć, że nie są na sprzedaż.

Ponomariow, Tagajewa:
Weźmie pan udział w demonstracji poparcia dla Noworosji, zaplanowanej na sobotę, 13 września.

Gubariew:
Jeszcze nie wiadomo. Przyjdę, jeśli nie wyjadę do Donbasu.

Ponoimariow, Tagajewa:
Stał się pan znany jako „gubernator ludowy” Donbasu. Od tamtej pory w Doniecku, w kierownictwie republiki wymieniono wielu ludzi. Jakie miejsce zajmuje pan w obecnej konfiguracji?

Gubariew:
W strukturach władzy Donieckiej Republiki Ludowej nie zajmuję żadnego oficjalnego stanowiska. Jestem przywódcą społeczno-politycznego ruchu „Noworosja”. To moje jedyne oficjalne stanowisko. Byłem przez jakiś czas naczelnikiem zarządu do spraw mobilizacji, ale zrezygnowałem.

Ponomoriaow, Tagajewa:
Jak to się stało, że zechciał pan zostać ludowym gubernatorem Donbasu?


Gubernator ludowy


Gubariew:
W pewnej chwili, rozumiałem dobrze sytuację, odczytałem nastroje społeczne, doszedłem do wniosku, że trzeba organizować protesty. Tamtej nocy spałem wszystkiego 3 godziny, obudziłem się w środku nocy i zrozumiałem… Miałem jasny plan. Nie wymyśliłem go, zapożyczyłem u mieszkańców Krymu, wiele podpowiedział mi też gubernator ludowy Aleksandr Czałyj (Aleksander Czałyj pełnil obowiązki gubernatora ludowego Sewastopoloa od 1 do 14 kwietnia – slon.ru). Później, już w ciągu dnia wyjaśniło się, że mamy jeszcze jednego kandydata na stanowisko gubernatora ludowego, związanego z oligarchą Achmietowem, Nikołaja Lewczenko. Nie chcieliśmy jednak gubernatora stojącego po stronie Achmietowa. To by groziło, iż ruch protestu utraciłby swą energię.

Ponomariow, TAgajewa:
Jak duży jest obecnie wpływ Achmietowa na wydarzenia w Noworosji?

Gubariew:
Jest bardzo duży. Nie tylko jego, także pozostałych oligarchów. Oni mają wpływy, prowadzą swoją grę. Ten wpływ nie jest rozstrzygający, ale pozostaje bardzo znaczący.

Ponomariow, Tagajewa:
Jak wygląda struktura służbowa DRL? Na przykład, podpisano porozumienia w Mińsku. Jednym z sygnatariuszy jest kierownictwo DRL.

Gubariew?
A ktoś ich wybierał?

Ponomariow, Tagajewa:
Pan chyba…. To jest wasze kierownictwo. My też wybieraliśmy, w Rosji mamy prezydenta.

Gubariew:
A my nie wybieraliśmy. Za to mamy premiera. Dwóch. W Doniecku i w Ługańsku. Mamy aż dwóch premierów, a ludności 3 miliony. Tyle wynosi ludność terytorium kontrolowanego przez ruch powstańczy.

Ponomariow, Tagajewa:
Jest pan przecież człowiekiem publicznym, jednym z najbardziej znanych w Noworosji.  Porozumienie pokojowe zostało podpisane przez oficjalne kierownictwo waszej republiki. A pan mówi, że to papierek, wymuszony przez oligarchów, dla was bez żadnego znaczenia.

Gubariew:
Tak. I zaraz po podpisaniu tego dokumentu, ludzie, którzy je podpisali sami zaczynają je krytykować. Jak można było przyjąć dokument, gdzie znalazły się takie sformułowania, jak „obwód doniecki”, „obwód ługański”, „wybory zgodne z ustawodawstwem ukraińskim”, „szczególny status terytoriów kontrolowanych przez ruch powstańczy”….

Ponomariow, Tagajewa,
Nie tego  chciało kierownictwo DRL?

Gubariew:
Nie szczególnego statusu. Chcemy pełnej niepodległości. Zostało to potwierdzone przez referendum. Za niepodległością wypowiedziała się absolutna większość głosów. W tej sprawie nikt nie zgłaszał wątpliwości.

Ponomariow, Tagajewa:
Jest pan przekonany, że Rosja jest teraz zainteresowana przyznaniem wam pełnej niezależności, a później przyłączeniem Donbasu? Mamy wielu niezadowolonych z tego, że na przykład w obwodzie twerskim w ogóle brakuje dróg, a równocześnie przeznaczamy miliardy na Krym.

Gubariew:
Zrozumcie, że to ostatnie szansa. Jeśli dziś tego nie odwojować, to wystarczy jeszcze jedno pokolenie, zadziała propaganda i Rosja pozbawiona Krymu oraz Donbasu, stanie na wieki oko w oko z wrogim ukraińskim państwem, zagrażającym rosyjskiemu podbrzuszu. Na jego terytorium zostaną rozmieszczone bazy NATO. Czas dolotu rakiet balistycznych zostanie skrócony do 50 sekund. To jest jeden z najważniejszych momentów budzących zaniepokojenie Rosji.

Ponomariow, Tagajewa?
Rosji, czy Władimira Putina?

Gubariew:
Rosji ! Musicie zrozumieć, iż USA, jako centrum zglobalizowanego świata przyglądają się Rosji wyłącznie z komercyjnego punktu widzenia. Jeszcze Margaret Thatcher, jak mi się wydaje, powiedziała, iż w Rosji należałoby pozostawić 15 milionów ludzi potrzebnych do obsługi przemysłu wydobycia ropy i gazu. Pozostali są niepotrzebni (wypowiedź Thatcher o efektywnej z gospodarczego punktu widzenia części ludności ZSRR została nieprawidłowo zacytowana w opublikowanej w 1999 roku książce Andrieja Parszewa „Dlaczego Rosja nie jest Ameryką?”. Później, sam Parszew przyznał że przeinaczył znaczenie wypowiedzi brytyjskiej premier. – „slon.ru”).

Ponomariow, Tagajewa:
Margaret Thatcher była premierem Wielkiej Brytanii. Jak się wydaje Ameryka i oni mają różne….

Gubariew:
No nie, teraz mówią jednym głosem.

Ponomariow, Tagajewa:
Ale teraz wielu ludzi uważa, iż jak raz z punktu widzenia Moskwy najlepsze rozwiązanie to Donbas ze swoim statusem, jako część państwa ukraińskiego. To oznacza, że pieniądze na odbudowę Donbasu muszą się znaleźć w budżecie Ukrainy. Rosja będzie kontrolowała terytoria finansowane przez rząd ukraiński.

Gubariew:
Byłoby lepiej, gdyby oni podpisali kapitulację, nałożymy na nich reparacje wojenne i to oni będą musieli wszystko odbudować. Ale Donbas nigdy nie będzie Ukrainą.

Ponomariow, Tagajewa:
Sam brał pan udział w powstaniu?

Gubariew:
Tak. Byłem naczelnikiem Centrum do spraw Mobilizacji. Ale nie uczestniczyłem bezpośrednio w działaniach bojowych. Kilka razy jednak znalazłem się pod ostrzałem.

Ponomariow, Tagajewa:
Na wiosnę, wojna praktycznie jeszcze się nie zaczęła, był pan w donieckim ruchu antymajdanowym postacią najbardziej popularną. Potem na pana miejscy przyszli różnego rodzaju funkcjonariusze. Pojawił się Poszylin….

Gubariew:
Przecież siedziałem w więzieniu, więc oczywiście ktoś przyszedł na moje miejsce (władze ukraińskie aresztowały Gubariewa w marcu 2014 roku, postawiono mu zarzut separatyzmu. Uwolniono go po dwóch miesiącach. – „Slon.ru”). Nikomu nie zazdrościłem, w takich trudnych okolicznościach ludzie wzięli na siebie odpowiedzialność… Proszę bardzo. Nie stanąłem do walki o władzę. Mógłbym, ale nie chciałem włazić do tego kotła…. Dlaczego? Tam działają zorganizowane, uzbrojone grupy. Ja sam nie miałem podobnej,  własnej, uzbrojonej drużyny, ta najbliższa mi walczyła w Słowiańsku. Mógłbym stworzyć taką grupę, wesprzeć Słowiańsk, w tamtym okresie miasto prowadziło prawdziwą walkę. Podjąłem inną decyzję. Stworzyłem zarząd do spraw Mobilizacji.


Dlaczego odeszli Striełkow z Borodajem?

Ponomariow, Tagajewa:
Potem Puszylina w Doniecku zamienili Borodaj ze Strielkowem. Obydwaj przyjechali z Moskwy. Co pan myśli o tych zmianach?

Gubariew:
Ich nie należy rozpatrywać razem. Ludzie tacy jak Striełkow są mi bliscy duchem, są też inni, zajmują odmiennie stanowisko, nie należy ich mieszać. Ale ja nie będę się bawił w jakieś personalne charakterystyki.

Ponomariow, Tagajewa:
Nie mamy na myśli stosunków osobistych, interesują nas raczej kwestie ideowe.

Gubariew:
Ludzie są różni,  ideowi i nie. Niektórzy ludzie podejmują działania w oparciu o pewne zasady ideowe. Mają jakąś wizję przyszłości, chcą zmienić teraźniejszość. Ale są też ludzie przypadkowi, przystępując do ruchu kierują się koniunkturą. Nie chcę tu komukolwiek przyklejać łatki, ale tacy są także i w Noworosji. Są i ci pierwsi, i ci drudzy, i trzeci. Ja tu przyjechałem w poszukiwaniu ideowych.

Ponomariow, Tagajewa:
Niech pan wymieni choćby kilka nazwisk…. Przecież chodzi o porządnych ludzi.

Gubariew:
Striełkow, Chirurg (śmieje się), Gubariew.

Ponomariow, Tagajewa:
Porozmawiajmy o Striełkowie. Pamięta pan tę historię, do Doniecka przyjechał Kurginian, przyszedł pan na jego konferencję prasową. Długo się pan z nim sprzeczał….

Gubariew:
Kurginian nie miał racji. W swoim przemówieniu wystąpił ze z góry ustalonym stanowiskiem. Moim zdaniem wykonywał zamówienie polityczne, chodziło o dyskredytację Igora Iwanowicza Striełkowa.

Ponomariow, Tagajewa:
Co go do tego popchnęło?

Gubariew:
Nie mam pojęcia.

Ponomariow, Tagajewa:
Krążyło wtedy wiele konspiro logicznych wersji. Mówiono, że Kurginianowi za jego wystąpienie zapłacili Departament Stanu, Kołomojski…. Za to w Moskwie W Kurginianie zawsze widziano radykalnego patriotę.

Gubariew:
Ja też znałem go jako radykalnego patriotę. Okazało się jednak, iż był co najwyżej marionetką polityczną wypełniającą wydawane mu polecenia. Wówczas udowodnił brak jakichkolwiek kompetencji, zwłaszcza w kwestiach wojskowych. I zaczął krytykować człowieka mającego za sobą nie jedną wojnę i oczywiste kompetencje. W dodatku przez cały czas widzieliśmy jak działa, jako dowódca był rozsądny, momentami nawet demonstrujący przebłyski geniuszu. Wyjście ze Słowiańska trafi do podręczników historii wojskowości, taktyki, na zajęcia w Sztabie Generalnym. Wszystko było przemyślane, nie było się do czego przyczepić.



Pawieł Gubariew (z lewej): "Striełkow jest żołnierzem. Wykonuje rozkazy. Dawał sobie radę.
Dlaczego go zdjęli? Na razie odpowiedź znaja zwolennicy teorii konspiracyjnych?"


Ponomariow, Tagajewa:
Wszyscy zadają sobie pytanie, dlaczego zdjęli Striełkowa, przecież rzeczywiście dowodził kampanią z powodzeniem.

Zubariew:
O tym poczytajcie u zwolenników teorii konspiracyjnych, nie chcę tego komentować. Nie znamy faktów, jesteśmy skazani na domysły.

Ponomariow, Tagajewa:
Musi mieć pan w tej sprawie jakiś pogląd?

Zubariew:
Sami spróbujcie zinterpretować fakty, Striełkow odszedł, zaczęła się ofensywa. Jakie można wyciągnąć wnioski? Szykowano się do ataku.

Ponomariow, Tagajewa:
Dlaczego Striełkow nie mógł dowodzić ofensywą?

Gubariew:
Mógł. Ale nie dowodził. Dlaczego (uśmiecha się)?

Ponomariow, Tagajewa:
Tego właśnie chcielibyśmy się dowiedzieć.

Gubariew:
Zapytajcie o to zwolenników teorii konspiracyjnych.

Ponomariow, Tagajewa:
Kto podejmuje decyzje w sprawie Strielkowa, o tym że odchodzi, lub zostaje?

Gubariew:
Striełkow jest żołnierzem, działa tylko tak, jak może działać żołnierz.

Ponomariow, Tagajewa:
Niech pan się zgodzi, to przecież dziwne. Jak wiadomo, dobry przyjaciel Striełkowa, Aleksandr Borodaj był szefem DRL, Striełkow był głównodowodzącym. Ze swoimi obowiązkami dawali sobie radę. Potem jednak nagle ich zdjęto i mianowano jakichś zupełnie nieznanych ludzi.

Gubariew:
Sytuacja zmienia się bardzo szybko (uśmiecha się). Mnie się zdaje…. Jako historyk staram się te sytuację analizować. To chyba nie będzie ostatni rząd.

Ponomariow, Tagajewa:

Mówi pan, że Strielkow jest żołnierzem. Więc powinien wykonywać rozkazy…

Gubariew:
Ja nie wypowiadałem słowa rozkaz, wymyśliliście je teraz sami.

Ponomariow, Tagajewa:

W porządku. Czytaliśmy wspomnienia Strielkowa, o tym jak walczył w Bośni, Wojował przede wszystkim przeciw muzułmanom, W jego oddziale byli także ludzie z UNA-UNSO, nacjonaliści ukraińscy. Po tej lekturze odnieśliśmy wrażenie, że dla Striełkowa wojna jest jak sport. Dla niego najważniejsza jest realizacja postawionego przed nim zadania. To z kim walczy, nie jest już takie ważne. Pan nie odniósł podobnego wrażenia?

Gubariew:
Odniosłem (wzdycha, pogrążając się w studiowaniu swojego telefonu). Odniosłem takie wrażenie. Przecież mówiłem, że to żołnierz.

Ponomariow, Tagajewa:
Do jakiego stopnia jego samego interesuje Noworosja?

Gubariew:
To jest dla niego kwestia życiowa. Teraz to dla niego cel życia, tak mogę wnioskować na podstawie swoich z nim kontaktów. Dla mnie z resztą także.

Ponomariow, Tagajewa:
Co dla niego ważniejsze, stworzenie jakiejś zdolnej do funkcjonowania republiki, czy zwycięstwo w wojnie z „kijowska juntą”?

Gubariew:
Chodzi o to, by uwolnić Noworosję spod panowania wrogiego państwa. Nie dopuścić do realizacji wrogiego projektu. Ukraina jest państwem wrogim wobec Rosji. 23 lata aktywnej propagandy przyniosły rezultaty. Młode pokolenie poznawało historię wyłącznie w głęboko stronniczej wersji.


Co to takiego prawidlowy faszyzm?



Ponomariow, Tagajewa:
Zatrzymajmy się nad kwestią historii. Ruch patriotyczny w Noworosji, „Rosyjska Wiosna” odwołuje się do Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, do wojny przeciwko faszystom. Nie dalej jak przedwczoraj, napisał pan w Facebooku o „prawdziwym włoskim faszyzmie” walczącym po stronie Donieckiej Republiki Ludowej. Jak jedno można pogodzić z drugim?

Gubariew:
Zrozumcie, faszyzm nie jest jakimś nazizmem. We Włoszech jest faszyzująca, no, faszystowska partia. To normalna partia, nie jakiś margines. Zwykła partia faszystowska. I jej przedstawiciel mówi: „zobaczcie, tu są nieprawdziwi faszyści amerykańscy, a ja jestem rzeczywistym faszystą – antyamerykańskim.” Po czyjej stronie taki człowiek będzie walczył? Więc on bije się ramię w ramię z antyfaszystami, w tych samych szeregach, z tymi, kogo uważa za wroga.

Ponomariow, Tagajewa:
Tak, czy inaczej, to jakoś nie pasuje do siebie. Nawet w niedawnych tezach Striełkowa padły słowa o tym, że „naszym celem jest zjednoczenie sił w walce z faszyzmem”. A pan mówi o jakimś „słusznym faszyście”. W Rosji, tak czy inaczej, termin faszysta na negatywne znaczenie.

Gubariew:
Jesteście przedstawicielami intelektualnego wydania, nie powinniście odbierać terminu faszysta niewolniczo. To nie jest jakiś pusty termin, on niesie ze sobą poważny sens.

Ponomariow, Tagajewa:
A co dla pana jest w nim najważniejsze?

Gubariew:
Tu chodzi o „fasci”, kłębek, faszyzm włoski, ludowy.

Ponomariow, Tagajewa:
To rozumiemy, ale….

Gubariew:
Jeśli bywaliście w Europie, to wiecie, że termin faszyzm nie ma tam negatywnego znaczenia. Tam potępiany jest nazizm.

Ponomariow, Tagajewa:
W naszej telewizji mówią, że faszyści, faszystowscy młodzicy – to kijowska junta.

Gubariew:
Nie kręćcie, nie plączcie, już wam to tłumaczyłem.

Ponomariow, Tagajewa:
Zajmował się pan ochotnikami, mobilizacją…. Na pewno i do pana docierały te wszystkie wersje mówiące o bezpośredniej pomocy wojskowej udzielanej Donbasowi przez Rosję.

Gubariew:
Co macie na myśli?

Ponomariow, Tagajewa:
Mamy na myśli kontrofensywę, przeprowadzono ją najwyraźniej nie tylko siłami czysto powstańczymi Donbasu.

Gubariew:
No tak… (znów wgłębia się w swój telefon). Ja te wasze domysły pozostawię bez komentarza.

Ponomariow, Tagajewa:
To przecież nie całkiem domysły, przecież widzimy, kontrofensywa odniosła sukces, prawie udało się zdobyć Mariupol.

Gubariew:
Nie, ja nie tylko mam na myśli kontrofensywę. W porządku, musimy kończyć. Muszę wykonać kilka telefonów.







Materiał ukazał się na portalu slon.ru: http://slon.ru/world/pavel_gubarev_strelkov_mog_vozglavit_kontrnastuplenie_no_ne_vozglavil_pochemu_-1155788.xhtml





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com

poniedziałek, 8 września 2014

Wolność słowa nie mniej ważna, od rolnictwa



Kryzys ukraiński pogłębił sprzeczności w rosyjskim środowisku artystycznym i intelektualnym. Kremlowscy propagandyści pisarzy takich, jak Ludmiła Ulicka, Borys Akunin, Dmitirj Bykow nazywają bezwstydnie „piątą kolumną”. Wtórują im lojalni pisarze i artyści, reżyser Nikita Michałkow, piosenkarz Josif Kobzon, pisarz Siergiej Łukjanienko, czy dyrygent Walery Giergijew. Jednak związani z opozycją intelektualiści potrafią się odgryźć, demaskując sprzedajność i koniunkturalizm zwolenników Kremla.


Publikujemy dziś list opozycyjnej dziennikarki Kseni Sobczak adresowany do reżysera Nikity Michałkowa. Dlaczego pan nie chce zwrócić przebrzydłym Amerykanom swojego Oscara w odwet za ich krwawą politykę? – pyta Sobczak, w odpowiedzi na postulat Michałkowa, by krytycy Kremla, tacy jak muzyk Andriej Makarewicz zwrócili przyznane im wcześniej rosyjskie nagrody państwowe.
 







Uwaga:
List Kseni Sobczak zawiera szereg odniesień do sytuacji,  faktów i osób szerzej w Polsce nie znanych. By ułatwić lekturę i jej zrozumienie, w niektórych wypadkach, w nawiasie dodaliśmy odpowiedni przypis, w innych zlinkowaliśmy fragment tekstu z odpowiednim materiałem dostępnym w Internecie, umożliwiającym jego lepsze zrozumienie. Z tego samego powodu, inaczej niż w wypadku wcześniejszych publikacji na blogu, krótkie biografie bohaterów tekstu zamieściliśmy nie w końcu materiału, a na początku.






Nikita Michałkow (ur. 1945) jest jednym z najbardziej znanych rosyjskich reżyserów filmowych i aktorów. Jest laureatem wielu nagród międzynarodowych, w tym przyznanego mu za film „Spaleni słońcem” Oscara. Jak sam o sobie mówi jest artystą propaństwowym, energicznie wspiera politykę Władimira Putina. Z entuzjazmem zareagował na aneksję Krymu. Krytyków Kremla miesza z błotem. Władza hojnie rewanżuje się reżyserowi, przyznając wielomilionowe dotacje na jego produkcje filmowe, wspierając jego działania biznesowe. Przeciwnikom Kremla Michałkow nie szczędzi ostrej krytyki, w jednym z niedawnych programów telewizyjnych zmieszał z błotem krytycznych wobec Kremla muzyka Andrieja Makarewicza i dziennikarkę Ksenię Sobczak.





Ksenia Sobczak (ur. 1981) jest popularną w Rosji dziennikarką. Sobczak nie ukrywa swoich krytycznych poglądów wobec polityki Władimira Putina. Jest córką wybitnego polityka okresu pieriestrojki, późniejszego mera St. Petersburga, Anatola Sobczaka. Wówczas dobrze poznała swego „wujka”, Władimira Putina, piastującego stanowisko pierwszego zastępcy ojca w ratuszu petersburskim. Zaczynała karierę jako typowa celebrytka, uczestniczyła w rozrywkowych widowiskach telewizyjnych, była popularną bohaterką prasy kolorowej. Jednak w ostatnich latach Ksenia Sobczak zdecydowanie zmieniła swoje emploi. Energicznie zaangażowała się w ruch protestu przeciw fałszerstwom wyborczym w Rosji z lat 2011-2012, na antenie opozycyjnej stacji telewizyjnej „DOŻD’” zaczęły ukazywać się prowadzone przez nią znakomite wywiady z politykami, działaczami opozycji, artystami. Jest dziś obdarzoną ostrym językiem publicystką nie szczędzącą krytyki reżimowi Władimira Putina.




List otwarty do Nikity Michałkowa



Drogi Nikito Siergiejewiczu!


Niestety, nie mam możliwości, by odpowiedzieć Panu na antenie telewizji „Rossija 24” z tej prostej przyczyny, że ludzi z moimi poglądami takie stacje telewizyjne nie zapraszają. W ich programach goszczą wyłącznie ci, którzy podzielają pański punkt widzenia. Zapewne właśnie dlatego zmuszony jest Pan wygłaszać monologi przed kamerą zamiast podjąć na antenie bezpośredni dialog z Makarewiczem, Sobczak czy jeszcze kimś spośród pańskich oponentów.
Korzystając z okazji ponawiam zaproszenie do wzięcia udziału w moim programie «Sobczak na żywo». Wiem, że potrafi Pan twardo bronić swoich przekonań, więc zamiast wygłaszać monologi aktorskie, mógłby Pan przecież wziąć udział w bezpośredniej dyskusji. Ale póki co zamieszczam swoją odpowiedź właśnie tutaj.

Nie zamierzam komentować fragmentu pańskiej wypowiedzi, dotyczącej Andrieja Makarewicza. Znam go jako człowieka mądrego i odważnego. Jeśli uzna to za konieczne, sam Panu odpowie. Tym niemniej chciałabym odnieść się do jednej kwestii, będącej przykładem naruszenia elementarnych zasad logiki.


Dlaczego nie odda Pan nagród przebrzydłym Amerykanom?


Apeluje Pan do Makarewicza, żeby oddał swoje nagrody: „Po co odbierasz nagrody od tych, których tak traktujesz? Dlaczego korzystasz z tych wszystkich przywilejów, owszem zasłużyłeś na nie, ale dostałeś je od ludzi, których nie darzysz szacunkiem?”. Zanim usłyszałam tę wypowiedź, naiwnie sądziłam, że tacy zasłużeni działacze kultury, jak Makarewicz i - bez wątpienia - Pan sam, otrzymują nagrody OD PAŃSTWA. Natomiast prezydent, minister kultury czy jakikolwiek inny wysoko postawiony urzędnik, przypinający wam odznaczenie do klapy marynarki lub wręczający dyplom uznania, pełni jedynie rolę reprezentanta państwa. Niezależnie od tego, czy prezydentowi albo ministrowi kultury osobiście podoba się twórczość danego artysty, który wniósł istotny wkład w rosyjską kulturę, dygnitarz taki jest zobowiązany do wręczenia przyznanej nagrody.
Ale najwidoczniej Pan już dawno zrozumiał to, co nie dociera jeszcze do innych: że nagrody w naszym kraju, niestety, przyznają i wręczają konkretni ludzie, przekonani, iż to właśnie oni i tylko oni są państwem. Przypomina to postawę Ludwika XIV, króla-słońca, autora słynnego powiedzenia: „Państwo to ja!”. Jako zagorzały monarchista ma Pan pełne prawo do podzielania tego nieco egzotycznego jak na XXI wiek punktu widzenia.

Ale w takim razie, Nikito Siergiejewiczu, apeluję, aby był Pan konsekwentny. Niech pan zwróci swojego Oskara przebrzydłym Amerykanom, „bombardującym Irak i Libię” i „nękającym” przywódców innych krajów! Przecież Pan ich nie szanuje, prawda? A przy okazji niech pan zwróci „Gejropie” (Europie Gejów – „mediawRosji”) statuetki otrzymane w Hiszpanii, Francji czy Włoszech. Oczywiście w ramach protestu wobec ustanowionych przez te państwa sankcji.
Ale przede wszystkim - (stosuję tu pańską logikę i retorykę) – proszę sprecyzować, jakich konkretnie członków rządów Rosji i ZSRR Pan szanuje, a którym gotów jest Pan zwrócić przyznane kiedyś przez nich wyróżnienia. Po dokładnym przestudiowaniu długiej listy Pańskich nagród łatwo zauważyć, że był Pan ulubieńcem wszystkich władz we wszystkich okresach swojej działalności. Co prawda można by założyć, że urzędnicy państwowi po prostu wypełniali swoje obowiązki, a w rzeczywistości wyrazy uznania składali Panu zwykli ludzie, naród. Ale przecież Pan sam podkreśla, że ostatecznie decyzje w takich kwestiach podejmują konkretne osoby, a nie „naród”. Proszę zatem jasno powiedzieć, które nagrody i przez kogo przyznane Pan sobie zostawi, a których się zrzeknie! Tych z czasów RFSRR? Z czasów ZSRR? Bo z tych z epoki jelcynowskiej zapewne Pan zrezygnuje, zostawiając sobie jedynie nagrody z okresu putinowskiego? Niech Pan da Makarewiczowi przykład prawdziwej konsekwencji i wierności głoszonym przez siebie zasadom!

Kolejna ważna kwestia: o sytuacji związanej z Krymem mówi Pan: „Czy nasza flota powinna była się wycofać, bo w 1954 roku przywódca z butem w dłoni podarował Krym swoim rodakom, swoim - że tak powiem – współplemieńcom? Przecież nic się nie stało! Półwysep po prostu „przeprowadził się” z jednego pokoju do drugiego, ale wciąż pozostawał częścią ZSRR. No, porobili jakieś przetasowania, coś przyłączyli, coś odłączyli, coś pożyczyli albo wydzierżawili sąsiadom – no i co z tego? Przecież i tak nie było wiz i granic. Ale kiedy ZSRR się rozpadł, trzeba było zabrać Krym z powrotem, odzyskać, przywrócić na łono [rosyjskiej] ojczyzny.

Nikito Siergiejewiczu, zgadzam się z Panem: „trzeba było odzyskać”. Świetnie Pan to ujął. Tyle że Rosja NIE ODZYSKAŁA Krymu. Przeciwnie, Jelcyn podpisał Porozumienie Białowieskie, na mocy którego Krym pozostał częścią Ukrainy już nie w charakterze „prezentu” od Chruszczowa, a jako konsekwencja konkretnych negocjacji. Jakiś czas później, w związku z warunkami Memorandum Budapesztańskiego, Ukraina przekazała Rosji cały swój potencjał nuklearny i stała się krajem wolnym od broni jądrowej. (Boże, wyobraża Pan sobie co by było, gdyby obecnie Ukraina dysponowała taką bronią?)

Długo można by dyskutować, czy należało te dokumenty ratyfikować, czy nie. Ale TAK USTALONO w Porozumieniu Białowieskim. A prezydent Władimir Władimirowicz Putin, ośmielę się Panu przypomnieć, został następcą człowieka, który to porozumienie podpisał w imieniu naszej ojczyzny.  I żadna z jego kampanii wyborczych nigdy nie była oparta na tezie, że powyższe umowy międzynarodowe należało by unieważnić.

Pamięta Pan dramat Ostrowskiego „Panna bez posagu”? Pamięta Pan, ile jest warte „uczciwe, kupieckie słowo”? Co prawda, w sztuce te słowa wypowiada [wyrachowany „okcydentalista”] Wasia Bożewatow, a nie [pozujący na szlachetnego ziemianina] Paratow… Wie Pan, ja też uważam, że Krym POWINIEN BYŁ stać się częścią Rosji, a nie przedmiotem przetargów prowadzonych z Ukrainą i Amerykanami, którzy w negocjacjach odegrali bardzo istotną rolę. Tyle, że tę historyczną niesprawiedliwość trzeba było rozwiązać na drodze wieloletnich rozmów z Ukrainą, poprzez budowanie wzajemnych stosunków i z wykorzystaniem środków dyplomatycznych. Zamiast tego ukradliśmy kandelabr z płonącego domu sąsiada, usprawiedliwiając się, że mamy do tego prawo, bo go mu kiedyś podarowaliśmy po pijanemu.

A prawda jest taka, że wieloletnia rosyjska polityka zagraniczna związana z Ukrainą poniosła całkowitą klęskę. Zamiast dyplomacji zaczęliśmy stosować polityczne maruderstwo. Można by nawet zapomnieć o „aspekcie moralnym” – w polityce każdego państwa moralność zawsze przegrywa z wyrachowaniem. Ale przecież te skutki gospodarcze, których przyjdzie nam doświadczyć w ciągu najbliższych lat, będą odczuwalne dla każdego Rosjanina. Wychodzi więc na to, że nasze państwo dopuściło się bezprecedensowego aktu politycznego, w jego wyniku naraziliśmy się na potępienie ze strony społeczności międzynarodowej, a na dodatek nie będziemy czerpać z tego żadnych korzyści. Przeciwnie, gospodarka naszego kraju poważnie na tym ucierpi.
Ale to tylko uwagi na marginesie. A teraz do rzeczy. Obiecał pan telewidzom, że kiedyś przy okazji opowie im pan o „technikach oswajania z podłością”. Ja napiszę o nich już teraz i zrobię na przykładzie Pańskich komentarzy do mojego poprzedniego artykułu.


Na czym zarabiam pieniądze?


1. Pyta Pan: „Ksiusza, a pani na czym zarabia pieniądze? Zdaje się, że na wspieraniu dążenia do spadku PKB? Czy nie tym czasem zajmujecie się wy wszyscy?

Tym pytaniem po mistrzowsku wpisuje się Pan w styl „demaskatorskich” filmów z cyklu „Anatomia protestu” (propagandowy film telewizji „NTV”, wymierzony w demokratyczną opozycję – „mediawRosji”). Kim są ci tajemniczy „wszyscy”? I jaki związek widzi Pan pomiędzy moją działalnością zawodową i spadkiem PKB?

Ciekawi Pana, jak zarabiam? Już tłumaczę. Swego czasu inwestowałam w akcje „Jewrosieti” (rosyjska korporacja działająca na rynku telefonów komórkowych – „mediawRosji”), poza tym jestem założycielką i akcjonariuszem sieci restauracji „Bublik” oraz redaktorem naczelnym założonego przeze mnie nowego czasopisma SNC Magazine. Jeżdżę po całym kraju i prowadzę szkolenia z zakresu motywacji i sukcesu pod hasłem „Sobczak na żywo”. Prowadzę też imprezy korporacyjne i okolicznościowe w licznych rosyjskich miastach, otrzymuję pensję jako prezenterka radiowa i telewizyjna. Od wszystkich tych dochodów regularnie odprowadzam podatki. Wartość wszystkich sprzedanych numerów czasopisma, wszystkich prowadzonych przeze mnie imprez, wszystkich deserów zamówionych w restauracjach „Bublik” stanowi jakiś tam ułamek procenta PKB, rozumianego w ścisłym znaczeniu tego słowa. W wyniku mojej działalności PKB się nie zmniejsza, lecz wrasta.

Natomiast stymulowanie wzrostu PKB w skali kraju to już zadanie nie dla dziennikarzy i redaktorów naczelnych, a dla urzędników i ministrów. Dziwne, że mając tylu wysoko postawionych znajomych, swoje pretensje kieruje Pan właśnie pod mój adres.


Wolność słowa, a rolnictwo


2. Czy chociaż raz powiedzieliście coś o tragicznej sytuacji naszego rolnictwa, czy zabiliście na trwogę? Zrobiliście to chociaż raz, nowobogaccy miłośnicy gęsich wątróbek? W tym swoim malutkim światku Rublowki i ul. Twierskoj, w tym hermetycznym środowisku celebrytów i „kreatywnej mniejszości” pomyśleliście choć raz o tych ludziach, którzy całe życie uczyli się produkować maszyny fabryczne, albo samochody, albo samoloty czy rakiety, a potem zostali zmuszeni dosłownie do żebraniny? Wy też jesteście temu winni!

Cóż, po pierwsze, panie Michałkow, jak PANU nie wstyd? Zapomniał Pan, sam Pan mieszka na Rublowce, na Nikolinej Górze, we wspaniałej willi? Zapomniał Pan, że jest właścicielem posiadłości nad Oką o powierzchni 50 hektarów (według niektórych źródeł - nawet 150 ha)!
I czemuż to zalicza mnie Pan do „kreatywnej mniejszości”? Przecież oboje należymy do tej samej kategorii, jesteśmy reprezentantami zawodów humanistycznych. No, chyba że siebie samego zalicza Pan do „niekreatywnej większości”?

Nie pojmuję, z jakiej racji Pan – człowiek otrzymujący ogromne dotacje państwowe, możliwe przecież jedynie dzięki podatkom zbieranym od przeciętnych obywateli, - nagle stawia się w roli trybuna „zwykłych ludzi”. Ale jeśli tak dobrze Pan zna tych zwykłych ludzi, to proszę przekazać pracownikom fabryki „Kalibr” zaproszenie do mojego mieszkania na Twerskiej (zna je już każdy OMON-owiec w kraju). Niech ludzie przyjdą i zobaczą, jak mieszkam. A potem niech ich Pan zawiezie do swojej posiadłości, gdzie dwa lata temu gościł Pan ministra kultury Miedińskiego i szefa moskiewskiego departamentu kultury Kapkowa.

Jeden z tych dwóch panów z wypiekami na twarzy opowiadał mi potem o pełnej przepychu, ogromnej posiadłości, o dwóch specjalnych domach dla gości, osobnych budynkach dla służby, o stajni, o terenach łowieckich i łaźni zbudowanej na pontonach dosłownie na powierzchni jeziora (z niej jest Pan szczególnie dumny). Mój rozmówca opowiadał też o stole uginającym się pod ciężarem półmisków, i o licznej służbie, jak u prawdziwego ziemianina. I Pan mnie próbuje zawstydzić „gęsimi wątróbkami”?

Różnica między nami polega na tym, że ja uważam, iż reżyser pańskiej klasy ma prawo żyć w ten sposób, o ile oczywiście sam na to wszystko zarobił.

Oskarża mnie Pan, że mam czelność nie pisać o rolnictwie i że „nie biję w dzwony”? Ależ ja biję na alarm codziennie. Tylko że mój „dzwon” jest inny. Walczę o wolność słowa ze wszystkich sił, przeprowadzam wywiady, które nie mają szans na wyemitowanie w rosyjskich telewizjach państwowych. I moim zdaniem kwestia wolności słowa jest nie mniej ważna, niż rolnictwo. W Rosji po prostu nie istnieje takie zjawisko jak śledztwo dziennikarskie, a o mediach jako czwartej władzy nie ma nawet co marzyć. O to właśnie walczę i takie problemy nagłaśniam.

Mam jeszcze takie pytanie: jak rozumieć słowa, że „brałam w tym udział”? Udział w czym? Na czym polega moja wina? Jakie fabryki zostały zamknięte przeze mnie? A może narozrabiałam nie sama, a do spółki z Makarewiczem?

Zresztą, może Pan nie odpowiadać na to pytanie. Rozumiem, że kiedy pisał Pan te słowa, górę wzięły emocje. A artysta oczywiście ma prawo do emocjonalnych wypowiedzi.

3. „To właśnie pani proponuje, że tak powiem, kapitulację Leningradu w imię zmniejszenia liczby ofiar”.

Moim zdaniem powinien Pan za takie słowa albo przeprosić, albo przytoczyć dokładny cytat, w którym wyrażam tego rodzaju propozycję. Nie mogę odpowiadać za cały zespół redakcyjny zatrudniającej mnie telewizji. Ale we własny imieniu mogę powiedzieć, że wątpliwości, pytania i refleksje są dla myślącego człowieka czymś naturalnym i niezbędnym. A prawdy absolutne od tego nie ucierpią. I jeśli nawet ja osobiście uważam, że zadawanie tego pytania w Dniu Pamięci jest niestosowne, to sądzę, że dziennikarz ma prawo je zadać. Pan jako człowiek wykształcony powinien wiedzieć, iż w ten właśnie sposób, jako jeden z pierwszych, pytanie to sformułował wielki rosyjski pisarz Wiktor Astafiew, a nie stacja telewizyjna „Dożd’.

4. Nie proponuję pani pracy przy obrabiarce albo dojenia krów, skądże. Pani nie może się tym zajmować. Pani jest utalentowana”.

Jak to rozumieć? Czyżby Pan, Nikito Siergiejwiczu, dość niespodziewanie przystroiwszy się w piórka obrońcy chłopów i robotników, uznał, że praca w fabryce, albo dojenie krów to zajęcie wyłącznie dla nieutalentowanych? Czy też wielki aktor na sekundę wyszedł z roli? Czyżby wyrwało się Panu to, co Pan naprawdę myśli?

A propos „dojenia” – zabawne, że wybrał Pan właśnie ten przykład. Na dojeniu faktycznie trzeba się znać. Wie Pan, „dojenie” i „kręcenie lodów” wymagają odmiennych talentów.


Gościnne występy na fermie, lub w fabryce


5. Nie ma pani ochoty wystąpić - no, powiedzmy, - w fabryce „Kalibr”? Albo może na fermie, gdzie ludzie pracują od 600 rano do północy?

Cóż, propozycję wystąpienia przed ludźmi pracy przyjmuję z radością. Problem w tym, że w Rosji, zwanej przez Pana „wolnym krajem”, z jakiegoś powodu decydenci praktycznie uniemożliwiają występy, czy to w fabryce, czy to w telewizji, że o staniu na ulicy z transparentem nie wspomnę.

Dziwne, prawda? Jeśli wstawi się Pan za mną u organizatorów takiej masowej imprezy, to z przyjemnością odczytam przed publicznością i niniejszy artykuł, i wiele innych. Przecież w swoich tekstach nie piszę o ostrygach i gęsich wątróbkach (Pan o tym doskonale wie i na tym właśnie polega obrzydliwość pańskich zarzutów). Moje artykuły są o tym, że marzenia każdego człowieka, nieważne – bogatego czy biednego, jego pragnienie spokojnego, pozbawionego agresji, swobodnego i bezpiecznego życia, w naszym kraju zawsze były mniej istotne, niż czyjeś tam imperialistyczne ambicje…

6. Boi się pani, że wstrzymają wizy i nie zdąży pani wskoczyć do ostatniego pociągu relacji Moskwa – Ryga. To jest szczyt pani marzeń, co? Teraz wszystko jasne…

Pytanie, jakie w jednym ze swoich ostatnich artykułów, zadaję na temat połączenia między Moskwą i Rygą nadal pozostaje otwarte. Proszę zauważyć, że nie daję na nie odpowiedzi. To Pan za mnie odpowiedział, i pańska odpowiedź wiele mówi nie tyle o mnie, co właśnie o Panu.
Była taka anegdota: Rabinowicz jedzie służbowo do Ameryki. W dniu, kiedy powinien był wrócić, nadchodzi telegram: „Przyjaciele, to była trudna decyzja, ale wybrałem wolność”. Natychmiast zbiera się plenum partii, zostaje wszczęta procedura wykluczenia odszczepieńca z jej szeregów. Wszyscy pomstują na Rabinowicza. Aż tu nagle wchodzi on sam i mówi: „Wybrałem wolność, czyli ZSRR. A wyście co pomyśleli?”

Widzi Pan, Nikito Siergiejewiczu, ja się w Rosji urodziłam i kocham mój kraj. Nie polityków czy urzędników, a właśnie kraj. I nigdzie nie zamierzam stąd emigrować.


Grzechy dziesięcioletniej dziewczynki


7. Bardzo dziękuję za przypomnienie historyjki z mojego dzieciństwa. Sama, szczerze mówiąc, zupełnie o niej zapomniałam. „Weszła mała dziewczynka, w wieku 10-11 lat, z ochroniarzem. Usiadła dosłownie naprzeciwko mnie, przywitaliśmy się. Podłubała widelcem w talerzu, pokaprysiła trochę i wyszła z pokoju. Kiedy już drzwi za dziewczynką się zamknęły, jej mama, siedząca  obok mnie pani Narusowa, powiedziała: „Wiecie, czemu już sobie poszła?” Odpowiadam: „Nie wiem”. – „Bo się obraziła …”. To po prostu ordynarne! Właśnie tak. Kiedy mała dziewczynka obraża się, bo mężczyźni nie wstali, kiedy weszła do pokoju, to jest to po prostu pospolite i banalne bezguście”.

Nie wiem jak Panu, ale mi jeszcze nigdy nie zdarzyło się tłumaczyć z występków popełnionych w wieku 10 lat. A propos: jaki był Pan sam w tym okresie swojego życia?

Szczerze mówiąc, w opowiedzianej przez pana historyjce nie widzę niczego strasznego. Zgodzi się Pan chyba, że w każdej rodzinie są jakieś normy obyczajowe: u jednych kobiety padają plackiem, kiedy do pokoju wchodzi mężczyzna, a u innych odwrotnie: to mężczyźni wstają na widok wchodzącej kobiety… Chodzi jednak o to, że opisane przez Pana wydarzenie miało swój początek nieco wcześniej, i to akurat doskonale pamiętam. Przed pańską wizytą w Smolnym gościli u nas Mścisław Rostropowicz (wybitny wirtuoz wiolonczeli i dyrygent, krytyk systemu radzieckiego – „mediawRosji”) i Jewgienij Lebiediew (słynny radziecki aktor – „mediawRosji”). Kiedy weszłam do kuchni, obaj wstali. Nieźle mnie to speszyło, a Rostropowicz chwycił mnie za ramiona i powiedział ze śmiechem: „Zapamiętaj, dziecinko: kiedy wchodzi dama, mężczyźni powinni wstawać”. Taką właśnie lekcję dobrych manier wtedy usłyszałam.

A tu jak na złość następnego dnia Pan nas odwiedził. Proszę wybaczyć, byłam wrażliwym dzieckiem i chłonęłam nową wiedzę jak gąbka.

Wstyd się przyznać, ale mimo upływu lat wciąż darzę większą sympatią mężczyzn, którzy wstają na widok wchodzącej kobiety.

A jeśli chodzi o bezguście i banalność – cóż, niezręcznie mi o tym mówić, ale dam Panu przykład. Wystarczy wziąć przepiękną muzykę Artiemiewa (kompozytor, autor muzyki do wielu filmów Michałkowa – „mediawRosji”), zilustrować ją czarno-białymi fotografiami robotników i górników, a do tego dramatycznym głosem odczytać naciągnięty za uszy komentarz… O, na przykład w ten sposób:



 



[Tłumaczenie komentarza do filmu:] „Nikito Siergiejewiczu, niech pan opowie tym ludziom, że wydał pan 40 milionów na film, na który potem zaganiano wycieczki szkolne, żeby chociaż trochę zwiększyć jego oglądalność. Niech im pan opowie, po co panu tysiące hektarów ziemi, dwa osobne domy dla gości i własne stajnie, podczas gdy oni gnieżdżą się w maleńkich mieszkaniach. Niech pan odpowie weteranom kinematografii na pytanie, gdzie się podział ich fundusz emerytalny?


Taki właśnie chwyt, jak ten powyższy, uważam za szczyt prostactwa i banału. Za coś takiego swoich studentów zapewne surowo by Pan skarcił. Jestem pewna, że doskonale Pan dostrzegł i zrozumiał, co chciałam poprzez ten przykład wyrazić. I być może właśnie świadomość, jak bardzo płytki jest ten filmik, będzie najbardziej dotkliwą karą dla Pana – artysty, który zaczynając od takich dzieł, jak „Swój wśród obcych, obcy wśród swoich”, „Pięć wieczorów”, „Niedokończony utwór na pianolę”, „Niewolnica miłości” czy „Kilka dni z życia Obłomowa”, reprezentuje dziś poziom „Spalonych słońcem 2” i filmowej laurki z okazji urodzin prezydenta pod tytułem „55”.

Cóż, wybaczy Pan, ale ja w Pana ślady nie pójdę.

Na zakończenie nie zacytuję ludowego przysłowia, jak zrobił to Pan – znany obrońca i miłośnik mas chłopsko-robotniczych. Za to przytoczę taki oto cytat:

„Wartości moralne nie są towarem. Można je zniszczyć, ale nie da się nimi kupczyć. Każda konkretna wartość moralna użyteczna jest wyłącznie dla jednej ze stron, więc jej kupowanie czy kradzież nie mają sensu. Pan Prezydent uważa, że kupił artystę malarza Kwadrygę. Błędne założenie. On kupił jedynie pacykarza Kwadrygę, natomiast artysta przesączył mu się gdzieś przez palce i umarł” (bracia Strugaccy, „Brzydkie łabędzie”).


Tłum.: K.K.



Oryginał listy Kseni Sobczak do Nikity Michałkowa ukazał się na portalu snob.ru:







Ksenia Sobczak na blogu „Media-w-Rosji”:

Walczymy o rosyjskie państwo narodowe


Obecna Rosja w niewielkim stopniu podobna jest do tej zniszczonej przez rewolucję bolszewicką. Wojna domowa w Donbasie jest w istocie fragmentem batalii o odbudowę historycznej Rosji. – w rozmowie z Ksenią Sobczak, dziennikarką stacji telewizyjnej „DOŻD’ ”, Jegor Proswirnin, redaktor popularnego portalu internetowego „Sputnik&Pogrom” tłumaczy jakie cele stoją przed odradzającym się w Rosji ruchem nacjonalistycznym.

Spotkanie na antenie „TV DOŻD’” Kseni Sobczak i Jegora Proswirnina jest świetną ilustracją kolejnej odsłony charakterystycznej dla Rosji konfrontacji między zwolennikami mocarstwowej tradycji narodowej z rzecznikami oświeconej orientacji liberalnej.  





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






czwartek, 4 września 2014

Sceny z życia z Donieckiej Republiki Ludowej



Na Ukrainę pojechał z Uralu. Choć początkowo wierzył, iż bojownicy Majdanu walczą w słusznej sprawie, przejął się także losem Donbasu. Nikołaj Mokrousow spędził tam kilka tygodni. Pracował w sztabie Donieckiej Republiki Ludowej, kontaktował się z jej przywódcami. Jednak krytycznie obserwował otaczającą go rzeczywistość. Być może ta właśnie postawa zaprowadziła go do piwnicy w siedzibie donieckiego kontrwywiadu. Udało mu się szybko odzyskać wolność, był jednak świadkiem przerażających tortur, jakim poddano młodych Ukraińcow podejrzanych o związki z Prawym Sektorem.



Sensacyjna relacja Nikołaja Mokrousowa pozwala lepiej zrozumieć rzeczywistość Donieckiej Republiki Ludowej, bezsens i tragedię donbaskiego rozlewu krwi.
 



Artykuł ukazał się na publikowanym w Jekaterynburgu portalu znak.com






Nasz współpracownik, mieszkaniec Kurganu, Nikołaj Мokrousow kilka tygodni spędził w południowo-wschodniej części Ukrainy. Pracował w sztabie Donieckiej Republiki Ludowej, rozmawiał z kierownictwem samozwańczej republiki i zwykłymi powstańcami, obserwował życie w obleganym Doniecku. Potem aresztowano go za szpiegostwo na rzecz wroga. Cudem wyszedł żywy z piwnicy w budynku kontrwywiadu DRL. Po powrocie do Rosji, Nikołaj spisał swoje doświadczenia.  Niektóre imiona zostały zmienione, pewne szczegóły przemilczane (on sam też podpisał tekst pseudonimem)

Znak.com publikuje jego relację, wojna w niej odbiega od szablonów propagandowych, bliska jest rzeczywistości. Kto w niej ma rację, a kto nie - nie jest już jasne. Znaleźć na wojnie można podłość, ofiarność, wierność i zdradę. Ale jeszcze częściej jak to na wojnie: cierpienie, strach i ból.





Wraz wojną przyszły do Donbasu, cierpienie, strach i ból. 







Wyjaśniam: w związku z toczącą się na Ukrainie bratobójczą wojną i przeprowadzoną w Doniecku paradą jeńców postanowiłem wycofać się z podpisanego przeze mnie 23.07.2014 roku, w piwnicy kontrwywiadu armii DRL zobowiązania o nieujawnianiu informacji. Podjąłem decyzję, że napiszę o tym, czego byłem świadkiem.






Wyjazd


Kryzys ukraiński stawał się coraz ostrzejszy. Obserwowałem go. Moje stanowisko wówczas można określić jako „kanapowe”. Uważałem, że Majdan był w porządku, zaś to że Rosja wtrąca się w sprawy sąsiedniego państwa nie. Zwłaszcza, iż chodziło o bratnie państwo zamieszkałe po obu stronach granicy przez ten sam naród. Choć zawirowania historyczne sprawiły, iż padł on ofiarą podziału, wydawało mi się, iż wspólnej więzi, trwałej jak monolit,  nikomu nie uda się zburzyć. Czułem, że nie należy narzucać naszym braciom sprzecznego z ich własnym wyboru. Jak to się mówi, wytrzymamy ze sobą, na tyle, na ile się kochamy.

Jednak pod koniec czerwca zrozumiałem, że ja sam pragnę wyjechać na południowo-wschodnią Ukrainę. Nie dlatego, że popierałem pomysł Noworosji. Ogarnęła mnie potrzeba ucieczki, nie ważne dokąd, ona zaćmiła mi rozum. Bardzo szybko przypomniał mi się e-mail rozprzestrzeniany przez narodowych bolszewików, z wezwaniem o datki na pomoc humanitarną i apelem do ochotników gotowych ruszyć do walki o południowy-wschód. Odpisałem im, otrzymałem pozytywną odpowiedź. Podano w nim moją marszrutę i telefony koordynatorów.

Idąc tym tropem, w krótkim czasie trzeba było dostać się do Rostowa nad Donem, stamtąd dojechać do przygranicznego miasta Szachty. Już po przybyciu na miejsce należało zadzwonić do koordynatora. Powiedziawszy rodzinie, że wyjeżdżam do Moskwy, w rzeczywistości wziąłem bilety do Rostowa, po kilku dniach byłem już w Szachtach.

Zadzwoniłem. W końcu przyszli. Wtedy przeżyłem pierwszy szok. Było ich czterech. By nie spotkać podobnego towarzystwa w codziennym życiu, staramy się nie wychodzić zbyt późno na ulicę, a wyjeżdżając gdzieś z przedmieścia, zamawiamy taksówkę. Takich facetów wysłano po mnie. Razem udaliśmy się do człowieka o imieniu Maksim i przezwisku "Trwoga".

Maksim pochodził z Kramatorska. Gdy Striełkow wycofał się ze Słowiańska, Maksim żonę i córkę wysłał do Rosji, sam zaczął pomagać powstańcom, szmuglując przez granicę grupy wolontariuszy. Chyba z całego towarzystwa, to on sprawiał najlepsze wrażenie.

Po rozmowie z przewodnikiem, stało się jasne, że w ciągu najbliższych dwóch dni z powodu braku bezpiecznych korytarzy, samochody po nas nie przyjadą. Postanowiono, że zostanę ulokowany w mieszkania przejściowym, w nim już wegetowali moi nowi koledzy. Tak należy to określić, „wegetowali”. Inaczej nie da się nazwać warunków, w jakich się znalazłem. Choć jestem zwykłym człowiekiem, moje życie i wymagania zawsze były skromne, po prostu brakuje słów mi słów, by opisać nasze dwupokojowe lokum. Od razu zwróciłem uwagę na przerośniętą brudem matę podłogową, rozkruszony i już zapleśniały beton w łazience, spore robaki zalegające w garnkach. A jeszcze góry przeterminowanych konserw, które ktoś hojnie przekazał „powstańcom” w ramach "pomocy humanitarnej". W zasadzie resztki romantyzmu opuściły mnie już tam.


"Pinokio"



Cały pozostały wieczór upłynął nam na słuchaniu piosenek kozackich. Towarzyszyło im trącanie się szklankami i soczyste przekleństwa.. Jednak nie przekleństwa były najgorsze. Jeden z Kozaków, powstaniec  z „wilczej sotni” o ksywie "Pinokio", tak się nam przedstawił, podzielił się opowieścią o konkursie zorganizowanym w ich jednostce. Konkursowe zadanie polegało na odcinaniu głów ukraińskim jeńcom. Zwycięzcy obiecano samochód BMW X6.

"...Minęły dwa tygodnie, a na moim koncie zaledwie jedna odcięta głowa, druga nie dopiłowana, ciemno było. Gdy odcinasz „ukrom” głowę, najpierw odzywa się ona po rosyjsku, słyszysz "mama", "mamoczka”, dopiero potem zaczyna bulgotać i charczeć. Zauważ, mówi nie "mamo", a po rosyjsku – „mamoczka”.

Wszystkim tym opowieściom towarzyszyła obfita libacja, donośne śmiechy i barwne szczegóły. I tak na przykład, dowiedziałem się, że po klęsce kolumny ukraińskiej armii przedsiębiorczy kozacy, zebrawszy całą broń zabitych Ukraińców "przykryli ją ziemią w pewnym miejscu."

- "Potem jak będzie spokojniej, przyjedziemy z pomocnikiem, zarobimy kopiejkę” – jeden z kozaków pozwolił sobie na szczerość. .

Po tych i innych opowiadaniach, dalsze przebywanie w tym towarzystwie stało się niemożliwe, Rano usłyszałem pod swoim adresem pogróżki, więc postanowiłem wrócić do „Trwogi”. Spędziłem u niego resztę czasu do wyjazdu. Miałem też o wiele bardziej interesujące towarzystwo „euroazjatyckich” doradców politycznych, wybierali się do Doniecka. Nie po to, by walczyć, a do pomocy jednemu z tamtejszych polityków (poproszono mnie, abym nie wymieniał jego nazwiska).





Brudny dywan, porwane tapety, rozbite kafelki, to rzeczywistość wielu 
przerzutowych lokalów wykorzystywanych przez separatystów. 



Po kilku dniach miał po nas przyjechać "koral" - tak nazywa się samochody używane do szmuglowania ochotników. Postanowiliśmy, że pojedziemy omijając Donieck, (rosyjskie miasteczko położone przy granicy z Ukrainą, o tej samej nazwie co i miasto w Donbasie). Przybyły z tamtej strony granicy importowany minibus z klimatyzacją miał stawić się o dziesiątej rano. Używany jest do stałych kursów na całym południowym wschodzie Ukrainy, jeździ do Rosji i z powrotem. Byliśmy umówieni, że zabiorą nas z mieszkania. W międzyczasie nasza  grupa została wzmocniona, pojawiła się grupa bojowa Kozaków, pochodzili, jak się zdaje z Powołża. Było ich pięciu, na czele, oczywiście, ojczulek-ataman - pokaźny rozmiarów mężczyzna z synem. Usposobiony na wesoło, odnosił się troskliwie do każdego swojego żołnierza; w rodzinnym mieście ataman pracował z dziećmi, tak wynikało z jego relacji, może to wpłynęło na jego stosunek do podkomendnych.

Znaczna liczba ludzi, inaczej niż Pinokio i jemu podobni, jedzie do Donbasu nie dla zysku lub w poszukiwaniu przygód, ale pod wpływem serca. I w Szachtach i po drodze do Doniecka rozmawiałem z wieloma z nich, sprawili na mnie wrażenie swoją szczerością i bezinteresownością, jakiej nie spotka się już dziś u mieszkańców wielkich miast. Ciekawy szczegół, w pobliżu przerzutowego mieszkania w Szachtach powstał cały parking s samochodami z różnych regionów Rosji. Odnalazłem tablice rejestracyjne z obwodu kurskiego, moskiewskiego, z Rostowa, nawet nowy dżip z Chanty-Mansijska. Wszystkie te pojazdy stały zaparkowane przed budynkiem internatu, właściciele oddali je do dyspozycji „ochotników”.


Granica


Po drodze do rosyjskiego Doniecka, co jakiś czas spotykaliśmy autobusy z uchodźcami, do połowy były wypełnione mężczyznami w wieku poborowym. Wszyscy reagowali ze zrozumieniem dla powagi chwili, tylko ataman, co chwila wybuchał gniewem, wygłaszając tyrady pod adresem ludzi nie myślących o obronie własnego domu, tych, którzy „ze swoimi babami uciekali do Rosji”, przez co „my walczymy za nich”.

Oprócz zwykłych żółtych autobusów z mieszkańcami, już przy samym podjeździe do granicy, w przeciwnym kierunku przejechała obok nas kolumna wojskowych kamazów bez numerów, z pustymi już platformami przeznaczonymi do transportu broni pancernej. Kolumnę poprzedzał wojskowy samochód-cysterna. Dwa dni wcześniej, takie same wojskowe kamazy bez numerów, widziałem na trasie z Rostowa w kierunku Szacht. Ale wtedy na ich platformach znajdowały się trzy artyleryjskie instalacje "Goździk", dwa inne Kamazy ciągnęły na przyczepach broń ciężkiego kalibru. I wtedy i teraz szoferzy byli ubrani w cywilne ubrania. 

Teraz jednak ciężarówkom, inaczej niż na trasie rostowskiej, nie towarzyszyły samochody wojskowej inspekcji drogowej z tablicami rejestracyjnymi wydanymi w rosyjskim regionie numer 99.

Łazik wojskowej inspekcji drogowej spotkaliśmy z resztą bezpośrednio po przejechaniu na terytorium ukraińskie, w rejonie przejścia granicznego "Północny". Nie robili jednak niczego, by minibusom z uzbrojonymi po zęby ludźmi przeszkodzić w przemieszczaniu się po terytorium Ukrainy. Przemknęła mi wówczas przez głowę myśl, ciekawe w jakiej skali odbywa się tu przemyt nie zarejestrowanej nigdzie broni automatycznej, ile z niej pozostaje w Rosji. I ilu jeszcze „Pinokiów” wybierze się po żelazo, by zarobić kopiejkę (i gdzie ta broń będzie strzelała – „znak.com”).

Przekroczyliśmy granicę bez większych trudności, kierowca zaproponował, tylko, by wyciągnąć z telefonów rosyjskie sim karty.  Dzięki temu nie można nas było namierzyć, mieliśmy też większe szanse, iż dotrzemy do celu cali i zdrowi.

Poczucie, że znaleźliśmy się w  innej wojennej rzeczywistości, towarzyszyło nam przez całą drogę, od pierwszego posterunku. Szczególnie silne wrażenie wywarł Ługańsk.

Ochotników do walk w Donbasie rekrutowano także w Intern-
ecie w rosyjskich sieciach społecznościowych
Obraz jaki zarejestrowały tam nasze oczy, musiał widzieć każdy miłośnik filmów katastroficznych pokazujących życie po apokalipsie. Ogromne miasto było całkowicie puste, choć ślady po kulach zauważalne były wówczas tylko na przedmieściach. Podczas półgodzinnego przejazdu przez miasto, na ulicach spotkaliśmy najwyżej kilkanaście samochodów, jechały, lub stały na poboczu. I najwyżej dziesięciu pieszych. Ługańsk to prawie półmilionowe miasto.

Było już ciemno, gdy minęliśmy ostatni pełniący służbę duży posterunek drogowy.  Ochraniała go opancerzona ciężarówka Ural, zwieńczona karabinem maszynowym ciężkiego kalibru. Wreszcie dotarliśmy do Makiejewki, tu, ku naszemu zdziwieniu, wynajęto dla nas całe piętro hotelu.

Następnego dnia, wcześnie rano ktoś odebrał Kozaków. Przekupiono ich, plunęli na swego pierwotnego zleceniodawcę, to on  nawiasem mówiąc opłacił hotel. Zbuntowana dusza kozaka wybrała sobie innego szefa. 

Zostaliśmy w hotelu w piątkę, wszyscy cywile. Gdy do hotelu dotarł facet, który jako pierwszy zamówił Kozaków, musieliśmy długo wysłuchiwać jego rewelacji o biznesie prowadzonym w „stylu rosyjskim”.


Donieck



W ciągu dnia przedostałem się do Doniecka. Tylko opustoszałość miasta wskazywała na toczące się tu działania zbrojne. Donieck jest dużym, pięknym miastem z fontannami i różami na ulicach.

Swój wygląd miasto zawdzięczało Mistrzostwom Europy w piłce nożnej w 2012 roku, Kolory z tamtych lat jeszcze nie zdążyły zblaknąć. Pierwszego dnia, minąwszy posterunki i miejsca walk, znalazłem się w jednym z hoteli, gdzie zorganizowano spotkanie klubu dyskusyjnego. Dzięki obecności na nim profesorów, filozofów, ekonomistów i studentów, można było na chwile zapomnieć o wojnie. Zanim pojechałem na zebranie udało mi się spotkać z facetem z departamentu politycznego, on z resztą przyprowadził mnie tu ze sobą. Zapamiętałem jego słowa o naturze "rosyjskiej wiosny": "W 1991 roku doszło w Rosji do rewolucji prawników i finansistów, teraz mamy rewolucję historyków!". Ludzie odpowiedzialni za ideologię Noworosji wszyscy mają wykształcenie historyczne.

Po krótkiej rozmowie Jewgienij, tak mój nowy znajomy miał na imię, zaprowadził mnie do Pawła Gubariewa. „Ludowy gubernator” wydał mi się zupełnie prostym "człowiekiem z ludu". Podał mi rękę i zapytał, skąd jestem i jak tu dotarłem. Jednak nie udało mi się porozmawiać z nim dłużej. Gubariew zajęty był dialogiem z grupą swoich zwolenników.

Następnego dnia zacząłem pracować w departamencie politycznym armii DRL. Jego biuro znajdowało się w siedzibie "Związku Przemysłowców Donbasu". Ludzie nazywali ten budynek "pałacem Taruty" – szefa obwodowej administracji państwowej, powołanego na to stanowisko przez Kijów, na krótko przed proklamowaniem niezależności Doniecka od Ukrainy. Mieszkaliśmy też na terenie biura. Pracowałem w wydziale prasowym i sąsiadującym z nim wydziale analitycznym. Nasza praca polegała na opracowywaniu materiałów informacyjnych i monitorowaniu opinii publicznej.

Z zawodowego punktu widzenia praca była ciekawa, ale jechałem tam w innym celu. W ciągu pierwszego tygodnia nie miałem wrażenia, iż toczy się wojna. Zapewne sprawiły to organizowane przez nas imprezy, bale - spotkania mieszkańców z powstańcami, mitingi i koncerty, występy lokalnych zespołów muzycznych i zebrania z udziałem przedstawicieli władzy ludowej, zamieszkałymi już wtedy poza granicami Doniecka. Podobne imprezy wywierały na ludzi korzystny wpływ. Zmniejszał się poziom lęku, wzmacniała się wiara w zwycięstwo. Jednak każdy kolejny wiec gromadził coraz mniej uczestników w porównaniu z poprzednim.


Mieszkańcy



W ogóle ludzie głosujący za niepodległością, dzielili się na dwie nierówne grupy. Pierwsza, liczniejsza uważała, że ogłoszenie niepodległości, jest tylko koniecznym etapem wiodącym ku natychmiastowemu uznaniu republiki i przyłączeniu jej  do Rosji na wzór Krymu. Z tego wynikał później odpływ ludzi w kierunku Federacji Rosyjskiej, zaraz po rozpoczęciu przez Kijów operacji antyterrorystycznej ATO (w końcu republiki nie uznała nawet Rosja). Druga grupa (do niej należała bardziej wykształcona i inteligentna część ludności) jednoczyła zwolenników niepodległości Noworosji i od Ukrainy i od Rosji. Dla nich najważniejsza była nacjonalizacja położonych na terytorium DRL kopalń i przedsiębiorstw, wciąż kontrolowanych przez Rinata Achmetowa. W tym środowisku lepiej rozumiano samą ideę Noworosji, może właśnie dlatego niektórzy z nich do tej pory pozostają w Doniecku.

Mieszkańcy nie przestawali wyjeżdżać, nie zwracając uwagi na fanfary trąbiące o powstańczych zwycięstwach. Przede wszystkim do Rosji, czy na Krym.

Pozostali odczuwali rosnący niepokój, coraz częściej słyszałem od ludzi: "Nic dobrego z tego nie wyjdzie. Bogatsi, dyrektorzy i kierownicy, uciekli już miesiąc temu. Przełożeni wyjechali minimum dwa tygodnie temu, więc praca w mieście skończyła się ".

W budynku jakiegoś związku zawodowego zorganizowano spotkanie "Grupy inicjatywnej mieszkańców Doniecka". W sztabie nie mówiono o nim inaczej, jak o „wiecu przeciw DRL”. Wysłano nas tam wraz z wydziałem analitycznym. Impreza, nawet biorąc pod uwagę miejscowe warunki, nie była szczególnie liczna.

Organizacja spotkania wiązała się ze sporym ryzykiem. Jednak znaleźli się ludzie gotowi je podjąć. W prawie konspiracyjnych warunkach przygotowali spotkanie z zastępcą burmistrza Doniecka, Konstantinem Sawinowem i przedstawicielami DRL, wśród nich znalazł się Pawieł Gubariew. Jego wystąpienie trwało najdłużej. Pawieł, moim zdaniem, szczerze zainteresowany w minimalizacji ofiar ludzkich, zwrócił się do zebranych, a za ich pośrednictwem do reszty mieszkańców z apelem, by jeśli mają taką możliwość, jak najszybciej opuścili miasto. Tych, co nie wyjadą, prosił by trzymali się bliżej centrum. Na peryferiach, tłumaczył,  wkrótce mogą rozpocząć się walki uliczne, miasto zaczną bombardować.


Agitacja i propaganda ważną częścią pracy DRL



W sali jego wystąpienie wywołało falę oburzenia. Ludzie zaczęli zadawać pytania, żądali zaprzestania przemocy, prosili o nie rozmieszczanie dział przeciwlotniczych na dachach budynków wielopiętrowych, by tym samym nie prowokować ich ostrzału zwiększającego niebezpieczeństwo mieszkańców cywilnych.

Gubariew odpowiedział, że nic mu nie wiadomo o takim rozmieszczaniu dział przeciwlotniczych, jego zdaniem przemoc można będzie zatrzymać tylko wspólnie ze stroną ukraińską.



Dla podtrzymania bojowego ducha wśród ludności władze DNR organizujja koncerty,
imprezy na otwartym powietrzu, bale. 


Po nim wystąpił zastępca burmistrza Sawinow. Mówił o korytarzach humanitarnych, również wzywał mieszkańców do opuszczenia Doniecka i proponował, by DRL przerwała ogień. Po jakimś czasie Sawinow, jego asystent i niektórzy z tych, którzy zadawali zbyt wiele pytań, zostali zatrzymani przy wyjściu przez żołnierzy DRL i zabrani w nieznanym kierunku. Powstańcom nie przeszkadzała, obecność dziennikarzy zagranicznych i przedstawiciela ONZ ds. praw człowieka. Pozostali na sali mieszkańcy przyjęli apel o konieczności wprowadzenia do strefy konfliktu pokojowego kontyngentu ONZ. Organizatorom zebrania udało się w pośpiechu ewakuować, zorganizowany za nimi pościg skończył się uszkodzeniem samochodu powstańców.

Po powrocie do sztabu, pojawiła się informacja o wylądowaniu w odesskim porcie brygady pancernej z Polski, wieczorem tego samego dnia głównym tematem wszystkich światowych mediów stało się zestrzelenie Boeinga malezyjskich linii lotniczych. Wtedy chyba najsilniej od chwili przyjazdu poczułem, iż znaleźliśmy się na skraju przepaści.


Bombardowania



Następnego dnia zaczęły się bombardowania. Pierwszy obstrzał z moździerzy prowadzony był w kierunku fabryki "Toczmasz" i przylegającego do niej osiedla domów prywatnych. W zakładzie, w tym czasie już opuszczonym, pocisk trafił w jeden z warsztatów. Wybuchł pożar, dym był widoczny z każdej części Doniecka. Na osiedlu domów prywatnych szczęśliwym trafem zostały zniszczone tylko ogrodzenia, oberwane linie energetyczne, uszkodzona rura gazowa. Gdy nasza ekipa przyjechała na miejsce, zastaliśmy ludzi w stanie paniki i niezrozumienia. Mieszkańcy, pozbawieni światła, wylegli na ulicę, przeklinali wojnę, "juntę" i Poroszenkę. Zaczęli zbierać rzeczy... gdzieś w oddali słychać było niemilknące salwy artylerii. Trudno było powiedzieć, w jakim właściwie celu artyleria ukraińska prowadziła swój ogień. Patrząc na zniszczone zabudowania prywatne, uświadomiłem sobie, iż teraz prawdziwa wojna dotarła także do Doniecka.  Potwierdzał to ogień kierowany przez artylerię ukraińską także w kierunku rejonów całkowicie pozbawionych obiektów wojskowych. Ani na "Toczmasie", ani w położonym po sąsiedzku osiedlu powstańcy nie zbudowali żadnych umocnień. (Tego samego dnia, w rejonie dworca kolejowego, po zniszczeniu posterunku DRL pojawiła się jedna z dwóch grup ukraińskich czołgów i cztery BMP. Po krótkotrwałej walce, kolumna równie spokojnie zawróciła w kierunku własnych pozycji. Na dworcu zginęło czterech powstańców i jeden cywil).

W sztabie wyjaśniono mi, iż armia ukraińska prowadzi podobne obstrzały, po to by wywołać panikę w mieście - i w konsekwencji przyczynić się do spadku poparcia mieszkańców Doniecka dla DRL.

Musieliśmy temu przeciwdziałać, konstruując pozytywne tło informacyjne. Należało w szczególności pisać więcej o naszych zwycięstwach. Dostałem propozycję, by się tym zająć, bym robił to wspólnie z  innymi korespondentami. Pomysł mi się spodobał.
Niczego nie podejrzewając, zwróciłem się do swego zwierzchnika z pytaniem, skąd mamy brać informacje. Jego reakcja mnie zaskoczyła. Szef spojrzał na mnie ze zdumieniem i wyjaśnił, że nikt nam nie udostępni danych o rzeczywistych rezultatach operacji wojennych. Prawdę o zwycięstwach będziemy musieli ssać z palca. Wtedy właśnie przyszedł jeden z kierowników działu i z radością oznajmił: "Dziś w nocy została zniszczona kolumna z rannymi ukropami, 150 osób. Proszę to dodać do naszego serwisu. Proszę tylko nie pisać o rannych. Wystarczy wspomnieć o kolumnie złożonej z pojazdów opancerzonych. „Ukry” i tak prostować nie będą. U nich generalnie nie odnotowuje się, że były jakiekolwiek straty.” Takie pisanie było dla mnie nie do przyjęcia, więc odszedłem do działu analitycznego.

Opinie ludności w porównaniu z pierwszymi dniami zaczęły się zmieniać. Republika wciąż cieszyła się ogólnym poparciem, jednak ludzie w rozmowach poruszali także coraz mniej optymistyczne tematy, Pojawiły się przerwy w dostawach leków. Z aptek zniknęła insulina, preparaty kardiologiczne, zniknęły leki na uspokojenie i przeciwbólowe. W niektórych aptekach, widząc przed sobą człowieka w mundurze, reprezentującym Noworosję, sprzedawcy ledwo hamowali wściekłość. A na pytanie, jak wygląda sytuacja z lekarstwami, odpowiadali przez zaciśnięte zęby: "Pytajcie sami siebie. Nie wpuszczacie do miasta ciężarówek z lekarstwami, a my nie wiemy, co ludziom mówić".

Z artykułami żywnościowymi, mimo iż kursowały plotki o ich braku, wtedy jeszcze wszystko było w porządku. Trochę wyrosły ceny i zostały zamknięte co bardziej luksusowe sklepy spożywcze. W komunikacji publicznej zaczęto szeptać o tym, że ludziom nie jest potrzebna DRL, ważniejsze, żeby nie było wojny.

- "To nie DRL walczy z Ukrainą, a Rosja z Ameryką, po prostu mieliśmy pecha, że tu mieszkamy.”

- "Jesteśmy emerytami, dostajemy dwa tysiące hrywien, za tysiąc utrzymujemy się sami, tysiąc oddajemy sąsiadom. Pozwalniali ludzi, zamknęli fabrykę, i teraz sąsiedzi w ogóle nie mają pieniędzy. Poroszenko zabronił nam, tym, którzy tu pozostali, wypłacać emerytury. DRL nikomu nic nie płaci. Czy my, starzy ludzie, mamy teraz umrzeć z głodu? – pytali emeryci.


„Wyżymanie”



Chyba najczęstszym tematem w rozmowach mieszkańców stało się sytuacja w dziedzinie przestępczości, zwłaszcza przestępstwa dokonywane przez uzbrojonych ludzi z naszywkami DRL. W szczególności tak zwane "wyżymanie": ludzie w mundurach pod byle pretekstem (a najczęściej bez) po prostu wyrzucali właścicieli z samochodów, a przy próbie sprzeciwu "dla dobra rewolucji" wywozili nieszczęśników w nieznanym kierunku. Niezadowolenie ludzi rosło z każdym dniem, jego źródłem były problemy społeczne, opóźnienia w wypłatach emerytur i świadczeń społecznych, lub nie wypłacanie ich w ogóle,  bezprawie przedstawicieli DRL, absurdalność niektórych nowych przepisów, uchwalanych przez przedstawicieli republiki.

Tymczasem zamkniętych sklepów w mieście zrobiło się więcej, niż otwartych. Nocne eksplozje grzmiały coraz bliżej centrum, słychać było, jak strzelają działa ciężkiego kalibru i salwy "gradów".


Aresztowanie



W końcu to, co robiłem, zbieranie informacji od ludzi, przekazywanie ich kierownictwu, zadawanie pytań w sztabie, robienie zdjęć,  obróciło się przeciwko mnie. Dwudziestego lipca przyszedłem do pracy w wydziale jak każdego dnia, z powrotem wyszedłem w eskorcie czterech uzbrojonych w automaty ludzi, z plastikowymi kajdankami na palcach (bardzo oryginalny sposób mocowania, dosyć jednak niezawodny) i prowizoryczną torbą na głowie, wykonaną z ręczników i taśmy klejącej. Zatrzymali mnie pod zarzutem udziału w propagandzie przeciwko DRL i szpiegostwu na rzecz strony ukraińskiej. Koloryzowałbym, gdybym przyznał, iż bili mnie mocno, grożono mi tylko odcięciem palca, to się w końcu nie liczy.  Mój bezpośredni przełożony, analityk, jego ksywka "Kiszyniów" (dla potrzeb tekstu został zmieniony), zarządził, aby nie uszkodzono mi ani nóg, ani twarzy. "Nawet jeśli pracuje za pieniądze dla strony przeciwnej, to możemy go wykorzystać” -  powiedział. Najobrzydliwsze było nie to,  że mnie biją, a ale to, że człowiek, któremu ja szczerze starałem się pomóc, uznał mnie za zdrajcę. Chociaż w czasach wojny, może taka reakcja jest zrozumiała….


Jednym z pierwszych budynków opanowanych w Doniecku przez separa-
tystów była miejscowa siedziba Słuzby Bezpieczeństwa Ukrainy


Zawieziono mnie do sąsiedniego budynku Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, gdzie zainstalował się wówczas zarząd kontrwywiadu wojskowego DRL. Pogodziłem się z tym, że żywym już stąd nie wyjdę. Ale ku mojemu zdziwieniu, dochodzenie nie było już tak szorstkie. Dalej było nieprzyjemnie, przesłuchiwano mnie w kajdankach na rękach i z torbą na głowie. W sumie jednak przesłuchanie odbywało się spokojnie, prowadziliśmy całkiem ciekawy dialog. Na początku, na podstawie nagrań z monitoringu przyczepili się do moich codziennie robionych notatek.  Zapytano, dlaczego zwracałem przede wszystkim uwagę na zjawiska negatywne. Wszystko starałem się wyjaśnić. Skontrolowano zawartość mojego tabletu, choć wtedy był już rozbity. Nie znaleziono w nim niczego szkodliwego i kompromitującego dla DRL. Jak się okazało nie było w nim także informacji o strategicznym znaczeniu dla ukraińskiego wywiadu. W końcu zdecydowano by mnie rozwiązać i zdjąć z głowy worek. Kiedy znów ujrzałem światło, najpierw przeprosiłem za swój potargany wygląd, szefa to rozśmieszyło. Pochwalili mnie za poczucie humoru i wreszcie uznali mnie  za prawdziwego "rosyjskiego człowieka". Mężczyzna, który mnie przesłuchiwał, przedstawił się, poprosił jednak, bym nigdzie później nie wymieniał jego imienia i nazwiska. Powiem tylko, iż był związany w przeszłości z ukraińskim "Bierkutem".

Opowiedział mi wówczas wiele szczegółów, odnoszących się do wydarzeń z lutego. Wiele z nich pozostało poza medialnym kadrem. Zdawałem sobie sprawę, gdzie się znajduję, przyznałem się jednak, iż byłem wtedy zwolennikiem „Majdanu”. Odpowiedź mojego rozmówcy mnie zdumiała, okazuje się, że i w Bierkucie wiele osób popierało padające ze sceny „Majdanu” hasła. "Szkoda, że jego przywódcy nie znaleźli odpowiednich słów, jakie mogłyby przekonać i nas. Gdybyśmy znaleźli wspólny język, sami tarczami ochronilibyśmy demonstrantów. To co mówili o Janukowyczu, rozumieliśmy lepiej od nich - powiedział. - Ale z nami nie rozmawiano, przeciwnie zaczęli nas podpalać, strzelać. I oprócz wściekłości, nie czuliśmy innych emocji. Jedliśmy dostarczane nam zgniłe mięso i czekaliśmy tylko na rozkaz. Ale Janukowycz (tu mój rozmówca doprawił mocnym słowem nazwisko byłego przywódcy ukraińskiego) tego rozkazu nie wydał".

"Jak się panu podoba, iż Putin przygarnął go w Rosji?" - zapytałem. "Moim zdaniem,  Januka trzeba było osądzić za wszystko, co zrobił. Ja, jako dowódca, otrzymywałem 2500 hrywien na miesiąc. Ile to na wasze ruble? Władimir Władimirowicz - mądry facet. I my go tu wszyscy bardzo wspieramy, ale z Janukowyczem, moim zdaniem, postąpił źle".

Porozmawialiśmy tak do wieczora, w końcu pojawiło się pytanie o mój dalszy los. W mojej działalności nie odnaleziono znamion czynów przestępczych wymierzonych przeciw DRL, postanowiono mnie zwyczajnie zwolnić. Podpisałem zobowiązanie o nieujawnianiu informacji, adresowane było na imię Igora Iwanowicza Striełkowa. Na jakiś czas jeszcze tam zostałem, czekając na wydanie stosownego dokumentu.


Tortury



Lepiej byłoby, gdyby wypuścili mnie wcześniej. Około dziewiątej wieczór do piwnicy kontrwywiadu DNR przyprowadzono trzech chłopaków. Jak usłyszałem, mieli po 16 lat. Wszyscy ubrani w cywilne ubrania, byli pobici i przerażeni. Za nimi szedł konwojent, trzymając w rękach żółtą, przezroczystą reklamówkę, w jej wnętrzu widniały opaski "Prawego sektora".

- Kim oni są? - zapytał ktoś z agentów kontrwywiadu.

- Przyprowadzili prawoseków - odpowiedział konwojent, demonstrując wyciągnąwszy torbę z opaskami.

- Prawoseki?

- Tak.

- W takim razie, dawaj to mięcho do mnie…

Chłopaków zaprowadzono po schodach na górę. Po pięciu minutach przez stropy trzech kondygnacji usłyszałem straszliwe krzyki, trwały bez przerwy przez około pół godziny.

- Co się dzieje? - zapytałem.

-  Stawiają im "koronki", - śmiejąc się, odpowiedział konwojent.

- Wyrywają zęby - zupełnie spokojnie dodał drugi.

Odesłali mnie do sąsiedniego gabinetu, ale i tam krzyki nie były cichsze. Zaczęło męczyć mnie pytanie, przyszli na terytorium kontrolowane przez „powstańców”, po co w bagażu taszczyli te opaski? "Tak poszukuje się długiej i męczącej śmierci” – tylko tak potrafiłem sobie odpowiedzieć. Ci jednak chłopcy nie wyglądali na samobójców lub masochistów. W końcu krzyki ucichły. Ktoś wyszedł na korytarz. Na podstawie podsłuchanej rozmowy zorientowałem się, że torturowany chłopak, "nieśmiertelny",  nie przyznaje się, że jest "prawosekiem". Później znów usłyszałem, jak kogoś po podłodze ciągnęli do piwnicy, znów usłyszałem uderzenia i stłumione krzyki. W powietrzu rozszedł się zapach kału. To siedzącym w korytarzu nie przeszkodziło śmiać się dalej.

Wkrótce wrócił komendant. Zszedł na dół do piwnicy, po czym krzyki ustały. Podszedł też do mnie i powiedział, że jestem wolny i że mogę wracać do siebie. Powstaniec o pseudonimie "Muzyk" zaprowadził mnie ku wartowni. Uścisnął rękę i przeprosił, "jeśli coś było nie tak". Nie czułem złości lub strachu, ale  w bramie wyjściowej ręka sama uniosła się w kierunku krzyżyka, dostałem go w przeddzień podczas procesji. Teraz ja, choć zawsze sceptycznie odnosiłem się do każdej religii pocałowałem go. Nie w swojej intencji, lecz tych nieszczęsnych, co tam zostali.


W poszukiwaniu noclegu



Zamówiono już dla mnie przepustkę do sztabu. Zacząłem myśleć o noclegu. Włócząc się po mieście aż do godziny policyjnej, zdałem sobie sprawę, że wszystkie budowy, pozornie martwe, w rzeczywistości były pełne uzbrojonych ludzi. Trudno się było spodziewać, iż okażą zadowolenie na widok dziwnego typa bez odpowiednich dokumentów. Tkwiły mi także w pamięci słowa sztabowców o niechęci zwykłych powstańców do prasy i jej przedstawicieli. Na myśl, że mógłbym wrócić do piwniczki w siedzibie kontrwywiadu aż się wzdrygnąłem. A tak mogłoby się stać, gdyby przyszyli mi nowy zarzut o szpiegowanie powstańczych pozycji i umocnień. A później mogliby wysłać w towarzystwie alkoholików, narkomanów i innych osób złapanych w mieście na, jak ją tu nazywają, "terapię zajęciową" - do kopania okopów. Rozmyślając o swoim położeniu, dotarłem do obwodowej administracji miejskiej. Tam miałem szczęście, chociaż jej budynek był obiektem strategicznym, to po opowieści o tym, co się ze mną stało, szef ochrony o ksywie "Tato" (na co dzień Siergiej Nikołajewicz) kazał mnie wpuścić. Poprosił, aby otworzyć dla mnie jadalnię, nakarmiono mnie od serca, potem wysłali na czwarte piętro, do "Pietrowny", czarującej, godnej podziwu kobiety. I ona i "Tato", niesamowici, uczciwi, wyjątkowi ludzie zasługują z resztą na oddzielną opowieść. Na górze znalazłem wyremontowany gabinet, przekształcony w pokój hotelowy- z klimatyzacją, szafkami i improwizowanymi biurowymi stołami, łóżkami. Warunki miałem luksusowe, samodzielny pokój z pełnym wyżywieniem.



Kozacy walczący po stronie separatystów chętnie korzystaja z możliwości
biznesowych stwarzanych przez wojnę. 


Jednak, jak się okazało nie było tu całkiem bezpiecznie, obstrzał i wybuchy dawno przestały mi już przeszkadzać, jednak musiałem się liczyć z podejrzliwością donieckiego kontrwywiadu. Oliwy do ognia dolało przypadkowe spotkanie, doszło do niego już kolejnego dnia. Wchodziłem po schodach i nagle stanąłem twarzą w twarz z człowiekiem przesłuchującym mnie w piwnicy SBU. Przywitaliśmy się, uśmiechnęliśmy i nawet wymieniliśmy parę zdań, ale i tak nie opuścił mnie niepokój, że szukał tu mojej duszy..

Tego samego dnia rozmawiałem przez telefon z człowiekiem z Moskwy, jechaliśmy razem do Doniecka z miasta Szachty, opowiedziałem mu o swoich przygodach. Miał dla mnie jedną radę: wyjeżdżaj, im szybciej, tym lepiej. Miał chody w rządzie DRL,  ułatwił mi spotkanie z jednym z ważniejszych dygnitarzy. Ten z kolei zabrał mnie do działu zajmującego się ewakuacją uchodźców. Ustawili mnie tam w kolejce, moje nazwisko zaznaczyli markerem, tak znalazłem się w pierwszej grupie zakwalifikowanej do wyjazdu. Jednak "korytarzy" do wyjazdu nie było, w tych dniach armia ukraińska cała rwała się, by wziąć Donieck w okrążenie. Drogi, po których jeszcze nie dawno wszyscy jeździli do Makiejewki, znajdowały się już w rękach armii ukraińskiej, albo toczono o nie zacięte bitwy. Jak długo mogło to potrwać, nie wiedział nikt. Przedtem, kiedy pracowałem w sztabie nie miałem kontaktów wśród szeregowych powstańców, teraz pojawiła się okazja, by z nimi pogadać.


Wojna domowa



Od przyjazdu na Ukrainę upłynęło sporo czasu, wreszcie zrozumiałem, że tutejszy konflikt zbrojny, nie jest jednym z wielu zderzeń o charakterze geopolitycznym. Uświadomiłem sobie, że toczy się tu prawdziwa wojna domowa, każda ze stron walczy o swoje. Najpierw najważniejsza była idea niepodległości, chęć stworzenia własnej, wolnej od wad ukraińskich Noworosji, potem zaczęto myśleć o przyłączeniu się do Federacji Rosyjskiej. Teraz równie ważne zaczęło być banalne pragnienie krwi, potrzeba zemsty. Patrzyłem w oczy ludziom i robiło mi się niedobrze od skali tej tragedii. Nie mogłem spokojnie myśleć o propagandystach i ich robocie, o nieszczęściach jakie przynieśli tej jeszcze do niedawna żyjącej w pokoju ziemi, każdemu domowi i rodzinie.

Oto kilka przykładów. Dmitrij, powstaniec: "ja sam jestem spod Mariupola, w rodzinie było nas czworo: ja, ojciec, matka i starszy brat. Kiedy to wszystko się zaczęło, od razu poparłem DRL, matka także za Rosją, a ojciec i starszy brat byli innego zdania. Ojciec z mamą po prostu się spierali, ze mną już się kłócił, brat przestał ze mną rozmawiać. Kiedy rozpoczęły się walki, zgłosiłem się do powstania, byłem w Kramatorsku. Gdy „Ukry” zaczęły bombardować naszą wieś, pocisk uderzył w dom. Mama i ojciec zginęli na miejscu. Ja im tego nie wybaczę, teraz zostałem sam. Brat żyje, ale już nie jestem dla niego bratem, zadzwonił do mnie następnego dnia i powiedział, że za brata mnie już nie uważa. I że matkę i ojca zabili przeze mnie, że gdyby nie DRL, wszyscy by byli żywi. Teraz jestem sam. A brat też zgłosił się do walki na ochotnika, gdzieś teraz wojuje przeciwko mnie".

Inny przykład: "Miałem przyjaciela, razem studiowaliśmy, razem wstąpiliśmy do wojska. Obaj służyliśmy w brygadzie desantowej. Ta brygada teraz walczy przeciwko nam. Mój przyjaciel, gdy to się zaczęło opowiedział się za Ukrainą. Mimo, że walczyliśmy z nim po różnych stronach, nadal do siebie telefonowaliśmy. Przyjaciel nie spał po nocach, dyżurował przy namiocie sztabu. Chciał wiedzieć, gdzie i kiedy „Ukry” będą strzelać z "Gradów". Gdy zdobywał informację, że  będą strzelać w moim rejonie, telefonował od razu, błagał, żebym się przeniósł. Kilka razy uratował mi w ten sposób życie. Nigdy sobie nie wybaczę, że nie przeciągnąłem go na naszą stronę, kiedy ich brygada wpadła w okrążenie. Byłby teraz żywy, na sto procent. Wypuściliśmy ich wtedy z kotła, ale po tygodniu, gdy już nasi wyrwali się Kramatorska służył na posterunku kontrolnym. Zabiło go bezpośrednie trafienie z czołgu".

Sergiusz, ksywka "Bajkał": "Wychodziłem dwa razy z okrążenia, po raz drugi pod Kramatorskiem. Zostało czterech naszych, dwóch gdzieś tam zabili, trzeciego na moich oczach. Doznałem zespołu stresu pourazowego, dotarłem do wsi, wieś zajęta przez ukropów, tam za ukrywanie powstańców- rozstrzelanie. A mnie uratowała miejscowa rodzina, 10 dni dochodziłem u nich do siebie, nie tylko mnie ukrywali: sami skontaktowali się z moją siostrą, przyjechała po mnie z Nikołajewa. W ich wsi, wszyscy na siebie donoszą, boją się, ale mnie uratowali".

Wiele rzeczy słyszałem. Choćby głośną historię  o zastosowaniu fosforu, opowiedział mi ją jeden z powstańców (niestety nie pamiętam jak miał na imię). Opowieść o użyciu fosforu nie jest wyłącznie wytworem kremlowskiej propagandy. Tylko użyto go nie dokładnie w takich okolicznościach, jak opisywano to w telewizji rosyjskiej.

"Tak, użyto fosforu - powiedział mój rozmówca – ale cywilów już tam nie było. Wieś najpierw "zrównano z ziemią " przy pomocy artylerii, nasi mieli tam posterunek. Wszystkich zmietli: dzieci, kobiety, starców, dużo naszych. A kiedy domy spłonęły, zostały po nich tylko piwnice i schrony, przekopaliśmy między nimi tunele, i gdy weszły „ukry”, podpaliliśmy całą kolumnę. Za drugim razem - ta sama historia. Artyleria, moździerz naszym chłopakom nie dawały rady. Więc ukropy zdecydowały, że wypalą ich fosforem. Zwykłej, cywilnej ludności tam już nie było”.

Rozmowy z powstańcami otwierały mi oczy na sprawy po prostu paskudne, na żadnej wojnie nie da się ich uniknąć. Opowiedzieli mi na przykład, jak dostarczane są z Rosji dostawy broni: "Dowódcy... kiedy my tam walczymy, robią na nas forsę. Załóżmy, że przychodzi z granicy wypełniony "żelazem" Kamaz, wszystko co potrzebne powstańcom. Dowódca z kumplami zdejmą z paki jedną-dwie skrzynki, pozostałe– do „koralu” i wysyłają go z powrotem. Żelazo chłopaków jest stare, z "kałachów" strach strzelać, a SKS-y zardzewiałe. Nabojów na dwa magazynki. Gdybyśmy nie kradli u swoich, dawno bylibyśmy już w Kijowie.

Opowiedziałem znajomym o swoim przesłuchaniu w piwnicy SBU i o "prawosekach", złapanych i przesłuchanych. "To, że ty stamtąd wyszedłeś, oznacza, że pomodliła się za ciebie mama. – usłyszałem od jednego z rozmówców. - A to, że ci chłopcy mieli opaski, to się nie dziw. Mogli im podrzucić, są takie przypadki.. Albo ich zdążą wyciągnąć, albo…". W innym wypadku obiecano dowódcy: "czyj pododdział przyprowadzi "prawoseka", dostanie nagrodę.” Więc nic dziwnego, że przypadków znalezienia podejrzanych osób z odpowiednim bagażem w reklamówce, nie jest tak mało. A podczas tortur przyznają się wszyscy.


Do domu



Wieczorem 26 lipca zdzwonił telefon, głos w słuchawce poinformował, że korytarz jest znów otwarty, i że jeśli jestem gotów do wyjazdu, to następnego dnia rano muszę stawić się w pobliżu "MC Donaldsa", niedaleko rynku. Przyszedłem na czas. Było tam już ponad stu uchodźców. W większości zgłosiły się kobiety i dzieci - rodziny powstańców. Uciekających mężczyzn, jak to miało miejsce, gdy jechaliśmy do Doniecka, nie zauważyłem. Być może dlatego, iż głównodowodzący wydał dekret o zakazie wyjazdu dla mężczyzn w wieku poborowym. Wywożono tylko ą kilku chłopaków z powstania, jeden z nich, świadczył o tym gips,  został ranny, pozostali trzej, jak się później okazało, byli obywatelami Rosji. Po półtorej godziny na umówione miejsce przybyły cztery korale, był wśród nich i ten sam, którym wraz z "Trwogą" i kozakami wyjeżdżałem z Rosji.

Zapakowaliśmy rzeczy, wózki dziecięce. Zajęliśmy miejsca. W towarzystwie trzech samochodów z powstańcami ruszyliśmy w drogę powrotną. Na pierwszym przystanku poznałem chłopaków z powstania. Umówiliśmy się, że będziemy trzymać się razem, przez całą drogę rozmawialiśmy o czasie spędzonym na południowym wschodzie. Jeden z moich towarzyszy podróży, Iwan, zainteresował się, jak dotarłem do Doniecka. Kiedy usłyszał ksywkę "Trwoga", zdziwił się.

- „Trwoga”? To przecież kret!

- Daj spokój, on był jedynym normalnym człowiekiem ze wszystkich, którzy byli w Szachtach. Dał mi nocleg, nakarmił, przewiózł. Dlaczego tak o nim mówisz?

- Pracował na dwie strony. A tobie się po prostu poszczęściło. Sam dzielił szmuglowanych powstańców, dwie grupy przewoził zgodnie z umową, jedną oddawał ukropom. A zresztą, nie ma go już więcej. Za takie coś od razu kulka w łeb, wiedział na co idzie i co podpisuje...

Pewnie nigdy nie dowiem się, jak było naprawdę.



Paweł Gubariew, ludowy gubernator Donbasu zachęca mieszkańców, by w związku
z rosnącym prawododobieństwem walk ulicznych na przedmieściach przenosili sie do centrum. 



Naszą rozmowę przerwał huk odrzutowca. Ktoś powiedział, że był to Su-25. Poproszono nas o odejście od autobusów. Samolot odleciał w stronę Ługańska, chwilę później, gdzieś w oddali, padły dwa przytłumione wystrzały. Dźwięk silników na chwilę stał się słyszalny i znowu zniknął.

Znów wsiedliśmy do autobusu. Trochę okrężną drogą udaliśmy się w kierunku przejścia granicznego Izwarino. Wzdłuż całej drogi, na pasie wiodącym w przeciwnym kierunku widoczne były ślady pancernych gąsienic. Prowadziły ze strony Rosji.

Dojechaliśmy do przejścia granicznego, tydzień wcześniej zostało odbite z rąk Ukraińców. Wszędzie były widoczne ślady niedawnej walki. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to ogromna flaga radziecka zainstalowana przez powstańców, na miejscu ukraińskiej. Powiewała wraz ze sztandarami DRL, ŁRL i Noworosji. Te flagi nie łopotały na swoim miejscu. Być może symbolizowały one nadzieję i aspiracje pewnych ludzi. Jednak, tak naprawdę, nie miały one wiele wspólnego z opuszczonym przez nas dopiero co terytorium. Znalazły się na tym miejscu tymczasowo i ta tymczasowość właśnie pobudziła w moim sercu jeszcze silniejszą tęsknotę i poczucie straty, mieszkaliśmy kiedyś w jednym, wielkim kraju, nikt w nim nie dzielił obywateli na "ukropów", "koloradów", "moskali" lub "noworusów".

Nigdy wcześniej linijka z wiersza Anastazji Dmitruk nie zabolała mnie tak mocno, jak wtedy: "Nigdy już nie będziemy braćmi".

Braterstwo nigdy już nie wróci tam, gdzie przelała się bratnia krew.






Tłumaczenie: Mariusz Szczepanek, ZDZ





Oryginał ukazał się na publikowanym w Jekaterynburgu portalu znak.com
http://znak.com/moscow/articles/25-08-19-49/102823









Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com