Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Donieck. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Donieck. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 sierpnia 2016

W kolejce po zasiłki i nacjonalizacja bazarów. Życie codzienne w Donieckiej Republice Ludowej



W pułapce znalazły się setki tysięcy ludzi. Rosyjska agresja i wojna na Ukrainie skazała ich na życie w nieuznawanej republice. Ludzie w Donieckiej Republice Ludowej stoją w kolejce po żebracze zasiłki, po odbiór paczek z pomocą humanitarną. Nauczyli się żyć pod ostrzałem. Korzystając z rosyjskiej pomocy władze starają się stworzyć wrażenie, iż do regionu wróciło normalne życie. Ale w Doniecku nie brak też ludzi świadomych, iż znaleźli się w ślepym zaułku. Opisując życie w DRL Nigina Bierojewa autorka publikowanego na Łotwie rosyjskojęzycznego portalu "Meduza" stara się zachować obiektywność, rejestruje fakty, dosłownie cytuje swoich rozmówców.  Choć konflikt ukraińsko-rosyjskich w ostatnich dniach uległ zaostrzeniu reportaż "Meduzy" nie stracił aktualności.



 
Autorka: Nigina Bierojewa 



Aktywna faza konfliktu zbrojnego na południowym wschodzie Ukrainy zakończyła się trochę ponad rok temu. Jednak sytuacja w regionie pozostaje nieokreślona, Doniecka i Ługańska Republiki Ludowe wciąż istnieją jako "niezależne" państwa, choć niemal nikt nie uznał ich niepodległości. Na linii frontu wciąż słychać strzały. Specjalnie dla "Meduzy" fotoreporter i dziennikarka Nigina Bierojewa pojechała do Doniecka  Tam zebrała wiele cennych informacji, jak w Doniecku ułożyło się życie w warunkach pokoju, skąd jego mieszkańcy czerpią fundusze na utrzymanie, w jaki sposób nowe państwo przeprowadza nacjonalizację, przebudowę i reformę sil zbrojnych, jak wygląda tam praca i odpoczynek. I skąd się tam wziął pewien całkiem nowy rosyjski bank….




Tak bywa zawsze, ucichają działania wojenne i ludzie szukają sposobu na odbudowę swojego życia. Nie inaczej jest w Doniecku, stolicy nieuznawanej Donieckiej Republiki Ludowej. 



Boeing. Dwa lata później….

Boeing 777 należący do Malezyjskich Linii Lotniczych zestrzelono nad Obwodem Donieckim 17 lipca 2014 roku. Jego szczątki rozleciały się na terenie o długości 17 kilometrów, jednak za oficjalne miejsce upadku samolotu uznano wioskę Grabowo. Tutaj odsłonięto pomnik, granitowy kamień z napisem : "W hołdzie niewinnym ofiarom wojny domowej". W dwa lata później, na ceremonię upamiętniającą pamięć o pasażerach Boeinga przyjechali przywódca Donieckiej Republiki Ludowej Aleksander Zacharczenko i szef miejscowego parlamentu Denis Puszylin. Pojawili się w Grabowie 15 lipca, na dwa dni przed formalną datą tej rocznicy. Zapewne zależało im na tym, by w ciągu jednego dnia wziąć udział w dwóch uroczystościach. Dwa lata temu, w lipcu tego samego 2014 roku, w położonej po sąsiedzku wsi Snieżnoje bomby zrzucone z powietrza zabiły 13 miejscowych mieszkańców. Teraz w Grabowie, nie zwracając uwagi na palący upał, na ustawione tu maszty młodzi ludzie wciągają flagi 10 krajów - to ich obywatele zginęli w katastrofie. Zacharczenko występuje z przemówieniem, obiecując współpracę ze śledztwem i wieczną pamięć o tragedii.

Ale w okolicy, w leżących po sąsiedzku wioskach, ludzie i tak wiedzą, kto jest winny.

- Szykowałem jedzenie na dworze - wspomina dzień katastrofy Boeinga jeden z mieszkańców wioski Rassylnoje. Ma na imię Aleksander (wielu mieszkańców gotowało wówczas na dworze, w ich domach, na skutek bombardowania nie działały gas, wodą, prąd). Patrzę, a tu krążą w powietrzu dwa samoloty wojskowe. Potem jeden z nich gwałtownie podniósł się w górę. Można było usłyszeć wybuch. W naszym kierunku poleciała część samolotu, z niej wysypali się ludzie. Padali na domy, do ogrodów, zawisali na drzewach….

- Buk winien był zostawić w powietrzu ślad - swoją wiedzą z dziedziny wojskowości chwali się Ludmiła, też jest mieszkanką Rassylnego. Ale my go nie widzieliśmy. Żadnego. Nasi ochotnicy nie mieli ani jednego Buka. To była prowokacja, chcieli żeby samolot spadł nad Rosją, żeby zaczęła się trzecia światowa.

Ale we wstępnym raporcie Rady Bezpieczeństwa Holandii można przeczytać, iż samolot został zestrzelony właśnie z wyrzutni rakietowej Buk. Nie udało się tylko potwierdzić na 100 procent do kogo należała, ta z której strzelano.

Portrety Zacharczenki zamiast apelu do czołgistów

Półtora roku temu, przed wjazdem do Doniecka wisiały ogromne plakaty wzywające do udziału w walkach. Dziś zamieniły je portrety Aleksandra Zacharczenki. W rękach, głowa republiki  trzyma jej bordowy paszport ("Zostań obywatelem państwa ludowego"). Pojawiły się też plakaty wzywające do terminowego opłacania usług komunalnych i do walki z korupcją. Do miasta prowadzi także inny wjazd, oznaczony jest zniszczoną odłamkami tablicą z nazwą "Donieck". Obok można zobaczyć fragment wysadzonego mostu Putiłowskiego. Pod nim, do tej pory, leży czołg z niepochowanymi ciałami żołnierzy. W tym miejscu zatrzymywanie się jest zabronione, mieszkańcy przejeżdżają je z maksymalną szybkością. Za to w centrum miasta,  w zasadzie, nic już nie przypomina o niedawnych działaniach bojowych. Ludzi widać niewielu, ale na ulicach jest czysto i schludnie. Miejscowi mówią, że o ulice nie dbano tak nawet przed wojną. Oklejone reklamami trolejbusy pełzną po szerokich prospektach, mijając ogromne klomby z kwiatami, często widać jak kopią w nich pracownicy służb komunalnych. Przed fontannami, na ławkach, siedzą kobiety w starszym wieku, przed słońcem chronią je koronkowe lub słomiane czapki i kapelusze. Można z nimi porozmawiać o wojnie…



Przed wjazdem do Doniecka wielki plakat z portretem przywódcy Republiki zachęca ludzi, by stali się jej obywatelami

- Dziecinko!  Wczoraj słyszałam, jak przyleciały trzy pociski i jak wystrzelono dwa. Takie tu mamy zawieszenie broni. Szkoda, że nie przyjechała pani podczas naszego sezonu teatralnego. Wystawiają u nas fantastyczne spektakle.

Podczas wojny porządek w DRL pomagały utrzymywać więzienie i kara śmierci. W ten sposób walczono z korupcją i narkomanią (potwierdziło to kilku moich rozmówców, wszyscy prosili, by nie ujawniać ich nazwisk: dilerów narkotykowych po prostu rozstrzeliwano). Obecnie, z bronią po ulicach mogą się przemieszczać tylko milicjanci. Na głównym bulwarze miasta pełno modnych kawiarni. W jednej z nich, sącząc szampana urokliwa blondynka opowiada, że w ich rodzinie są teraz trzy samochody, jedna z tablicami rosyjskimi, druga z ukraińskimi, trzeci z rejestracją w DRL.

- Nie wiadomo, jak się to skończy. Jesteśmy przygotowani na każdy scenariusz.

Roman jest biznesmenem. Też nie chce podać nazwiska (większość rozmówców "Meduzy" unika przedstawiania się, tłumacząc się troską o krewnych zamieszkałych na Ukrainie). Od Romana dowiaduję się, że władze zaczęły zwracać ludności skonfiskowane dwa lata temu samochody.

- Sądy są zawalone pozwami, ale pewne wyroki zapadają, potem podlegają wykonaniu - dodaje. Mojemu sąsiadowi zwrócono Lexusa. Ze śladami kul i czyjejś krwi, ale oddali. - choć pojawiła się szczątkowa praworządność, ta sytuacja ma jego zdaniem swoje minusy. U was w Rosji, proszę bardzo, naruszyłeś przepisy, można zapłacić łapówkę policji drogowej i pojechać dalej. A nasi boją się teraz brać w łapę. Wypisują mandat. Nie da się pracować.

Zmieniła się także intonacja oficjalnych środków przekazu DRL. Z telewizyjnych ekranów zniknęła reklama Ministerstwa Obrony zapraszająca do pracy wyszkolonych czołgistów. Teraz główna miejscowa stacja telewizyjna nadaje program zatytułowany "Dobre wieści ". Opowiada się w nim o młodzieżowych festiwalach, o nowo narodzonych w zoo zwierzętach i rykszach rowerowych podwożących ludzi do posterunków w wiosce Marinka. Za to z programów informacyjnych nie zniknęły wiadomości o podstępnych planach Kijowa, naruszeniach porozumień mińskich i stopniowej degradacji Zachodu.

Część mieszkańców, spośród tych którzy uciekli przed wojną, wraca teraz do domu. Rodzina Marii, studentki trzeciego roku donieckiego uniwersytetu uznała, że tak będzie lepiej. Kiedy działania bojowe były szczególnie intensywne, schronili się u krewnych w Kijowie. Ojciec, zdaje się, pozostał w domu i poszedł na wojnę.

- Starałam się zachować cierpliwość, kiedy wyzywali mnie od separatystek - jednak spotkały ich nie tylko wyzwiska, zdarzały się też nieprzyjemności o wiele gorsze.  Brata Marii pobito w szkole, twój tato strzela do naszych. Zdaję sobie sprawę, nie wszyscy są tacy, niektórzy z moich przyjaciół zdołali ułożyć sobie normalne życie. Nam się nie udało. Więc pojechaliśmy do Rosji. Ale i tam nie wszędzie jest tylko mleko i miód. Całą rodziną pracowaliśmy, tylko po to żeby wynajmować mieszkanie. W końcu plunęliśmy na wszystko i wróciliśmy do domu. Teraz mamy tu normalne życie, w naszej dzielnicy prawie w ogóle nie słychać bomb.

Nocami życie w mieście cichnie. O jedenastej wieczorem zaczyna się godzina policyjna.

- Egzekwowana jest rygorystycznie - opowiada miejscowy barman. Rygory zaostrzono po nieudanej próbie wysadzenia pomnika Lenina. Jeśli kogoś nocą zatrzymają na ulicy, trafia do pudła na 15 dni. To z resztą jeszcze nie najgorsze wyjście. Niedawno w Szachtior Plaza (popularny miejscowy klub nocny) nocą zorganizowano nielegalna imprezę. Nie udało się jej dokończyć, przerwali ją ludzie w maskach. Wszystkich wywieziono niemal na pierwszą linie frontu, tam naszą bananową młodzież zmuszono do kopania okopów.

Życie na zasiłku

W okresie przejściowym w DRL przyjmowano każdą walutę, dolary, euro, griwny, ruble. Nawet w sklepach wywieszano ceny w nich  wszystkich. Teraz obowiązują rosyjskie ruble, chociaż w wielkich przedsiębiorstwach prowadzących interesy z Kijowem i płacących ukraińskie podatki (na przykład w fabrykach oligarchy Rinata Achmietowa), tak jak dawniej, wynagrodzenia wypłacane są w griwnach.

W 2015 roku powstał Bank Centralny DRL. Obsługuje płatności komunalne, na jego rachunki przekazywane są podatki. Pojawiły się nawet bankomaty, można z nich wypłacić gotówkę tylko przy pomocy kart wydanych w DRL.

Większość mieszkańców i tak nie ma kart płatniczych. W południe, przed wejściem do oddziału Banku Centralnego w Dzielnicy Pietrowskiej do kas ustawia się gigantyczna kolejka, ludzie stoją na ulicy. Grupa ok. pięćdziesięciu ludzi szuka cienia pod trzema rosnącymi w pobliżu drzewami i pod zamontowanym nad wejściem do banku daszkiem. Wszyscy rozumieją, iż na załatwienia sprawy trzeba będzie czekać do wieczora. Swietłana przyszła do banku, żeby odebrać zasiłek na dziecko.

-  Zasiłek - kiedy rozmawiamy, poprawia daszek wózka - wynosi 2 tysiące rubli. Mama Swietłany w tym samym czasie stoi w innej kolejce, tam rozdzielana jest pomoc humanitarna.

- Mamy też własną działkę. Przeżyjemy. 

Z formalnego punktu widzenia, wielu mieszkańcom należą się wypłaty socjalne od władz ukraińskich. Do niedawna, by otrzymać pieniądze, trzeba było pojechać na tereny kontrolowane przez władze w Kijowie. Wraz z wprowadzeniem blokady handlowej i finansowej pojawiły się najróżniejsze chytre sposoby wypłaty gotówki. Obecnie jednak, władze ukraińskie zaostrzyły kryteria, przykładem może być wypłata emerytur. Żeby ją dostać, trzeba po prostu mieszkać na stałe na terytorium kontrolowanym przez Ukrainę. Dla donieckich emerytów oznacza to, iż muszą przeżyć za 2-3 tysiące rubli (30-40 euro) na miesiąc (bochenek chleba można kupić za 12 rubli, litr mleka za 30, bilet miesięczny na komunikację miejską kosztuje 150-200 rubli).

Pomoc humanitarna ma dla wielu mieszkańców ogromne znaczenie. Jednym z jej głównych dostawców jest oligarcha Rinat Achmietow, od czasu wybuchu wojny w regionie rozdano niemal 9 milionów t. zw. "pakietów przeżycia".

- Do niedawno czułem wstyd, kiedy stałem w kolejce po pomoc. - Andriej Witaliewicz dzieli się swoim doświadczeniem. Jestem w końcu docentem wyższej uczelni. Przez lata nie byłem tu człowiekiem zbędnym. Ale potrafimy się przyzwyczaić do wszystkiego.


Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:


Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com


Do Donbasu dociera także rosyjska pomoc humanitarna. Od wybuchu konfliktu do regionu skierowano 54 "białe konwoje" (tak są tu nazywane). Ale wydatki na ten cel zostały zmniejszone.  W Centrum Zarządzania Odbudową DRL poinformowano nas, iż w oparciu o zarządzenie przywódcy republiki, Aleksandra Zacharczenki, dokonano zmian w dystrybucji pomocy humanitarnej. Przede wszystkim, zestawy pomocowe docierają do inwalidów, emerytów i rencistów (otrzymujących minimalne świadczenie w wysokości 2100 rubli - 30 euro) oraz rodzin wielodzietnych. Konwoje przyjeżdżają teraz rzadziej, mniej więcej raz w miesiącu, w czerwcu z nieokreślonych bliżej powodów technicznych kolumna Kamazów do Doniecka nie dotarła w ogóle. Pomoc dostarczono tylko do Ługańska. Za to lipcowa dostawa jest już w Doniecku.


Mięso z Ukrainy

Powrót do normalnego życia oznacza, iż w Doniecku i Ługańsku odrodziło się w niewielkiej skali życie biznesowe. Przedsiębiorcy stopniowo adaptują się do działania w warunkach blokady.

- Tam gdzie jest blokada, musi być i przemyt. Idzie od nas na Ukrainę i do Rosji… - tłumaczy właściciel niewielkiej firmy Wasilij. On sam handluje z Ukrainą i z Rosją… Na posterunku trzeba zapłacić 12 griwien za kilogram, można potem wieźć ile się chce… Już od dwóch lat zarabiają na tym wojskowi. Ale teraz, po stronie DRL zrobiło się pod pewnym względem trudniej. Na Ukrainie w łapę biorą wszyscy, u nas nie. Proszę sobie wyobrazić, cały tutejszy kombinat produkcji mięsnej korzysta z surowca przemyconego z Ukrainy.

- Tak właśnie jest rzeczywistość - potwierdza jeszcze jeden spotkany przeze mnie biznesmen. Roman bez kłopotu wysyła swoje towary na Ukrainę, korzysta z transportu kolejowego (choć transport kolejowy ze względu na ostrzał, bombardowania i strajki wstrzymywano wielokrotnie, linie kolejowe, w odróżnieniu od tras samochodowych, nie zostały zablokowane,). W taki sam sposób transportowany jest węgiel z przedsiębiorstw i kopalń należących do Achmietowa.

- Walczą z nami, ale wciąż kupują nasz węgiel. Taka jest ta wojna - konstatuje Roman.

Między republikami Doniecką i Ługańską funkcjonuje prawdziwa służba celna. Igor pochodzi z Jenakijewa, teraz usiłuje uruchomić na nowo swoją firmę budowlaną. Złości się nie na żarty.

- Żeby odwieźć towar do Ługańska, albo przywieźć go stamtąd, muszę przez cło przejść tu i tam. Dwa razy. Władze starają się z każdego wycisnąć pieniądze. Pozwólcie nam odbudować swoje firmy, zlikwidujcie wszystkie podatki….

Biznesmeni z Doniecka z wielką chęcią skupiliby się na interesach z Rosją. A jednak nie jest to takie proste. Rosja do tej pory nie uznała samozwańczych republik. Na terytorium obu republik, poza własnym bankiem centralnym nie ma innych banków.

Nie bankowe organizacje kredytowe

Banki Centralne w Ługańsku i Doniecku realizują wszystkie wypłaty socjalne, przez nie wypłacane są wynagrodzenia. Ludzie korzystają z nich, płacąc za usługi komunalne i podatki. W nich swoje konta zakładają także biznesmeni, wewnątrz systemu mogą przekazywać pieniądze bez przeszkód. Oznacza to, że przelewy mogą być wysyłane wyłącznie do innych klientów banków.  Rachunek w nich jest także potrzebny, by otrzymać zezwolenie na prowadzenie działalności poza granicami republik. Ale jak przyznają przedsiębiorcy, nikt z nich nie trzyma wszystkich pieniędzy na kontach w bankach centralnych, na nich znajdują się tylko sumy niezbędne dla opłacenia złożonych przez nich zamówień. Część zysku biznesmeni pozostawiają na rachunkach w bankach na Ukrainie i w Rosji.



W kolejce po żebracze zasiłki do kas Centralnego Banku Republiki mieszkańcy Doniecka stoją godzinami. 

Legalnie handel zagraniczny prowadzić można za pośrednictwem instytucji finansowych Osetii Południowej. Rosja uznała jej status państwa niepodległego, z kolei Osetia Południowa uznała DRL i ŁRL. Jednak transakcje prowadzone w ten sposób są zbiurokratyzowane i trwają długo. Nie jest to odpowiedni sposób dla prowadzenia handlu. Łatwiejszy proponują wielkie reklamy zainstalowane na ulicach Doniecka: "Import. Eksport. Organizacje niekomercyjne. NKO".

W Doniecku wszyscy są przekonani, iż skrót NKO odnosi się do "organizacji nie komercyjnych", to jest niezorientowanych na osiąganie zysku. Handel z Rosją prowadzony jest za pośrednictwem mającego status niekomercyjny "Centrum Rozrachunków Międzynarodowych". Początkowo jego misja, rzeczywiście nie miała charakteru komercyjnego. Jednak skrót NKO może oznaczać też coś innego, "nie bankową organizację kredytową". Umożliwia to Centrum prowadzenie niektórych operacji bankowych. Nie wolno im otwierać rachunków dla klientów indywidualnych. Centrum Rozrachunków Międzynarodowych założono w Moskwie w 2015 roku, rok później udało mu się w Rosji zdobyć pełną licencję bankową.

Informacje uzyskane z Federalnej Służby Podatkowej mówią o tym, iż jedynym udziałowcem Centrum jest Spółka Akcyjna "Forward". Jako jej założyciele w rejestrach figurują firmy "RBK-TV" i "RBK-TV Moskwa". Jednak latem 2014 roku holding RBK należące doń akcje "Forward" sprzedał swojej własnej, zarejestrowanej w jednym z rajów podatkowych, kompanii Gattico Holding Ltd.. W grudniu tego roku Gattico Holding wyszedł ze składu grupy kompanii zależnych RBK (rzecznik prasowy RBK Jegor Timofiejew potwierdził , iż w ramach ogólnej restrukturyzacji holdingu obie kompanie z niego wyszły).

Jak wynika z dokumentów, od 1 kwietnia 2015 roku stanowisko dyrektora generalnego spółki "Forward" piastuje Wiaczesław Mazurin. On sam, w tydzień później zarejestrował "Centrum Rozrachunków Międzynarodowych" i objął w nim stanowisko przewodniczącego rady dyrektorów. Mazurin jest prawnikiem, w 1981 roku ukończył Wyższą Szkołę KGB ZSRR im. Dzierżyńskiego, przed objęciem stanowisk w Forward i w Centrum pracował na stanowisku zastępcy dyrektora krymskiej kompanii "Jużnyj Komfort". Odpowiadał w niej za bezpieczeństwo.

Dwaj inni członkowie rady dyrektorów CRM byli zatrudnieni w Rosyjskim Narodowym Banku Komercyjnym. W nim także pracowała połowa członków zarządu Centrum. RNKB to jeden z najważniejszych banków funkcjonujących na Krymie. Początkowo należał do Banku Moskwy, jednak po referendum w sprawie przyłączenia Krymu do Rosji został sprzedany. Obawiano się ryzyka związanego z nałożonymi przez Zachód sankcjami. W styczniu 2016 roku bank przejęło państwo, obecnie 100 % akcji należy do "Rosimuszczestwa" (Komitet Skarbu Państwa).

Transport gotówki

Oddziały kasowe Centrum Rozliczeń Międzynarodowych znajdują się w miejscowościach położonych wzdłuż granic nieuznawanych republik, w Nowoszachtyńsku, Gudkowie, Doniecku (w obwodzie rostowskim) i Taganrogu. Siedzibą oddziału głównego jest Moskwa. Zadzwoniłam do oddziału w Nowoszachtyńsku, przedstawiłam się jako przedsiębiorca z Rosji. Zapytałam, czy możliwe będzie przeprowadzenie operacji finansowych z partnerami z Doniecka i Ługańska. Okazało się, że tak. Warunkiem było otwarcie rachunku w jednym z ich oddziałów, po to by można było przekazywać pieniądze z Banku Centralnego DRL. Odwiedziłam także firmę "Zielionyj koridor", jej zadaniem jest ułatwianie handlu między Rosją, a nie uznawanymi republikami. W niej ,w podobny sposób opisano mechanizm transakcji finansowych zawieranych przez firmy z Rosji i firmy z nieuznawanych republik. Rolę pośrednika gra Centrum Rozliczeń Międzynarodowych. Jeśli firma rosyjska nie chce handlować bezpośrednio z partnerem z Doniecka, czy Ługańska może odprzedać swój towar kompanii "Zielionyj Koridor, ona znajdzie dla niego nabywcę.

W jaki sposób pieniądze przekazywane z Banków Centralnych nieuznawanych republik trafiają na rachunek w CRM nie jest do końca jasne. Zadaliśmy Centrum stosowne pytanie. Nie odpowiedziano nam. Poinformowano nas, że nasze pytanie jest rozpatrywane, i że kierownictwo skontaktuje się z nami, jeśli dojdzie do wniosku, że jest to potrzebne. Poproszono nas, byśmy więcej już nie telefonowali.

Rosyjscy eksperci, audytorzy, prawnicy nie chcą także rozmawiać na ten temat, przynajmniej pod własnym nazwiskiem.

- Jedyna możliwość to transport gotówki - usłyszeliśmy od jednego z ekspertów. Dawniej przedsiębiorcy sami wozili w walizkach cash przez granicę. Teraz zapewne robi się to na sposób zorganizowany, pod ochroną.

Maria Jemieljancewa, prawniczka z biura "Diełowoj Farwater" przypuszcza, iż stosowany jest taki właśnie mechanizm.

- Żaden rosyjski bank nie zaryzykuje i nie otworzy rachunku w Banku Centralnym DRL. Jednak chętnie otworzą rachunki pochodzącym stamtąd przedsiębiorcom. Jednak przekazy z rachunków w Doniecku na rachunki w Rosji możliwe są tylko przy użyciu gotówki. Pieniądze trzeba wypłacić w jednym banku i odwieźć do innego.

W sprawozdaniu finansowym Centrum Rozliczeń Międzynarodowych za 8 miesięcy 2015 roku można odnaleźć dane na temat aktywów firmy. Wówczas miała ona charakter wyłącznie nie bankowej organizacji kredytowej. Mogła pochwalić się aktywami w wyrskości 11 miliardów rubli. Znajomy analityk portalu bankir.ru podkreśla, iż bank funkcjonuje w oparciu o kredyty międzybankowe. Jednak od kogo je otrzymuje - nie wiadomo.

- Wszystkie swoje środki Centrum otrzymuje od banków nie rezydentów, jednak kto jest tu partnerem końcowym sprawozdanie nie ujawnia.

Jak wynika z informacji udostępnionej przez firmę "Interkom-Audyt BKR", w końcu 2015 roku Centrum nie posiadało jeszcze pełnej licencji na świadczenie usług bankowych. W jego przypadku ryzyko szacowane na jednego kredytobiorcę (wg. normatywu N6) wynosiło 227%. Zgodnie z zasadami Banku Centralnego Rosji wskaźnik ten nie powinien przewyższać 10%, jednak nie rozciągają się one na nie bankowe organizacje kredytowe.

Nacjonalizacja

Mimo określonych trudności, towarów  na półkach sklepowych w Doniecku nie brakuje. Asortyment jest stosunkowo ubogi, ale kupić można wszystko, co potrzebne. Alkohol sprzedawany jest z podatkiem akcyzowym DRL. W Ługańsku część towarów oznaczona jest etykietką "Wyprodukowane w ŁRL". Papierosy przywożone są z Rosji, Ukrainy i Bułgarii (bułgarskie są najtańsze). W mieście pojawiły się sklepy państwowe, na przykład sieć "Pierwszy republikański supermarket". Administracja przejęła też porzucone pomieszczenia międzynarodowej sieci hurtowej "Metro". Odpowiednie postanowienie Zacharczenko podpisał 31 maja. Teraz zacznie w nich działać państwowa sieć "Most".

Choć miejscowy biznes stara się jak może, obecnie stanął w obliczu nowego zagrożenia. Może ono także wpłynąć na realizację porozumień z Mińska. Istnieje spore prawdopodobieństwo, iż w Doniecku wejdzie w życie ustawa o nacjonalizacji. Została ona już przyjęta przez Radę Ludową DRL, jednak na razie nie podpisał jej Aleksander Zacharczenko.

Teoretycznie, ustawa winna regulować mechanizm nacjonalizacji majątku i przedsiębiorstw należących przed wojną tak do państwa, jak i do przedsiębiorców prywatnych. Co konkretnie zawiera ustawa, nie wiadomo, na portalu parlamentu do tej pory nie wyłożono jej tekstu, choć został on już przegłosowany przez deputowanych.

- Ta ustawa jest w rękach Zacharczenki silną bronią - tłumaczy znajomy były członek Partii Regionów z Doniecka. I on prosi, by nie podawać jego nazwiska. - Władze Ukrainy winny rozumieć, iż jeśli nie zdobędą się na ustępstwa, to broń ta może wystrzelić. Nacjonalizowane będą przedsiębiorstwa należące do oligarchów, przedsiębiorcy z kolei swoje pretensje zgłaszać będą pod adresem Kijowa.

Obecnie prowadzona nacjonalizacja nazywana jest "wprowadzeniem zarządu tymczasowego". Procedura ta dotyczy przedsiębiorstw należących do właścicieli, którzy wyjechali z republiki. Taki los spotkał wielko powierzchniowe sklepy Metro, trzy fabryki, dwa dworce autobusowe, trzy punkty dyspozytorskie, jedną klinikę stomatologiczną i 21 warsztatów samochodowych. Akcja prowadzona jest od maja 2016 roku. Władze zamierzają narzucić tymczasową administrację w Gorłowskiej Fabryce Budowy Maszyn (wcześniej należała ona do struktur oligarchy Rinata Achmietowa) oraz w Donieckiej Fabryce Elektrometalowej (własność rosyjskiej korporacji Mieczeł). Na portalu tej ostatniej korporacji można przeczytać informację, iż podejmie ona wszystkie możliwe, przewidziane prawem, kroki dla obrony swoich praw oraz interesów.

Rynki i bazary

Równocześnie w republice prowadzona jest akcja nacjonalizacji rynków i bazarów. Tę kwestię uregulowano, przyjmując ustawę o działalności rynkowej i bazarowej. Przed wojną w Doniecku handlowano na przeszło dwudziestu bazarach. Część z nich została już upaństwowiona, wszystkie opłaty za arendę będą przekazywane do budżetu. W Radzie Ludowej istnieje nawet specjalna komisja zajmująca się tym zagadnieniem. Obecnie czeka ją praca nad pakietem przepisów regulujących rozwiązywanie kwestii spornych.

- Ta historia z bazarami trwa już ponad rok - Wiktor Stiepanow, dyrektor rynka Majak ma już jej dość. Upaństwowione bazary przejmuje przedsiębiorstwo państwowe "Rynki Donbasu". Przede wszystkim zabierano rynki porzucone podczas wojny przez właścicieli. Z nami było im trudniej, bo od nas nikt nie wyjechał, handlowaliśmy pod bombami. Do niedawna mieliśmy pewne kontakty w aparacie władzy, kiedy pojawiały się trudności, dawaliśmy sobie radę.


W Doniecku prace remontowe prowadzone są w dużym tempie. Rosja przysyła materiały budowlane, udziela pomocy finansowej. 

Obecnie komisja parlamentarna wzięła się za rynek Stiepanowa, rozpatruje  kwestię jego nacjonalizacji. Właściciela nie wpuszczono na poświęcone tej kwestii zebranie. Stiepanow jest przekonany, że rynek mu zabiorą, nic nie pomogą zgromadzone przez niego dokumenty. Wszystkie są w idealnym porządku.

- Obiecują nam rekompensatę - skarży się. A kto dokona wyceny? Na jakiej podstawie?
Pułkownik Siergiej Zawdowiejew, pseudonim Francuz, kieruje pracami komisji bazarowej. Obiecuje, iż wypłaty rekompensacyjne będą na odpowiednim poziomie.

- Toczymy teraz wojnę - tłumaczy Zawdowiejew. Organizuje się nowe, młode państwo. Będziemy mogli funkcjonować, jeśli zaczną pracować przedsiębiorstwa. 80% właścicieli wyjechało na Ukrainę i finansuje ATO (Operację Antyterrorystyczną - "mediawRosji"). Przedsiębiorstwa zostały porzucone. Rozpadają się, rabują je maruderzy. Ludzie jakoś żyją dzięki pomocy humanitarnej. Te pieniądze mogą się szybko skończyć. Nie możemy być darmozjadami i żyć na czyimś utrzymaniu.

Remontują z zewnątrz

Za odbudowę zniszczonego przez wojnę regionu odpowiada Siergiej Naumiec. Do Doniecka wrócił z Soczi, gdzie jak się dowiaduję, zajmował się budową obiektów olimpijskich. Jego rodzina do tej pory mieszka w Rosji.

W DRL Naumiec stanął na czele ministerstwa budownictwa. Resort odpowiada za powojenną odbudowę regionu. Najpierw trzeba było się wziąć za infrastrukturę, kanalizację, telefony, sieć elektryczną, a także za obiekty o znaczeniu socjalnym. Teraz zaczął się drugi etap odbudowy, pracami zostanie objętych 1500 obiektów. Materiały budowlane także docierają w charakterze pomocy humanitarnej z Rosji. Naumiec nie chce powiedzieć, ile to wszystko będzie kosztować, dowiaduję się tylko od niego, iż koszt budowy metra kwadratowego w domu prywatnym kosztuje tu 30 tys. rubli (400 euro). O finansach w Doniecku rozmawiają szczególnie niechętnie. Na zadane na piśmie pytanie adresowane do ministerstwa finansów o wysokość tutejszego budżetu przyszła szczególna odpowiedź: "budżet jest zorientowany na realizację celów socjalnych".

Miejscowi przedsiębiorcy przyznają, iż udział w odbudowie poszczególnych obiektów to w Doniecku jeden z najlepszych sposobów, by zarobić. Za budownictwo odpowiada generalny wykonawca "Donbassstroj" i jego podwykonawcy. Pracuje się tu szybko, poważnie zniszczoną szkołę numer 50 wyremontowano w ciągu miesiąca.

- Staramy się. Po pierwsze trzeba miasto doprowadzić do porządku. Po drugie, obserwują nas kuratorzy z Rosji. I może potem zaproponują nam pracę u siebie - rozmarza się dyrektor jednej z firm budowlanych. - Kombinat budowlany ma siedzibę w Doniecku, nad nim znajduje się jakaś rosyjską organizacja, do niej należy zarządzanie. Przecież rozumiemy, że na jakiś rozwój tutaj nie ma co liczyć… Wszystko budowane jest z materiałów rosyjskich, za pieniądze z Rosji. Zarabiają rosyjskie kompanie, nasza gospodarka nie ma z tego prawie nic. Zakończy się odbudowa, na nowe projekty długo będziemy czekać. Trzeba wyjeżdżać. Mam małego syna. Będzie obywatelem jakiego państwa? Przez nikogo nieuznawanego?

W dzielnicy Oktiabrskiej ruiny zarastają trawą

Choć odbudowa prowadzona jest w szybkim tempie, w Doniecku powrót do normalnego życia potrwa jeszcze długo. W dzielnicy Oktiabrskiej, położonej po sąsiedzku z donieckim lotniskiem prawie nie ma domów bez śladów po bombardowaniach. Kiedy władze zabiorą się to do prac remontowych, trudno powiedzieć. Ruiny zarastają trawą i kwiatami, nikt nie reperuje dziur w asfalcie. Kiedy oceniam rozmiary zniszczeń,  podchodzą do mnie młodzi ludzie w mundurach wojskowych, będą teraz chodzić ze mną krok w krok. Przede wszystkim zwracają uwagę na to, co fotografuję, w żadnym wypadku nie chcą się zgodzić bym zrobiła zdjęcie słynnego dziewięciopiętrowego budynku położonego w bezpośrednim sąsiedztwie lotniska. To najwyższy obiekt w okolicy, świetnie nadaje się do zajęcia pozycji bojowej. Witalij, jeden z żołnierzy, przyznaje, iż dotarł do Doniecka z Czelabińska. Zaczęło się od romansu z dziewczyną z Gorłowki, przyjechał do Donbasu popatrzeć, zorientować się co i jak, no i został….

Z ulicy Stratonawtow wyprowadzili się prawie wszyscy mieszkańcy, pozostały zaledwie dwie rodziny, dwie babcie bliźniaczki oraz brat z siostrą. Wcześniej, gdzieś tutaj pochowali ojca. Ale ludzie tu przyjeżdżają, grzebią w ruinach, niektórzy założyli w okolicy ogórki działkowe i sadzą w nich warzywa. Wygląda to zadziwiająco, brodzisz między rozwalinami, a tu i ówdzie natrafiasz na równe i zadbane grządki.

Specjaliści Donieckiej Dyrekcji Budownictwa Kapitalnego (podlega Ministerstwu Budownictwa) już od dwóch lat prowadzą inspekcje w zniszczonych dzielnicach. W dokumentach opisują ruiny, szacują ilość materiałów budowlanych niezbędnych do remontu. Łarysa Pulina pracuje w dyrekcji na stanowisku starszego specjalisty.

- Kiedy zostanie wydana decyzja o odbudowie, w zasadzie władze remontują dom z zewnątrz, łatają dach, reperują ściany, wstawiają okna. O wszystko inne mieszkańcy musza zadbać sami.

Porządek w wojsku

Regularna armia nosi tu nazwę Milicji Ludowej. Zaczęto ją formować jeszcze w końcu 2014 roku, ale podporządkowanie wszystkich oddziałów ochotniczych nowym strukturom władzy zabrało sporo czasu. Ostatecznie siły zbrojne zorganizowano w 2016r. Z żołnierzami porozmawiać nie łatwo, jednak niektórzy zgadzają się podzielić doświadczeniem. Włączenie ochotniczych batalionów do regularnej armii nie zawsze odbywało się bez przeszkód, wielu dowódców podniosło bunt. Zmieniły się także przepisy obowiązujące dziennikarzy. Na początku można było tu przyjechać samodzielnie, przedostać na pierwszą linię frontu, porozmawiać z dowódcą. Te czasy odeszły jednak do przeszłości. Kilka miesięcy temu wydano rozkaz, by nie dopuszczać dziennikarzy na pierwszą linię bez specjalnego zezwolenia. Ograniczono możliwość wjazdu na teren republiki przedstawicielom prasy niezależnej. Coraz częściej dziennikarze i reporterzy spotykają się z odmową akredytacji.

- Zaprowadzenie porządku w wojsku było konieczne -  reformę w tej dziedzinie komentuje porucznik Granica, to jego pseudonim. Przed wojną był biznesmenem. Pomogli nam Rosjanie. Przysyłają specjalistów. Uczą nas. Wielu naszych żołnierzy nie ma żadnego przygotowania. Nie orientują się w parametrach różnych rodzajów uzbrojenia. Nie mają pojęcia o taktyce walki. Teraz ćwiczymy to wszystko na poligonach. Filmujemy, przygotowujemy odpowiednie tablice. Pracujemy ze swymi podkomendnymi.

Rozmawiam z Granicą w domu prywatnym, położonym w pobliżu donieckiego lotniska. Tutaj rozlokował się jego oddział. Kiedyś była ta zasobna, wygodna dacza, teraz w środku salonu stoi zasmolony piecyk burżujka, w kącie składowane są automaty. Odległość do pierwszej linii frontu wynosi 2 kilometry. W ciągu dnia nie strzela nikt, na dworze upał, na słońcu 50 stopni.

- Na czołgu można usmażyć jajecznicę. - śmieją się żołnierze. Artyleria budzi się w nocy. Słychać także w centrum miasta. Miejscowi potrafią rozpoznawać po dźwięku kto strzela swoi, czy tamci, bombardowane jest lotnisko, czy Staromichajłowka. Na pojedyncze, rzadkie wybuchy ludzie nie zwracają uwagi, jednak ostatnio noce coraz częściej bywają niespokojne, nieprzerwana kanonada nie pozwala usnąć. I mieszkańcy dzielnicy Oktiabrskiej i żołnierze potwierdzają, latem 2016 strzelają coraz częściej.

Jeszcze bliżej linii frontu rozlokował się oddział lejtnanta Pietrowicza. Potem już tylko pierwsza linia, od niej do pozycji ukraińskich - 400 metrów. W pobliżu okopów dojrzewają pomidory i ogórki. W najbliższym czasie nikt z tej pozycji wycofywać się nie zamierza.

- Proszę bardzo, w Anglii ludzie przegłosowali Brexit. - Pietrowicz analizuje sytuację. Cały świat uznał tę decyzję. Nikt nie zamierza interweniować przy pomocy sił zbrojnych. Szkoci zorganizowali referendum, wszystko także pozostało w najlepszym porządku. Za to naszego referendum nikt uznać nie chce. Dlaczego?

Nadzieja na zjednoczenie

Walczące ze sobą strony nie mogą się nawet dogadać jak winna się nazywać toczona obecnie wojna. W DRL i ŁRL mówi się o wojnie domowej, dla Kijowa to wojna wyzwoleńcza, ojczyźniana. W Doniecku żołnierze na froncie, kobiety na ławkach i politycy podkreślają, iż konflikt rozpoczął się wówczas, gdy po Euromajdanie władze kijowskie postanowiły tu zaprowadzić swoje porządki. Za to w Kijowie Donbas uważany jest za terytorium okupowane przez Rosję.

Dla ludzi w Donbasie najważniejsze pytanie, to dlaczego Rosja nie przyłączyła regionu do siebie. Wiosną 2014 roku uczestnicy wieców za niepodległość byli przekonani, iż historia w Donbasie potoczy się tak, jak na Krymie. Nawet dziś, taksówkarz w Doniecku powtarza plotkę, iż w Rosji wyprodukowano już tablice samochodowe dla nowego regionu. Ale nadzieja na scenariusz krymski robi się coraz słabsza.

Denis Puszylin pełni funkcję przewodniczącego Rady Ludowej DRL. Do tematu zjednoczenia z Rosją podchodzi dyplomatycznie.

- Tak, w 2014 roku, wielu ludzi liczyło na zjednoczenie z Rosją. To byłoby najlepsze rozwiązanie. Ale Rosja nie chce naruszać przepisów prawa międzynarodowego. W odniesieniu do Krymu wybrano słuszną drogę. Nasza historia jest nieco inna. Nasze referendum nie dotyczyło przyłączenia się do Rosji, a statusu suwerennego terytorium. W dalszym ciągu istnieje możliwość, że pozostaniemy częścią Ukrainy. Jednak bardziej wyobrażam sobie format konfederacji, niż federacji. Ważny cel jaki stawiamy przed sobą to całościowa reforma państwa ukraińskiego. A na razie organizujemy własne życie, chcemy by nasza republika była przykładem dla innych.

Oficjalni przedstawiciele DRL czekają na przyjęcie przez Kijów ustawy o szczególnym statusie Donbasu i co jeszcze ważniejsze, na uchwalenie  obejmującej wszystkich amnestii. Nawet jednak, gdyby te ustawy zostały przyjęty, mało kto pewien jest osobistego bezpieczeństwa.

- Jeśli władzę w Doniecku znów obejmą ludzie z Kijowa, to nad nami zawiśnie śmiertelne niebezpieczeństwo- alarmuje Puszylin. Mam na myśli ludność cywilną. Z nami, urzędnikami z aparatu władzy nikt ceremonić się nie będzie. 

Andriej Purgin jest założycielem ruchu "Republika Doniecka", ze swą inicjatywą wystąpił jeszcze przed wydarzeniami 2014 roku. Jest jednym z dawnych przywódców "Rosyjskiej wiosny", teraz można go chyba zaliczyć do miejscowej opozycji. Jego zdaniem sytuacja w Donbasie przypomina cywilizacyjny "ślepy zaułek", uważa także iż region nie powinien rezygnować z "marzenia o zjednoczeniu z Rosją".

- Istnieje pojęcia współczynnika oceniającego związki międzyregionalne. Jego wartość w odniesieniu do Krymu i Rosji była o 8-10 razy mniejsza, niż średnia w całej Ukrainie. Ten współczynnik w Donbasie był o wiele większy, niż gdzie indziej. A jednak w Donbasie scenariusz krymski był niemożliwy. Sam podpisywałem dokument apelujący do władz Rosji o zjednoczenie, ale to była wyłącznie nasza deklaracja.

Purgin uważa, iż republika ugrzęzła w sprzeczności, nie wie co wybrać, czy to, czy tamto. Władze republiki opowiadają się za scentralizowanym modelem rządzenia, ale doprowadzi to paraliżu biurokratycznego.
- Ministerstwa odbierają pełnomocnictwa organom samorządowym,  same zaś nie robią nic. Mamy tylko paraliż - złości się Purgin. Nie potrafię nawet powiedzieć, czy któryś z ministrów jest dobry, czy zły. Cały system jest zły. Z jednej strony prowadzimy wojnę, z drugiej demonstrujemy, iż jesteśmy zdolni do budowy pokojowego życia. Ludzie nie rozumieją tej sprzeczności. Dlaczego pozwalamy na działalność klubów nocnych, przecież tu trwa wojna. Dlaczego Donieck od Ługańska oddziela granica celna i dlaczego w podroży z jednego miasta do drugiego dwa razy sprawdzane są paszporty i bagaż. Kiedy ludzie wychodzili na demonstracje, chcieli czegoś innego. Nasze władze budują aparat państwowy, kopiując wzory rosyjskie. Starają się to zrobić na mikroskopijnym terytorium ogarniętym przez wojnę.

Purgin bierze często udział w różnego rodzaju spotkaniach i forach organizowanych w Rosji. Wszędzie wypowiada się na temat "paradygmatu dalszego rozwoju".  I tylko w niewielkim stopniu podtrzymuje kontakty z kierownictwem DRL.

Jedziemy na wczasy

Od osady Siedowo Donieck dzieli odległość 130 kilometrów, ale podróż samochodem zajmuje 3 godziny. Szosa jest mocno zniszczona. W takim stanie była jeszcze przed wojną. Tylko przed nią mało kto tędy jeździł. Ludzie z Doniecka wypoczywali za granica, w Bierdiańsku, albo na Krymie.


Miasteczko Siedowa z dostępem do Morza Azowskiego cieszy się szalona popularnością wśród mieszkańców nieuznawanych republik jako miejsce letniego wypoczynku


Teraz Siedowo stało się głównym i jedyny kurortem dla obu nieuznawanych republik. Siedowo położone jest nad Morzem Azowskim. Niemal na każdej furtce i drzwiach wisi kartka z napisem: miejsc nie ma. Oglądam jeden z wynajmowanych dwuosobowych pokojów, mieści się w starej stodole. Łóżko na jedną noc kosztuje 200 rubli, całe pomieszczenie wynajmowane jest za 400. Toaleta mieści się na dworze. Tutaj wszystkie zabudowania przystosowano do przyjmowania gości, strychy, kurniki, garaże. W Siedowo nie ma żadnej pracy, sezon letni dla miejscowych okazuje się zbawieniem.
W Siedowo znajdują się też sanatoria. Skierowanie na 10 dni do "Metalurga", najlepszego z nich, kosztuje 12 tysięcy rubli. Dla ludzi z Doniecka i Ługańska to spore pieniądze. Można wynająć pokój w pensjonacie na niższym poziomie. Przez lata stały puste, teraz w pośpiechu przygotowano je na przyjęcie gości. Dwuosobowy pokój kosztuje 600 rubli, prysznic wspólny, woda tylko w określonych godzinach.

Dzieci radośnie skaczą do morza z pordzewiałych pomostów. Ludzie wypoczywają w cieniu starych, przegniłych lodzi rybackich. Na każdej plaży uruchomiono stragany z lodami, sokiem i piwem.

- Po raz pierwszy od dwóch lat wyjechaliśmy z dziećmi na urlop - opowiada Swietłana z Jenakijewa. Wynajęliśmy pokój prywatnie. Kiedy tu przyjechaliśmy, dzieci nie mogły spać. Skarżyły się, że jest zbyt cicho. Tu nie ma żadnych bomb.

W Siedowie w pośpiechu przygotowano rożnego rodzaju rozrywki, atrakcje dla dzieci i dorosłych. Na strzelnicy można postrzelać do portretów Jaceniuka, Poroszenki, Tymoszenko, Obamy.

- Widzicie, ilu tu ludzi. - śmieje się gospodarz strzelnicy. Chociaż niedawno przyszedł do nas klient, powieście portret Putina zażądał, do niego miał zamiar strzelać.

Byli ochotnicy, dziś milicjanci ludowi, też wypoczywają w Siedowie. Kurort dwa razy odwiedzał przywódca republiki, Aleksander Zacharczenko, mówiono tym w miejscowej telewizji.

- Dawniej, żołnierze wyprawiali tu różne rzeczy, upijali się, strzelali - wspomina kelnerka z jednego z barów. Ale dziś wszyscy się uspokoili. Ludzie chodzą bez broni. Bywa, iż przyjeżdżają jacyś dowódcy, wtedy towarzyszy im uzbrojono ochrona.

Tak jak w Doniecku, także w Siedowie obowiązuje godzina policyjna. Gdy kogoś złapią, odwożą go na posterunek do Nowoazowska, rano wypuszczają. Dlatego życie rozrywkowe zaczyna się wcześnie.

Nadchodzi zachód słońca. Ludzie opuszczają plażę. Wychodzą na ulicy, na niej, jeden obok drugie powstały liczne bary. Dzieci z przyjemnością żują różnokolorową watę.

Wejście do klubu nocnego Miami kosztuje 50 rubli dla kobiet, 100 dla mężczyzn. Od wejścia słychać ogłuszającą muzykę. Błyszczą dyskotekowe światła. Wśród gości kobiety w różnym wieku, młode dziewczyny w mini, mężczyźni tylko po cywilnemu, zamawiają w barze koktajle i piwo. Na parkiecie tłum, ktoś próbuje wdrapać się na estradę… Didżej puszcza nowy kawałek, Bon Jovi śpiewa "It's my life". Didżej jednak przekrzykuje muzykę. DRL ! Siedowo! Wszyscy podnosimy ręce w górę!

Mężczyzna w mundurze tańczy oddzielnie. Otaczają go uzbrojeni ochroniarze. Refren pobudza jego energię. W  rytm muzyki zaczyna skandować: De Er El….!




Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciołowski

Artykuł ukazał się na portalu meduza.io:
https://meduza.io/feature/2016/08/05/dnr-svoi-kurorty-svoi-teleperedachi-no-valyuta-rossiyskaya







*Nigina Bierojewa, młoda rosyjska dziennikarka i fotoreporterka. Pracowała w "Komsomolskiej Prawdzie". Współpracuje z portalem "Meduza". Kontynuuje studia w Moskiewskiej Szkole Fotograii i Multimediów im. Rodczenki. 











Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com



Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego.

sobota, 20 czerwca 2015

Przekazujesz informacje Ukropom: to jest zabronione!



Nie pierwszy raz podczas obecnego kryzysu na Ukrainie wpadł w tarapaty. Paweł Kanygin, dziennikarz moskiewskiej "Nowej Gaziety" od początku relacjonuje kryzys na Ukrainie. Nie boi się ryzyka, potrafi zdobyć informacje niedostępne dla innych. Tym razem aresztowano go w Doniecku, po zorganizowanej spontanicznie przez mieszkańców antywojennej demonstracji. Funkcjonariusze donieckiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego nie patyczkowali się. Gdy przyznał, że przede wszystkim zależy mu na pokoju Paweł zarobił potężny cios w oko. Potem poddano go przesłuchaniu i deportowano do Rosji. Swoją przerażającą relację spisał na świeżo po dotarciu do Rostowa nad Donem.



Autor: Paweł Kanygin





Chcesz pokoju?! - i dostałem w oko!

Sprawozdanie specjalnego wysłannika "Nowej Gaziety" Pawła Kanygina. Jak go zatrzymano w Doniecku, poddano przesłuchaniu w Ministerstwie Bezpieczeństwa Państwowego i poddano przymusowej deportacji.






Aresztowanie w Doniecku było nie pierwszym niebezpiecznym epizodem w karierze dziennikarza "Nowej Gaziety" Pawła Kanygina





"Pewne siły"

Na przesłuchanie zabrano mnie następnego dnia po antywojennej demonstracji przeprowadzonej przed siedzibą władz w Doniecku. Było to dla nich wydarzenie całkowicie nieoczekiwane. Zaskoczeni demonstracją byli także dziennikarze, w mieście było ich wówczas niewielu. Protest mieszkańców miał charakter żywiołowy,  nikt nie miał pojęcia czym akcja może się skończyć. Tłum zwrócił się do przywódcy Donieckiej Republiki Ludowej Aleksandra Zacharczenki z apelem o zakończenie wojny. Każdy z uczestników wykrzykiwał jakieś hasła, wielu próbowało też przedrzeć się w jego pobliże, by prosto w twarz rzucić mu swoje żądanie. Spocony Zacharczenko z trudem stał o kulach, ranę w nogę odniósł jeszcze w lutym. Ludzie ze współczucia życzyli mu zdrowia. Wysłuchał ludzi, jednak od razu po demonstracji oświadczył, iż ktoś "musiał ją zorganizować", że "nie wszystko jest takie proste", a także, iż odpowiadają za nią "pewne siły". Organom wydano polecenie, by zebrały niezbędne informacje.

Następnego dnia, o 14.00 zabrano mnie do Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego DRL. Zatrzymano mnie w kawiarni w centrum Doniecka, spotykałem się w niej z Tatiana Jegorową, urzędniczką z rządowego wydziału prasy . Nieoczekiwanie zaprosiła mnie na spotkanie i nieoczekiwanie zapowiedziała, iż otrzymam akredytację niezbędną do pracy w DRL. Od tygodnia mi jej odmawiano. Informowano mnie jedynie, iż wydanie dokumentu będzie możliwe dopiero po przeprowadzeniu za mną stosownej rozmowy. Ale nikt nie chciał ze mną ustalić jej daty. Nie pomogły nasze telefoniczne i pisemne interwencje, zwracaliśmy się bezpośrednio do Jeleny Nikitiny, ministra informacji DRL. Na początku obiecała pomóc, potem także ona przestała odpowiadać.


Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:


Szukamy pana od dawna


- Nie powiesz mi, dlaczego nasze kierownictwo tak się was boi? - zapytała Tatiana.
- Nie mam pojęcia.
- Oni nie chcą, żebyś tu pracował.
- Dlaczego?
- Mówi się, że wasze relacje na temat tego, co się u nas dzieje są nieobiektywne. Ale, powiem ci od razu, ja się z tym nie zgadzam. Pomogę ci z akredytacją. Już dziś. Tylko że stanowisko kierownictwa DRL jest jednoznaczne: nie i już (nie dawać akredytacji). I nie tylko tobie, to dotyczy całej "Nowej Gaziety".
- Kto podjął taką decyzję?
- […] Podejrzewam, że sam Zacharczenko.
- On nas zna?
- Kto by nie znał "Nowej Gaziety"! - powiedziała Tania.
W tej właśnie chwili podeszli do naszego stolika. Dwaj umundurowani z automatami, dwaj po cywilnemu.
- Pan nazywa się Paweł Kanygin? - zapytał jeden z cywili.
- To ja.
- Świetnie się składa. Szukamy pana od dawna. Proszę wstać. Jest pan zatrzymany przez organy bezpieczeństwa Donieckiej Republiki Ludowej.
Jeden z uzbrojonych funkcjonariuszy wymierzył we mnie lufę automatu, jego kolega wziął mnie pod rękę i odprowadził w kierunku miniautobusu. Tatiana dopijała lemoniadę.

Prowadzili mnie w kierunku samochodu. Młody chłopak w cywilu pospieszał mnie, poszturchując w plecy. "Idź prędzej. Jesteś przecież sportowcem "- podśmiewał się.


Zapaskudzisz całe siedzenie


Wewnątrz autobusu jeden z uzbrojonych funkcjonariuszy z bandanką na głowie w kolorze koloru khaki ustawił automat między nogami i z kabury wyciągnął pistolet. Odbezpieczył go.
- Jestem psychem i paranoikiem. Szarpniesz się, powiesz nie to co trzeba, kropnę od razu. Zrozumiałeś?
- W porządku - odpowiedziałem.
Drugi z automatem usiadł na fotelu kierowcy. Wyciągnął chusteczkę. Otarł pot z czoła. Założyli mi kajdanki.
- Ty walczysz na czyjej stronie? Jesteś z nami suko , czy po stronie Ukropów? - zapytał mężczyzna w bandance, kierując pistolet w moja stronę.  
- Ja w ogóle nie walczę. Chcę pokoju.
- Pokoju, suko?! - moja odpowiedź rozwścieczyła go. Pokój jest mu potrzebny! On tu domaga się pokoju…  Sania!
Kiedy skończył, uderzył mnie w oko.
- Pokoju mu się chce ! A kiedy dzieci giną, za co? - zapytał Sania.
- Ty gdzie kapiesz? Całe siedzenie zapaskudzisz! Weź chociaż chusteczkę.
- Wiecie co, wybiliście mi soczewkę.
- Co?! - wrzasnął ten w bandance.
- No tak, miał w oku szkło kontaktowe. teraz musimy szukać - powiedział Sania i westchnął.
- No i gdzie ta soczewka - powiedział "psych i paranoik". Zaczął szukać na siedzeniu - Idź stąd. Zaraz znajdziemy. Sania, masz latarkę? W dodatku siedzenie, suka, zapaskudził.






Domyśla się pan za co…


W kajdankach zaprowadzili mnie do budynku MGB na ulicy Szewczenko. Czekał na mnie niewysoki, tęgawy mężczyzna. To on przez następne cztery godziny komenderował przesłuchaniem. Wprowadzono mnie, razem z rzeczami do jednego z gabinetów.
- Na pewno pan się domyśla za co pana zatrzymaliśmy - zagadał tęgawy mężczyzna.
- Nie mam pojęcia. Zupełnie.
- Niech pan pomyśli.
- Proszę, w pana rzeczach znaleźliśmy wizytówkę Macuki (Andriej Macuka, doniecki dziennikarz, wydawca "Nowosti Donbasa." W opozycji wobec reżimu Janukowicza, zwolennik przemian demokratycznych na Ukrainie - "mediawRosji"). On jest stąd z Doniecka. Dziennikarz. Teraz krytykuje rząd DRL. Z Kijowa. Dla niego pan pracuje?
- Nic a nic nie rozumiem, o co wam chodzi.
- No tak - powiedział tęgawy. Pracujesz dla niego. Znaleźliśmy jego wizytówkę. Wszyscy wiemy kim jest. To wróg DRL. Dostaje dolary z Ameryki. Za nie obrzuca nas błotem. Pan razem z nim. Z Macuką.
- Spotkaliśmy się tylko raz w życiu. Dał mi wizytówkę. Ludzie, kiedy się poznają, często wymieniają się wizytówkami.
- Dość tych kłamstw - tęgawy nie wytrzymał. On jest amerykańskim najemnikiem, a do tego gej. Wiedział pan o tym?
- Mnie wszystko jedno kim jest.
- Dostajesz od niego narkotyki - wtrącił się funkcjonariusz z krzywym nosem.
- Razem wąchacie?
- Więc jak Pasza, może się przyznasz - przecież jedziesz na koksie - tęgawy zmienił temat przesłuchania.
Spytałem go, jakie  ma nazwisko i w jakim charakterze się tu znajduję.
- Może Wiaczesław, może na przykład tak się nazywam - odpowiedział tęgawy. A twój status? Jaki możesz mieć status? Jesteś przepalony!
Zapytałem go, czy mogę raz jeden zatelefonować do Moskwy.
- A może do Waszyngtonu?  - Wiaczesław się roześmiał. W porządku, proponujemy ci dwie możliwości. Albo powiesz nam to co trzeba, potem wypuszczamy cię do Rosji, albo będziesz dalej milczeć. Wtedy gwarantuję ci co najmniej trzydzieści dni w naszej piwnicy.
- A co chcielibyście usłyszeć?
- Opowiedz nam o Macuce, narkotykach i jeszcze co tam wiesz…
- Przecież wszystko już wam powiedziałem.
- Dobra. Teraz pójdziemy do ciebie do hotelu. Zrobimy rewizję. Jestem pewien, że coś tam znajdziemy - powiedział Wiaczesław.
- W porządku. Idźcie.
- Jaki odważny. weźcie go na test, niech zda mocz. - podpowiedział Wiaczesław.
- W kajdankach. Michaile Jurijewiczu, jego nazwisko brzmi Kwakin? - zapytał funkcjonariusz z krzywym nosem. Wreszcie dowiedziałem się jak szef ma na imię.
- Tak go weźcie, jak jest. - odpowiedział Michaił Jurijewicz czyli Wiaczesław.


Amfetamina, morfina, trawka


Zaprowadzono mnie piętro niżej, do gabinetu z tabliczką na drzwiach "Punkt Medyczny". Kobiety przekładały lekarstwa, przeglądały pudelka z napisami po ukraińsku.
Mój wartownik zarządził by opatrzyły mi oko. Kobiety zaczęły się mną zajmować. .
- Jeszcze się o ciebie troszczymy - powiedział ten z krzywym nosem. A potem napiszesz, że cię wyłącznie męczyliśmy.
- Ani jedno, ani drugie było niepotrzebne - powiedziałem.
- Skąd on ma taki dziwny akcent Igoriusza? - zapytała jedna z kobiet.
- Niby Rosjanin. Ale pracuje dla Amerykanów.
- Aha, piąta kolumna - odpowiedziała. Dlaczego tak nie lubicie swojego Putina?
- Gdyby nie Rosja, nas by tu już dawno rozgnietli, rozumiesz? - rozzłościł się Igor. Idź teraz, nasikaj do słoika.
Powiedziałem, że mi się nie chce.
- Więc chcesz, żebyśmy znów się za ciebie wzięli? - zapytał Igor.
Zrobiłem naprawdę mało. Jedna z sanitariuszek obejrzała słoik:
- Trochę mało, ale popatrzymy.
Na moich czach przechyliła słoik tak, by krople moczu padały na pasek "świetnego testu".
- Teraz dowiemy się o tobie wszystkiego - mówił Igor.
- Popatrzcie, tu jest wszystko, cały komplet. - stwierdziła sanitariuszka. Amfetamina, morfina, trawka, syntetyki. Wszystko to ciągniesz? - roześmiała się.
- To właśnie trzeba było udowodnić. Przygotujcie kartę z wynikami. - polecił Igor.


Hasło do telefonu


Z powrotem zaprowadzono mnie do gabinetu. Wiaczesław, czyli Michaił Jurijewicz obracał w rękach mój notebook i telefon.
- Jak się go włącza? Potrzebne jest hasło. Dawaj hasło.
Odmówiłem.
- Dawaj szybko. Jak nie dam ci w mordę…
Poprosiłem znów, by mnie poinformowali za co zostałem zatrzymany.
- Chcieliśmy pogadać - przyznał Michaił Jurijewicz. Dobrze wiemy, że współpracujesz z telewizją "Gromadskoje". Ukraińcom przekazujesz informacje. No i Macuce.
- Niczego nie przekazuję, ja publicznie opowiadam, to co widzę.
- Na tym polega problem, opowiadasz wrogom o tym, co się u nas dzieje. Jesteś w końcu rosyjskim dziennikarzem. Twój przekaz powinien mieć sens pozytywny.
- Dla mnie ważne jest to co widzę.
- No tak. Powinieneś przekazywać zauważone  pozytywy.
Wytłumaczyłem im, że ja w taki sposób nie pracuję.
- To znaczy, że źle pracujesz. Proszę, poinformowałeś, że ludzie wyszli na antywojenną demonstrację. Ale ludzie żądali też byśmy zaatakowali. O tym trzeba było informować.
Powiedziałem, że słyszałem jak żądali jednego i drugiego.
- Twoja, tak zwana, obiektywność szkodzi Rosji i nam, rozumiesz? - zareagował MIchaił Jurijewicz. Po co pisałeś, że Boeing zestrzelono ze Snieżnoje? Jeździłeś tam, dopytywałeś ludzi. Po co starasz się rozkołysać tę łódkę? Wasza Kostiuczenko napisała o Buriacie, z nią także należałoby pogadać ("Czołgista z Ułan-Ude jedzie na wojnę" - tekst tłumaczony przez "Media-w-Rosji"). To wszystko jedna wielka brednia.
Odpowiedziałem, że mam w tej sprawie inne zdanie.
- Nie wymądrzaj się. Ten Macuka i "Gromadskoje" są u nas zabronieni. To oznacza, że postępujesz wbrew naszemu prawu. Popełniasz przestępstwo. Igor, jak tam u niego z narkotykami?
- Cała paleta. Ech dziennikarzu, ty tak w ogóle…
Wszyscy śledczy, w gabinecie było obecnych pięciu, zaczęli chichotać.
-  Teraz umieścimy to wszystko w Internecie. - powiedział Michaił Jurijewicz. I co ty na to.
- Rozmieszczajcie.
- Przecież wąchasz. Przyznaj się w końcu. Widać, że zażywasz. Bądź z nami uczciwy. Parę gramów…?
- Powiedziałem wam, że nie. Zdrowie nie pozwala.
- Trzeba dokładnie poszukać w hotelu - zdenerwował się Michaił Jurijewicz. Sprawdźcie wszystkie rzeczy, poszukamy w skarpetkach, w majtkach, rozbierzemy cie do naga. Znajdziemy. Znajdziemy.
Zapytałem, czy nie mogliby zdjąć mi kajdanek, zaczęły drętwieć mi ręce.
- Jeśli drętwieją, to niedobrze. - ocenił Michaił Jurijewicz. Więc przyznajesz, że rozumiesz, iż toczy się u nas wojna, walczymy z Ameryką, a tacy jak ty są na jej stronie. Kasę także dostajecie od nich.
Powiedziałem, że pracuję dla redakcji i czytelników.
- No szybko dawaj hasło do telefonu.
W telefonie mgbesznicy zabrali się od razu do oglądania zdjęć.



Szef donieckich separatystów  Aleksander Zacharczenko choć zjawił się na antywojennej demonstracji zasugerował, że zorganizowały ja "pewne siły" w "wiadomo jakim celu". 



Co mam napisać w raporcie?


- W jakim celu tak często jeździsz do Europy? - zapytał Igor.
- Na urlop.
- Gdzie mieszkasz? W samej Moskwie?
- Obżeracie się, żyjecie, podróżujecie - stwierdził jeden ze śledczych. A my mamy życie do dupy, chyba wiesz? W ogóle nie ma tu niczego.  A tacy jak ty, potem w Moskwie jeszcze nas obszczekują!
- Ja mam dobre zdanie o Putinie. Może nie jest najlepszy, jednak jest jedyny. To nasz człowiek. - powiedział Igor.
- Wcześniej pracował pan w Służbie Bezpieczeństwa Ukrainy, w obwodzie donieckim? - zapytałem.
- To nieważne. Jesteśmy Rosjanami i to ma znaczenie. - odpowiedział Michaił Jurijewicz.
- Więc co mam napisać w raporcie? - zapytał Igor.
- Taki, a taki znajdował się w stanie narkotycznego upojenia. Nie potrafił rozumnie odpowiadać na pytania. Wszystko mu się poplątało. - podyktował Michaił Jurijewicz.
Pomyślałem, że jest oficerem i w tej sytuacji musi odczuwać pewien dyskomfort. "Za co?" "Za kłamstwo". "Co to takiego kłamstwo?" "Prowadzimy wojnę, nasz cel zwycięstwo."
W tym momencie do gabinetu wszedł jeszcze jeden mężczyzna ubrany po cywilnemu.
- Szef powiedział: niczego nie zabierajcie. Wyrzućcie go. A ja myślałem, że go zostawią na 30 dni.
Zainteresowałem się, kto podejmował decyzję o zatrzymaniu, przesłuchaniu, przeprowadzeniu testu na narkotyki..
- Kierownictwo, rzecz jasna. Łukaszewicz (szef donieckiego MGB, Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego - P.K.) zadecydował - sprecyzował.
- A Zacharczenko jest poinformowany?
- Wszyscy są poinformowani.  Z formalnego punktu widzenia pracowałeś bez akredytacji. To niezgodne z prawem. W dodatku przekazywałeś informacje ukraińskim mediom. Oni wykorzystywali ją w swoich celach, przekręcali.
Wytłumaczyłem im, że to Internet, że nie da się zakazać korzystania z jakichś materiałów. Poprosiłem, by obejrzeli moje video, przeczytali reportaże. Macie tu Internet?
- Tu nie ma. Pójdę teraz i obejrzę - powiedział jeden ze śledczych i wyszedł na korytarz.
Jeden z jego kolegów znów zainteresował się moim telefonem.
- On tu do kogoś pisze. "Mgebesznicy śledzą mnie cały dzień" - w gabinecie zachichotali.
- Bystry, szybko nas zauważył.
- Można było się spotkać ot tak, bez przymusu - powiedział Igor.
- Twój telefon należałoby skonfiskować na dobre.
- Ile kosztuje? Kupisz sobie nowy.
- I komputer też.
- Potem powie, że mu zabraliśmy.
- Ja bym też kupił sobie mieszkanie w Moskwie.
- Najpierw odpracuj to, która dostałeś.
Wszyscy chichoczą. W końcu wraca śledczy, ten który poszedł do gabinetu z Internetem.


Decyzja


- No więc tak. Decyzja jest następująca. W zasadzie, to co piszesz jest w porządku. Ale z twoich informacji korzystają wrogie media. Potem wszystko przekręcają. To już prawie przestępstwo. Nie jesteśmy wrogami "Nowej Gaziety", waszego "DOŻDIA". Ale jest rozporządzenie.
W tym momencie zadzwonił mój telefon. Potem dzwonek dźwięczał jeden za drugim. Mgebesznicy trochę się zaniepokoili. Michaił Jurijewicz powiedział, iż przed deportacja z pewnością trzeba będzie przeszukać pokój w hotelu. Pojechali tam ze mną młodzi śledczy Igor i Iwan.
Na stoliku w pokoju hotelowym stało pudełko z torebkami herbaty i kawy.
- Można je zabrać? - zapytał Iwan.
- Przy okazji zabierzemy też ten bezpłatny szampon - krzyknął z łazienki Igor.
- Tu nie ma żadnych narkotyków.
Rewizja skończona. Wania i Igor oddali mi plecak z rzeczami i dokumenty.
Posadzili mnie z przodu starej Skody Fabia. Do granicy jechaliśmy dwie godziny.
- A  ja lubię amerykański rap - powiedział Iwan włączając radio. Ty też?
- Powinieneś zrozumieć . Taką mamy robotę - powiedział Igor.
Powiedziałem, że jeśli idzie o mnie, to ich robota za bardzo mi się nie podoba.
- Mam 23 lata. Co jeszcze mógłbym robić? - obraził się jeden z nich.
Zapytałem wtedy, co jeszcze potrafi.
- No właśnie - odpowiedział Igor. Tylko to potrafię.
- Posłuchaj. Mamy jeszcze prośbę. - powiedział Iwan, kiedy podjeżdżaliśmy do granicy. Kiedy przyjedziesz następnym razem, może mógłbyś przywieźć butelkę porządnej whisky?
Zapytałem, czy przecież nie zostaję deportowany z DRL?
- No tak. Powiedzmy. Więc tak, uznajmy, że grzecznie z tobą porozmawialiśmy - powiedział Iwan. Trochę ci przyłożyliśmy. Chociaż o nas tyle opowiadają. Mieliśmy jedną główną księgową, teraz siedzi, specjalnie sobie zegarkiem poharatała twarz, żeby zrobić z nas zwierzęta.
- Potem rzeczywiście jej za to przyłożyliśmy. - dodał Igor.


Deportacja


Przejeżdżamy ukraińskie przejście graniczne "Uspienka". Stąd Igor prowadzi mnie przez 100 metrów piechotą w kierunku rosyjskiego punktu kontrolnego "Matwiejew Kurgan". Tu spotyka nas kapitan służby granicznej FSB. Obydwaj podają sobie ręce. Kapitan uprzedza, teraz zada mi kilka pytań i zwolni. Na przykład pyta, czy mam ze sobą broń i amunicję. "Może pan uczestniczył w walkach? - mówi kapitan. Nigdy nic nie wiadomo.
Po pięciu minutach wyprowadzają mnie poza granice przejścia granicznego.  Zwalniają mnie. Jestem wolny. Przede mną, na wprost  i z boku, ciągną się pola pszenicy.


Donieck, Rostów nad Donem.


PS. Zwracamy się do Komitetu Śledczego Federacji Rosyjskiej , Prokuratury Generalną Ukrainy i Prokuratury miasta Doniecka, by potraktowały niniejszy tekst jako oficjalne zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa.


Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciołowski



Relacja ukazała się na lamach moskiewskiej "Nowej Gaziety": http://www.novayagazeta.ru/society/68871.html





*Paweł Kanygin, dziennikarz moskiewskiej, opozycyjnej "Nowej Gaziety" (od 2004 roku). Na lamach gazety relacjonował konflikty Rosji z Gruzją i Mołdową. Jest jednym z najbardziej wiarygodnych rosyjskich dziennikarzy obserwujących od początku kryzys na Ukrainie. Jest laureatem licznych nagród dziennikarskich. 










Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com