poniedziałek, 15 grudnia 2014

Telewizja „DOŻD’”: ten deszcz wciąż jeszcze pada.



Kilka lat temu, kiedy zakładała swoją wymarzoną stację telewizyjną Natalii Sindiejewej spodobala się nazwa „DOŻD’”. Po polsku deszcz. Jest w niej coś optymistycznego, woda oznacza życie. Dzięki świetnemu zespołowi dziennikarzy TV DOŻD’ zdobył serca widzów. Jest jedyną w Rosji stacją telewizyjną wolną od cenzury. Na antenie występują przedstawiciele opozycji, nie ma na niej miejsca dla kłamstwa o kryzysie ukraińskim.


 

Od wielu miesięcy stacja jest celem ataku inicjowanego przez władze. Po utracie ostatniego studia przeniosła się do prywatnego mieszkania w centrum Moskwy. Reporterka opozycyjnej „Nowej Gaziety” opowiada jak wygląda realizacja programu telewizyjnego z zaimprowizowanego studia i jakich cudów dokonywać muszą pracownicy, by nie przerwać nadawania.
 


Autor: Natalia Zotowa




 

Reżyserkę oddzielają od studia cienka ściana i szklane drzwi. 




Zapuszczona klatka schodowa, winda ze starych czasów radzieckich z wciśniętymi na zawsze przyciskami, na piętrze dziecięce wózki i rower. Sąsiedzi na razie nie orientują się, że do ich klatki schodowej wprowadziła się prawdziwa stacja telewizyjna. W korytarzu wszystkim odwiedzającym wydawane są ochraniacze na buty. Szeptem proszeni są, by przestawili telefony komórkowe na tryb bez sygnału. Przechodząc dokądkolwiek, należy zachować ciszę i spokój, z salonu prowadzona jest transmisja na żywo. Od czasu do czasu jednak, w korytarzu coś spada na podłogę, technicy wybiegając wtedy z reżyserki demonstrują pełen irytacji wyraz twarzy.

Podłogi do wymiany

- „Tutaj albo trzeba wymienić podłogi, albo w studiu założyć izolację” – mówi Iwan, operator dźwięku. Już wkrótce przywiozą ekrany akustyczne, to pozwoli nam wyeliminować efekt echa słyszalny przez widzów. Na razie, nasze zadanie polega na tym, by widzowie bez zakłóceń słyszeli choćby słowa prowadzących. Z dźwiękami dochodzącymi z zewnątrz niczego zrobić się nie da. Jakaś przebudowa w mieszkaniu nie jest możliwa, to nasza tymczasowa przystań, trzeba je będzie zwrócić właścicielowi w idealnym stanie.

„DOŻD’” nadaje z mieszkania już kolejny dzień. Trzeba było się tu wprowadzić w okolicznościach nadzwyczajnych, gdy stację zmuszono do wyprowadzenia się z redakcji magazynu „SNOB”. Innego miejsca w Moskwie, nękanej przez władze stacji telewizyjnej, znaleźć się nie udało. „Największy wyczyn – mówią pracownicy – mają na koncie nasi inżynierowie. Przez całą dobę nie wychodzili z mieszkania, montowali sprzęt konieczny do prowadzenia programów na żywo” Pracowali z niewiarygodną szybkością (ilość sprzętu trzeba było zmniejszyć o jedną trzecią, w mieszkaniu nie mieści się pełen komplet). A tak w ogóle mieszkanie wymagało sporej adaptacji. W przestronnej łazience urządzono pomieszczenie do makijażu, w kącie reżyserki stoi pianino, nadaje się jako podstawka dla drobnej aparatury.

- „Wszystko tu jest improwizacją. Tak się tego nie robi. Gdy się pojawia jakiś problem, rozwiązanie wymyślamy natychmiast sami.” – opowiada Iwan.


Na antenie Michail Kozyriew (z lewej): "Zaczynamy nasz   Telemieszkalnik". 




Nie wszyscy mieszkancy orientują się, że ich sąsiadem zostala prawdziwa stacja telewizyjna. 





Haczyki do bielizny

- Ściany w mieszkaniu były pomalowane na beżowo, taki kolor nie nadaje się do telewizji, zlewa się z kolorem twarzy.” – tłumaczy operator Wolodia. „Korzystamy z odpowiednich lamp, zamieniamy go w biały. Jasne światła na dzień przyklejamy do ściany taśmą klejącą. Po zakończeniu programu odklejamy je. Na ich miejsce instalujemy reflektory, niebieskie przesłony mocujemy na nich przy pomocy haczyków do bielizny. Taki niebieski odcień na ścianie jest nam potrzebny, daje w kadrze inna atmosferę, dzięki niej różne programy nie wyglądają tak samo. Rzecz jasna formaty poszczególnych programów uległy zmianom. W starym studio, w ogromnej hali na terenie dawnej fabryki „Krasnyj Oktiabr” wszystko można było przestawiać, przebudowywać, wystarczało na to dziesięć minut, ale z nim pożegnaliśmy się jeszcze jesienią. Teraz trudno nawet marzyć, byśmy mogli zbudować starą kuchnię jako dekorację dla programu „Dziadko X 3. Duże programy, projekty specjalne, na nie brak teraz możliwości.

- W czwartek chciałam zrobić „okrągły stół”. Ale tu nie ma nie tylko okrągłego stołu, przede wszystkim brakuje możliwości, by w kadrze zmieścić więcej, niż jednego człowieka.” – mówi prowadząca i zastępca redaktora naczelnego TV DOŻD’, Maria Makiejewa.

- „Okrągły stół. Cha, cha. Teraz zmieścimy tylko kwadratowe stoliki”. – żartują koledzy.

W starych warunkach stacja produkowała programy w sześciu formatach, teraz musi ograniczać się do dwóch. Ale Makiejewa nie płacze, oba wykorzystywane są na maksa.



W reżyserce do porozumiewania się często wystarczyć muszą gesty. Slowa mogłyby
być slyszalne na antenie. 




Korespondenci potrafią wszystko

- „W naszej stacji wszystkich korespondentów zatrudniamy jako producentów. Potrafią wyprodukować temat od początku do końca. Potrafią wszystko, opanowali całe instrumentarium, robią zdjęcia, montują. Tak było u nas od początku, a dziś to rozwiązanie okazało się szczególnie korzystne.”

Przydało się także doświadczenie nadawania programu poza siedzibą stacji. „DOŻD’” swego czasu skompletował studio wyjazdowe dysponujące niezbędna aparaturą. Potrzebne było na przykład podczas wielkich moskiewskich demonstracji, lub innych wydarzeń. Pracownicy „DOŻDia” maja więc doświadczenie pracy warunkach polowych. Teraz często nie kryją irytacji, jednak dają sobie radę. Reżyserkę oddzielają od studia cienka ściana i szklane drzwi, w niej nie da się mówić pełnym głosem, więc obecni w niej ludzie, by się porozumieć często machają rękami, starając zwrócić na coś uwagę.

Prowadzący swój program autorski, profesor Wyższej Szkoły Ekonomiki Siergiej Miedwiediew trafił do mieszkania-studia po raz pierwszy. „Mam wrażenie, jakbym dołączył do konspiracji, czuję się tu prawie jak w redakcji gazety „Iskra”  (gazeta partii bolszewickiej wydawana w podziemiu – „mediawRosji) – ironizuje. Brama wejściowa, kod, przed nią brakuje tylko agentów, miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie…”

-„ DOŻD’” to telewizja szczególnie efektywna. Jej baza jest maleńka, a oni wciąż nadają.” – ciągnie Miedwiediew. „Oni chcą pracować, produkują dobre programy, mają widza, pozostaje kwestia bazy technicznej. Mam nadzieję, że uda się ją rozwiązać.”



Kolejne wydanie programu informacyjnego prowadzi gwiazda stacji Timur Olewski,
znany przede wszystkim ze swych reportaży z Ukrainy. 




Pomieszczenie dla makijażu wygospodarowano w obszernej łazience. 



Przeprowadzka do nowego studia

Przeprowadzka do nowego, bardziej odpowiedniego, pomieszczenia może się odbyć w nieodległej przyszłości. Natalia Sindiejewa poinformowała o rozmowach prowadzonych z jego właścicielem. Rozpatrywane wcześniej warianty okazały się zbyt drogie. Obecnie głównym źródłem finansowania stacji jest reklama i opłaty abonamentowe wnoszone przez widzów. W ten sposób wykupują oni dostęp do programu. Ale już 1 stycznia zacznie obowiązywać ustawa zakazująca rozmieszczania opłaconej reklamy w programie płatnych stacji telewizyjnych. W chwili obecnej „DOŻD’” znajduje się w ofercie 300 operatorów kablowych, przede wszystkim mniejszych. Największe rosyjskie sieci kablowe wyłączyły sygnał „DOŻDia” podczas poprzedniej zimy, wtedy, gdy zaczął się atak wymierzony w niepokorna stację. Do dziś nie podłączyły go ponownie.

- „Ludzie, następnym razem, jak przyjdziecie bez kapci, będziecie chodzić na bosaka”. – z mieszkania po zakończeniu pracy wychodzi część pracowników, koledzy śmieją się z nich.

- Witajcie ! zaczynamy nasz program „Telemieszkalnik” –  na antenie startuje właśnie program Michaiła Kozyriewa.

W telewizji „DOŻD’” deszcz wciąż jeszcze nie przestał padać.



Tłum.: ZDZ




Artykuł ukazał się na portalu „Nowej Gaziety”: http://www.novayagazeta.ru/politics/66489.html





TV „DOŻD”’ na blogu „Media-wRosji”:


Jedyny w polskich mediach ekskluzywny wywiad udzielony redakcji bloga „Media-w-Rosji” przez Natalię Sindiejewą, założycielkę i dyrektor naczelną niezależnej stacji telewizyjnej „Dożd”.

Jeszcze w czwartek ostatnie przemówienie Władimira Putina na antenie telewizji „DOŻD’” komentowali najważniejsi rosyjscy dygnitarze, wicepremier Rogozin, szef wywiadu Fradkow, prokurator generalny Czajka. Ale już następnego dnia, jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość o tym, że jedyna w Rosji wolna od cenzury stacja telewizyjna została wyrzucona ze swego tymczasowego studia i że wyprowadzić się musi natychmiast. 

Natalia Sindiejewa, założycielka i dyrektor generalny telewizji „DOŻD’” na antenie radia „Echo Moskwy” opowiedziała w jaki sposób bezdomna stacja zamierza stawić czoła nowemu kryzysowi. Czy Kreml przystąpił do ostatecznej rozprawy z niepokorną telewizją?

Od poniedziałku „TV DOŻD’” będzie nadawać z mieszkania Natalii Sindiejewej. Z Natalią Sindiejewą rozmawia Ksenia Łarina.

Jedyna w Rosji niezależna stacja telewizyjna „TV Dożd’” nie poddaje się. Pozbawiona na polecenie Kremla dostępu do sieci kablowych i dochodów z reklamy zwróciła się do swoich widzów i przyjaciół z apelem o wsparcie. Aleksander Winokurow, współwłaściciel stacji, podaje na swym blogu interesujące dane na temat jej budżetu. 

Materiał wydawnictwa internetowego www.newsru.com

Materiał stacji telewizyjnej „Dożd’” (www.tvrain.ru)








Telewizję "Dożd'" ("Deszcz") można oglądać na stronie internetowej www.tvrain.ru






Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






czwartek, 11 grudnia 2014

Prosta jak automat Kałasznikowa: ideologia oblężonej twierdzy



Na Kremlu nie mają wątpliwości, Rosjanie potrzebują jasnego drogowskazu, jednoczącej ich idei. Tylko tak, w nadchodzących trudnych czasach, można będzie zapobiec ewentualnym niepokojom. Rozpatrywano różne warianty – pisze petersburski publicysta i ekonomista Dmitrij Trawin. Swoich zwolenników ma projekt euroazjatycki, prezydent Putin skłonny był raczej wywiesić sztandary konserwatywne. Zwyciężył wariant najprostszy i dla mas zrozumiały najbardziej. 


Do wyborów prezydenckich w 2018 roku obowiązywać będzie retoryka w stylu „żyjemy w oblężonej twierdzy”. Rosję otaczają wrogowie, wewnątrz knują zdrajcy.



 Autor: Dmitrij Trawin
 



 


Rosję otaczają wrogowie, wewnątrz czają się zdrajcy. W takim klimacie politycznym
nie ma mowy o żadnej liberalizacji polityki i gospodarki. 





Zaczęto nas przygotowywać do wielkiej wojny. To nie są przygotowania na wypadek konfliktu regionalnego, typu donbaskiego, który można obserwować na ekranie telewizora, nie odrywając się od butelki z piwem. Szykują nas, byśmy byli przygotowani na nadejście wydarzeń o historycznym znaczeniu, na skalę Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

W posłaniu wygłoszonym na forum Zgromadzenia Federalnego, Wladimir Putin ostro skrytykował Amerykę. Myślą tylko o nowych podziałach, jakież to podobne do działań Hitlera, ale na szczęście jemu się nie udało, Amerykanów spotka to samo.

Deputowani Dumy Państwowej, zgodnie z planem, powinni byli na początku grudnia uczestniczyć w ćwiczeniach prowadzonych w schronach położonych na terenie moskiewskiego metra. Chodziło o przygotowania na wypadek masowych bombardowań stolicy. Ze względu na posłanie prezydenta ćwiczenia odłożono, jak się ukrywać przed bombami deputowani przećwiczą ciut później.

Za to naszych parlamentarzystów, już w najbliższej przyszłości czeka rozpatrywanie projektu ustawy o państwach-agresorach. Zgodnie z nim, przyjęcie wymierzonych w Rosję sankcji równać się będzie agresji. Wystarczy, by terminu tego używano w naszej telewizji z odpowiednią częstotliwością, by obywatele przywykli do myśli, iż „europejska agresja wymierzona w luksusowe wille pana Rotenberga, może – uwaga – przekształcić się w prawdziwą wojnę.

Szef Służby Wywiadu Zagranicznego Michail Fradkow wytłumaczył, iż spadek wartości rubla jest skutkiem agresji ze strony zachodnich funduszy inwestycyjnych. Napadły na nasz kraj, by przeprowadzić swoje spekulacje walutowe. Zaczęła się prawdziwa wojna walutowa, święta wojna…

Przykłady jakie przytoczyłem pochodzą z naszych mediów, wystarczył tydzień, by je zebrać. W przyszłości tego rodzaju strumień informacji może tylko się zwiększać. Naszemu współobywatelowi, by obronić się przed czekającym go prędzej, czy później nieuniknionym praniem mózgu, potrzebna jest niewiarygodna wytrzymałość psychologiczna.

Co jednak dzieje się w rzeczywistości? Krajowi grożą określone niebezpieczeństwa, ale nie mają one nic wspólnego z obecną w mediach paranoją.

Warto cierpieć za ideę

Jeszcze w zeszłym roku na Kremlu uświadomiono sobie, iż nie da się uleczyć rosyjskiej gospodarki. Kremlowscy stratedzy zrozumieli o wiele wcześniej, niż dotarło to do milionów prostych Rosjan, że kraj doświadczy spadku kursu rubla i że czeka nas recesja. Nieszczęście polega na tym, iż stratedzy ci nie potrafią zaproponować żadnego realistycznego scenariusza przezwyciężenia kryzysu. I w rezultacie ich główną troską jest ratowanie reżimu w sytuacji, gdy spadają realne dochody obywateli. Przy okazji starają się skomponować jakąś ideologię. To ważne, by ludzie nie cierpieli tak po prostu, a za ideę. Za nią gotowi są dać z siebie więcej. Niekiedy są gotowi bronić jej z entuzjazmem.

Władze przestały zamawiać u ekonomistów programy rozwoju kraju. Choć mogłoby się wydawać, iż nadszedł najbardziej odpowiedni czas. Zamiast tego prowadzone są prace nad programem ideologicznym. Gospodarki nikt nie zamierza reformować, beznadzieja, z nią nic nie da się zrobić. Za to, od dawna istnieje przetestowana telewizyjna machina propagandowa zdolna do zarażenia ludzi wielką ideą.

Jakiego rodzaju ideologii potrzebuje teraz maszyna państwowa? Rzecz jasna, nie komunistycznej. Za bardzo się zdyskredytowała. Ale co ważniejsze, odwołując się do ideałów komunizmu, byłoby trudno wytłumaczyć masom, jak to się stało, iż tak jak dawniej w naszym kraju sąsiadują ze sobą mega bogactwo z mega biedą. Dlaczego źródła korupcji znajdują się na samej górze? Dlaczego jednostki są właścicielami pałaców we Włoszech, podczas gdy innych czeka długa kolejka na prom, gdy zechcą odwiedzić Krym.

Nacjonalizm? To rzecz jasna produkt świeży. Jednak nacjonalizm o charakterze etnicznym, odpowiednio podrasowany, może okazać się niebezpieczny. W naszym przypadku mógłby się zwrócić przeciw migrantom, nanosząc potężne szkody gospodarce uzależnionej w wielkim stopniu od pracy gastarbeiterów. A możliwy mógłby się okazać czarniejszy scenariusz: nacjonalizm niszczy jedność naszego wielonarodowego państwa.

Projekt euroazjatycki

Widać wyraźnie, iż ze wszystkich pomysłów ideologicznych umożliwiających umocnienie imperium, najwięcej pracy włożono w projekt euroazjatycki. Nie jesteśmy ani Europą, ani Azją. W żadnym wypadku nie jesteśmy peryferiami świata cywilizowanego, ani awangardowym oddziałem barbarzyńców wschodnich. Sami stworzyliśmy wielką cywilizację. Dlatego jesteśmy w stanie skupić wokół siebie Europejczyków i Azjatów przestraszonych potęgą świata atlantyckiego oraz groźbą anglosaskiej ekspansji niszczącej kultury narodowe.

W pewnym momencie, na odpowiednim szczeblu przyglądano się bliżej projektowi „euroazjatyckiemu”, zastanawiając się, czy nie nadaje się na podstawę ideologiczną obecnej Rosji. Jednak projekt ten przegrał. Na wiosnę w 2014 roku można było odnaleźć euroazjatyckie motywy w opracowanej przez Ministerstwo Kultury koncepcji polityki kulturalnej kraju. Jednak bardzo szybko dokument poddano korekcie, przekształcając go w nudny i bezosobowy produkt urzędniczego trudu.

Jak można wytłumaczyć klęskę projektu „euroazjatyckiego”? Wygląda na to, iż jej entuzjaści przestraszyli się, iż ideologia ta w zbyt wielkim stopniu rozmija się z realiami życia w naszym kraju.

Jak twierdzą „euroazjatyccy” specjaliści, Rosja jest naturalnym sprzymierzeńcem Europy kontynentalnej, jedynie kraje atlantyckie są naszymi przeciwnikami. Bieda polega na tym, iż ani Niemcy, ani Francuzi i Hiszpanie, nie mówiąc już o licznych spokrewnionych z nami narodach słowiańskich w żaden sposób nie chcą dostrzec istniejącej między nimi, a nami euroazjatyckiej wspólnoty. Odwrotnie, chętnie wstępują do NATO i Unii Europejskiej, popierają karanie Rosji przy pomocy sankcji. Nawet nasza telewizja nie dałaby rady wytłumaczyć skąd wzięły się tego rodzaju sprzeczności.

Konserwatywny Putin

Jak się wydaje, sam Władimir Putin skłonny był raczej poprzeć projekt konserwatywny, nie euroazjatycki. W posłaniu wygłoszonym w zeszłym roku, wspomniał o nim kilka razy. Jego zdaniem konserwatywne podejście stwarza szansę na zachowanie najlepszych tradycji i uchronienie państwa przed groźnym chaosem rewolucji. Staje się ona całkiem prawdopodobna, jako skutek nieprzemyślanych przemian.

Formalnie rzecz biorąc, Kreml nie wyrzekł się ideologii konserwatywnej. Ale w ciągu ostatniego roku nie zrobiono wiele, by w tym kierunku pójść dalej. Najpewniej dlatego, iż tego rodzaju podejście mogło się okazać nie całkiem zrozumiałe dla mas. Byłoby im trudno zorientować się, kogo należy łupić, dokąd biec, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Ideologia bywa efektywna, gdy wiadomo z kim się przyjaźnimy i przeciw komu. Kultywowanie dobrych tradycji, to nie ideologia, to czas spędzony wesoło przy stole. Kieliszek, zakąska, toast za to co najlepsze. Takiej „ideologii” potrzebny jest „tamada”, a nie wódz narodu, dla którego gotowi bylibyśmy ponieść różne, w tym i materialne,  ofiary. Trudno też spodziewać się, by programy telewizyjne poświęcone tradycji zgromadziły liczne audytorium. Aktywna część społeczeństwa szuka spisków, wrogów i zdrajców narodu, czeka na sygnał z kim się rozprawić i dokąd biec.

Oblężona twierdza

Tak więc na naszym rynku ideologicznym komunizm, nacjonalizm, euroazjatyckość, konserwatyzm okazały się mało konkurencyjne. Zwyciężyła konstrukcja prosta i skuteczna, jak automat Kałasznikowa, ideologia oblężonej twierdzy. Ze wszystkich stron otaczają nas wrogowie. Na zewnątrz zagrażają nam agresorzy, od wewnątrz zdrajcy. Za Majdan odpowiadają banderowcy, za Plac Blotny banderłogi. W pościeli leżą geje, w komputerach siedzą wirusy. Z góry, z powietrza mogą na nas spaść bomby, wydobywana spod powierzchni ziemi nafta na skutek działań wrogów może tanieć. Wypłacają nam kredyty w dolarach, znaczy to, że chcą nas nawrócić, odmawiają kredytów, to znaczy, że chcą rzucić na kolana.

Niemcom przypomnimy Hitlera, Francuzom Napoleona, Szwedom Karola XII, Rumunom Drakulę. Anglicy mogą tylko intrygować, Polacy rozprawili się z Iwanem Susaninem. Litwa pomagała Tatarom. Ameryka ukradła nam Alaskę, nieźle na tym zarabiając. Bez naszego złota na amerykańskich plantacjach, do dziś znęcano by się nad Murzynami.

W oblężonej twierdzy nie zawsze wystarcza jedzenia. Ale w niej możliwej zemsty wroga boją się bardziej, niż głodu. Im mniej na naszych półkach sklepowych towarów, im silniej rosną ceny, im bardziej tracą wartość nasze oszczędności, tym bardziej rośnie zapotrzebowanie na obraz zagranicznego wroga i agresora. Wirtualnego strachu nie da się utrzymywać bez końca, jednak do wyborów prezydenckich w 2018 roku wszelkiego rodzaju zagrożeń i niebezpieczeństwa powinno wystarczyć z naddatkiem.



Tłum.:  Zygmunt Dzięciołowski




Oryginał ukazał się na petersburskim portalu fontanka.ru:

http://www.fontanka.ru/2014/12/08/077/







*Dmitrij Travin, ekonomista, publicysta, profesor Uniwersytetu Europejskiego w St. Petersburgu, dyrektor Ośrodka Studiów nad Procesami Modernizacji. Członek opozycyjnego Komitetu Inicjatyw Obywatelskich powołanego do życia przez bylego ministra finansow Aleksieja Kudrina. 












Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com












środa, 10 grudnia 2014

Rosja, jak wirus Ebola



Wydarzenia na kijowskim Majdanie wybuchły rok temu. Na Ukrainie rewolucja odniosła zwycięstwo. Dla Wladimira Putina taki rozwój wydarzeń był nie do zaakceptowania. Działania podjęte przez Kreml, zajęcie Krymu, sprowokowanie działań zbrojnych na wschodzie Ukrainy pociągnęły za sobą daleko idące następstwa, śmierć ludzi, zniszczenia, zmiany granic.



Publicystka i politolog Tatiana Stanowaja zastanawia się, jaki jest dla Rosji bilans strat i zysków związanych z kryzysem na Ukrainie.
 



Październik 2014 r. Spotkanie w Mediolanie w "normamdzkim formacie": Rosja-Ukraina-Francja-Niemcy.
Ale na razie rozwiązania dla kryzysu ukraińskiego nie znaleziono.  


 

21 listopada 2013 rząd Ukrainy postanowił wstrzymać przygotowania do podpisania  umowy stowarzyszeniowej Ukrainy z UE, wyjaśniając to „względami bezpieczeństwa narodowego Ukrainy” oraz koniecznością „bardziej szczegółowej analizy” kroków wiodących do „odbudowy współpracy handlowo-gospodarczej z Federacją Rosyjską oraz innymi państwami Wspólnoty Niezależnych Państw w tych dziedzinach, w jakich została ona zaniechana”. Decyzja ta stała się punktem wyjścia dla wydarzeń, których konsekwencje odczuwa do tej pory nie tylko Ukraina, Rosja, ale i cała społeczność międzynarodowa. Rezygnacja Ukrainy ze stowarzyszenia z Unią Europejską doprowadziła do rewolucji, zaangażowania się Rosji w konflikt wojskowy, utraty Krymu i innych skutków, niemożliwych do przewidzenia pod koniec poprzedniego roku. Co zyskała, a co straciła Rosja w globalnym starciu z Zachodem o sąsiedni kraj, do niedawna traktowany jak bratni?

Historia nie zna trybu przypuszczającego, ale jeśli mimo wszystko Putin byłby w stanie w listopadzie 2013 r. odbyć podróż w czasie i ujrzeć wszystko to, co dzieje się dzisiaj, czy powtórzyłby swoje działania, czy może się z nich wycofał? Rosyjskie stacje telewizyjne bardzo lubią oskarżać Zachód, przede wszystkim USA, o sprowokowanie rewolucji na Ukrainie. Nie można jednak zaprzeczyć, że prawdopodobieństwo takich wydarzeń byłoby wielokrotnie niższe, jeśli Moskwa zrezygnowałaby z nacisków na Wiktora Janukowicza prowadzących do zablokowania stowarzyszenia Ukrainy z Unią Europejską. Dzień 21 listopada stał się impulsem dla politycznej „bifurkacji”, rozstrzygającej o wektorach rozwoju sytuacji na przyszłe lata.


Rosyjskie zyski


Z drogi tej nie można się już cofnąć, ale można nową sytuację podsumować. Angażując się w projekt „Ukraina bez UE i NATO” Rosja bez wątpienia osiągnęła też pewne zyski. Po pierwsze – przyłączyliśmy Krym. W rzeczywistości jest to bonus, zdobyty bez żadnych szczególnie sprytnych planów i wysiłków. Krymu nie można było nie wziąć. Takie było przekonanie zarówno Putina – szczerze wierzącego w niesprawiedliwość jego utraty –  jak i zdecydowanej większości Rosjan. Krym to jednak nie tyle zagadnienie terytorialne, co potężny środek mobilizacji, który uciszył protesty polityczne, zmarginalizował opozycję poza systemową, wyniósł pod niebiosa sondaże poparcia dla Putina. „Krym nasz” dał władzy olbrzymią dywidendę, w porównaniu z nią zdobycie jego terytorium pozostało w cieniu, to zaledwie jeden z niuansów  kryzysu wokół Ukrainy.

Putin wielokrotnie powtarzał, iż, że jeśli nie zajęlibyśmy Krymu, to znalazłyby się tam bazy NATO. Można powiedzieć OK., Rosja zagwarantowała sobie bezpłatną obecność wojskową na półwyspie na długie lata. Zaliczone.

Po drugie – pomimo zwycięstwa rewolucji nowy prezydent Petro Poroszenko zmuszony był i tak do odłożenia o rok terminu wejścia w życie części ekonomicznej umowy stowarzyszeniowej. To także jest powodem do dumy dla naszych propagandzistów. Uwielbiają oni powtarzać, że rewolucjoniści wrócili do punktu, od którego zaczęły się zamieszki, a więc Rosja rzekomo miała rację, gdy namawiała ukraińskie władze, by te nie spieszyły się ze stowarzyszeniem. Tyle tylko, że ci sami propagandziści z jakichś powodów nie wspominają, iż bez rosyjskiego szantażu pod adresem Unii Europejskiej, część ekonomiczna mogłaby wraz z tekstem głównym wejść w życie już teraz. Żadnych innych gwarancji Rosja nie otrzymała. W kwestii opóźnienia realizacji części ekonomicznej umowy Kreml musi uwierzyć Kijowowi na słowo. I co dalej? Doprowadzając do jej zamrożenia Moskwa miała nadzieję, iż zaraz potem Kijów z Brukselą pospiesznie przystąpią do omawiania „wzajemnych interesów” oraz kwestii strefy wolnego handlu. Tyle tylko, że Unia Europejska uprzejmie Moskwie podziękowała, zaznaczając równocześnie, że stosunki między UE i Ukrainą nie dotyczą stron trzecich.

Trzecim osiągnięciem Moskwy jest zablokowanie integracji euroatlantyckiej Ukrainy poprzez budowę strefy trwałej niestabilności na wschodzie kraju. O negatywnych stronach tego procesu napiszę niżej. Istotne jest to, że Kreml opracował i realizuje plan wbudowania w ukraińskie realia polityczne mechanizmu „przywracania ustawień”. Kijów zaczyna się krzątać i obijać progi NATO – separatyści natychmiast się aktywizują i rozszerzają strefę wpływów, w odpowiedzi Ukraina podejmuje działania wojenne. Ale i bez tego jest ona Sojuszowi Północnoatlantyckiemu nieszczególnie potrzebna. Co dopiero z zaanektowanym Krymem i konfliktem zbrojnym. Mogłoby się to zmienić, gdyby USA i Niemcy przejawiły wolę polityczną i postąpiły wbrew ustalonym zasadom, czyniąc dla Ukrainy wyjątek. Ale to już zupełnie inna historia.

W końcu czwarte osiągnięcie – proces miński. Trzeba przyznać, że okazał się on dużo bardziej produktywny niż można było oczekiwać. Niemal przez dwa miesiące był podstawą pewnego rodzaju rozejmu (stale naruszanego) i dawał choć złudną nadzieję na zamrożenie konfliktu. Jednak i to osiągnięcie okazało się nietrwałe. Kijów nie chce dłużej prowadzić dialogu z separatystami, ogłoszono blokadę ekonomiczną Donbasu i postawiono na wybuch tam społecznego niezadowolenia. Kijów zrozumiał, że zbrojna szarpanina z „dziurawym” Wschodem nie daje szans na wygraną. Postanowił więc zmierzyć się z Moskwą na nerwy. Konieczność utrzymania ludzi z Donbasu wywoła ból głowy na Kremlu. Akurat tutaj czołgi bez wątpienia nie pomogą.

I właściwie to tyle osiągnięć. Trudno powiedzieć, czy dużo, czy mało, spis zysków jest w każdym razie dosyć krótki i, co najważniejsze, są one nietrwałe. Krymu Rosja oczywiście nie zwróci. Ale już efekt „za to Krym nasz” nie będzie trwał latami, część ekonomiczna umowy stowarzyszeniowej prędzej czy później wejdzie w życie i nikt nie będzie przejmował się naszymi interesami (występowanie w ich obronie jest teraz coraz trudniejsze). Zagadnienie integracji euroatlantyckiej również nabiera nowego sensu geopolitycznego, teraz kwestia ta stoi ostrzej,  niż przed wydarzeniami na Majdanie. „Cena” Ukrainy na rynku geopolitycznym gwałtownie wzrosła, a pozycja Rosji runęła.


Koniec dialogu z Rosją


Wymienię teraz listę strat Rosji – w tym momencie trzeba się uzbroić w cierpliwość. Kluczowa strata polega na katastroficznym spadku zaufania Zachodu do Rosji, a dokładniej – osobiście do Władimira Putina. To koniec dialogu z Rosją, zamienił go język ultimatów. Rosja wykluczono z grupy G8, Putin uciekł ze szczytu G20. Angela Merkel mówi wprost, że rządy Putina kiedyś się skończą. Zachód stawia na zmianę reżimu. To koniec marzenia o Rosji należącej do grupy państw „kształtujących losy świata”. Rosja zajmuje teraz miejsce jednego z zagrożeń, obok wirusa Ebola i radykalizmu islamskiego.

To poczucie niebezpieczeństwa jest źródłem następnego problemu. Unia Europejska i USA zainicjowały stanowczą politykę powstrzymywania Rosji, teraz, po raz pierwszy od upadku ZSRR mówią o niej jednym głosem. Osobno trzeba opisywać skutki sankcji. Już teraz widać, że prowadzą one do deficytu środków, zaostrzenia konkurencji między ugrupowaniami walczącymi o dostęp do finansowania, wprowadzają ryzyko wybuchu społecznego, recesji, wpływają na ryzyko bankowe, zależność od Chin, spowolnienie przemysłu paliwowo-energetycznego itd., itp. Oddzielnej wzmianki wymaga tutaj koniec przyjaźni rosyjsko-niemieckiej. Zamiast oparcia w krajach Starego Świata Rosji pozostał flirt z Serbią i pocieszanie się kontrowersyjnym prezydentem Czech.

Po trzecie – Rosja całkowicie przegrała w grze o uznanie nowych ukraińskich władz. Moskwa próbowała wytargować coś dla siebie w zamian za uznanie przeprowadzonych w maju wyborów prezydenta Ukrainy. Niczego jednak nie uzyskała. Co więcej, zmuszona była de facto uznać odsunięcie od władzy Janukowicza, jeszcze przez kilka miesięcy po jego lutowej ucieczce Kreml bronił go jako prawowitego prezydenta kraju. Nieaktualne stało się także żądanie federalizacji Ukrainy. Mimo usilnych starań Moskwa nie uzyskała wpływu na ukraiński proces konstytucyjny, jej zdanie w tej sprawie nikogo nie interesuje.


Rosja bez gwarancji


Po czwarte – Rosja nie otrzyma żadnych gwarancji, że Ukraina nie wejdzie w skład NATO. Zwycięzcy wyborów do Rady Najwyższej podpisali umowę koalicyjną, zapisano w niej wprost, iż kraj będzie dążył do uzyskania członkostwa w Sojuszu Północnoatlantyckim. NATO jawnie ignoruje Rosję i jej obawy. Kijów już marzy o bazach sojuszu w obwodzie lwowskim oraz poszerza dialog z USA na temat bezpośredniej pomocy wojskowej. W aspekcie wojskowym Ukraina nigdy nie była jeszcze tak blisko Zachodu. I nigdy jeszcze Rosja nie była tak daleka od uzyskania gwarancji, że Ukraina do NATO nie wstąpi. Jak wygląda scenariusz dla Rosji najbardziej optymistyczny? Jeśli Moskwa w ogóle cokolwiek otrzyma, to tylko na poziomie gołosłownych obietnic.

Po piąte – Rosja na dziesięciolecia utraciła sympatię narodu ukraińskiego. Na dodatek, co jest szczególnie przykre, wzajemnie. Rosja w oczach Ukrainy jest agresorem, upokorzenie narodu ukraińskiego stało się częścią oficjalnej rosyjskiej propagandy. Na tym z resztą polega sens działań Kremla: zabrać siłą, nie dzięki zaufaniu. (…) Putinowi potrzebne jest terytorium, a nie sympatia narodu. Stąd też i charakter jego ukraińskiej polityki: wyszarpać, nie szukać porozumienia.

Po szóste – na wschodzie Ukrainy Kreml zdobył nie tyko terytoria kontrolowane przez siły prorosyjskie, teraz ponosi odpowiedzialność za całą strefę.  Mieszkańcy Doniecka i Ługańska, ofiary terroru szalonych bojowników i bombardowań „junty”, czekają na pomoc od Putina. Ale taka pomoc nie nadejdzie. Są oni zakładnikami w walce geopolitycznej. Również i sami separatyści, oddający życie za Noworosję, doczekają się wyrównania rachunków, poniżających ich ustępstw i obojętności Moskwy, nigdy nie zainteresowanej oddzieleniem wschodu od Ukrainy. Wszystko było tylko krwawym blefem.

Po siódme – przegrana gazowa. Po kilku miesiącach blokady Moskwę zmuszono, by zgodziła się  na sprzedaż błękitnego paliwa po obniżonych cenach, przynajmniej w okresie zimowym. Kierowała się przy tym potrzebą przedłużenia procesu mińskiego. Ostatecznie rozmowy mińskie zostały zerwane, a gaz jednak sprzedano. Moskwa próbowała wykorzystywać mechanizm gazowy dla nacisku zarówno na Kijów, jak i na Brukselę. W końcu jednak Kreml sam z niego zrezygnował, nie chcąc Poroszence podstawić nogi. Z nim Kremlowi, choć jako tako, udaje się dogadywać.

Minął rok. Obalenie Janukowicza 21 listopada 2013 ostatecznie doprowadziło do największej porażki geopolitycznej Moskwy. Rosja okazała się zbyt słaba, by zmusić Kijów do zawrócenia z drogi do Unii Europejskiej. Próba „przekupienia” części elity doprowadziła do eksplozji politycznej i rozłamu. Ukraina już nigdy nie będzie „nasza”. Rosja osłabła pod tym zbyt wielkim ciężarem. Od Putina niewiele teraz zależy. Historia wkrótce wyda swój wyrok.



Tłumaczenie: T.Cz. 


Oryginał ukazał sie na portalu slon.ru:




 *Tatjana Stanowaja, rosyjska publicystka, analityk, politolog, współpracownica Ośrodka Technologii Politycznych kierowanego przez Igora Bunina. Autorka artykułów publikowanych w mediach rosyjskich i międzynarodowych. Regularnie współpracuje z portalem slon.ru. Mieszka we Francji. 











Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






poniedziałek, 8 grudnia 2014

Ważniejsze są pensje dla prokuratorów, niż gospodarka kraju



Spowolnienie gospodarcze stało się zauważalne zaraz po powrocie Władimira Putina na Kreml, jednak to przede wszystkim sankcje gospodarcze doprowadziły do spadku wartości rubla. Podejmując wysiłki na rzecz odbudowy mocarstwowej pozycji Rosji, Władimir Putin niewiele uwagi poświęca gospodarce. Potrafi jedynie składać daleko idące obietnice socjalne. Rosja nie jest przygotowana na kryzys – mówi ekonomista i polityk Władisław Inoziemcew


Zamiast realizacji wcześniej opracowanego planu działań, można spodziewać się nowej fali propagandy. Społeczeństwo dowie się, że kryzys sprowokowali Amerykanie, i że w trudnej chwili należy skupić się wokół prezydenta Putina.
  

Z Władisławem Inoziemcewem rozmawia Dmitrij Paszynski, colta.ru
 


 

Władisław Inoziemcew:  "powinniśmy mieć gotowy plan". 



Sankcje zostaną  zaostrzone

Dmitrij Paszynski:
Sankcje nałożone na Rosję będą obowiązywać przez cały następny rok. Jak to wpłynie na sytuację finansową Rosjan?
                                                                                                                                                                           
Władisław Inoziemcew:
Wiele czynników może mieć znaczenie. Mam wrażenie, że jeszcze do ludzi jeszcze nie dotarło, iż sankcje obowiązują. Do najważniejszych dziś należą ograniczenia na rynkach finansowych. Rosyjskie przedsiębiorstwa czeka spłata poważnych długów, szczyt spłat w przyszłym roku wypadnie w lutym-kwietniu. Wtedy wybuchnie ogromny popyt na walutę. Oprócz tego, handel wyprzedaje teraz towary dostarczone zgodnie z umowami podpisanymi latem, gdy rubel był jeszcze drogi. Dostawy zapisane w nowych kontraktach zaczną docierać w styczniu-lutym, nie będą sprzedawane po cenach obowiązujących dziś. I w końcu państwo oraz korporacje zaczną funkcjonować w oparciu o budżet przyjęty na rok 2015. Można różnie to komentować, ale nie stworzy on takich możliwości jak ten, obowiązujący obecnie. Następstwa sankcji jeszcze przed nami. Tak naprawdę pojmiemy, jak na nas wpływają znacznie później. Obraz kompletny zobaczymy i tak o wiele później, bliżej lata 2015 roku.

Przyszłość zależy od zachowania naszego przywódcy, w szczególności od jego polityki wobec Ukrainy. Czy będziemy kontynuować wojnę, czy też w końcu się zatrzymamy? Jestem przekonany o tym, iż także w Kijowie istnieje silna „partia wojny”. Idea zwrotu Donbasu Ukrainie ma tam swoich zwolenników, chociaż z ekonomicznego punktu widzenia, ten region nie jest jej potrzebny. Dlatego, z pewnością będziemy jeszcze świadkami zaostrzenia konfliktu. Ukraińcy zainicjują nową ofensywą, a my odpowiemy w typowym dla nas stylu, wprowadzając faktycznie siły zbrojne, tak jak zrobiono to w sierpniu (choć zarzekamy się, że nie wprowadzaliśmy). Rzecz jasna, sprowokuje to nową falę sankcji. Jakie one będą, trudno przewidzieć. Ale gotów jestem przyjąć, iż w pierwszej połowie 2015 roku sankcje zostaną zaostrzone, będą one skutkiem problemów o charakterze geopolitycznym.

Podam przykład z Jugoslawii. Zastosowane wobec niej sankcje wywołały w czasach Milosewica, w 1993 roku, inflację na poziomie 1 miliona %. W przypadku Rosji, nie spodziewam się oczywiście inflacji aż w takich rozmiarach,  ale nieprzewidywalność naszych władz uniemożliwia opracowanie bardziej precyzyjnej prognozy. Oto na przykład 1 grudnia prezydent Putin ogłosił, iż rezygnuje z gazociągu South Stream. A co zrobi jutro?

Paszynski:
Ciekawe pytanie. Być może w związku z pogorszeniem się sytuacji gospodarczej Putin weźmie kurs  na liberalizację, jeśli nie polityki, to przynajmniej gospodarki?


Liberalizacja? Nie wierzę !


Inoziemcew:
Nie chce mi się w to wierzyć. Putin już tyle lat znajduje się u władzy i przez cały czas zajmował się „dokręcaniem śruby”. Co nagle miałoby go skłonić do zmiany stanowiska? Przeciwnie, trudno o lepszą chwilę dla zaostrzenia kursu, teraz gdy Rosja poddawana jest z zewnątrz naciskom politycznym i gospodarczym. Jeśli okrążają nas wrogowie, to o jakiej liberalizacji będziemy mówić... W jaki sposób można byłoby wytłumaczyć zwolennikom tego rodzaju woltę? Wladimir Wladimirowicz jest politykiem konsekwentnym, nie przyznaje się do błędów, a gdy wyczuwa presję, zachowuje się stanowczo i nieprzewidywalnie.

W Rosji przeprowadzono liberalizacją finansową, ale nie całej gospodarki. Może pan kupić dolary za dowolną ilość rubli i legalnie wywieźć je za granicę. Więc jak można bronić kursu rubla w warunkach rosnącej paniki? Tego rodzaju otwarte granice to szczyt liberalizmu. W tym wypadku, ja bym doradzał odejście od tego rodzaju skrajnego liberalizmu, można byłoby na przykład ogłosić moratorium na spłatę długów zewnętrznych. Stworzenie własnego systemu finansowego jest niemożliwe, jeśli granice są otwarte dla ucieczki kapitału. Ale w sektorze gospodarki realnej nie ma mowy o żadnym liberalizmie. Trzeba było już dawno obniżyć podatki dla małego biznesu. Trzeba było to zrobić już w zeszłym roku, kiedy zaczęliśmy osuwać się w recesję. A podatki są tylko podwyższane. Czy tak trudno zrozumieć, że w takich warunkach biznes będzie się zwijał, unikając podwyższonych podatków. W tej dziedzinie potrzebna jest liberalizacja.

Ale ja nie wierzę Putinowi. Nawet jeśli padnie deklaracja o liberalizacji gospodarki, to musimy przekonać się, iż jest ona wprowadzana w życie, że nie są to puste obietnice. Należy przede wszystkim naprawdę obniżyć podatki. Przydałyby się demonstracyjne zwolnienia z pracy prokuratorów i śledczych inicjujących na zamówienie sprawy karne wymierzone w ludzi biznesu. Potrzebna jest odbudowa zniszczonego wcześniej sądu arbitrażowego. Ale jakoś nie widzę warunków, by to wszystko mogło się zdarzyć.


Długi zagraniczne

Paszynski: 
- Jakie pana zdaniem należałoby podjąć decyzję, bu ustabilizować sytuację w gospodarce w obecnych warunkach?

Inoziemcew:
Należało wprowadzić moratorium na spłatę zagranicznych długów korporacyjnych, a nie idiotyczny zakaz importu produktów żywnościowych. Ogromne zapotrzebowanie na dolary, z jakim mamy obecnie do czynienia obecnie wynika z tego, iż rosyjskie korporacje mają wielkie zobowiązania przed zagranicznymi kredytodawcami. Gdy Zachód wprowadził sankcje finansowe, Putin mógł powiedzieć, nie dajecie nam nowych pieniędzy, a my nie będziemy oddawać wam starych. Kiedy się pogodzimy i wy znów udostępnicie nam źródła finansowania, tak jak było to przedtem, spłacimy wszystkie długi z należnymi odsetkami. Tymczasem my spłacamy długi w sytuacji, gdy spadają ceny na ropę naftową. W rezultacie drastycznie spadną nasze rezerwy.

Moim zdaniem taka decyzja byłaby dramatyczna, ale racjonalna. Uniknęlibyśmy bankructwa, tak jak to miało miejsce w 1998 roku, gdy państwo zaprzestało regulowania własnych zobowiązań. Obecnie państwo ich nie ma – długi zaciągały przedsiębiorstwa, nie rząd. Mamy do czynienia z siłą wyższą i Rosja mogłaby oświadczyć, iż zabrania przedsiębiorstwom regulować swoje zobowiązania, tak długo jak wy zabraniacie swojemu biznesowi inwestować w nasz przemysł wydobywczy. Z kolei przedsiębiorstwa mogłyby przerzucić odpowiedzialność na państwo, jesteśmy gotowi spłacać długi, ale państwo nam nie pozwala. Taka decyzja mogłaby doprowadzić do poprawy sytuacji. Wystarczyłoby, gdyby na giełdzie zakupy waluty zmniejszyły się o  0,5-1,5 miliarda dolarów kupowanych na spłaty długów, by uległa zmniejszeniu presja na rynek walutowy, a kurs rubla zaczął rosnąć. Zaczęłyby wtedy spadać ceny towarów importowanych, zobaczylibyśmy spowolnienie inflacji. Państwo może także zażądać od monopolistów, by nie podnosili swoich taryf. Gdyby udało się doprowadzić do pewnego ustabilizowania sytuacji, Bank Centralny mógłby znów przystąpić do zwiększania masy pieniężnej, co mogłoby zaowocować ożywieniem w gospodarce.


Jak uwolnić się od sankcji?


Paszynski:
Co powinny zrobić władze, by doprowadzić do zniesienia sankcji? Czy to jest w ogóle możliwe w przewidywalnej przyszłości?

Inoziemcew:
Należy umożliwić Ukraińcom przejęcie pełnej kontroli nad granicą, zrezygnować z wysyłania na ich terytorium najnowocześniejszych czołgów i zaprzestać organizowania tajnych pogrzebów żołnierzy wojsk desantowych z Pskowa. To stworzyłoby możliwości zniesienia sankcji, Europa prowadzi z Rosją interesy biznesowe na dużą skalę. Nie wolno jednak jej przeceniać, tak jak i gotowości do lobbowania na ich rzecz. W Rosji przyjęto mówić, iż niemiecki biznes występuje przeciw sankcjom. W rzeczywistości w Niemczech istnieją dwa poważne stowarzyszenia gospodarcze. Pierwsze prowadzi działania na rzecz wielkiego biznesu, drugie lobbuje na rzecz małego i średniego. Przedstawiciele drugiego są zachwyceni sankcjami, chcieliby bowiem, by Ukraina dołączyła do rynku europejskiego, wtedy tam można będzie rozwinąć produkcję. Wielki biznes, odwrotnie, jest zorientowany na Rosję. Społeczność biznesowa Europy nie jest monolitem, nie śpiewa jednym chórem – „odpuśćmy Moskwie”. Tak więc, kiedy zostawimy w spokoju Ukraińców, biznes podejmie działania na rzecz zniesienia sankcji.

Paszynski:
Jak pan wytłumaczy fakt, iż wielkiemu biznesowi w Niemczech nie udaje się przeforsować swojego punktu widzenia?

Inoziemcew:
Wielki biznes nie decyduje o polityce demokratycznego państwa. Tam nie ma oligarchicznego systemu. Nawet jeśli prezydent tak wielkiej korporacji, jak Siemens przychodzi do kanclerz Merkel i opowiada jak dużo zarabia na handlu z Rosjanami,  ona może go zapytać: a chciałby pan zamieszkać w nowej NRD? Przecież Putin zamierza odtworzyć ją, tym razem, w całej Europie?

Do pewnego momentu Merkel usiłowała zachować równowagę pomiędzy finansowymi interesami Niemiec, a prawem międzynarodowym. Ale szybko zapomniała o biznesie, zrozumiała, że jeśli przyjacielowi Władimirowi zostanie wybaczone wszystko pod rząd, to rzeczywiście pewnego dnia może sama obudzić się w „ukochanej” NRD. W jej przypadku, nie ma co liczyć na zachwyt.


Strefa wpływów


Paszynski:
Czy Putin  grzęznąc w historii z Donbasem i Krymem nie przewidywał wcześniej, że następstwa dla gospodarki mogą być bardzo poważne?

Inoziemcew:
Nie mam pojęcia, co dzieje się w głowie prezydenta. Ale Putin już od dawna przekonywał Zachód, by nie wtykał nosa na Ukrainę. Jego zdaniem, takie państwo nie istnieje, na ten temat wypowiedział się precyzyjnie w wywiadzie dla federalnych stacji telewizyjnych w końcu 2011 roku: Związek Radziecki – „to właśnie jest Rosja, tylko nazywała się wówczas inaczej.” Cala przestrzeń poradziecka to dla Putina historyczna Rosja, „niezdrowe zainteresowanie Zachodu Ukrainą, Białorusią, Kazachstanem” w jego oczach tożsame jest wtargnięciu na teren historycznej Rosji. Sam siebie uważa zapewne za kogoś w rodzaju sekretarza generalnego KC KPZR z końca lat siedemdziesiątych. Związek Radziecki jest imperium, mocarstwem, a na jego czele znajduje się KGB. W roku 1969 Leonid Breżniew wprowadził siły zbrojne do Pragi, wtedy świat zachodni nie zareagował, sfery wpływów podzielono wcześniej. Teraz Putin, traktuje Ukrainę  jako strefę swoich wpływów, zakłada, iż ma prawo dojść ze swymi czołgami i „zielonymi ludzikami” do Kijowa. I jeśli nie do Kijowa, to na pewno na Krym.

Paszynski:
Z pana słów wynika, iż o następstwach gospodarczych nie pomyślał nikt….

Inoziemcew:
Nikt…


Od kilku miesięcy, Rosjanie, każdego dnia sprawdzają na ile zmienił sie kurs wymiany
rubla w stosunku do dolara i euro. 



Nikt nie robił rachunków…


Paszynski:
Zagrały wyłącznie ambicje imperialne?

Inoziemcew:
Nie tylko. Mamy tu do czynienia z dziwną mieszaniną, z jednej strony jest w niej poczucie własnej wielkości, z drugiej ocena słabości przeciwnika (pod tym ostatnim względem okazało się, że Putin miał całkowicie rację). Ze strategicznego punktu widzenia przywódcy europejscy przegrali z nim. Ale po aneksji Krymu, należało raczej odwołać się do ONZ, alarmować, iż „kijowska junta” szykuje się do rozprawy z ludnością rosyjską, że bronimy tego regionu, ale na razie nie będziemy go przyłączać. Niechby potem Kijów się uspokoił, Ukraina mogłaby wstąpić do Unii Europejskiej (gdzieś tak za 30 lat), a my bylibyśmy wtedy przygotowani do rozmów o przyszłości półwyspu. Rozgrywając taki scenariusz, zapewne uniknęlibyśmy sankcji…

Z gospodarczego punktu widzenia, nikt rzecz jasna nie robił żadnych rachunków. Budżet Ukrainy na 2014 rok przewidywał dotacje dla Krymu w wysokości 300 mln dolarów. Dla Putina 300 mln, to tyle co wydatki na lody i kieszonkowe. Ale po wkroczeniu Rosji suma 300 mln uległa zwiększeniu do 3 miliardów, a na budowę mostu potrzeba będzie jeszcze dziesięć.

Paszynski:

Czy Rosja mogłaby uniknąć kryzysu gospodarczego, gdyby jej hipoteki nie obciążyło przyłączenie Krymu. Gdyby jej sumienia nie obciążała interwencja wojskowa na Ukrainie – to ona spowodowała nałożenie sankcji.

Inoziemcew:
Opracowując prognozę na rok 2014 pomyliłem się w kilku punktach. Przede wszystkim w kwestii inflacji. Zakładałem, że będzie niska, wdawało mi się, iż Putin, nawet bez ukraińskiej epopei, tak dokręci śrubę, iż przedsiębiorcy staną się wrogiem klasowym, że ludzie będą masowo wywozić pieniądze za granicę. Ucieczka kapitału musiałaby wpłynąć  na obniżenie kursu waluty. W tej sytuacji inflacja musiałaby spaść, jej zmniejszenie byłoby skutkiem spadku popytu i pojawienia się problemu nie co i jak kupić, a sprzedać. Stanęlibyśmy w obliczu nadmiaru towarów na rynku. Jeszcze przed kryzysem ukraińskim myśl, iż nasza gospodarka gaśnie i nie może się rozwijać była dla mnie oczywista, zwłaszcza w sytuacji, gdy przedsiębiorca jest wyrzutkiem i potencjalnym przestępcą. Byłem pewien, że recesja jest nieunikniona.


670 miliardów dolarów.


Paszynski:
Najbardziej w rosyjskie przedsiębiorstwa uderzył zakaz udzielania im kredytów za granicą?

Inoziemcew:

Niech pan przypomni sobie sytuację z początku roku. Zaraz po aneksji Krymu ludzie pobiegli do punktów wymiany waluty, obawiali się, że kursy wzrosną. Niech pan ściągnie ich wykres z tego okresu, na nim zobaczy pan na początku gwałtowny skok, a potem po miesiącu powrót na dawny poziom. Społeczeństwo w panice zaniosło ruble i skupiło maksimum 5-10 mld dolarów. A potem zabrakło rubli na wymianę, panika zgasła, wtedy jeszcze nie było sankcji. Ale gdy tylko je wprowadzono, po dolary pobiegli nie obywatele, a oligarchowie i korporacje państwowe, oni rozumieli, że czeka ich spłata zachodnich długów. Przyjaciele Putina pójdą do niego i dostaną pieniądze z Funduszu Narodowego Dobrobytu, tak robi to na przykład Igor Sieczin. Ale wielu ludzie nie ma takich możliwości, ale oni tez musza gdzieś kupić dolary, żeby zwrócić swoje długi. W tej sytuacji głównym nabywca dolarów stały się przedsiębiorstwa i korporacje. Sektor prywatny jest zadłużony na zachodzie na 670 miliardów dolarów, to jest poważna historia. Popyt społeczeństwa na walutę nigdy nie zbliży się do podobnego poziomu, ludzie nie mają aż tylu rubli. Teraz mamy problem nie do przezwyciężenia, bo kiedy firmy ruszają na zakupy nie 10 miliardów, a 20, 30 , a nawet 40, to skutki dla rynku finansowego są już innego rodzaju. Im bardziej podnosił się kurs, tym bardziej korporacje spieszyły się, by kupić dolary, im potrzebna jest poduszka bezpieczeństwa. W minionych latach rosyjskie przedsiębiorstwa nie zwracały ok. 80% długów, na ich spłatę zaciągały nowe. Obecnie refinansowanie nie jest możliwe. Pieniądze jednak trzeba oddawać, w innym wypadku można w oczach zachodniego biznesu stać się wyrzutkiem. Wzrost kursu jest skutkiem sankcji, ropa naftowa to inna historia. Warto zauważyć, że istotny spadek cen zaczął się miesiąc-dwa temu.


Im większa inflacja, tym tańszy rubel


Paszynski:
Co oznacza dla prostych obywateli spadek cen na ropę naftową?

Inoziemcew:
Jeśli cena zatrzyma się na poziomie 70 dolarów za baryłkę, nasz eksport może zmniejszyć się o 35%. Dochody budżetu wyrażone w dolarach spadną o 40%, konsumpcja zmniejszy się o 20%. Wysoki kurs waluty oznacza, iż wzrosną rublowe dochody obywateli, więc rząd będzie powtarzał, iż „życie stało się lepsze i weselsze”. Ale siła nabywcza wypłat poważnie spadnie. Będziemy świadkami znacznego obniżenia się poziomu życia.

Ludzie o wiele wcześniej powinni byli pomyśleć o zakupie dolarów i euro. Mówiłem o tym jeszcze w kwietniu.  Teraz, obserwując prowadzoną obecnie przez nas politykę, nie widzę szans na umocnienie rubla. Inflacja będzie tylko przyspieszać spychając rubla w dół. Półtora miesiąca temu napisałem felieton dla magazynu „Snob”, uprzedzałem w nim, ze nasza dewaluacja nie będzie taka jak w Kazachstanie, a taka jak w Białorusi. Zacznie funkcjonować  samonapędzający się mechanizm, im większa inflacja tym większy spadek kursu.

Paszynski:
Na ile wzrost kursu walut zagranicznych wpłynie na ceny towarów nabywane przez konsumentów?

Inoziemcew:
Importujemy mniej więcej ok. 40% produktów rolniczych, 50% towarów konsumpcyjnych i 70% lekarstw. Oprócz tego ludzie przez ostatnie lata nauczyli się wyceniać usługi i towary w dolarach i euro. Przypuśćmy, przychodzi pan do restauracji, zamawia danie za 800 rubli, w Europie kosztuje ono tyle samo – 20 euro. Za kilka miesięcy cena się zmieni, wyniesie 1300 rubli, wystarczy policzyć, iż przy nowym kursie to będzie także 20 euro. Pamiętając o cenach europejskich da się zamówić tę potrawę, ludzie we wzroście ceny nie zobaczą niesprawiedliwości.

Rzecz jasna z tej sytuacji skorzystają także nasi producenci, podciągną ceny do poziomu droższego importu.


Ropa i benzyna


Paszynski:
A co się będzie działo z benzyną? Dlaczego tanieje ropa naftowa, a benzyna nie?

Inoziemcew:

W Rosji cena benzyny nie reaguje na zmiany na rynku ropy naftowej. Tak się dzieje tylko w USA, tam ropa i benzyna są zwykłymi towarami. Nich pan sobie wyobrazi, tanieją kartofle, w ślad za nimi tanieją chipsy. Tak powinno być z ropą i benzyną. W Ameryce nie ma ani jednego stanu, w którym jedna kompania kontrolowałaby chociaż 30 procent stacji benzynowych. W kraju działa 50 firm naftowych. Dlatego, kiedy zmieniają się warunki, na końcu tego konkurencyjnego łańcucha spadają, lub rosną ceny. A w Rosji, w Europie benzyna jest głównym źródłem podatków. W cenie benzyny w Rosji – 80% - 82% stanowią podatki. Jeśli cena ropy na rynku naftowym spada, korporacje paliwowe mogą zmniejszyć cenę benzyny tylko odrobinę, ich kompetencja to 18-20% ceny całkowitej. Finalny skutek będzie nieznaczny. A jeszcze w naszych warunkach, jeśli przedsiębiorstwa przestają zarabiać na marży na rynku zewnętrznym, szukają zysku na rynku wewnętrznym. No i państwo zawsze chce jak najwięcej podatków.

Paszynski:
Zmiany cen na rynku naftowym są rezultatem jakichś procesów o charakterze racjonalnym,  czy raczej zakulisowych ustaleń zainteresowanych stron? Innymi słowy, czy widzi Pan tu miejsce dla polityki?

Inoziemcew:
Polityki czystej tu niewiele. Mają miejsce jakieś zakulisowe intrygi rozgrywane przez rządy państw Bliskiego Wschodu. Im zależy na przyhamowaniu wydobycia ropy z łupków w Stanach Zjednoczonych, na wstrzymaniu alternatywnych projektów w Europie. W takich wypadkach bywa, iż ceny obniża się sztucznie, a potem czeka się aż podniecenie wokół łupków i wiatraków ucichnie. Jeśli się uda, potem można znów wrócić do cen na starym poziomie.

Ale przede wszystkim cena ropy zależy od sytuacji na rynku. Tu nie ma żadnego spisku światowego. Ani Ameryka, ani Arabia Saudyjska nie zamierzają rzucać Rosji na kolana, świadomie obniżając ceny. Mamy do czynienia z procesami o czysto rynkowym charakterze. W końcu przyszłego roku cena ropy naftowej może wrócić na stary poziom, ok. 100 dol. z baryłkę.


Pomnik dla George’a Busha


Paszynski:
Sytuacja na Ukrainie ma jakiś wpływ na rynek ropy?

Inoziemcew:
W żadnym wypadku. Ropa jest towarem podlegającym gigantycznym spekulacjom na rynkach surowcowych. Handel ropą, spośród wszystkich surowców, osiąga największe obroty. Zanim baryłka ropy dostarczona jest konkretnemu klientowi, bywa iż kontrakt na nią przechodzi z rąk do rąk ok. 19 razy. Wartość rzeczywistych dostaw wynosi zaledwie 4% wartości handlu. Właśnie obserwujemy ,jak cena naftowych futures poddawana jest weryfikacji.

Udział Rosji w eksporcie ropy jest znaczny, to ok. 10% światowego eksportu. Ale obecnie europejczycy zaprzestali dostaw sprzętu wydobywczego. To oznacza, iż w przyszłości przedsiębiorstwa rosyjskie ograniczą wydobycie i ceny powinny ruszyć w górę. W rzeczywistości jednak zachowują się odwrotnie, spadają… W istocie wypychanie Rosji z rynku powinno skutkować wzrostem cen, ale obserwujemy teraz zjawisko odwrotne. Dlatego nie ma żadnego związku między kryzysem ukraińskim, a procesem spadku cen na ropę.

Nie wierzę też w spiski. Kiedy w 2003 roku Amerykanie weszli do Iraku, wielu rosyjskich analityków zaniepokoiło  się, iż czeka nas teraz powódź naftowa i nieuchronny spadek cen. A ja powtarzałem wtedy, że dojdzie do paraliżu kraju, wydobycie spadnie, będą płonąć szyby. I taki scenariusz miał miejsce. Amerykańska awantura w Iraku po raz pierwszy doprowadziła do znacznego podniesienia ceny rosyjskiej ropy na początku lat dwutysięcznych. Tak w ogóle powinniśmy postawić pomnik prezydentowi Bushowi, za to, że tam polazł. Pod wieloma względami, ta właśnie operacja stała się źródłem naszego dobrobytu, Aż do kryzysowego roku 2008.



Jeden z szybów wydobywczych korporacji Gazprom-Nieft'. Rosyjskie firmy wydobywcze
dadzą sobie radę, nawet gdy na rynku utrwali się niższa cena ropy. 


Paszynski:
Więc od czego w końcu zależą ceny na ropę?

Inoziemcew:
Od oczekiwań i spekulacji. Wie pan, zupełnie nie rozumiem, dlaczego nasz rząd i społeczeństwo nie mogą trochę poczekać i powstrzymać się od lamentowania, „ach, co to będzie, kiedy ropa spadnie do 60, albo 40 dolarów?” Nam będzie odpowiadać dowolna cena zaaprobowana przez rynek.

Paszynski:
Dowolna? Nie ma jakiegoś krytycznego poziomu z punktu widzenia rosyjskiej gospodarki?

Inoziemcew:
Po pierwsze, zajmijmy się kwestią długotrwałości cen na określonym poziomie. W 2009 roku ropa spadła do 36 dolarów, a potem znów wzrosła do 100. Także cena 40 dolarów będzie w porządku, pod warunkiem, ze nie utrzyma się zbyt długo. Jeśli na długo, to i z ceną 60 dol. będziemy mieli problemy. Po drugie, czym jest ekonomika? Nasze przedsiębiorstwa wydobywcze mogą funkcjonować i osiągać dobre wyniki nawet przy niższych cenach. Problem nie w „ekonomice”, a w budżecie. Z tego punktu widzenia będzie trudno o zachowanie równowagi, zwłaszcza jeśli będziemy realizować programy socjalne obiecane uroczyście przez Putina.


Rządzą nami nieudacznicy


Przyzwyczailiśmy  się do myśli, że ekonomika i budżet to właściwie to samo. Ale ekonomika w Rosji funkcjonowała i przy cenie 15 dolarów za baryłkę, i wówczas, gdy państwo nie było w stanie regulować swoich zobowiązań, przeżyliśmy na prawdę wiele.  Jeśli utrzymane zostaną niskie ceny na ropę, znacząco spadnie konsumpcja, ludzie nauczą się oszczędzać, zmniejszą się inwestycje, zbankrutuje wiele banków i developerów. Ale to nie będzie jakiś rozpad, a jedynie proces adaptacji do nowych warunków. Nie sądzę, by czekała nas wielka katastrofa. Tempo rozwoju PKB od dawna ulegało spowolnieniu, zaczęło się na długo przed historią z Ukrainą i sankcjami. To zjawisko widzieliśmy już w momencie przyjścia Putina na trzecią kadencję. Władza podjęła określony wybór, woli szkodzić i paraliżować gospodarkę, gwarantując wysoki poziom życia prokuratorom i ludziom z resortów siłowych.

A już zupełnie inna historia związana jest z tym, iż zarządzają nami nieudacznicy. Główne niebezpieczeństwo dla Rosji wynika z tego, iż nasza klasa rządząca nie osiągnęła odpowiedniego poziomu. Proszę bardzo, Bank Centralny publikując nowa strategię polityki pieniężno- kredytowej, wskazał iż cena ropy może spaść do 60 dolarów. Na ten scenariusz poświęcono 3 strony. Ale jeśli ropa rzeczywiście będzie kosztować 60 dolarów, powinniśmy mieć gotowy plan, co trzeba zamknąć, co zredukować, co zamrozić. Zamiast tego usłyszymy jednak z ekranów naszych telewizorów, że to wredni Amerykanie by zrobić nam na złość, sprowokowali spadek cen,  i że w tych warunkach powinniśmy jeszcze silniej skupić się wokół prezydenta. Ale tym razem, mam wrażenie, te zaklęcia już nie pomogą.




Tłum.: ZDZ



Oryginał ukazał się na portalu colta.ru:
.





*Władisław Inoziemcew (ur. 1968), wybitny rosyjski ekonomista, socjolog, polityk o demokratycznej orientacji. Dyrektor Centrum Badań Społeczeństwa Postindustrialnego. Redaktor naczelny pisma „Swobodnaja Mysl”. Jest autorem kilkuset opublikowanych w Rosji i za granicą prac naukowych i publicystycznych. Ma na koncie 15 monografii. Jest członkiem Rady Naukowej i Prezydium Rosyjskiej Rady do Spraw Zagranicznych. 













Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com