Pokazywanie postów oznaczonych etykietą referendum Donbas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą referendum Donbas. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 sierpnia 2014

Chirurg z Czukotki jedzie na wojnę za Donbas


Z położonej po sąsiedzku z Alaską dalekowschodniej Czukotki do Donbasu jest blisko 10 tys. kilometrów. Denis Kłoss, chirurg z Anadyru, uznał jednak, iż może się donbaskim separatystom przydać, jako lekarz. Był uczestnikiem krwawych wydarzeń na lotnisku w Doniecku. Obserwował bierność miejscowej ludności. Był świadkiem chaosu organizacyjnego w szeregach separatystów. O swoich przeżyciach w Donbasie opowiedział dziennikarce Annie Bykowej.
 



Rozmowę przeprowadziła Anna Bykowa




Niemal natychmiast po przyjeździe do Donbasu dr Denis Kloss stal się uczestnikiem
krwawej bitwy o donieckie lotnisko. 



Denis Kłoss urodził się w Tarnopolu. Studia medyczne zakończył na Ukrainie, stąd wyjechał na Czukotkę, gdzie pracowali jego rodzice. Denis ma 33 lata, obecnie pełni funkcję głównego specjalisty w zakresie chirurgii urazowej w Czukockim Okręgu Autonomicznym. Wykorzystując swój letni urlop, Denis jako ochotnik poleciał z Czukotki na południowy-wchód Ukrainy.

Denis Kłoss:
Przede wszystkim chciałem pojechać do Słowiańska. Najpierw przyleciałem do Rostowa. Tutaj zacząłem szukać sposobu, jak tam się dostać i w ogóle jak przekroczyć granicę, dla mężczyzn oficjalne przejścia graniczne były już zamknięte. Skontaktowałem się z miejscowym oddziałem Czerwonego Krzyża, współpracuję z tą organizacją jako instruktor. Powiedzieli mi, żebym poczekał aż do chwili, kiedy granica zostanie na nowo otwarta. Ale ja korzystałem z urlopu – miałem do dyspozycji tylko ograniczoną ilość czasu. Ktoś poradził mi, bym się skontaktował z Kozakami Dońskimi. Od nich dostałem odpowiedni kontakt i adres, w tym miejscu zbierano ochotników gotowych do walki. Takich z wojskowym doświadczeniem.

Alena Bykowa:
Miał pan już tego rodzaju doświadczenie?


Nie umiem strzelać. 



Kłoss:
Nie. Nie umiem strzelać. Jestem specjalistą w dziedzinie chirurgii urazowej. Mam dziesięcioletnie doświadczenie, miałem do czynienia z ranami postrzałowymi, tak od odłamków, jak od miny, czy wybuchu. Od razu mnie wzięli. Spędziłem zaledwie jedną noc pod Rostowem. Potem posadzili nas na trzy Kamazy i z ominięciem oficjalnych przejść wysłano przez granicę. Nasi przewodnicy – ochotnicy jechali przodem. W następnej ciężarówce jechali już Rosjanie. Posługuje się tym terminem umownie, bo tam byli i Ormianie i Osetyjczycy, kogo tam nie było. Jeszcze jeden samochód wiózł Czeczeńców, zaś w ostatniej ciężarówce umieszczono Ukraińców gotowych do walki. Wśród nich było wielu przybyłych z takich miast, jak Charków, Dniepropietrowski, Odessa.

23 maja dotarliśmy do Doniecka. Wieźliśmy ze sobą ładunek o charakterze humanitarnym: lekarstwa, artykuły higieniczne.

Zajmowałem się organizacją pomocy medycznej w oddziale ochotników. Dostałem broń, ale przez cały czas, ani razu z niej nie wystrzeliłem.

W końcu nie udało się mi się dostać do szpitalu w Słowiańsku. Miasto zostało zablokowane. 26 maja znalazłem się na polu walki o donieckie lotnisko.

Bykowa:
Niech Pan o tym opowie więcej.


Maszynka do mielenia mięsa. 



Kłoss:

Denis Kłoss pracuje jako chirurg na
dalekiej Czukotce. 
Trafiliśmy tam na maszynkę do mielenia mięsa. Na lotnisku są dwa terminale, nowy i stary. W nocy zajęliśmy nowy terminal, w starym znajdował się specnaz z Kirowogradu. To była jednostka regularnej armii ukraińskiej ochraniająca lotnisko. Zadanie naszych ochotników polegało na tym, by uniemożliwić lądowanie samolotów z nowymi oddziałami wysyłanymi przez Kijów. Zaczęto je wysyłać zaraz następnego dnia, po przeprowadzonych na Ukrainie wyborach prezydenckich. Dogadaliśmy się wstępnie z chłopakami z Kirowogradu, że nie będziemy do siebie strzelać nawzajem.

Coś jednak poszło nie tak. Już potem analizowaliśmy tę sytuację, tam natychmiast po naszym przybyciu pojawiły się ukraińskie ochotnicze oddziały zbrojne, ich najemnicy otworzyli ogień do nas i do chłopaków z Kirowogradu. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że oni tam będą. Ani my, ani specnaz ukraiński nie rozumieliśmy, kto do nas strzela. Potem już zrobiło się nieważne, kto strzelał i do kogo.

Zaczęto nas też bombardować z powietrza, wtedy,  gdy Czeczeńcy znaleźli się na dachu. Wszyscy trafili pod ogień. Pobiegliśmy na górę, zaczęliśmy wyciągać rannych, jeden zginął, 15 odniosło rany. Ściągnęliśmy wszystkich, zaczęliśmy się wycofywać, nie mieliśmy większych szans, by się utrzymać. Strzelali do nas snajperzy, kirowogradczycy walili z moździerzy, na koniec pojawiły się wyrzutnie granatów.

Bykowa:
Mieliście wyrzutnie rakietowe?

Kłoss:
Mieliśmy. Atrapę. Budowa nowego terminalu kosztowała kupę pieniędzy, więc nikt się nie spodziewał, iż Ukraińcy będą go teraz burzyć. To był fatalny błąd z naszej strony. Do wieczora wycofaliśmy się z lotniska.

Nie mogliśmy porzucić rannych i wycofać się od razu. Gdybyśmy tak zrobili, nasz oddział można było by rozpuścić od razu, kto by w przyszłości podejmował ryzyko? Z powodu rannych, ich ewakuacja była trudna, zatrzymaliśmy się tam zbyt długo. Kiedy już cofaliśmy się, ostrzelano nas jeszcze raz na wjeździe do Doniecka.

Na Kamaz z rosyjskim oddziałem spadła rakieta przeciwczołgowa, samochód został całkowicie zniszczony, na miejscu zginęło ok. 35 ludzi, przeżyło 3-4. Znajdowałem się w drugiej ciężarówce, przewoziliśmy rannych Czeczeńców, ukraińscy ochotnicy nas przykrywali. Wpadliśmy na minę, maszynę przewróciło, oderwały się przednie koła. Potem zaczął się ostrzał, zaczęliśmy na drodze zatrzymywać samochody, tak wywoziliśmy rannych, przenosząc ich do szpitala.

Bykowa:
Nic się Panu nie stało, kiedy Kamaz wyleciał w powietrze?


Nieźle oberwałem 



Kłoss:
Nieźle oberwałem. Zorientowałem się jednak później. Przekazałem rannych do szpitala, emocje trochę opadły, patrzę, jestem cały we krwi, tylko niejasne, własnej, czy cudzej. Całe nogi miałem poharatane odłamkami, ciało było sine. Sam zrobiłem sobie opatrunek, zabandażowałem się, pojechałem dalej.

Bykowa:
Co działo się z Panem potem ?

Kłoss:
Czeczeńcy mieli już dość takiej wojny, wyjechali do siebie do Czeczenii. Pół ich oddziału ewakuowano jako "Ładunek 300" (pod takim kryptonimem wywożeni są ranni żołnierze), trzeba było zabezpieczyć ich wyjazd. Pojechałem z nimi. Do końca urlopu zostało mi 8 dni.

Bykowa:
Co im przestało się podobać w tej wojnie?

Kłoss:
Ta historia z donieckim lotniskiem była jakaś ciemna. Potem zaczęliśmy rozumieć, kto strzelał do ciężarówki podczas naszej ewakuacji. Wyglądało na to, że to byli swoi.

Bykowa:
Powstańcy?

Kłoss:
Powstańcy. Zaczęliśmy zadawać sobie pytanie, co się stało, czy była to zdrada, czy zwykły rosyjski burdel. Na lotnisku byliśmy zablokowani,  jednostki batalionu „Wschód” starały się do nas przerwać. Więc albo oni nie wiedzieli, kto znajdował się w nowym terminalu, albo mieliśmy do czynienia z aktem dywersji, im w rozkazie powiedziano, że tam siedzi armia ukraińska.

Bykowa:
Z jakiej broni korzystali Wasi przeciwnicy?


Na początku bitwy oddziały separatystów zajęły pozycję na dachu
donieckiego lotniska. 



Kłoss:
Mieli sporo ciekawego uzbrojenia. Tam na przykład byli najemnicy, wśród nich strzelały kobiety – snajperki. Jedną z nich udało się odstrzelić z wyrzutni granatów, zabrano jej amerykański karabin dużego kalibru „Barrett”. Z takiej broni kula przebije drzewo, straszna sztuka.

Bykowa:
Jak Pana bliscy zareagowali na pański wyjazd na Ukrainę?

Kłoss:
Rodzice o niczym nie wiedzieli. Powiedziałem iż, że jadę do Rostowa, pracować w Czerwonym Krzyżu. Kiedy docierasz do bazy, tłumaczą ci: jesteś ochotnikiem, jedziesz na wojnę, może się z tobą zdarzyć wszystko. Musisz to rozumieć. Jeśli cię zabiją, to prawdopodobnie pochowają cię na miejscu, twoja rodzina nie ma co myśleć o kompensacji. Dlatego, możesz powiedzieć dokąd jedziesz najbliższemu przyjacielowi, jeśli potem, po wyjeździe nie skontaktujesz się z nim przez miesiąc, będzie to dla niego sygnał, że może wszystko opowiedzieć twoim najbliższym. Tak zrobiłem. Telefon i dokumenty, wyjeżdżając na Ukrainę, zostawiłem w Rostowie.


Dlaczego tam pojechali? 



Bykowa:
Musiał pan rozmawiać z innymi ochotnikami… Tłumaczyli dlaczego tam pojechali?

Kłoss:
Nie mieliśmy specjalnie czasu na jakieś duchowe rozmowy. Jak zrozumiałem dla Rosjan głównym motywem działania, była potrzeba zemsty za wydarzenia w Odessie (pożar w Domu Związków Zawodowych z 2 maja). Ktoś inny przyjechał, by bronić swoich zamieszkałych w Donbasie bliskich. Nikt nie mówił o pieniądzach. A jeśli idzie o ochotników ukraińskich, to jakoś specjalnie się nie kontaktowaliśmy.

Bykowa:
A pana co skłoniło do wyjazdu?

Kłoss:
Jestem lekarzem. Samemu nie jest mi łatwo zrozumieć własną motywacje. Po co człowiek w Rosji idzie na medycynę? W jednym i drugim wypadku kierowały mną te same impulsy.

Bykowa:
Więc po co?

Kłoss:
Nie mam ani żony, ani dzieci. Moi rodzice jeszcze pracują, są w wieku produkcyjnym. A ja mam własne samodzielne życie. Może dlatego miałem moralne prawo, żeby pojechać. W Rostowie mnie pytano: doktorze, zdaje Pan sobie sprawę z tego, dokąd pan jedzie? Zdaję  – odpowiedziałem. Zrozumiałeś, czym to pachnie? Zrozumiałem. I nawet wtedy mogłem się wycofać. Wielu się wycofywało. Nikt nikogo za to nie osądzał. Wszyscy mamy jedno życie. Nie miałem innych możliwości, by dostać się na Ukrainę, więc się nie wycofałem.

Bykowa:
Pojechałby pan jeszcze raz?

Kłoss:
Pojechałbym, ale pod jednym warunkiem. Tam potrzebna jest lepsza organizacja. Jeśli pojawiłoby się lepiej przygotowane kierownictwo, jakaś jednak władza, lepsza łączność, odpowiednia koordynacja, a nie tak, jak jest teraz, rozdrobnione oddziały, każdy ze swoim dowództwem. Powstańcy są w stanie zadbać o odpowiednią organizację. Ale tam jest zbyt dużo dowódców, dochodzi do tego, że zaczynają walczyć między sobą. Obecnie, nawet nie wiadomo z kim tam rozmawiać, z kim prowadzić dialog.



Podczas ucieczki z lotniska w Doniecku na oddział separatystów spadł grad kul i rakiet. 



Na przedniej linii frontu lekarz nie ma nic do roboty. Tam potrzebny jest felczer, instruktor sanitarny. Więc w rzeczywistości wypełniałem funkcje sanitariusza, choć w szpitalach potrzebni byli lekarze. Co za idiotyzm. Gadałem kiedyś z człowiekiem uczestniczącym w pierwszej wojnie czeczeńskiej, wtedy także ciągnięto lekarzy na pierwszą linię frontu. Opowiadał, jak w ciągu pierwszego miesiąca stracili 26 wysokiej klasy chirurgów. Z drugiej strony, duch bojowy ochotników jest o wiele większy, jeśli razem z nimi znajdują się lekarze. Wtedy rośnie ich gotowość do ryzyka.

Mieliśmy za mało czasu, by się zgrać pod względem bojowym. Przyjechaliśmy i od razu znaleźliśmy się w ogniu.

Bykowa:
Co pan może powiedzieć o reakcji ludności cywilnej? Jaki jest jej stosunek do powstańców? Do idei Noworosji? Do samej Rosji?


Ludność była pasywna



Kłoss:
Jeśli mówić o wschodzie, to w tamtym przynajmniej okresie, ludność była bardzo pasywna. Przeprowadzono referendum – i co dalej? Sami nie wiedzieli czego chcieli, federalizacji, niepodległości, przyłączenia Rosji... To się czuło. Ludzie byli zajęci własnym życiem, jak gdyby nic się nie działo. Chodzili do kawiarni, na dyskoteki, za miasto. Donieck ma ponad milion ludności, ale w batalionie „Wschód” służyło kilka tysięcy żołnierzy. W okręgach wiejskich powstańców było więcej, ludzie w mieście muszą chodzić do pracy, na wsi są w stanie wykarmić się sami.

Jeśli idzie o zwolenników jedności Ukrainy, to oni byli na nas wkurzeni za Krym. Im się nie dało wytłumaczyć, że ludzie na Krymie zawsze chcieli do Rosji.

Tłum. ZDZ

Oryginał ukazał się na łamach magazynu sieciowego Russkaja Płanieta:

http://rusplt.ru/society/u-opolchentsev-slishkom-mnogo-komandirov-12007.html





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






czwartek, 15 maja 2014

Zombi w szarej strefie


Doniecka Republika Ludowa jest fikcją, jej władze kontrolują wyłącznie okupowany budynek obwodowej administracji w Doniecku. Mieszkańcy Donbasu niczego nie pragną dziś bardziej, niż pokoju i ładu i dlatego – pisze Jekatierina Siergackowa - głosowali za niepodległością. Ich straszny lęk przed banderowską zarazą przesłonił im tragiczną prawdę o własnym regionie. Dziś stał się on szarą strefą oddzieloną ścianą od reszty kraju.
 
O chaosie i nienawiści w Donieckiej Republice Ludowej



Autor: Jekatierina Siergackowa




Wielu mieszkańcow  Donbasu głosując za niepodległością wierzyło, że oddzielenie od
Ukrainy zapewni im lad i porządek. 



Mieszka w Donbasie prosty facet Funtik. Dawniej zajmował się wypraszaniem pieniędzy od ludzi w okolicy centrów handlowych, dziś jest dowódcą grupy samoobrony z czarno-niebiesko-czerwoną flagą dyżurującej w rejonie jednej z blokad. Na niej zatrzymywane są samochody, Funtik otwiera bagażniki, sprawdza dokumenty, a jeśli kogoś trzeba, to go zaaresztuje.

Mieszka w Donbasie Denis Puszylin. Dawniej stał na czele miejscowego oddziału MMM (znana z lat dziewięćdziesiątych piramida finansowa – „mediawRosji”), sprzedawał też wyroby cukiernicze. Dziś Denis jest szefem rządu Donieckiej Republiki Ludowej. Udziela prasie wywiadów, prowadzi rozmowy z Tymoszenko i Chodorkowskim, pozwala sobie na zignorowanie wystąpień Wladimira Putina.

Wszyscy są nam potrzebni


A jeszcze w Donbasie mieszka Ludmiła Siemionowna. Tak, jak dziesiątki tysięcy innych ludzi i ona 11 maja zjawiła się w lokalu wyborczym, by oddać swój glos za niepodległość. Było to dla niej prawdziwe święto, do kieszeni kurtki przywiązała georgijewską wstążkę. A jej przyjaciółka, emerytka Irina Siergiejewna została wybrana na stanowisko przewodniczącej komisji wyborczej. Irina posadziła mnie za stół, wręczyła paczkę kart do głosowania i poprosiła, żebym popracowała w charakterze wolontariuszki. te karty, proste wydruki z printera, w żaden sposób nie były zabezpieczone. 

- Podpisujesz się na nich i to wszystko – poinstruowała mnie przewodnicząca. Dostałam od  niej także kilka pustych kart, by można było uzupełnić listę wyborców. Na nich miałam zapisywać dane wszystkich chętnych do oddania głosu. Wystarczyło, by  zgłosili się z paszportem, jakąś kserokopią, a nawet i bez dokumentów. „Niech wszyscy glosują. Wszyscy są nam potrzebni” – powiedziała Irina Siergiejewna.

Kilka godzin później, w Krasnoarmiejsku czołgałam się po ziemi w kierunku najbliższego słupa, by ukryć się jakoś od kul. Nieznani, uzbrojeni ludzie w godzinach rannych zajęli budynek miejscowej administracji, by nie dopuścić do referendum. W pewnej chwili wypuścili w powietrze chaotyczną serię z automatów. Kobiety zbierające do tekturowych pudełek karty do głosowania z odpowiedzią zaznaczoną w kwadracie „tak”, także upadły na ziemię twarzą do niej. Słychać było ich krzyk i płacz.

Następnego dnia po przebudzeniu Donbas poczuł, że stał się szarą strefą. W hotelu, gdzie nocowałam, nie można już było opłacić rachunku przy pomocy karty płatniczej. Jak się okazało, zawiesił działalność należący do dniepropietrowskiego oligarchy Kołomojskiego „Privatbank”. Wcześniej ten sam bank jako pierwszy, zaraz po referendum,  wstrzymał pracę swoich oddziałów na Krymie. Obok niego, zamknięto niektóre centra handlowe i salony samochodowe., Zamiast w nastroju świętowania w związku ze zwycięsko przeprowadzonym glosowaniem ludowym, Donbas pogrążył się w ciszy. Zamilkł też Władimir Putin. Nie uznał Donieckiej Republiki Ludowej i jej samodzielności państwowej.

Wystarczył ostatni miesiąc, by Donbas wrócił w nieszczęsne lata dziewięćdziesiąte. Zdobywszy dostęp do broni, ludzie rozbijają okna wystawowe i rozkradają parkingi samochodowe. Porywają zwolenników ukraińskiej jedności, znęcają się nad zakładnikami i rozstrzeliwują ukraińskich żołnierzy. Dla nich Doniecka Republika Ludowa to szansa, by z tej chwilowej sytuacji wyciągnąć jak najwięcej korzyści. 89 procent głosów oddanych na kartach wyborczych na „tak” stało się sposobem na legitymizację klęski starań o zaprowadzenie ładu wolnego od przestępczości.

Szara strefa


Kiedy mieszkańcy Donbasu przyszli na referendum, by oddać swój głos za Doniecką Republikę Ludową, naiwność nie pozwoliła im zrozumieć, że to fikcja. DRL jest w istocie zbieraniną robotników, drobnych biznesmenów, biedniaków wolną od jakiejkolwiek kontroli i niezdolną do kontrolowania kogokolwiek. Doniecka Republika Ludowa istnieje zaledwie w przestrzeni zajętego przez siebie budynku administracji obwodowej, gdzie odbywają się zebrania prowadzone przez Denisa Puszylina. DRL jest wirtualną chmurą stworzoną przez pozbawionych umiejętności programistów. Rzeczywista władza w Donbasie znajduje się w rękach Funtików, tych co zatrzymują  samochody na punktach kontroli i dowódców uzbrojonych grup.

Ludmiła Siemionowna nie wiedziała, że oddała swój głos za szarą strefę. Irina Siergiejewna nie podejrzewała nawet, iż pomogła ją stworzyć. Obie wierzyły szczerze, iż pomogą Donbasowi uwolnić się od najazdu strasznego Bandery, złego rycerza niosącego żółto-błękitny miecz nad ich pokornymi głowami. Ludmiła Siemionowna i Irina Siergiejewna szczerze wierzyły, iż z pomocą Donieckiej Republice Ludowej przyjdzie bogata Rosja i zbawi ją, w imię dobra, od wszelkiego zła.

- Żeby tylko przestali strzelać, żeby ktoś zaprowadził porządek – sama sobie tłumaczyła jedna z kobiet przybyłych do lokalu wyborczego, w którym pracowałam jako wolontariuszka. Głosując na „tak” nie wybrała się nawet do kabiny. – Nam zwyczajnie potrzebny jest pokój.

Tragedia w Odessie z 2 maja,  chaotyczna operacja antyterrorystyczna w Słowiansku, strzelanina w Krasnoarmiejsku i walki w Kramatorsku wzmocniły kaleką chmurę Donieckiej Republiki Ludowej. Jeszcze większa liczba mieszkańców Donbasu doszła do wniosku, iż tylko odłączenie się od Ukrainy zatrzyma rozlew krwi.

W nieudanym filmie „Światowa Wojna Zombi” wirus zombi rozpełzł się po planecie. Jednak Jerozolimę uratowała otaczająca ją wielka ściana: zarażeni wirusem nie byli w stanie się przez nią przedostać. W oczach donbaskich uczestników referendum, ludzie z żółto-błękitnymi wstążkami są właśnie zombi. 

Choć mieszkańcy Donbasu nie czują się częścią Ukrainy, zombi żądają od nich jedności. Zaś dla ludzi z żółto-błękitnymi wstążkami zombi to właśnie mieszkańcy Donbasu, Funtikowie, Puszylinowie i emerytki z georgijewskimi wstążkami. I jedni i drudzy już dawno gotowi byli podzielić kraj przy pomocy ściany, tak by uniemożliwiała ona rozprzestrzenianie się zarazy.

Po ostatnim referendum ta ściana wyrosła sama z siebie. To szara ściana z szarą strefą po środku. W niej od czasu do czasu słychać serie z broni automatycznej. I tak ta szara strefa, w postaci niewidzialnej chmury, przykryła sobą ziemię Donbasu.





 *Jekatierina Siergackowa (ur.1987)- ukraińska dziennikarka, współpracuje z portalem „Ukraińska Prawda”. 








Oryginał artykułu ukazał się na stronie colta.ru. Jego adres: http://www.colta.ru/articles/society/3190



Obserwuj i polub nas na Facebooku: 







środa, 14 maja 2014

Kto kupi Donbas i za ile?


Dziwne referenda przeprowadzone w Doniecku i Ługańsku w niewielkim stopniu wpłyną na przyszłość wschodniej Ukrainy. O tym rozstrzygnie licytacja prowadzona przez Moskwę, Brukselę, Waszyngton i Kijów. Dmitrij Trawin, profesor Uniwersytetu Europejskiego z Sankt Petersburga, uważa, iż szansa na kompromis nie została jeszcze utracona.


Autor: Dmitrij Trawin




Referenda w dwóch obwodach Ukrainy, donieckim i ługańskim, odbyły się. I co dalej? Wszystkich nas interesuje ten problem. Może dlatego, iż oba miały nieco dziwny charakter. Zachód ich nie uznał. Rosja prosiła o ich przełożenie. Kijów udaje, że ich w ogóle nie było. I tak na serio Donieck i Ługańsk nawet nie myślały o samodzielnym bycie państwowym. W ich wypadku trudno mówić o niepodległości bez wsparcia ze strony silnego patrona, zdolnego udzielić im pomocy materialnej i wojskowej. Bez niej oba obwody skazane są na nędzę. W tej sytuacji, pojawia się uzasadnione pytanie, po co więc odbyło się to głosowanie?

Polityka realna i mity ludowe


Stykamy się tu z niezamierzonym skutkiem podziału, jaki ujawnił się w rosyjskim życiu politycznym. Z jednej strony mamy politykę realną, z drugiej stoimy wobec narzucanego obywatelom mitu o tym, iż dla dzisiejszej Rosji najważniejsza jest realizacja jednego zadania – rozszerzenia wpływów rosyjskich jak najdalej w głąb Ukrainy (a także Mołdowy, a być może także Białorusi i Kazachstanu), po to by odbudować związek mieszkającej tam ludności rosyjskojęzycznej z ojczyzną. Ludność ta z kolei, nie tylko gotowa jest wyrazić radość z „powrotu do domu”, chętnie też kalkuluje możliwe zyski związane z przejściem na system rosyjskich wynagrodzeń, emerytur, żołdów wypłacanych wojskowym, itd.

Ale w świecie rzeczywistym, Kreml musi w swych działaniach, brać pod uwagę istnienie dwóch istotnych ograniczeń. Pierwszym są stojące do dyspozycji Rosji zasoby, ich nie wystarcza i dla własnych obywateli. Drugim, nieuniknione straty gospodarcze związane z wprowadzeniem sankcji, ucieczką kapitału, wybierającego kraje bardziej zainteresowane wspieraniem biznesu, niż swoich posługujących się tym samym językiem „rodaków”.


Karty do głosowania w dziwnych referndach w Donbasie
drukowano na zwyklych printerach komputerowych. 


Jednak szerokie masy ludowe bardziej orientują się na mity, niż na problemy ze świata realnej polityki. W przestrzeni mitologicznej znaczenie referendów jest ogromne. Czy Rosja może zrezygnować z przyłączenia Doniecka i Ługańska, rozumują mieszkańcy Donbasu, jeśli w regionie tym mieszkają ludzie pragnący zjednoczenia z ojczyzną? Krym przyłączono de jure, Abchazję i Osetię Południową de facto. W czym Donieck i Ługańsk są gorsze?

Putinowi zapewne najbardziej podobałaby się federalizacja Ukrainy. W tak zorganizowanym państwie ukraińskim Donieck i Ługańsk (a także Charków i jeśli udałoby się, Dniepropietrowski, Zaporoże, Odessa) byłyby jego częścią z formalnego punktu widzenia, jednak w rzeczywistości uwolniłyby się od kontroli ze strony Kijowa i mogłyby nawiązać bliższe, partnerskie stosunki z Rosją. Taki rozwój wypadków umożliwiłby Kremlowi uniknąć gigantycznych wydatków związanych z transformacją wschodnich Ukraińców w Rosjan, a jednocześnie pozwoliłby by mu zachować wizerunek Rosji jako kraju niosącego ratunek i wsparcie.

Entuzjazm w dozach


Podobna konstrukcja ma jeszcze jeden plus. Zachowano by w ten sposób możliwość powrotu do kwestii zjednoczenia z Rosją, w odpowiedniej chwili można by się tym chwytem posłużyć w przyszłości, na przykład przed wyborami do parlamentu 2016 roku, czy prezydenckimi w 2018 r. Korzystniej byłoby zaoszczędzić część pieniędzy i wykorzystywać entuzjazm mas w sposób dozowany, przede wszystkim w lokalach wyborczych, nie zaś rozbudzać puste emocje. Pytanie jednak, jak organizować dozowanie entuzjazmu mas, jeśli z jego przejawami w donieckich i ługańsich lokalach wyborczych mieliśmy do czynienia właśnie teraz.

W poradzieckiej przestrzeni, historia z Krymem, u wielu ludzi wzbudziła ogromne oczekiwania. Ich spełnienie nie jest możliwe bez zniszczenia znajdującej się i tak w ciężkiej sytuacji rosyjskiej gospodarki. A jednak dzięki swej umiejętności dokonywania manewrów politycznych i przy odrobinie szczęścia, prezydent Putin, być może, będzie w stanie wyciągnąć z tej sytuacji realne korzyści.
Przyszła konfiguracja Ukrainy kształtuje się dziś, nie na drodze lokalnych referendów, a w ramach licytacji prowadzonej przez kwartet graczy globalnych: Moskwę, Waszyngton, Brukselę i Kijów. 

Stanowisko reprezentowane przez ludność Donbasu pozostaje zaledwie jednym z instrumentów – ważnym, ale daleko nie jedynym. Moskwa dysponuje jeszcze jednym instrumentem wpływu na Ukrainę – są nim dostawy gazu. Waszyngton i Bruksela mogą przyznać kredyty na ich opłacenie, a także zastosować wobec Rosji jeszcze poważniejsze sankcje gospodarcze. Do tej pory nosiły one jedynie zabawny charakter. Z kolei Rosja nie stosowała jeszcze na serio gazowej „pałki”. Spośród całego kwartetu Kijów jest najsłabszym graczem, ale i on dysponuje niemałą siłą – jest nim możliwość wpływania na opinię publiczną w krajach Zachodu. Nawet Palestyna, ze swym wieloletnim dorobkiem w dziedzinie terroryzmu jest w stanie powołując się na agresję ze strony Izraela, wzbudzić sympatię na Zachodzie. Tym bardziej Ukrainie, posługującej się w odpowiedni sposób mediami, uda się wycisnąć łzę współczucia z oczu europejskich, czy amerykańskich wyborców. Te właśnie łzy, określą w znacznym stopniu, stanowisko Waszyngtonu i Brukseli.

Jeśli Rosja nie blefuje…?


Ale tak w ogóle, najważniejsza dziś jest swego rodzaju licytacja. W jej ramach wszystko można sprzedać, wszystko można kupić. Także i Donbas. Można zmniejszyć cenę na gaz w zamian za federalizację. Można też odwrotnie, wstrzymać dostawy, jeśli wciąż będzie trwała akcja mająca na celu pokonanie prorosyjskich rebeliantów. Można zrezygnować z weryfikacji granic Ukrainy, w odpowiedzi na rezygnację NATO z włączenia Ukrainy do sojuszu.

Putin, jeśli ograniczy się do federalizacji, ma spore szanse, by osiągnąć swoje. Po pierwsze aneksja Krymu podwyższyła poziom licytacji. Kreml udowodnił, iż nie boi się wielkiego ryzyka. To oznacza, iż jakiekolwiek porozumienie nie przewidujące zmian granic Ukrainy, można będzie traktować jako kompromisowe z rosyjskiego punktu widzenia. Zachód, rzecz jasna, może założyć, iż żądanie zmian granicznych jest blefem i odrzucić wszelkie kompromisy. Ale jeśli Rosja nie blefuje, a gra na serio? 

Może więc lepiej od razu zgodzić się na federalizację, jeśli w ten sposób uda się uniknąć wywołanej przez kryzys ukraiński Trzeciej Wojny Światowej.

Jeśli Putin tego zapragnie, rezultaty referendów mogą też zostać wykorzystane jako podstawa dla kolejnego aktu „historycznej sprawiedliwości”. Lud, niestety, nie chce tolerować władzy Kijowa, prowadzącego w niezdarny sposób swoją operację antyterrorystyczną.

Jak się wydaje, federalizacja Ukrainy daje dziś szansę na osiągnięcie optymalnego kompromisu, o ile tylko jedna ze stron nie przestanie myśleć racjonalnie. Dzięki takiemu rozwiązaniu Putinowi udałoby się zachować wizerunek Zbawcy i Przywódcy zdolnego odbudować jedność Rosjan. Nie potrzebne były dodatkowe wydatki, nie wprowadzono by kolejnych sankcji.


Federalizacja Ukrainy - dla jednych konieczny kompromis, dla innych sposób na
zniszczenie ukraińskiego państwa. 


W oczach swej opinii publicznej i Zachód odegrałby rolę opory zdolnej do powstrzymania rosyjskich ambicji imperialnych. Tym bardziej, iż postulat federalizacji nosi w pełni demokratycznych charakter, zgodny jest z powszechnymi wyobrażeniami na temat wewnętrznej organizacji takich państw, jak Ukraina.

Nawet Kijów nie poniósłby specjalnej klęski, pod warunkiem jednak, iż udałoby mu się przekonać własne społeczeństwo, iż federalizacja dokonała się, nie w wyniku rosyjskiego wykręcania rąk, a jest krokiem w kierunku demokratycznej, europejskiej przyszłości, podjętym wspólnie z Unią Europejską.

Jak się wydaje szansa na osiągnięcie kompromisu nie zostala jeszcze utracona. Istotne jednak jest to, by któraś ze stron nie uznała, iż w tej historii ważniejsza jest inna zasada, ta iż „zwycięzca bierze wszystko”. 



*Dmitrij Travin, ekonomista, publicysta, profesor Uniwersytetu Europejskiego w St. Petersburgu, dyrektor Ośrodka Studiów nad Procesami Modernizacji. 







Oryginał artykułu ukazał się na stronie agencji Rosbałt. Można go znaleźć pod adresem: http://www.rosbalt.ru/main/2014/05/13/1267665.html




Inne artykuły Dmitrija Trawina na blogu „Media-w-Rosji”:


W Rosji zaobserwować można pierwsze objawy sytuacji rewolucyjnej. Coraz częstsze są przypadki, gdy niekontrolowany przez władze, ślepy gniew ludu rozstrzyga, co jest dozwolone, a co nie. Może on jednak, tak jak w 1917 roku, zniszczyć państwo – ostrzega Dmitrij Trawin. Nie obroni go charyzma jednego człowieka. Rosja potrzebuje odpowiedzialnej opozycji zdolnej do przezwyciężenia nadciągającego kryzysu.


Projekt „Żyrinowski”: jak długo jeszcze?

 

W wielkiej polityce pojawił się  w czasach radzieckich. Władimir Żyrinowski jest jedynym politykiem z tamtych czasów, który przetrwał do dziś. Niedawne skandale z jego udziałem postawiły jednak pod znakiem zapytania jego dalszą karierę. Tym bardziej, iż nacjonalistyczny elektorat Żyrinowskiego przechodzi stopniowo na stronę prezydenta Putina. Dymtrij Trawin uważa jednak, iż stary mistrz populistycznego PR nie da się jeszcze wysłać na emeryturę.





Obserwuj i polub nas na Facebooku: 
https://www.facebook.com/mediawrosji




wtorek, 13 maja 2014

Wschód Ukrainy: scenariusz „syryjski”, czy „abchaski”?


Jest jedynym deputowanym parlamentu rosyjskiego, który glosował przeciw aneksji Krymu. Ilja Ponomariow dzieli się na swym blogu wrażeniami z podróży na Wschód Ukrainy. Kijów nie chce słuchać ludzi z Donbasu, Moskwie nie zależy na zdobyczach terytorialnych, a na uzależnieniu Ukrainy. Jednak sprawy zaszły tak daleko, iż zachowanie jedności kraju może już być niemożliwe. Na wschodzie Ukrainy zrealizuje się jeden z dwóch scenariuszy – „syryjski”, lub „abchaski”.
 

Autor:  Ilja Ponomariow




12 maja 2014

Kolejny raz wróciłem z Ukrainy. Tym razem byłem tam podczas referendum. Odwiedziłem Donieck, Mariupol, dla kontrastu wybrałem się też do Dniepropietrowska. Nie mogę powiedzieć, by pod wpływem tej podróży zmieniło się radykalnie moje zrozumienie tamtejszej sytuacji, jednak na wiele ważnych momentów patrzę teraz nieco inaczej.

Tak widziałem sytuację do tej pory:


- Majdan był masowym powstaniem przeciw korupcji i samowoli. Pod tym względem było ono bardzo podobne do ruchu protestu w Rosji. Na Ukrainie jednak na plan pierwszy wysunęła się prawica, powstał sojusz neoliberałów z nacjonalistami gotowymi do twardej konfrontacji z lewicą (m.in. z powodu zdradzieckiego sojuszu Komunistycznej Partii Ukrainy z Partią Regionów).


Ilja Ponomariow, opozycyjny polityk rosyjski. Krytykowany w kręgach
nacjonalistycznych za odmowę poparcia aneksji Krymu. 


- Do sprzeczności istniejących między rolniczym i w głównej mierze zorientowanym na wartości  prawicowo-konserwatywne Zachodem, postindustrialnym, liberalnym Kijowem i przemysłowym, lewicowym Wschodem doszły problemy o charakterze narodowym, a także głębokie między-klanowe konflikty wewnątrz ukraińskiej elity. W ich rezultacie doszło do konfrontacji na ulicach.

- Rosyjskie władze, jak się okazało, boleśnie odczuły odrzucenie przez, jak się nam zdawało, braterski naród, naszego projektu Unii Celnej (korzystnego z obiektywnego punktu widzenia dla gospodarki ukraińskiej; jednak na skutek braku profesjonalizmu w prowadzeniu przez Unię Europejską polityki zagranicznej, przeciwstawiono mu koncepcję integracji europejskiej). Obawiając się spadku wskaźników popularności i potencjalnych zamieszek w samej Rosji, jej władze postanowiły wykorzystać chaos na Ukrainie i błędy tamtejszego, nowego rządu, by zaanektować część terytorium ukraińskiego. Potrafiły także zmobilizować wokół siebie społeczeństwo rosyjskie – w ten sposób klęskę zamieniono w zwycięstwo.

- Z kolei władzę w Kijowie zajęły korzystną dla siebie pozycję psychologiczną. Zetknąwszy się z problemami na Wschodzie, zignorowano rzeczywiste zaniepokojenie ze strony obywateli, ich troskę o własną przyszłość. Uznano, że ich protest jest skutkiem manipulacji ze strony Rosji i miejscowych oligarchów. Nawet utrata Krymu nie otrzeźwiła Kijowa, na odwrót, tego rodzaju nastroje uległy wzmocnieniu. Ta logika podpowiedziała wybór oligarchów na stanowiska gubernatorów we wschodnich obwodach Ukrainy, ale te nominacje tylko zaostrzyły istniejące problemy. W rezultacie Majdan pozbawiony został swego głównego anty-oligarchicznego, antykorupcyjnego  przesłania. Umożliwiło to utożsamianie wydarzeń w Kijowie z ultraprawicowym puczem (kierowanym przez mityczny „Prawy Sektor”, organizacja ta w najlepszym wypadku liczy zaledwie kilkuset bojowników w całym kraju). W ten sposób w języku rosyjskich propagandzistów pojawił się nie mający wiele wspólnego z rzeczywistością termin junta.

- Mimo to, ilość protestujących aktywnie mieszkańców Wschodu pozostawała niewystarczająca, by zdobyć władzę w tych regionach, lub by uzasadnić interwencję zbrojną ze strony Rosji. W najbardziej „problematycznych” obwodach odsetek protestujących nie przekraczał 25% ludności.  Wtedy właśnie władze w Moskwie, dzięki intensywnemu wsparciu propagandowemu ze strony telewizji, zaczęły wykorzystywać dla swoich celów (działając na ślepo) radykalne grupy tak lewicowej , jak i prawicowej orientacji. Na wschodzie Ukrainy pojawili się ochotnicy z różnych regionów Rosji i Ukrainy, zmobilizowano także część miejscowego świata przestępczego.  Jako główny punkt oporu wybrano miasto o symbolicznej nazwie „Słowiansk”. Organy wywiadu wojskowego udzieliły rebeliantom pomocy „metodologicznej” (możliwe także, że i materialnej i technicznej), a następnie służby specjalne (nie wykluczam, iż jednocześnie działały służby obu stron) sprowokowały krwawe wydarzenia w Odessie i Mariupolu. Umożliwiło to przeciwnikom Kijowa przeprowadzenie mobilizacji i konsolidacji swoich zwolenników. Zademonstrowano także, iż Kijów nie dysponuje realną władzą i nie jest w stanie zadbać o porządek publiczny. W ten sposób Rosja stała się jedynym i bezalternatywnym źródłem siły i prawa w ogarniętych chaosem regionach.

- Silna presja Zachodu zmusiła prezydenta Putina do przeprowadzenia w początkach maja manewru taktycznego, wystąpił on wówczas z apelem o przeniesienie terminu referendum. Jednak cel Kremla, jakim jest doprowadzenie do upadku obecnego rządu i objęcie władzy na Ukrainie przez lojalne w stosunku do Rosji siły polityczne  nie uległ zmianie.  Tak, jak mi się wydaje, wygląda zadanie podstawowe, pretensje terytorialne (w tym nie wykluczone w przyszłości wprowadzenie sił zbrojnych) pozostają przede wszystkim instrumentem destabilizacji nowej ukraińskiej władzy.


Frekwencja na referendum w sprawie niezależności Donieckiej Republiki
Ludowej, zdaniem Ilji Ponomariowa okazala się nieoczekiwanie wysoka. 

Nowe obserwacje

Co zobaczyłem podczas obecnej podróży do Donbasu i w jakich punktach moje stanowisko uległo zmianie?

- Co najważniejsze nie dostrzegłem w obecnych protestach elementu „socjalnego”. Ani trochę. Ani na jotę. W ogóle. Istotnie, w środowisku powstańców pełno jest apeli o powrót do świata wartości ZSRR. Ale tu nie chodzi o lewicowość Związku, a o jego charakter imperialny. W najlepszym wypadku myśli się o starej radzieckiej stabilizacji i gwarancjach opieki socjalnej, o zniszczonych po rozpadzie ZSRR związkach gospodarczych pomiędzy rosyjskimi oraz ukraińskimi przedsiębiorstwami. Kwestie socjalne są o wiele większą troską władz obwodowych nie skłonnych do udzielenia poparcia pakietowi zaproponowanemu przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Wśród protestujących pierwsze skrzypce grają grupy prawicowe, starzy członkowie takich organizacji jak „RNJ” (Russkoje Nacjonalnoje Jedinstwo), prawicowe skrzydło partii „Nacjonał-Bolszewickiej”, „SSO” (Związek Oficerów Radzieckich), Komunistyczna Partia Ukrainy/Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej, drużyny kozackie. W tym środowisku o wiele chętniej rozmyśla się o rządzie światowym, antychryście, Europie gejów, niż o podwyżkach cen i reformie emerytur. Duchowymi przywódcami tego towarzystwa są tacy działacze jak Barkaszow, Limonow, Dugin, Prochanow.

- Wstrząsnął mną jeden fakt, powstańcy nie mają żadnych aspiracji do zarządzania. Przez dwa miesiące współistnieli z oficjalnymi organami władzy w tych miastach, w których okupowane były budynki administracyjne. Przez cały ten czas, nie podjęto żadnej próby przejęcia władzy administracyjnej, nie próbowano wziąć pod kontrolę banków, instytucji łączności, kluczowych zakładów przemysłowych. Nie mamy tu do czynienia z żadną „Komuną Paryską”, tak jak niedawno opisywał sytuację na wschodzie Ukrainy  Borys Kagarlicki i w co gotów byłem uwierzyć do swojej ostatniej podróży. Na przykład, w Doniecku zajęto centrum telewizyjne, jednak miejscowa stacja, tak jak wcześniej nadaje w oparciu o wytyczne gubernatora, a nie Donieckiej Republiki Ludowej. Sens okupacji ma charakter czysto polityczny, demonstracyjny, zaś anatomia nowej władzy może być określona jako „imitacyjna” (zatknąć flagę i utrzymać ją do pojawienia się prawdziwej władzy achmietowskiej, lub moskiewskiej – trudno powiedzieć). Jeden z moich rozmówców powiedział słusznie, Doniecka Republika Ludowa to „obserwatorzy” (rozmówca Ponomariowa posłużył się terminem „smotriaszczyj” znanym z kryminalnego żargonu, określającym przedstawiciela świata przestępczego kontrolującego swoje terytorium – „mediawRosji”). Jest wiele świadectw tego, iż przywódcy DRL nie podejmują samodzielnie żadnych decyzji.

- Nie ma żadnych związków między załogami przedsiębiorstw, a rebeliantami (w fabrykach nie ma organizacji rebelianckich, nie ma żadnych rad, czy grup wewnątrz struktur związkowych). Za to w dniu referendum pan Achmietow poinformował o powołaniu do życia w Mariupolu (czysto robotniczym mieście) brygad robotniczych dla zaprowadzenia porządku. Prawdę mówiąc, realną władzę w Donbasie sprawują obecnie Achmietow i struktury kryminalne, nie DRL, czy Kijów. Ale z różnych powodów starają się swojej roli nie afiszować.

- Uważałem, iż frekwencja na referendum będzie niewysoka. Nie miałem racji – frekwencja była wysoka. Rzecz jasna referendum zorganizowano nie we wszystkich miejscach, kolejki i ścisk w lokalach wyborczych zorganizowano specjalnie z myślą o PR. Ale wydarzenia w Mariupolu silnie wzburzyły społeczeństwo. Ludzi wzięli udział w referendum, by pojawiła się choć jakaś władza zdolna do zaprowadzenia porządku i zatrzymania przemocy. Ludzie, ma się rozumieć,  glosowali nie za DRL, a za Rosję. Formułowanie ocen to zajęcie niewdzięczne, ale na moje wyczucie, 11 maja w glosowaniu wzięło udział od 40 do 60 % mieszkańców Doniecka. Nie 75%, jak poinformowała nas DRL, ale oczywiście także sporo.

- Wstrząsnęła mną impotencja władz w Kijowie. Kijowski rząd sam nie wie. czego chce, nie ma żadnej strategii w odniesieniu do Wschodu, a nawet nie jest gotów wsłuchać się w zdroworozsądkowy glos swoich własnych przedstawicieli obwodowych. Ci zaś powtarzają wciąż to samo, należy wycofać wojsko i przeprowadzić referendum w kwestii federalizacji/decentralizacji (niuanse związane z różnicami znaczeń tych terminów są teraz nieważne) razem z wyborami prezydenckimi. Uważają też, iż dla przywódców rebeliantów należy znaleźć miejsce w ramach oficjalnego procesu politycznego. Wojna informacyjna w Doniecku i Ługańsku została przegrana, wszelkie działania podejmowane przez centrum umacniają tylko nastroje separatystyczne. Starania, by zademonstrować swą władzę, niechęć do wsłuchania się w glos zgromadzonych na placach ludzi w pełnej mierze przypominają błędy popełnione przez Janukowicza. Jeden z moich rozmówców powiedział ciekawie: wszystkie wydarzenia na Ukrainie, Majdan, powstanie na Wschodzie to rewolucja nieusłyszanych.

Jaki scenariusz?


Przechodzę do wniosków.

Referendum moim zdaniem stworzyło dylemat:

- albo na Ukrainie zostanie zrealizowany scenariusz „syryjski” – niekończąca się,  rozpełzająca się stopniowo wojna domowa, podsycana z zagranicy.

- albo Doniecka Republika Ludowa i Ługańska Republika Ludowa upodobnią się do Abchazji i Osetii Poludniowej.

Osobiście jestem za jednością Ukrainy. Tak będzie lepiej dla Rosji, tak będzie lepiej dla ludności zamieszkującej Wschód Ukrainy, a nawet jej Zachód (nie uda się zbudować nowoczesnego społeczeństwa w kraju odciętym od bazy przemysłowej „problematycznych regionów”, nadzieja na to jest tylko iluzją liberałów), ale nie jestem pewien, czy taki wariant jest jeszcze realny.

Dla ludności zamieszkałej na Wschodzie, z pozostałych wariantów najkorzystniejszy wydaje się scenariusz abchaski. Oznacza on gospodarczą stagnację, zamknięcie wielu przedsiębiorstw i większości kopalni ( w obwodzie rostowskim, w wyniku przeprowadzonych reform, wydobycie węgla spadło pięciokrotnie, w Donbasie zaś do tej pory tylko dwa razy). To wszystko oznacza brak modernizacji i podobnego rodzaju nieprzyjemności. Ale to też oznacza pokój. W tej sytuacji, dla zagwarantowania pokoju Rosja będzie musiała uznać DRL i ŁRL, a także wysłać tam sily pokojowe. Wszystko z resztą dla tego jest już gotowe. Trzeba też jednak rozumieć, że dla naszego kraju oznacza to zaostrzenie sankcji ze wszystkimi związanymi z nimi konsekwencjami dla gospodarki, dla poziomu życia. Do tego należy doliczyć ogromne wydatki wielokrotnie przewyższające krymskie. I wreszcie możemy stanąć w obliczu wojny partyzanckiej: strzelanina 11 maja w Krasnoarmiejsku była sygnałem ostrzegawczym. Strzelały i zabiły cywilnego mieszkańca siły pro kijowskie, nie armia regularna, czy siły samoobrony, ale całkowicie samodzielni, przybyli  z zewnątrz „chłopcy” gotowi do zademonstrowania swego patriotyzmu wobec „rosyjskiej agresji”.


Wydarzenia w położonych na południu Ukrainy Mariupolu i Odessie zaostrzyły
nastroje wśród miejscowej ludności. Ludzie tęsknią za wladzą, ktora zatrzyma
przemoc i zaprowadzi pokój. 


„Scenariusz syryjski” byłby najgorszy. Oznacza on jeszcze większy rozlew krwi. Rosji, być może uda się uniknąć najgorszych sankcji, jednak pod bokiem, po sąsiedzku powstanie kuźnica prawdziwych kadr partyzanckich. W Czeczenii walczyli bojownicy obcy nam z etnicznego punktu widzenia, tutaj zetkniemy się ze swoimi. Będą to ci sami ludzie, którzy uczestniczyli w „Marszach Rosyjskich” ze swastykami, i tak dalej. Obrzucając Kijów obelgą „faszyści, faszyści” tworzymy we własnych miastach, własnych faszystów.

Chcemy tego? Może lepiej byśmy zaczęli się słuchać nawzajem, i wreszcie usłyszeli o co nam chodzi?

PS.
Podczas podróży rozmawiałem spokojnie ze wszystkimi. Odwiedziłem budynek okupowanej administracji obwodowej, wypisano mi przepustkę-list żelazny, kontaktowałem się z wieloma aktywistami i komendantami średniego szczebla. Przywódcy DRL nie gotowi byli do dialogu, jednak nie spotkałem się z przejawami agresji ze strony ich zwolenników. Nie odczułem agresji ze strony zwolenników DRL w lokalach wyborczych, choć w zasadzie wszędzie mnie rozpoznawano. Cala agresja, niestety, przychodzi od Rosjan. Równie intensywnie kontaktowałem się z przedstawicielami władz w Kijowie, a także z władzami miejskimi.

PS.

Jeśli chodzi o oficerów GRU. Nie widziałem ich. Nie liczyłem z resztą na to, że spotkam ich w Doniecku, by ich zobaczyć trzeba pewnie jechać do Słowiańska. Ale zebrałem wiele świadectw, rozmawiałem z wieloma ludźmi uczestniczącymi w starciach po stronie DRL. Jak się wydaje, prawda leży po środku, głośni oficerowie działają, nie są to jednak ludzie z moskiewskiego garnizonu, ale żołnierze z Kaukazu, ci sami, którzy przeszli Osetię Południową i bezpośrednio sami Osetyjczycy. Plus wojskowi z Krymu. Ich ogólna liczba nie jest duża, być może jest ich setka. Ale jak już podkreślałem wiele razy, to nie są dowódcy, a najwyżej doradcy. 



Ilja Ponomariow (ur.1975), rosyjski polityk opozycyjny, deputowany do Dumy Państwowej, członek frakcji „Sprawiedliwa Rosja”. Na początku swej kariery zajmował się biznesem w dziedzinie nowoczesnych technologii. Aktywista rosyjskich organizacji lewicowych. W 2011 roku zaangażował się aktywnie w działalność ruchu protestu przeciw fałszerstwom wyborczym. 





Oryginał tekstu można znaleźć pod adresem: http://www.echo.msk.ru/blog/ilya_ponomarev/1318444-echo/



Obserwuj i polub nas na Facebooku: