środa, 29 maja 2013

Po przeciwnej stronie wzgórza....

O niezależnych mediach, rządach Władimira Putina i osobliwościach rosyjskiej polityki rozmawiają Aleksiej Lewinson, Michaił Sokołow i Zygmunt Dzięciołowski


Dziwne świszczące dźwięki

ZDZ:

Obecne czasy nie sprzyjają w Rosji środkom masowej informacji. Oficjalnie cenzury nie ma, ale przecież wiemy dobrze do jakiego stopnia Kreml kontroluje największe stacje telewizyjne. Niezależne media natrafiają na coraz większe trudności, dziennikarze, redaktorzy, wydawcy, właściciele mediów doskonale rozumieją do jakiego stopnia są bezbronne wobec władz. W czasach komunistycznych, w walce z monopolem medialnym władz pomagały przede wszystkim radiostacje finansowane przez obce rządy. Choć w Związku Radzieckim zagłuszano je na masową skalę, obywatele nie szczędzili wysiłków, by słuchać serwisów informacyjnych, czy audycji publicystycznych nadawanych przez Radio Svoboda, BBC, czy Głos Ameryki. Dziś sytuacja jest bardziej złożona, także w Rosji coraz powszechniejszy jest dostęp do Internetu. Zanim jednak zastanowimy się, czy współczesnej Rosji potrzebne są media finansowane z zagranicy, opowiedzcie proszę, w jakich okolicznościach zetknęliście się z ich programem po raz pierwszy.

Lewinson:

Ja w w połowie lat pięćdziesiątych, miałem wówczas chyba 7 lat. Mieszkaliśmy wtedy z rodzicami na daczy, w Moskwie zagraniczne radiostacje zagłuszano skutecznie, ale w regionie moskiewskim, na wsi, odbiór ich audycji był łatwiejszy. Zagranicznych radiostacji słuchali nie tylko moi rodzice, pamiętam wieczorami, kiedy biegaliśmy z kolegami po osiedlu, z różnych domów dochodziły dziwne, świszczące i bulgoczące dźwięki. Ktoś mi wyjaśnił, to radio, ludzie starają się słuchać zakazanych radiostacji.

Sokołow:

Dobrze pamiętam, kiedy zacząłem słuchać Głosu Ameryki i Swobody, to było w 1973 roku, podczas wojny izraelsko-arabskiej. Chyba na jakiś czas głuszenie wówczas ograniczono. Przede wszystkim zależało mi wówczas na tym, by uzyskać dostęp do informacji, nie tylko z radzieckiej strony. Swobodę zacząłem aktywnie słuchać w 1980, podczas moskiewskiej Olimpiady, wtedy też zagłuszanie na krotko ograniczono.

ZDZ:

W tej sprawie większość historyków, znawców tamtego okresu pozostaje jednomyślna, radiostacje zagraniczne nadające wolne od cenzury audycje przeznaczone dla słuchaczy w Związku Radzieckim odegrały ogromna rolę w procesie, który doprowadził do rozpadu ZSRR. Może jednak przeceniamy ich rolę? Bez względu na istnienie Swobody, czy Głosu Ameryki, tak czy inaczej, w którymś momencie przyszedłby do władzy ktoś w rodzaju Gorbaczowa i zainicjował reformy…..

Lewinson:

Nie, to nie tak. Takie zjawisko jak Gorbaczow miało wiele źródeł. Gorbaczowa ukształtowała nie tylko kultura aparatu partyjnego. Z jakiegoś powodu, on sam różnił się bardzo od pozostałych działaczy komunistycznych tamtych czasów. . Gorbaczowa w znacznym stopniu zainspirowały powszechne wśród moskiewskiej inteligencji wartości i poglądy. W ich formowaniu rola zagranicznych radiostacji była ogromna. Tak więc pośrednio to pod ich wpływem Gorbaczow później podejmował decyzje zmieniające świat.

ZDZ

W pewnym momencie, zakazane radiostacje, nadające do tej pory z zagranicy, zaczęły otwierać swoje biura, czy przedstawicielstwa w dawnych krajach komunistycznych. Niezależni obserwatorzy od razu zwrócili uwagę na pewien paradoks, być może brak politycznych i cenzuralnych ograniczeń do otwierania nowych biur w tych właśnie krajach oznaczał, że finansowane  z zagranicy radiostacje przestały być potrzebne. Obecny wśród nas Michail Sokołow brał aktywny udział w organizacji moskiewskiego biura Radio Swoboda. To ciekawe, przecież dostrzegaliście głębokość zmian, a jednak ze wszystkich sił walczyliście o to, by powstało moskiewskie biuro Swobody….

Sokołow:

Sytuacja w tamtych czasach była skrajnie niestabilna. Nikt nie potrafił przewidzieć, co wydarzy się następnego dnia. Nikt nie prognozował wydarzeń z sierpnia 1991 roku i procesów przez nie uruchomionych. To co się wówczas wydarzyło, było oczywistym historycznym przypadkiem. Równie przypadkowa były podpis i zgoda Borysa Jelcyna na tworzenie moskiewskiego biura Swobody. Działaliśmy wówczas w trybie nadzwyczajnym, obawialiśmy się, że lada moment możemy zostać zamknięci. Potem nastąpił moment, kiedy Amerykanie na serio zadali sobie pytanie, czy tego rodzaju radio jest w ogóle potrzebne, im się wydawało, że także w Rosji demokracja odniosła zwycięstwo. Ale szybko przekonali się, że to nie tak. Przypomnijmy sobie lata 1991-1992, konfrontację walczących ze sobą sił, potem w październiku 1993 rozpędzono Radę Najwyższą, w 1994 wybuchła pierwsza wojna w Czeczenii, działania wojenne prowadzono przez cały 1995 rok, potem w 1996 byliśmy świadkami konfrontacji wyborczej Zjuganow-Jelcyn. W 1998 roku Rosja zbankrutowała, w 1999 roku znów wybuchła wojna w Czeczenii, władzę objął Putin, i tak dalej… Sama Rosja, jej władze uniemożliwiały likwidację radio Swoboda. Przez te wszystkie lata nie trudno było o argumenty uzasadniające jego istnienie, wszyscy widzieli do jakiego stopnia rzeczywistość w Rosji odróżnia się od tego,  jak na Zachodzie ludzie wyobrażają sobie demokrację, sposób jej funkcjonowania.

ZDZ:

Teraz jednak sytuacja uległa kardynalnej zmianie. Także w Rosji upowszechnił się Internet, pojawiły się nowe kanały informacji, zapotrzebowanie na radio znacząco spadło…

Internet zamiast radia?

Lewinson:

Popełniamy oczywisty błąd, kiedy wyobrażamy sobie, że Internet jest w stanie zamienić w pełni dotychczasowe media. Nasze badania pokazują, iż istnieje inne zjawisko, Internet stal się swego rodzaju nadbudową nad pozostałymi mediami. Internet nie unieważnia działania ani mediów prorządowych, ani opozycyjnych, między nimi kształtuje się specyficzna siatka współzależności. Część publiczności w poszukiwania informacji w dalszym ciągu sięga do telewizji i prasy, Internet pozostaje dla nich źródłem informacji uzupełniających. Część młodzieży przeniosła się do Internetu całkowicie, oprócz niego niczego nie widzi i nie słyszy, doskonale daje sobie radę bez telewizji, jednak jej liczebność nie jest zbyt wielka. Spora część internautów, wciąż nie może obejść się bez telewizora.

Sokołow:

Młodzież przeniosła się do sieci społecznościowych, tam kontaktuje się między sobą. Sporej części młodych ludzi aktualne wiadomości, polityka nie są wcale potrzebne.

Lewinson:

Mamy przykład radiostacji, której popularności w najmniejszym stopniu nie ucierpiała na skutek upowszechnienia Internetu, to Echo Moskwy.

Sokołow:

Popularność Echa tylko wzrosła od kiedy uruchomiono własna platformę internetową. Synergia strony internetowej z emisją programu radiowego pozwoliła stworzyć silną platformę multimedialną.

Lewinson:

No właśnie. Z punktu widzenia socjologii komunikacji pomysł poprzedniego kierownictwa Swobody, by zrezygnować z nadawania na falach radiowych i całkowicie przenieść się do Internetu wydaje się co najmniej sporny. To taki pomysł, byśmy zamiast chleba wypijali dwa razy więcej wody. W tym wypadku trudno mówić o równoprawnej zamianie jednego na drugie. Zróbmy takie założenie, pewna część starego audytorium nie będzie miała problemów technicznych w związku z zamianą radia na Internet. Ale tez znacząca grupa dawnych słuchaczy nie potrafi swobodnie poruszać się w internetowej przestrzeni. Całkowita rezygnacja Swobody s fal radiowych oznacza dla nich całkowitą utratę radia.

ZDZ:

Krytycy radia podkreślają, iż słuchają go przede wszystkim słuchacze zaawansowani wiekiem…..

Lewinson:

Tylko, że to właśnie pokolenie przywiązane jest najbardziej do tradycji demokratycznej, gotowe jest tez do obrony demokratycznych wartości. Bieda w tym, że w tej grupie wiekowej całkowita przeprowadzka z radia do Internetu nie może odbyć się bezproblemowo.

Sokołow:

Co tu dużo mówić, połowa ludności w Rosji nie korzysta z Internetu. Wielu spośród tych, którzy mają do niego dostęp nie szukają w nim informacji politycznych, czy społecznych, Internet to rozrywka, konsumpcja, potwierdziła to masa różnych badań.

ZDZ:

Wyobraźmy sobie, że dostaliście obydwaj zaproszenie od Kongresu USA, na posiedzenie jednej z podkomisji w sprawie budżetu na rok przyszły. Wasze zadanie polega na hymny, iż powinniście przekonać Amerykanów, by znów przeznaczyli znaczną sumę pieniędzy na radio emitujące audycje do Rosji. Jednak wielu obywateli USA zadaje sobie pytanie, czy opłacanie z budżetu państwowego Radio Swoboda ma jakikolwiek sens.

Lewinson:

Sens będzie ten sam, co pięć, dziesięć, trzydzieści lat temu…..

ZDZ:

Podatnik amerykański powinien dzielić się pieniędzmi w oparciu o ogólnie demokratyczne motywy, dlatego, że wolność jest zawsze lepsza od braku wolności, czy też z bardziej pragmatycznych powodów, dlatego, iż istnienie radia Swoboda ułatwi amerykańskim politykom prowadzenie np. polityki zagranicznej….?

Lewinson:


Jeśli przyjrzymy się amerykańskim podatnikom, to jeśli się nie mylę, w ich przeświadczeniu dobro winno triumfować nad złem, tak ich wychowano. To oznacza, iż Stany Zjednoczone mają prawo i obowiązek troszczyć się, by i na całym świecie obowiązywały określone proporcje dobra i zła. Stąd wsparcie dla demokracji w walce z jej przeciwnikami. Mam wrażenie, że iż dla podatnika amerykańskiego nie jest tajemnicą, iż w dzisiejszej Rosji, jeśli użyć amerykańskiej terminologii, siły dobra przegrywają z siłami zła, iż sytuacja w oczywisty sposób ewoluuje w kierunku sprzecznym z oczekiwaniami Ameryki. Dlatego warto, by i w Kongresie USA rozumiano, iż rosyjscy dziennikarze deklarujący wartości demokratyczne, te same jakimi kierowali się amerykańscy Ojcowie założycieli, czy obecny demokratycznie wybrany Kongres zasługują na i potrzebują wsparcia. 

Zasłona dymna...

ZDZ:

Kremlowski propagandysta odpowie na to, iż to całe gadanie o dobrze i źle, o demokratycznych wartościach to zasłona dymna, która wielkiemu supermocarstwu ułatwia realizację własnych interesów geostrategicznych.

Sokołow:

Tylko niby dlaczego w Kongresie USA mieliby traktować poważnie opinie nieznanej nikomu Marii Aleksiejewny suto opłacanej przez Władimira Putina. Dla mnie taka argumentacja też nie ma najmniejszego znaczenia, mimo iż jestem obywatelem Rosji. W naszych warunkach, nawet jeśli finansowo wesprze mnie Iwan Iwanowicz Iwanow, miejscowy hurtownik na rynku ryb i śledzi, Putin bez mrugnięcia okiem oskarży mnie, iż jestem agentem zagranicznych imperialistów i wrogiem stabilności Rosji. Taka reakcja Putina jest odpowiedzią na moje postulaty, a. chciałbym żeby władza w Rosji przestala kraść, b. żeby prezydent umożliwił przeprowadzenie w kraju wolnych nie sfałszowanych wyborów, c. żeby obecnego prezydenta osądzono i odprawiono za kratki pociągając do odpowiedzialności za wszystkie popełnione przez niego przestępstwa.

Lewinson:

Problem polega na tym, że Kreml ma własną koncepcję czym jest naród i społeczeństwo. Wiele z tego, co robi władza adresowane jest do narodu, tak jak go sobie wyobrażają na Kremlu. Tam zaś króluje przeświadczenie, iż naród-społeczeństwo podziela pogląd, iż „ten kto płaci, zamawia muzykę”. Otrzymując pieniądze od jakiegoś sponsora człowiek zostaje jego agentem. Jednak nie da się powiedzieć, iż jest to pogląd całego społeczeństwa. Dla jakiejś jego części, tak, podobne przekonanie jest uzasadnione. Ale w społeczeństwie można też spotkać poglądy odmienne. Jednak dla władzy tylko ta pierwsza interpretacja jest ważna, w oczach Kremla ma charakter uniwersalny. Władza nie docenia do jakiego stopnia społeczeństwo jest zainteresowane ”odmiennym punktem widzenia”. Znaczny odsetek Rosjan chciałby wiedzieć, co myślą inni na ich temat, jak oceniają bieg wydarzeń w ich kraju, nawet wówczas, gdy ten odmienny punkt widzenia będzie dla nich niemożliwy do zaakceptowania.

Sokołow:

Tego rodzaju informacja, kiedy przychodzi „stamtąd”, a nie „stąd”  wywołuje często żywszą reakcję. Ludzie nie chcą się konfrontować z tym, co myślą tutaj, czy to będzie Nawalny, Niemcow, czy Kasparow. Ich interesuje, co myślą w „waszyngtońskim komitecie partii.” Tak nas uczono zawsze. Więc jeśli ów mityczny waszyngtoński komitet wypowiada się na jakiś temat, być może nie jest nam przyjemnie, zawsze jednak będziemy tym zainteresowani i uznamy to za istotne.

ZDZ:

Zapewne Rosja dla Waszyngtonu, tak czy inaczej, nie jest problemem numer 1….

Mocarstwo drugiej kategorii

Sokołow:

W porządku, jeśli ten Waszyngton, o którym teraz rozmawiamy ma w nosie los rosyjskiej demokracji, to jednak trudno mu będzie całkowicie zamknąć oczy na to, co się w niej dzieje obecnie. Rosja jest mocarstwem drugiej kategorii, jednak dysponuje rakietami jądrowymi, jest też poważnym światowym dostawcą nafty i gazu. Być z punktu widzenia Zachodu wystarczyłoby, gdyby to mocarstwo jeszcze bardziej było zorientowane na swe własne sprawy, siedziało cicho i nie wystawiało nosa. Jednak problem polega na tym, iż na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat to właśnie Rosja blokowała wysiłki powstrzymujące budowę arsenału atomowego w Iranie i Korei Północnej. W tej sytuacji zapytajmy amerykańskich podatników, czy  kwestia broni atomowej w tych krajach pozostanie im obojętna. Spójrzmy na Kubę i Wenezuelę z ich antyamerykańskimi reżimami….  Ktoś także je wspiera na arenie międzynarodowej…. Ten sam kraj dostarcza broń reżimowi Asada…. A jak trudno dogadać się z Rosją w kwestii tranzytu do Afganistanu, bez przerwy Kreml stawia nowe warunki…. Tak więc nie da się tak po prostu zamknąć oczu na to, co dzisiejsza Rosja wyprawia na arenie międzynarodowej….

Nawet jeśli ich obywatelom i rządowi jest całkowicie obojętne, że w Rosji opozycyjni dziennikarze ryzykują życiem, i że obecna władza całkowicie lekceważy wartości demokratyczne, z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych, nie byłoby źle, gdyby rosyjska władza zdolna była do konstruktywnego dialogu, przyjęła proeuropejski kurs, gotowa była zaproponować w jakieś formie liberalną alternatywę.

Rosji potrzebne są zmiany w polityce zagranicznej i ludzie, którzy to rozumieją. Zmiany nie w interesach USA, a w interesach samej Rosji. To jej przede wszystkim powinno zależeć na tym, by sąsiadujących z nią krajach nie było broni atomowej, by wywożonych z Rosji pieniędzy nie wydawano na zakup najdroższych zagranicznych nieruchomości, a inwestowano w kraju z pożytkiem dla jego gospodarki. Demokracja, koślawa i niedoskonała z czasów Jelcyna nie szkodziła Stanom Zjednoczonym na arenie międzynarodowej w takim stopniu, w jakim pozwala na tobie sobie na poły dyktatorski, autorytarny reżim Putina.

To wygląda tak, jeśli przy pomocy takich instrumentów jak wspieranie niezależnych mediów, finansowanie programu radiowego nadawanego do Rosji, jakichkolwiek, uda się wesprzeć, to co w rosyjskiej opinii publicznej racjonalne, zdrowo myślące, to tym samym ograniczone zostaną możliwości obecnego reżimu, by destabilizować sytuację na świecie.

Lewinson:

Polityka zagraniczna Rosji wynika przede wszystkim z sytuacji wewnętrznej. Rosyjskie poparcie dla prezydenta Syrii Asada, orientacja Rosji w kluczowych regionach  zależy przede wszystkim od konfiguracji politycznej wewnątrz niej samej. Rosja potrzebuje demokratyzacji, by w polityce zagranicznej zaprzestać przyjaźni i aliansów z takimi politykami jak Asad, czy Chavez.

ZDZ:

W gruncie rzeczy nasza dyskusja o potrzebie zagranicznego wsparcia dla niezależnych rosyjskich mediów, to rozmowa o tym jak pomóc rosyjskiej demokracji.

Sokołow:

Oczywiście. Często jestem pytany o to, po co Rosji jeszcze jedna, dwie radiostacje, czy pisma finansowane z zagranicy, jeśli wciąż niektórym niezależnym rosyjskim mediom udaje się wiązać koniec z końcem. Odpowiedź jest prosta. Wystarczy przyjrzeć się bliżej tej przestrzeni jaką zajmują w Rosji niezależne media, a raczej procesowi jej kurczenia. Zmniejsza się liczba niezależnych wydań, ograniczany jest stopień niezależności, tych które istnieją… Co chwila dowiadujemy się o kolejnej czystce w nowej redakcji. Pracę tracą redaktorzy podejrzani o demokratyczne, pro zachodnie sympatie. Bardzo dobrze to zjawisko ilustruje sytuacja w koncernie prasowym „Komersant”, na jego przykładzie widać dobrze, jakimi metodami próbuje się zmienić orientację publikowanych tam gazet i magazynów.
Część niezależnych mediów spychana jest na margines. Do ich właścicieli przychodzą ludzie ze służb specjalnych, dobierają się do prowadzonych przez nich firm z innych dziedzin. Najlepszym przykładem jest Nowa Gazeta. Od jakiegoś czasu ledwo zipie, jej właściciel Aleksander Lebiediew jest na granicy bankructwa. Takich projektów nie da się w Rosji sfinansować przy pomocy modnego dziś crowdfundingu. Na około widać, jak rośnie lęk. Więzienie dla działaczy opozycyjnych, czy ustawa o zagranicznych agentach to nie żarty. Na rynku pozostają obecne media pseudoniezależne, w nich jest pełno ludzi Putina, agentów służb specjalnych, ich właściciele instrukcje otrzymują z Kremla. Tam też regularnie odbywają się zebrania z udziałem redaktorów naczelnych, niby połowa z nich jest formalnie niezależna, ale im także dyktuje się, kogo do udziału w programie zaprosić, a kogo nie. Wolność słowa w Rosji jest czystą dekoracją.

ZDZ:

Rzeczywiście ten obraz niezależnych mediów jest aż tak czarny?

Sokołow:

Radiostacje? Praktycznie wszystkie stosują się do kremlowskich instrukcji. Telewizja „Dozhd’”? Ta stacja formalnie jest niezależna, ale i ona pewnych rzeczy nigdy nie zaryzykuje. Tak naprawdę jedyne w pełni niezależne wydanie we współczesnej Rosji to „Nowaja Gazieta” redagowana przez Dmitrija Muratowa.

ZDZ:

A jednak, co dziwne na Zachodzie ludziom, politykom coraz mniej chce się angażować w poparcie dla społeczeństwa obywatelskiego w Rosji….

Lewinson:

Zachód jest rozczarowany. Projekt demokratycznej Rosji zawalił się. Rosja, wbrew oczekiwaniom nie znalazła dla siebie miejsca we wspólnym europejskim domu. Prawdopodobieństwo powrotu na europejską orbitę jest dziś równe zeru. Rosja pokazała swe ponure oblicze, właśnie dobija się w niej opozycję.

Sokołow:

Nie do końca zgodziłbym się z Aleksiejem. Dobre sobie, zawalił się. Przypomnijmy sobie w jakim kraju żyliśmy 25 lat temu. Związek Radziecki grał rolę supermocarstwa, angażował się w wojny we wszystkich zakątkach świata. To było coś o wiele groźniejszego, niż dzisiejsza polityka konfrontacji z Zachodem. Stary system na szczęście legł w gruzach, na terytorium ZSRR powstał szereg nowych państw. Niestety, z wyjątkiem republik bałtyckich żadne z nich nie zbudowało prawdziwej demokracji. Jeśli stwierdzimy, że projekt demokracji dla Rosji, Ukrainy, czy Białorusi nie udał się,  to może lepiej powiedzieć, że takiego projektu w rzeczywistości nigdy nie było. W latach 90-ych, także Zachód nie potrafił zaproponować żadnej rozumnej, konsekwentnej polityki w stosunku do dawnych republik ZSRR. Potrafiono jedynie entuzjazmować się wielkim zwycięstwem odniesionym w zimnej wojnie.
Historia nie oszukuje, w dzisiejszej Rosji powtarza się znany od lat cykl rewolucja-restauracja, sam się dziwię, dlaczego nie potrafiliśmy tego przewidzieć. Ale przecież potrafimy odpowiedzieć na pytanie co mogą restaurować ludzie wychowani w radzieckim KGB, albo w Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, tacy jak 
Władimir Putin i jego sojusznicy….

Pogląd, że z budżetu państwa wolno kraść wyłącznie pod kontrolą państwa, albo, że kompromitujące materiały świetnie nadają się do zarządzania państwem, dojrzał na radzieckiej glebie. O jakiej możemy mówić restauracji, jeśli restauratorzy są radzieccy….?

Projekt budowy demokracji...

Lewinson:

A jednak mam wrażenie, że na początku, zaraz po rozpadzie ZSRR można było mówić o demokratycznym projekcie. On istniał choćby w głowach, w przemówieniach polityków, dopiero dziś utracił znaczenie. Najważniejsze pytanie dotyczy dziś obecnej kondycji Rosji. Z czym mamy do czynienia? Czy ugrzęźliśmy w błocie na długo? Czy też żyjemy w okresie przejściowym, którego długość trudno przewidzieć. W jednym i drugim wypadku roli niezależnych mediów nie da się przecenić. Tylko one pomogą nam zachować, obronić demokratyczne wartości, instytuty. Choćby w świadomości niewielkiej ilości obywateli, by mogli donieść je do lepszych czasów.

Sokołow:

Niekiedy warto pokusić się o jakieś porównania, analogie…  Czy lepszy  był putinizm w początkowym stadium, wtedy jeszcze istniała telewizje NTV i TV 6, radiostację Svoboda retransmitowały dziesiątki lokalnych stacji w całej Rosji? Czy może lepszy jest ten obecny, wśród jego zwolenników można dziś spotkać energicznych młodych ludzi w riasach, reprezentujących prawosławny fundamentalizm. Być może właśnie widzimy jak realizuje się wizja braci Strugackich, którzy zapowiadali, iż miejsce „szarych zajmą czarni”. Mam nadzieję, że się zgodzicie, szarość jest w końcu lepsza od czerni. Łatwiej żyć z władzą autorytarną, lecz świecką, niż pod panowaniem religijnych fanatyków. Mam nadzieję, że i wy dostrzegacie tę rosnącą w siłę falę ogólnej klerykalizacji, odwoływanie się do prawosławnego fundamentalizmu w celach politycznych.

Lewinson:

Może pora powrócić do pytania o realne interesy amerykańskich podatników. Państwo z szarą władzą jest mniej groźne na arenie międzynarodowej, niż państwo opanowane przez czarnych. Im większy wpływ na Rosję zdobywają fundamentaliści, tym bardziej spychają państwo w ślepy zaułek, w ekonomii, w polityce, w kulturze. Bieda polega na tym, że często jedynym instrumentem umożliwiającym wyjście ze ślepego zaułka pozostaje dla polityków wojna.

Sokołow:

Wojnę już widzieliśmy, w Gruzji, w 2008 roku.

Lewinson:

To była wojna na próbę, trochę farbowana…  Ja mam na myśli prawdziwą… Wojna stanie się realnym niebezpieczeństwem, jak tylko znajdziemy się w tym ślepym zaułku o jakim teraz rozmawiamy.

Sokołow:

Idea odrodzenia imperium nigdy nie umarła…..

ZDZ:

Ale fundamentalizm jest niebezpieczny wszędzie, nie tylko w Rosji. Bardziej pewnie na Węgrzech, w Ameryce…

Lewinson:

Ta fundamentalistyczna tendencja obecna jest w niewielkiej części rosyjskiego społeczeństwa. Dla większości tego rodzaju hasła nie mają znaczenia. Niedawno prowadziliśmy wojnę w Czeczenii, jednak większość kraju jej nie odczuwała, nie żyła nią. Tak samo było podczas wojny w Finlandii. Polityczne gry w Rosji dotyczą jednej dwudziestej kraju, ten procent jest aktualny w odniesieniu do geografii, demografii, zasobów intelektualnych.

Sokołow:

Wielkie miasta i elity..

Lewinson:

Weźmy historię z paleniem, na zachodzie toczy się obecnie z tytoniem prawdziwą wojnę, różnymi sposobami toczona jest walka o zmniejszenie liczby palących. Taki jest w tej dziedzinie obecny trend. W Rosji sytuacja wygląda odwrotnie, liczba palących wciąż rośnie. Trend w tej dziedzinie jest odwrotny. Jesteśmy wciąż po drugiej stronie wzgórza. Wciąż pełzniemy w kierunku wierzchołku, podczas gdy inni po przeciwnej stronie schodzą już w dół.

ZDZ:

Jak to rozumiem to metafora, która opisuje nie tylko sytuację z paleniem…..

Lewinson:

To przede wszystkim statystyka. My nie zaczynamy palić specjalnie na złość Zachodowi, po prostu znajdujemy się w innej fazie rozwoju. I rzeczywiście tu jest analogia z kwestią fundamentalizmu, nasz i amerykański, to fundamentalizmy z różnych stron wielkiego wzgórza.

Sokołow:

Zapewne warto by jeszcze porozmawiać o różnicach naszych historycznych doświadczeń, Rosja pod wieloma względami wciąż jest zapóźniona, w najlepszym wypadku znajdujemy się na tym poziomie rozwoju, jaki na świecie osiągnięto w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Co nam przypomina reżim Putina? Dobrze pamiętam, jak w czasach radzieckich oficjalne media demaskowały reżimy południowoamerykańskiej soldateski, albo rządy czarnych półkowników w Grecji. Pod tym względem nasze zapóźnienie trudno zignorować. I dlatego nasz fundamentalizm jest inny. Wiele problemów dawno rozwiązanych na Zachodzie u nas wciąż zachowuje aktualność.

ZDZ:

Wydawało mi się, nasza dyskusja będzie o wiele łatwiejsza. Mieliśmy poszukać odpowiedzi na pytanie, czy Rosji potrzebne są media finansowane z zagranicy. Szybko jednak okazało się, że trudno nam będzie dojść do jakichś wniosków, bez poruszenia wielu innych kwestii często mających charakter globalny. Warto było porozmawiać z Wami, żeby przekonać się na ile trudniej będzie Rosji odpowiedzieć samej sobie na szereg istotnych pytań, bez całkowicie niezależnych mediów. Czy uda się je uratować i w jakiej skali? Paradoksalnie zależy to dziś także od amerykańskiego podatnika, czy wielkich międzynarodowych fundacji. Byłoby dobrze, gdy i oni to rozumieli. 


Aleksiej Lewinson, socjolog, publicysta. Kierownik Pracowni Badań Spolecznych w niezależnym ośrodku badania opinii publicznej Centrum Lewady. Autor felietonów publikowanych w gazecie "Vedomosti" i piśmie "Nieprikosnowiennyj Zapas"

Michaił Sokołow. Dziennikarz, komentator polityczny moskiewskiej redakcji Radio Swoboda. Współorganizator moskiewskiego biura tej radiostacji. 

piątek, 19 kwietnia 2013

Telewizja, której nie jest wszystko jedno




Z Natalią Sindiejewą założycielką i dyrektorem generalnym stacji telewizyjnej TV DOŻD' w Moskwie rozmawia autor bloga, Zygmunt Dzięciołowski

ZDZ
O TV DOŻD' moi moskiewscy przyjaciele mówią, że to jedyna w Rosji niezależna stacja telewizyjna. Za każdym razem, kiedy ją oglądam, przekonuję się, że mieli rację. Ciągle pokazujecie coś, czego gdzie indziej zobaczyć się nie da. Znany opozycjonista, 36-letni prawnik, bloger, działacz opozycji Aleksiej Nawalny  tuż przed swym procesem oświadczył u was, że na najbliższych wyborach prezydenckich zgłosi swoją kandydaturę. To z resztą uderzające, o sądowych perypetiach Nawalnego (rzekomym sprzeniewierzeniu pieniędzy partyjnych i kradzieży materiału drzewnego) ze szczegółami opowiadają wszystkie kontrolowane przez Kreml media, ale o jego ambicjach prezydenckich milczą jak grób. Ani słowa nie zająkną się też o jego walce z korupcją na najwyższych szczeblach rosyjskiej władzy.

Natalia Sindiejewa:
Każdy środek przekazu marzy o takim „newsmakerze”, bohaterze występującym z tego rodzaju oświadczeniem.  Po programie z Nawalnym od razu znaleźliśmy się na pierwszym miejscu indeksu cytowań publikowanym przez stronę Yandex Novosti. Czy spotkają nas z tego powodu nieprzyjemności ze strony władz, nie mam pojęcia.

ZDZ:
Po raz pierwszy usłyszałem o Waszej stacji, kiedy znani w Rosji aktorzy, pisarze, dziennikarze, zaczęli czytać na antenie Konstytucję Federacji Rosyjskiej. Komu ten pomysł przyszedł do głowy? Co dzięki niemu osiągnęliście?

Sindiejewa:
Ten projekt wymyśliła i zrealizowała Wiera Kriczewska, wówczas nasz producent kreatywny i reżyser, razem z nią zakładaliśmy TV DOŻD'. Spodobała nam się jego niezwykła prostota. A poza tym nie zdawaliśmy sobie sprawy, jaki rozgłos zdobędzie ten program. Przede wszystkim wyjaśniliśmy, że tak naprawdę nikt z nas nie czytał konstytucji. Widzowie otrzymali od nas nie tylko swego rodzaju przesłanie ideologiczne, ważny okazał się także motyw popularyzatorski.

ZDZ:
Tak na prawdę ludzie zrozumieli, że współczesna Rosja żyje w niezgodzie ze swą własną konstytucją.

Sindiejewa:
Stąd sukces projektu. Do widzów dotarła oczywista prawda, w końcu artykuł 31 konstytucji mówi o tym, iż obywatele mają prawo do zgromadzeń w dowolnym miejscu, tak samo przedstawia się rzeczywistość z pozostałymi artykułami, które czytaliśmy na antenie. Nasze państwo nie przestrzega żadnego z nich.

ZDZ:
Stację TV DOŻD' uruchomiliście trzy lata temu. Wydawałoby się rosyjscy widzowie cierpią od nadmiaru telewizyjnej rozrywki. Mają do dyspozycji 6 programów federalnych obejmujących cały kraj. Do tego dochodzą dziesiątki stacji lokalnych oraz telewizja satelitarna z pakietami od 100 do 200 kanałów. W takiej sytuacji  start nowego projektu telewizyjnego wymaga nie mało odwagi. Musieliście mieć jakiś pomysł? Pani się nie zawahała. Jak idea przyświecała Pani przede wszystkim?

Sindiejewa:
Naszą główna ideę wyrażał krótki slogan: „przestań się bać, włącz telewizor”. Adresowaliśmy go do tej części audytorium, która przestała oglądać telewizję i przestała jej wierzyć. Wymyśliśmy też drugi slogan: „Daj telewizji jeszcze jedną szansę.” Od piętnastu lat zajmowałam się radio i rozumiem jak skonstruowany jest rynek mediów. Najpierw udał mi się projekt radiostacji Sieriebriannyj Dożd’, dotarliśmy do szczególnie cennego segmentu publiczności radiowej, odniosłam sukces finansowy. Rozmarzyłam się, zachciało mi się wzlecieć jeszcze wyżej. Obmyślając różne warianty dalszego rozwoju uswiadomiłam sobie, że od jakiegoś czasu przestałam w ogóle oglądać telewizję. Poczułam pierwszy impuls. Popatrz, nie ma stacji telewizyjnej, która by mnie interesowała. A potem zdałam sobie sprawę, takich ludzi, podobnych do mnie, rozczarowanych rosyjską telewizją jest całkiem sporo…

Otwartość, szczerość, uczciwość, nieobojętność


ZDZ:
Bardzo mi się podoba jeszcze jedno wasze hasło: „Dla tych, którym nie jest wszystko jedno”.

Sindiejewa:
Mnie nie jest obojętne, to co dzieje się w moim kraju, otaczają mnie ludzie, którzy czują tak samo. Kiedy człowiekowi wydaje się, że może coś zrobić, nie powinien z tego rezygnować. Nienawidzę bicia piany, nie potrafię pięknie przemawiać i występować publicznie. Jednak od pewnego czasu czuję, że muszę dla siebie odwojować kawałek miejsca na ziemi, tylko tak można cokolwiek zmienić. Polityka jest mi daleka, ale nie jest mi obojętne jakie jest i będzie moje życie, chiałabym, żeby moje dzieci pozostały w Rosji, dlatego tak bardzo zależy, by nasze życie zmienialo się na lepsze. Ktoś mi podsunął lekturę „Siły bezsilnych” Havla. Kiedy środki masowego przekazu wciąż kłamią, prawda nabiera charakteru opozycyjnego.

ZDZ:
Przypomina się stara anegdota. Przedstawiciel radzieckiej organizacji handlowej, eksportera butów, jedzie do Afryki, nie ma szans na biznes raportuje do centrali, wszyscy chodzą na bosaka. Handlowec z kraju kapitalistycznego dochodzi do diametralnie różnego wniosku. Fenomenalne szanse na sukces, pisze do centrali. Wszyscy chodzą na bosaka.

Sindiejewa:
Pomyśłałam, warto spróbować. Mamy szansę dotrzeć do segmentu audytorium cenionego przez reklamodawcę, to biznes nie bez perspektyw. Nie przestraszyłam się konkurencji ze strony federalnych programów, interesuje mnie różny od nich segment publiczności. Przyjrzałam się stacjom kablowym, żadna nie nadawała programu dla moich widzów. Znalazłam wolną niszę. Atrakcyjną dla tych, których interesują programy informacyjne i którym spodoba się, że nadajemy je na żywo. Nie miałam wtedy jasnej koncepcji formatu przyszłej stacji. Po głowie chodziło mi  kilka słów definiujących ideologię nowego projektu: otwartość, szczerość, uczciwość, nieobojętność.

ZDZ:
Na pewno równolegle szykowała Pani biznes plan, zastanawiała, kiedy zwróci się inwestycja, kiedy pojawi się pierwsza kopiejka zysku?

Sindiejewa:
Rozmawiałam z konsultantami. Wytłumaczyli mi, ile potrzeba pieniędzy, by uruchomić stację w segmencie kablowym ze studio działającym na żywo. Ale na początku nie miałam szczegółowego biznes planu. Wiedziałam, jaką sumą dysponuję i ile potrzeba na start.

ZDZ:
Lubi Pani ryzyko….

Sindiejewa:
Pierwszy biznes plan napisałem po dwóch latach, dopiero wtedy, kiedy zrozumiałam, jak wygląda budżet stacji. Wreszcie zrozumiałam jaka powinna być objętość niezbędnego nam programu. Intuicja zawiodła mnie tylko pod jednym względem. Nie oszacowałem dobrze, ile potrzeba nam będzie czasu, by wyjść na zero. Wydawało mi się, że uda się szybciej. Ale telewizja rządzi się swoimi prawami. Model naszej działalności jest bardzo oszczędny, zatrudniam dwa razy mniej ludzi, niż zapewne potrzebujemy. Z drugiej strony, nie możemy stać w miejscu, widz czeka na nowe projekty. Ich przybywa coraz więcej, jednak sprzedaż reklamy nie rośnie w podobnym tempie. Ta dysproporcja to aktualnie mój największy problem.

Jeden z  najpopularniejszych rosyjskich dziennikarzy Leonid Parfionow, w przeddzień procesu opozycjnisty Aleksieja Nawalnego, na antenie TV RAIN przeprowadził wywiad z jego żoną Julią. "Tak - powiedziała - wyobrażam sobie Aleksieja jako prezydenta"


ZDZ:
W dzisiejszej Rosji TV Rain, to jedyna stacja bez cenzury, gdzie serwisy informacyjne niczego nie ukrywają. Na tle pozostałych stacji TV Rain przypomina samotny biały żagiel, pojedynczą wyspę. Nie możecie nie mieć wrogów. Gotowych was zniszczyć. Jak się przed nimi bronić?

Sindiejewa:
Atakują nas ze wszystkich stron. Ale z drugiej strony władza zmądrzała. Na początku nie traktowano nas serio. Obserwowano nas, niczym niezrozumiałych szaleńców. Ale nagle, staliśmy się szanowaną stacją, podobną prawie do I Programu. Odwiedził nas w studiu jako gość ówczesny prezydent Miedwiediew, zaraz potem naszego redaktora naczelnego zaproszono na Kreml razem z czołowymi dziennikarzami czterech głównych stacji federalnych. Był to dla nas mega sukces. Jednak, kiedy w grudniu 2011 roku ludzie wyszli na ulice, z góry zaczęto na nas wywierać niewiarygodny nacisk. Straszono nas i namawiano. Na szczęście wybroniliśmy się. Nie stracilismy twarzy, uratowaliśmy kontakty z górą. Zapewne zadziałała moja kobieca dyplomacja.

ZDZ:
Wasi przeciwnicy też oglądają TV DOŻD'. Dobrze widzą, jak wy z nimi gracie, taka kobieca gra czasem, bywa, budzi jeszcze większe rozdrażnienie.

Sindiejewa:
Jak to mam powiedzieć, nie mam królika w kapeluszu. Nie zamierzam obalać władzy. Na Kremlu to rozumieją. Przede wszystkim zależy mi na dochodowym biznesie. Przypadkowo znalazłam wolną niszę, pomyślałam, że jest szansa na biznes. Zaryzykowałam wszystko: pieniądze, życie, rodzinę, teraz widzą mnie rzadko, cały czas jestem w pracy. To mój projekt. Nie mam nad sobą nikogo, kto podpowiedziałby, to powinnaś zrobić tak, a to inaczej. Może dlatego istniejemy do dziś. W dodatku władzy wydaje się, że nasze audytorium jest na tyle niewielkie, iż nie muszą traktować nas poważnie. Tutaj z resztą natrafiamy na określoną sprzeczność, mnie rzecz jasna zależy na poszerzeniu audytorium, ale gdy tylko odniesiemy sukces nasza sytuacja może zmienić się radykalnie. Władze nie złożyły rąk, próbują na nas wpłynąć przy pomocy instrumentów finansowych, do reklamodawców wysyłane są odpowiednie sygnały, lepiej dla was będzie jeśli pominiecie TV DOŻD', niektórzy z nich oczywiście boją się i nas ignorują.

ZDZ:
Jak silny jest ten nacisk?

Sindiejewa:
To trudno ocenić. Ja przecież nie wiem, do ilu potencjalnych reklamodawców telefonowano. Jednak ze sprzedażą reklamy mamy problemy, czas reklamowy sprzedajemy sami, a nie przez wielkie firmy pośredniczące powiązane z Kremlem, dysponujące ogromnymi możliwościami finansowymi. Mam przede wszystkich na myśli takie giganty jak Video International i Gazprom Media. W związku z tym zaczęliśmy myśleć o nowej strategii, już niedługo zaczniemy pobierać opłaty od widzów, potrzebne nam jest dodatkowe źródło przychodów. Publiczności na pewno się to nie spodoba, ale nie mamy wyjścia, musimy zwrócić się do widzów, by sięgnęli do własnych kieszeni.

ZDZ:
Można przewidzieć jak zareagują wasi widzowie.

Sindiejewa:
Będzie trudno. Czytam różnego rodzaju analizy, w nich mówi się o tym, iż 70% widzów nie ma zamiaru płacić. W tej dziedzinie potrzebny jest przełom, więc nie cofnę się przed ryzykiem. Jestem pewna, że prędzej, czy później tego rodzaju zmiany na rynku są nieuniknione.

Obywatel poeta


ZDZ:
Mówiła Pani o tym, że w trudnych sytuacja pomaga Pani żeńska dyplomacja i intuicja. Jednak w zeszłym roku opinia publiczna negatywnie oceniła zdjęcie z anteny projektu „Obywatel poeta”. Wasza publiczność była nim zachwycona. Setki tysięcy widzów oglądały popularnego aktora teatralnego Michaiła Jefremowa, czytającego satyryczne wiersze Dmitrija Bykowa, pisane w zależności od tematu w stylu charakterystycznym dla znanych z historii literatury rosyjskich poetów. Satyra w Rosji dawno nie odniosła takiego sukcesu. „Obywatel Poeta” jawnie wyśmiewał się z władzy, nierzadko atakował konkretnych, najważniejszych w kraju polityków. 

Sindiejewa:
Kiedy zaczynaliśmy pracę nad tym cyklem, nie mieliśmy pojęcia co z niego wyjdzie. Prosiłam autorów o jedno, by unikali ataków odnoszących się do życia osobistego. Jeśli idzie o działalność publiczną, pracę, proszę bardzo, ale prosiłam byśmy unikali wątków osobistych, nie atakowali człowieka w związku z jego wzrostem, wyglądem zewnętrznym, czy życiem rodzinnym. Niestety piąty z kolei wiersz Bykowa okazał się skandaliczny, przekraczał wszystkie granice, poniżał swego bohatera, poprzez aluzje do rozmiaru jego członka. Wtedy się sprzeciwiłam, tego nie puścimy na antenę, powiedziałam. Zaproponowałam zmiany, spróbujmy w wierszu dokonać poprawek poprosiłam. Zaczęliśmy szarpać tekst bez wiedzy Bykowa, który właśnie poleciał do Ameryki. W całej tej historii puściły nam nerwy, ktoś na zewnątrz przekazał informację o naszym sporze, wybuchł gigantyczny skandal, moskiewska publiczność zaczęła nas oskarżać o stosowanie cenzury….

ZDZ:
Publiczność kochala was przede wszystkim za brak wszelkiej cenzury…


Projekt "Obywatel Poeta" odniósł oszałamiający sukces. Takiej satyry nie widziano w Rosji od lat. Dziś poeta Dmitrij Bykow, aktor Michaił Jefriemow, producent Andriej Wasiliew wrócili na antenę TV RAIN z nowym projektem "Obywatel porządny". 



Sindiejewa:
Wtedy obraził się producent „Obywatela Poety” Andriej Wasiliew. I podjął decyzję o zakończeniu cyklu. Ale już w dwie godziny po spotkaniu z Wasiliewem dowiedziałam się, że swój projekt sprzedał konkurencyjnej stacji telewizyjnej „Żywi” należącej do miliardera Michaiła Prochorowa. Z czasem emocje ucichły, o skandalu zrobiło się ciszej, wtedy zrozumiałam z jakim zderzyłam się cynizmem. Wasiliew po prostu znalazł nowego klienta, to wszystko. 

ZDZ:
Ludzie, którzy krytykowali panią za stosowanie cenzury byli oburzeni Pani telefonem do rzeczniczki prasowej prezydenta Natalii Timakowej. Jest Pani właścicielem stacji, jej założycielem, szefem, ma więc pani prawo puszczać na antenie to co się Pani podoba, zdejmować z niej, to co Panią drażni, lub jej nie odpowiada. Ale wpadła Pani na bardziej oryginalny pomysł, zadzwonila Pani do rzeczniczki prezydenta i zaproponowała jej, by zredagowała tekst Bykowa.

Sindiejewa:
To nie tak. Od dawno przyjaźnię się z Natalią. Najpierw opowiem panu trochę starszą historię. TV RAIN  dopiero co pojawił się na antenie, jeszcze niczego nie zdążyliśmy zrobić, i już wtedy, na polecenie zastępcy szefa kremlowskiej administracji Władisława Surkowa, operatorzy kablowi zaczęli nas usuwać ze swojej oferty. Przez pół roku starałam się zorientować, co się dzieje, w końcu ze łzami w oczach dotarłam do Nataszy Timakowej, poza nią nie wiedziałam do kogo jeszcze mogłabym pójść.
- „Nasza stacja jest taka mała, jeszcze nie zdążyliśmy nagrzeszyć”.
- „Sama nie wiem jak ci poradzić” – rozłożyła ręce Natasza.

Już czegoś się wtedy domyślałam, „to stamtąd – dodałam – z góry”. Wtedy Natasza podpowiedziała mi rozwiązanie: „zwróć się do NTV Plus z prośbą, by dołączyli cię do swojej oferty. Ja spróbuję porozmawiać z Dmitrijem Anatoliewiczem, (Prezydentem), wytłumaczyć mu, że jesteście nową stację, niczego jeszcze nie zbroiliście, ale ci z góry już was zaczęli dusić.” Wtedy Miedwiediew dowiedział się od Timakowej o naszych problemach. Wówczas nie było nawet projektu „Konstytucja”, można nas było oglądać wyłącznie w Internecie. NTV Plus to największa w Rosji platforma satelitarna, należy do koncernu Gazprom Media, więc, żeby się znaleźć w ich ofercie, potrzebna jest zgoda administracji prezydenta. I wtedy taką zgodę dostaliśmy. Historia z „Obywatelem Poetą” wydarzyła się pół roku później. Wydawało mi się, że  mam wobec Natalii zobowiązania czysto ludzkie, moralne. I kiedy dostałam wiersz Bykowa, zadzwoniłam do Nataszy, "posłuchaj – powiedziałam – zaraz wyślę ci tekst, sama nie wiem jaką podjąć decyzję. Moim zdaniem ten wiersz jest po prostu obelżywy”. Natasza niczego nie redagowała, przysłała mi wiadomość, „oczywiście, wiersz jest obelżywy, sama też to widzisz”. W tamtym momencie zabraliśmy się już do korygowania tekstu. Podczas kolejnej rozmowy usłyszałam od Nataszy: „tego tekstu nie możesz nie puścić.”

Ja nie dyskutowałam z nią o tym puścić czy nie, chciałam po ludzku usłyszeć jej opinię, czy to się nadaje, czy nie. Chcialam zbadać, czy tylko ja, tak myślę na jego temat.

ZDZ:
Ale teraz chyba pani żałuje, że dzwoniła Pani do Timakowej….

Sindiejewa:
W przyszłości już tak nie zrobię, ale tego telefonu nie żaluję, w końcu uczymy się przez całe życie.

ZDZ:
Telewizja w Rosji poddana jest starannej cenzurze, nie jest to dla nikogo tajemnicą. Wobec niektórych znanych dziennikarzy, takich jak Svietlana Sorokina, Leonid Parfionov, Jewgienij Kisieliow, Sawik Szuster wydano zakaz występowania w programie najważniejszych stacji. Na prawdę jest tak źle?

Spis zakazanych nazwisk


Sindiejewa:
W 80 procentach to samocenzura. Rzecz jasna, istnieje spis zakazanych nazwisk obowiązujący kanały federalne. Ja go nie widziałam, ale nie trudno odgadnąć, jakie znajdują się w nim nazwiska. Rzecz idzie o 2-3 osobach, więcej to już samocenzura. Swietłanie Sorokinie zaproponował pracę należący do Aleksandra Rodnianskiego Kanał Piąty z Skt. Petersburga. I co z tego wyszło? Po dwóch programach z niej zrezygnowano. Nikt do redakcji nie telefonował, ale Swietłana występowała ostro, odważnie, więc kierownictwo stacji samo się przestraszyło, pomyśleli na pewno, po co im ten problem…. To wszystko. 

ZDZ:
Samocenzurze pomagają pewnie cenzorzy państwowi….

Sindiejewa:
Oczywiście. W największych stacjach pracują cenzorzy, zatrudnieni są pod przykryciem jako specjaliści do spraw…. jakichś tam…. Pokazywano mi ich gabinety w redakcji państwowej telewizji WGTRK, ci ludzie muszą obejrzeć wszystko, potem proponują poprawki i zmiany.

ZDZ:
Potrafi się pani ustrzec w przyszłości przed pokusą samocenzury….

Sindiejewa:
To jeszcze jedna lekcja ze skandalu z wierszem Bykowa. Omówiliśmy w redakcji ponownie nasze zasady. Wszystkie programy oglądam po emisji. Nie chcę się denerwować zawczasu. Za to przed pokazem musza obejrzeć je prawnicy, jeśli oni nie zgłaszają zastrzeżeń, program idzie na antenę.

ZDZ:
Zaprosiła pani do pracy w swojej telewizji jednego z najpopularniejszych dziennikarzy telewizyjnych Leonida Parfionowa. Od lat nie wolno mu występować na antenie wiodących kanałów. Takie zaproszenie to swego rodzaju deklaracja, jestem gotowa wesprzeć dziennikarzy znajdujących się na czarnej liście.

Sindiejewa:
Szczerze mówiąc, to nie miało dla mnie większego znaczenia. Parfionow jest wyjątkowo utalentowanym dziennikarzem, po ludzku mi żal, że widz nie może go oglądać. Z drugiej strony programy Parfionowa to wyjątkowa droga przyjemność.  Jedyna szansa, byśmy mogli je kontynuować, to zbiórka pieniędzy prowadzona przez „Fundację Wsparcia dla Telewizji Niezależnej.” Jeśłi uda się zebrać pieniądze, Parfionow zostanie, jeśli nie, będziemy musieli się z nim rozstać i to będzie decyzja czysto finansowa, bez związku z polityką.

ZDZ:
Dysydenckie tradycje z dawnego ZSRR są pani bliskie?

Sindiejewa:
To dla mnie odległa historia…

ZDZ:
Ale nazwisko Andrieja Sacharowa coś pani mówi….

Sindiejewa:
Oczywiście. Z drugiej strony, choć to może zabrzmieć dziwnie, jestem przecież dyrektorem stacji „Deszcz”, to nie moja „opera”. Wychowałam się w małym, prowincjonalnym miasteczku, w Miczurinsku (obwód Tambowski), w domu nigdy nie prowadzono kuchennych, dysydenckich rozmów.

ZDZ:
Czym zajmowali się rodzice?

Sindiejewa:
Tato był lekarzem wojskowym, przerzucano go po całym kraju z jednego regionu do drugiego. Mieszkałam z dziadkami, to byli wyjątkowo dobrzy ludzie. Pamiętam, płakałam, kiedy umarł Breżniew. Jak mi się zdaje, w naszym miasteczku płakali wszyscy. W tamtych czasach byłam pionierka, komsomołką.

ZDZ:
A jak znalazla się pani w Moskwie?

Sindiejewa:
Po szkole szykowałam się do wyjazdu do Leningradu, miałam nadzieje, że przyjmą mnie na psychologię w tamtejszym uniwersytecie. Ale po końcowych egzaminach w szkole, zrozumiałam, że jeśli teraz wyjadę, babcia z dziadkiem szybko umrą. Dla nich, to było najważniejsze zadanie, wnuczka wydorośleje, skończy szkołe, można będzie odejść na tamten świat. Wtedy podjęłam decyzje, że zostaję, będę się uczyć w miejscowym Instytucie Pedagogicznym. Jednak w Miczurinsku zawsze było mi ciasno…. Kiedy przyjechałam do Moskwy, po tygodniu poczułam się w niej, jak ryba w wodzie, jakbym mieszkała tu od zawsze. Później ludzie, których spotykałam, nie wierzyli, że nie urodziłam się w Moskwie, nie odczuwałam żadnych kompleksów. Od początku pociągał mnie show biznes.

ZDZ:
Gdzieś przeczytałem, że zaczynała pani od handlu włoską odzieżą…..

Sindiejewa:
Okropnie mnie to nudziło, ale zarobiłam masę pieniędzy. Jednak cały czas czułam, że moim przeznaczeniem jest show biznes. Zaczynałam od telewizji, potem zabrałam się za radio… Bardzo mnie to wciągnęło. Mój obecny mąż, pobraliśmy się siedem lat temu, trochę ze mnie żartuje, „miałem wrażenie, że żenię się z kobietą ze świata glamour, tu nagroda „Srebrny Kalosz”, tam, eleganckie przyjęcia, popularna radiostacja. Wciąż powtarzałam, że polityka jest brudna i, że ja jej nie rozumiem. Jeśli znalazłam się tu, gdzie teraz jestem, to dlatego, że trudno mi zachować obojętność. Ale wciąż jestem ostrożna, nie formułuję ocen politycznych, staram się nie wypowiadać na tematy polityczne, to nie moja specjalność.

ZDZ:
Dziwne, jednak to Pani stacja stała się platformą agitacyjną dla kandydatów do Rady Koordynacyjne j rosyjskiej opozycji.

Sindiejewa:
Powinnam tu przyznać się do kropli zdrowego pragmatyzmu. Niech pan popatrzy, Rupert Murdoch stworzył stację Fox nie dlatego, że jest jakimś fanatykiem republikanów. Wystarczyło, że zrozumiał, iż na rynku telewizyjnym istnieje nisza, że wielka grupa ludzi, atrakcyjna dla reklamodawców, nie ma swojej telewizji. Ze mną chyba jest podobnie, nie mogłabym robić czegoś, co mi się nie podoba. Tak się złożyło, że mój świat wartości dał się pogodzić z projektem biznesowym. Jeśli jutro ktoś mi podpowie, pomyśl o innych wartościach, wtedy masz szansę ma mega projekt biznesowy, to przynęta na którą się nie złapię. Nie jestem przedsiębiorcą, gotowym zrobić wszystko.

Nadzieja umiera na samym końcu


ZDZ:
Cyniczne moskiewskie życie potrafi niejednego nauczyć jak żyć. Checesz odnieść sukces, musisz przestrzegać nieformalnych zasad….

Sindiejewa:
Mogę sobie wyobrazić sytuację, dyktują mi co powinnam zrobić, albo stracisz swój biznes. Chyba się nie poddam, starczy mi sił, żeby odmówić. Ale z drugiej strony, jestem gotowa na jakieś kompromisy. Na szczęście do tej pory nie musiałam stawać przed podobnym wyborem, staram się żyć poza systemem, dla mnie ważne jest zachowanie równowagi.

ZDZ:
Zaproszeni przez Was goście, wasi dziennikarze mówią na antenie, to co myślą. W dzisiejszej Rosji to często najprostsza droga do konfliktu i kryzysu.

Sindiejewa:

Wystarczy, że ktoś naruszy prawo, wtedy powiemy mu do widzenia, materiał tego rodzaju zdejmiemy ze strony internetowej. Jeśli jutro którys z naszych dziennikarzy opowie się na antenie za upowszechnieniem prawa na posiadanie broni, będzie musiał odejść, ja w tej sprawie jestem kategorycznie przeciw. Ale tego rodzaju ograniczeń jest u nas niewiele, zwłaszcza, iż do pracy przychodzą do nas ludzie z określonym systemem wartości.

Jesteśmy optymistami informuje logo i jingle TV RAIN. 



ZDZ:
Może dojść do sytuacji, w której będzie pani gotowa sprzedać TV RAIN?

Sindiejewa:
Miałam kiedyś na ten temat rozmowę z szefem I kanału Konstantinem Ernstem. To on posłużył się przykładem Ireny Lisniewskiej, założycielki stacji REN-TV.
- Pamiętasz, Lisniewska zrobila wszystko, żeby sprzedać stację za jak najwyższą cenę. Ty też tak zrób. Na pewno kiedyś to zrobisz….” – powiedział Ernst.
Ale to nie jest mój cel, nie po to założyłam TV RAIN. Nie są mi potrzebne wielkie pieniądze, najważniejsze, żeby moja firma przynosiła choćby niewielki zysk, żeby mogla się rozwijać. Tu nie chodzi o to, by drażnić się z władzą, i by w końcu ktoś zechciał mnie kupić. W grudniu, w zeszłym roku dostałam tego rodzaju ofertę. „Powiedz ile chcesz, a my kupimy TV RAIN”.

ZDZ:
Kupić, żeby potem zamknąć stację?

Sindiejewa:
Nie, raczej, żeby ją kontrolować.

ZDZ:
Jest pani przygotowana na najgorsze?

Sindiejewa:
Nie jestem. Obecność politycznych wątków w programie, to nie jest sposób na windowanie ceny sprzedaży. W dalszym ciagu zależy mi przede wszystkim na tym, żeby samodzielnie zbudować dochodowe przedsiębiorstwo, nie wykluczone, iż z udziałem nowego partnera. Mogę nawet sobie wyobrazić, że już w niedalekiej przyszłości naszego widza przestanie interesować polityka. Będzie nią maksymalnie znudzony. Wtedy też damy sobie radę, dostosujemy nasz program do nowych okoliczności, zajmiemy się na przykład tematami socjalnymi. Jednak na razie, nasza obecna linia programowa przyciąga widzów.

ZDZ;
Często powołuje się pani na swoją intuicję. Co pani podpowiada w kwestii przyszłości Rosji…..?

Sindiejewa:

Dlaczego jestem taka uparta i nie poddaję się? Na poziomie intuicji, czuję, choć zabrzmieć to może nieco patetycznie, że Rosja ma do wypelnienia szczególną misję, wierzę, że doczekamy się zmian na lepsze, przełomu i znów zaczniemy żyć inaczej. Pamiętam doskonale lata dziewięćdziesiąte. Ja uwielbiałam tamte czasy, czułam wtedy, że jestem na fali….

ZDZ:
Dziś niektórzy mówią o straconej dekadzie....

Sindiejewa:
Byliśmy wtedy dumni, z tego że jesteśmy Rosjanami. Dobrze pamiętam, z jakim wówczas pracowałam entuzjazmem. Chciałabym, żeby tamte emocje wrócily, by zdarzyło się coś, co zainicjuje przemiany. Z drugiej jednak strony, obserwując, to co władza robiła w ciągu minionego pół roku, jakie uchwalono wówczas  ustawy, trudno obronić się przed wątpliwościami. Do jakiegoś momentu powtarzałam sobie, nie ma sprawy, wytrzymamy, teraz też staram się nie stracić ducha.

ZDZ:
Na rosyjskiej scenie pojawiło się nowe pokolenie, które chciałoby wpłynąć na bieg zdarzeń. Ma jakieś szanse? Czy przeciwnie, władza jest stabilna, świadoma swoich interesów, gotowa bronić ich do końca… I w dodatku ma do dyspozycji skuteczne instrumenty.

Sindiejewa:
Mój mózg, rozum racjonalnie analizując rzeczywistość podpowiadają, iż w najbliższej przyszłości osiągniemy niewiele. Ale serce i dusza nie chcą się z tym pogodzić. Mamy takie rosyjskie przysłowie, że nadzieja umiera na samym końcu.   





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com