poniedziałek, 9 listopada 2015

W Rosji wszystko dzieje się na odwrót



Na początku, zaraz po katastrofie Airbusa na Synaju, władze rosyjskie kategorycznie podkreślały, iż nie może być mowy o zamachu terrorystycznym, że wydarzenie to nie ma żadnego związku z prowadzoną przez Rosję operacją wojskową w Syrii. Taka postawa Kremla przypomina publicyście Ilji Milsteinowi zachowanie hiszpańskiego premiera Aznara, po wybuchach terrorystycznych w Madrycie. Za kłamstwo Aznar zapłacił porażką w wyborach do parlamentu, Kreml może jednak pozwolić sobie w Rosji na dowolne kłamstwa, bez obaw o konsekwencje. Dlatego Rosja przypomina dziś samolot z bombą tykającą w luku bagażowym, w drodze z Donbasu do Syrii.



Autor: Ilja Milstein 




Wszystko wskazuje na to, iż największa w historii rosyjskiego lotnictwa katastrofa była skutkiem zamachu terrorystycznego. 



W Hiszpanii wszystko wyglądało inaczej. Po 11 marca 2004 roku, po zamachu terrorystycznym w Madrycie zmienił się rząd. Hiszpańscy "populiści" na czele z José Aznarem (proszę to lepiej zrozumieć),  popełnili błąd, obarczając odpowiedzialnością za zamach baskijskich separatystów. Szybko jednak wyjaśniło się, że materiały wybuchowe w elektrycznych pociągach podmiejskich podłożyli Marokańczycy z Al.-Kaidy. Trzy dni później odbyły się wybory i w rezultacie wygrali je socjaliści.

Wyborcom nie spodobało się, że ich oszukano. A dodatku, większość z nich nie aprobowała polityki zagranicznej Aznara. Ludziom podobał się przede wszystkim udział hiszpańskich sil zbrojnych w wojnie w Iraku. Partia Aznara mogłaby uniknąć porażki, gdyby w pośpiechu na przedstawiła, jak jej się zdawało, korzystnej dla siebie wersji zamachu.


Rosji podobny scenariusz nie grozi


Po pierwsze, przecież nie spodziewamy się, by w kraju przeprowadzono jakiekolwiek wybory, a nawet gdybyśmy się spodziewali... Po drugie, władza najwyższa w osobie prezydenta, zaraz po katastrofie Airbusa,  nie zademonstrowała żadnego pośpiechu, by wypowiedzieć się na ten temat. Wręcz przeciwnie, nasz suweren milczał przez 55 godzin, potem zaś jego oświadczenie miało nadzwyczaj skąpy charakter, powiedział tylko coś w rodzaju "nas nie przestraszą". Po trzecie, Pieskow jakby mimochodem oświadczył, iż katastrofy samolotu nie należy wiązać z operacją w Syrii. Po czwarte, na temat tragedii zaczęli wypowiadać się różni przedstawiciele partii "Jedna Rosja", wzięli na siebie jak zwykle zadanie typowe i odpowiedzialne: zaczęli demaskować wszelkiego rodzaju machinacje. Proszę bardzo, Anglicy wstrzymują loty własnych samolotów do Egiptu i ewakuują stamtąd swoich obywateli, to przecież przykład "wywierania na Rosję nacisku psychologicznego", nie prawdaż? Skandal z rysunkami w magazynie Charlie Hebdo pozwolił im wręcz postawić kropkę nad i. Znów wiadomo, kto jest naszym głównym wrogiem.

W końcu wystąpił szef FSB, prawdopodobnie jedyny człowiek cieszący się w oczach Władimira Władimirowicza pewnym zaufaniem. W rezultacie władze rosyjskie podjęły decyzję podobną do angielskich (wstrzymanie ruchu lotniczego do Egiptu -"mediawRosji"), choć to nie oznacza, że Anglicy przestali w naszych oczach być szantażystami. Ale i ten krok nie oznaczał, powtarzali przedstawiciele władz, iż samolot nad Synajem zniszczyli terroryści. Na wszelki wypadek jednak postanowiono wywieźć rosyjskich turystów z Szarm-el-Szejk. Prawdopodobieństwo jest niewielkie, być może jednak nasi nieprzyjaciele, Anglicy, Amerykanie, Francuzi oraz inni mają rację i ich podejrzenia są uzasadnione? Po sześciu dniach od katastrofy, okazało się, że wersja zamachu nie jest pozbawiona uzasadnienia.


Zamieszanie na Kremlu


Na ile potrafię to ocenić, na Kremlu przez blisko tydzień panowało zamieszanie, zastanawiano się tam, jak rozwiązać problemy tylko pośrednio związane z katastrofą. To, że samolot nie sam z siebie rozpadł się w niebie nad Egiptem, było jasne niemal od początku, podobnie najbardziej prawdopodobna wydawała się wersja o zamachu terrorystycznym. W innym wypadku przeszukania i kontrole w siedzibie linii lotniczej "Kogałymawia" trwałyby po dziś. Wszyscy propagandyści w rodzaju Sołowiowa i Kisieliowa, piętnowaliby bałagan panujący w większości mniejszych linii lotniczych, a także ich wyjątkową pazerność.
W pewnym momencie, tego rodzaju wypowiedzi zniknęły jak na rozkaz. Nawet artykuł szczególnie zawziętego autora w "Komsomolskiej Prawdzie" oskarżający a to Izraelczyków, a to Amerykanów o to że zestrzelili Airbus swoja rakietą, nie zasługiwał już na odrobinę uwagi. Teraz większość ekspertów, wśród nich także rosyjscy, doszła do wniosku, iż najpewniej terrorystom udało się podłożyć bombę w luku bagażowym samolotu. Co oznacza, iż złowieszczemu Państwu Islamskiemu, wyjętemu w Rosji spod prawa (gdyby ktoś tego nie wiedział), lub powiązanym z nim strukturom udało się zademonstrować krytyczne stanowisko wobec prowadzonej przez Putina w Syrii operacji antyterrorystycznej. A także oznacza to, iż 217 pasażerów (w tym 24 dzieci) oraz 7 członków załogi oddało życie za Baszara Asada.

To oczywiste, iż nikt na Kremlu nie spodziewał się z tego powodu masowych demonstracji protestacyjnych, ani broń Boże jakichś łatwych do stłumienia szalonych buntów. A jednak i tam na górze mogły się pojawić pytania formułowane dyplomatycznie pytania. Na pewno pan to wszystko prawidłowo przeanalizował Władimirze Władimirowiczu? Cała ta Syria, Asad junior, cały ten Bliski Wschód - są nam rzeczywiście potrzebne? Może cena, jaką płacimy za szyitów i alawitów, naszych wiecznych i zmyślonych sojuszników jest zbyt wysoka, jak się panu zdaje? Pańskie marzenie, by na poziomie geopolitycznym dorównać Barackowi Obamie, zasługuje na taką ofiarę?


Można wojować dalej


Upłynął tydzień, potem następny, jednak poza podłymi politycznymi outsiderami, wychowankami Zachodu i agentami Departamentu Stanu podobnych pytań nie sformułował nikt. Kraj ucichł, na dzień pogrążył się w żałobie, potem w upojeniu świętował Dzień Jedności Narodowej, opluwając z pogardą Amerykę i rosyjski Bank Centralny. Jednak nikt spośród znaczących polityków, lub promujących politykę państwa dziennikarzy o głównym nawet się nie zająknął. Wniosek wyciągnięto prosty, można wojować dalej, nie trzeba liczyć się z ofiarami. I nawet jeśli jutro zdarzy się kolejne nieszczęście, prezydent powtórzy swoje słowa, o tym, iż im nie uda się nas zastraszyć. I będzie miał rację.

To wszystko jest możliwe, bo nie mamy ani kraju, ani społeczeństwa. Wojnę prowadzić możemy, gdzie nam się żywnie podoba. Każde, nawet największe nieszczęście, w oczach współobywateli będzie wezwaniem do mobilizacji. Choćby po to, byśmy zjednoczyli się jeszcze bardziej wokół człowieka, bez którego Rosja nie będzie istnieć. Mówiono nam już o tym w telewizji, powtórzą to jeszcze wiele razy i ludzie się zjednoczą. Kiedy w końcu, uczucie trwogi i nienawiść ścisną nam gardło, tak iż oddychanie stanie się niemożliwe, na stronach bluźnierczego francuskiego tygodnika znów narysują coś wstrętnego i hashtag  #Ja nie Charlie znów pobije w Runecie wszelkie rekordy. Ludzie wykształceni nazwą tę reakcję sublimacją, ale znamy także inne słowa, być może byłyby nawet trafniejsze, choć tu publikować ich nie będziemy. Znamy je za dobrze, by ich używać publicznie.
Za to w Hiszpanii wszystko odbyło się inaczej. Władzę, która raz jeden przed wyborami pozwoliła sobie na kłamstwo, zmieniono. Jednak trudno było jej porażkę ocenić jako triumf Al.-Kaidy, albo Bin Ladena, pozbawionego życia w kilka lat później.

Tamta sytuacja, to świetna ilustracja stosunków panujących między wolnymi obywatelami i wybraną w wolnych wyborach władzą. Zobaczyliśmy naród pozbawiony najmniejszego lęku przed naczalstwem, autentyczne socium, przestrzeń wolną od kłamstwa. Sami ludzie podyktowali władzom, jaką winny prowadzić politykę wewnętrzną i zagraniczną. W ciągu trzech dni po zamachu, społeczeństwo obywatelskie położyło kres wojnie. W oczach ludzi była nie potrzebna, prowadzono ją w cudzym interesie. Wybory pozwoliły społeczeństwu zademonstrować swoje poglądy, dzięki nim wycofano oddziały wojskowe, ratując być może setki istnień ludzkich. W Rosji wszystko dzieje się na odwrót i dlatego Donbas tak blisko splata się z Syrią, ofiary ludzkie liczymy w tysiącach, a końca temu nie widać nawet na horyzoncie. Właśnie wezwano ludzi, by zajęli miejsca w samolocie, w luku bagażowym już tyka bomba, a płonący samolot leci pewnie kursem wiodącym od miasta Thorez na Ukrainie, ku półwyspowi Synajskiemu.



Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciolowski


Oryginał ukazał się na portalu snob.ru: http://snob.ru/profile/27216/blog/100356





*Ilja Milstein, (ur. 1960) politolog, dziennikarz. Absolwent wydziału dziennikarstwa Uniwersytetu Moskiewskiego. Pracował w takich pismach, jak "Ogoniok", "Nowoje Wremia". Jest laureatem licznych nagród dziennikarskich. Od dziesięciu lat mieszka w Monachium. Stały autor licznych rosyjskich pism i wydań sieciowych, takich jak Grani.ru, Snob.ru, The New Times, Svoboda. Współautor wydanej w Polsce książki "Pomarańczowa księżniczka. Zagadka Julii Tymoszenko".








Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego. 







czwartek, 5 listopada 2015

Internet pod nadzorem: spowiedź rosyjskiego informatyka



Kontrola nad Internetem jest jednym z priorytetów Kremla. Od dłuższego czasu prowadzony jest rejestr stron zabronionych, blokowane są strony, portale, konkretne publikacje. Jak na co dzień prowadzona jest w Rosji kontrola Internetu? Jak się przed nią chronić? Dmitrij Okrest, dziennikarz niezależny z Moskwy, zapisał relację informatyka zatrudnionego w niewielkiej firmie zajmującej się dostawą Internetu. Policjantom i prokuratorom brakuje kwalifikacji, najważniejsze, by ich sprawozdania podobały się zwierzchnikom. Na rynku dostępne są "czarne", nierejestrowane usługi internetowe. Władze jednak starają się dokręcić śrubę, domagając od dostawców wdrożenia nowych systemów kontroli.



Autor: Dmitrij Okrest





W porównaniu z telewizją rosyjski Internet jest przestrzenią wolności. Jednak Kreml nie lekceważy zagrożenia z tej strony i podejmuje szereg kroków mających na celu zwiększenie kontroli rosyjskiej sieci. 


  

Od 2012 roku w Rosji prowadzony jest scentralizowany rejestr zabronionych w Internecie stron. Nie jest to federalna lista materiałów o charakterze ekstremistycznym. Na tej ostatniej znajduje się masa wszelkiego rodzaju ulotek i plików video niezdarnie opisanych przez komornika sądowego. Rejestr stron zabronionych jest dokładniejszy, wniesiono do niego 100 tys. adresów. FSB nie sprawdza jednak jak stare zakazy są przestrzegane, dla nich ważniejsze jest, by spisy nowych zakazów przychodziły na czas z serwerów Roskomnadzoru (rosyjska agencja rządowa sprawująca kontrolę nad mediami - "mediawRosji"). Zgodnie z przepisami dostawcy Internetu winni codziennie dokonywać aktualizacji rejestru, jednak w rzeczywistości sprawdzają te informacje raz na trzy dni.

Kurator z FSB

Każdy dostawca Internetu ma swojego kuratora z FSB. Dotyczy to także naszej firmy, chociaż to co robimy jest typowym przykładem działalności na małą skalę, obsługujemy 10 tys. gospodarstw domowych. Funkcjonariusz FSB odpowiada za dzielnicę, odpowiada za monitoring całego szeregu miejscowych dostawców. Jest szczęśliwy, kiedy może powiedzieć: "ok, w porządku, oni już swój spis zaktualizowali". Dysponuje też odpowiednią statystyką, jeśli się spóźnisz, a on zauważy, zaraz telefonuje. Zaczynają się zarzuty, groźby. Na naszych znajomych nakładano kary, jeśli administratorzy nie uzupełnili czarnej listy.

W odróżnieniu od FSB, prokuratura sprawdza, czy możliwy jest dostęp do zabronionych stron wniesionych do rejestru. Zgodnie z obowiązującą procedurą prokuratura winna oskarżyć każdego moskiewskiego dostawcę, który by się nie orientował, iż na czarną listę wpisano jakąś nową stronę. Całkiem niedawno dostaliśmy mandat, 50 tysięcy rubli. Podobno w 2011 roku nie zainstalowaliśmy jakiejś blokady, a oni obudzili się teraz. Prokurator sam mówi: "bądźcie grzeczni i zapłaćcie, potrzebujemy więcej spraw, nasze sprawozdanie kwartalne musi wyglądać odpowiednio."

Istnieją różne sposoby egzekwowania zapisów na czarnej liście. Można tępo zablokować całą stronę, portal, tak postępują duzi operatorzy. Ale można też konkretny adres, link, tak postępujemy my, choć z technicznego punktu widzenia jest to operacja bardziej złożona, a zatem droższa. Tak ogólnie, jeśli jesteś klientem małego operatora, to twoja szansa dostępu do treści zakazanych będzie większa. Na tym poziomie kontrola jest mniejsza. Swoim znajomym otworzyłem w ogóle dostęp do wszystkich stron, przecież nikt z nich nie pójdzie na skargę do prokuratury. Teoretycznie tego rodzaju usługi można by realizować i na zasadach komercyjnych.

Na wezwanie blokujemy wszystko

Latem zeszłego roku wybuchła panika w związku z kwestią separatyzmu. W konsekwencji zablokowano wszystkie materiały o federalizacji Syberii. To była robota "na piechotę", korzystając z analizy semantycznej, szukaliśmy słów "markerów". Gdy poprosi się o dane w wyszukiwarce, używając takich "markerów" jak "Putin-terroryzm-na Kaukazie" widać, że blokada realizowana jest już przez "Yandex".  Dostawcy Internetu nie mają z tym nic wspólnego.
Blokujemy stronę tylko wówczas, gdy przychodzi do nas odpowiednie pismo z powołaniem się na decyzję sądu. Ale rejonowe i dzielnicowe placówki "organów" muszą wykonać normę. Na przykład, do naszej sieci podłączają się pracownicy prokuratury rejonowej, oni mają jednego bzika, jakiś sąd w Chanty-Mansyjsku coś zakazał, teraz oni szukają takich rzeczy. Nie napiszą do Roskomandzoru,  nie domagają się odpowiedniego uzupełnienia oficjalnego rejestru - od razu pędzą do sądu. Zabroniona stronę trzeba wyłączyć jak najprędzej.

Rzecz jasna, kiedy przychodzi do nas wezwanie, blokujemy wszystko. Wcześniej jednak nie mogliśmy wiedzieć, iż coś należy zablokować. O tym, sąd w Chanty-Mansyjsku podjął tego rodzaju decyzję, można dowiedzieć się tylko na jego stronie. Kiedyś zapytano mnie w sądzie: zablokowaliście? Odpowiadam: oczywiście! No i idziemy do komputera, żeby sprawdzić "zablokowaną stronę". No i rzecz jasna, ona otwiera się natychmiast, sąd nie jest podłączony do naszej sieci, ich dostawca także nie ma pojęcia o decyzji syberyjskiego sadu. Zaczynają na mnie patrzeć zdziwionymi oczami. W rezultacie dla sędziego i asystentki prokuratora muszę wygłosić zaimprowizowany wykład, o tym jak funkcjonuje Internet. Usiłuję im wytłumaczyć, że dostawca nie jest w stanie zablokować jakiejś strony wszędzie, w najlepszym wypadku na terytorium swojej dzielnicy. Choć wygląda na to, że moje słowa do nich trafiają, to i tak będą do nas przychodzić nowe podobne wezwania, zablokujcie stronę natychmiast i wszędzie.

Na czarnych listach jest polityka (na przykład kasparov.ru, grani.ru), jest i religia. Tutaj najczęściej chodzi o śmiecie. Te rzeczy nie są ani interesujące, ani znaczące. Blokadą najczęściej obejmuje się mało popularne strony z długachnymi adresami. Wyglądają na lewiznę, zaprojektowano je tak, że czytać się nie da. Całkiem niedawno zablokowaliśmy bazę z danymi paszportowymi - tam i tak znalezienie czegoś było niemożliwe.

Co to takiego SORM - 2?

W chwili obecnej wszyscy dostawcy Internetu powinni dysponować "SORM" w wersji numer 2 (Zespół Środków i Metod Technicznych stosowanych w ramach prowadzonych czynności operacyjno-śledczych). Mamy obowiązek przechowywania w pamięci przez dwa lata wywoływanych adresów. Na razie systemu SORM - 2 całkowicie wdrożyć się nie udało. Prace z tym związane nie są ani tanie ani łatwe. Jednorazowy test systemu kosztuje 200 tys. rubli. Testy wykonuje kilku monopolistów - stąd takie ceny. Wielkie firmy zapewniające dostęp do sieci dysponują większymi możliwościami, mają też więcej klientów. Ale wiele problemów związanych jest ze skalą i ilością danych. Nie mamy takich technicznych możliwości, dzięki którym moglibyśmy dążyć z zapisaniem danych o objętości 40 gigabajtów.

Nie dysponujemy odpowiednim dla SORM żelazem. Organy domagają się oczywiście, byśmy całkowicie wdrożyli SORM - 2. Ale dziś sytuacja wygląda tak, że oni bez nas nie wiedzą nic. Kiedy rodzi się podobna potrzeba, facet z FSB po prostu telefonuje, a ja sam szukam w naszej bazie danych kto i dokąd chodził.

A tak w ogóle, nasz rynek IT jest bardzo mały. Wszyscy tu się nawzajem znają. Na przykład ja sam znam gościa, który montował czujniki w biurze u Nawalnego. Nawiasem mówiąc, za tę operację dostał naganę. Gdyby zamontowane przez niego czujniki zostały ustawione w trybie biernego zbierania informacji, a później dane byłyby wysyłane o 4 nad ranem, nikt tych czujników nie potrafiłby namierzyć. Kto to zamawiał, gdzie jeszcze instalowano podobne urządzenia, nie mam pojęcia.

Analfabetyzm funkcjonariuszy

Poziom wyszkolenia informatycznego pracowników zatrudnionych w organach jest katastrofalny. Oni nie potrafią posługiwać się nawet tymi instrumentami, jakie są dziś dostępne. Policjantom wydaje się, że numer IP jest podobny do numerów rejestracyjnych samochodu i nie rozumieją, że z jednego numeru korzystać mogą tysiące ludzi.

Niedawno przyniesiono do nas pendrive'a zgubionego przez funkcjonariusza z sąsiedniej dzielnicy. Na nim masa spraw kryminalnych, setki śledztw. Znalazłem właściciela poprzez jego skrzynkę na portalu Odnoklassniki.ru, do niej z resztą i tak ktoś się już włamywał. Funkcjonariusz ucieszył się, całe swoje życie przechowywał na tym pendrivie, ten gość nawet nie rozumiał, że dane należy szyfrować i zawsze zapisywać kopię zapasową. Albo inna historia, niedawno chodziłem na komisariat, tam wszedłem do ich sieci lokalnej. Znalazłem w niej lawinę wirusów. A oni nawet nie byli podłączeni do Internetu. Więc o jakich kwalifikacjach funkcjonariusze mielibyśmy mówić?

Teraz ci właśnie funkcjonariusze starają się znaleźć w sieciach społecznościowych internautów rozprzestrzeniających nielegalne materiały. W pracy, na co dzień,  funkcjonariusze korzystają z prywatnych kont pocztowych na mail.ru, a tam przecież jest masa dziur, im nikt nie założył poczty służbowej. Zaczynają swoje e-maile od tytułu, potem powołują się na numer śledztwa, wreszcie piszą o co im chodzi: "proszę udostępnić informacje o użytkowniku sieci Internet wchodzącym do serwisu "Wkontaktie" w następujących godzinach….". W porządku, kiedy podają także numer IP, u nas w ciągu sekundy na "vkontaktie" wchodzi 300 użytkowników. Za to nie interesują ich ani Odnoklasniki.ru, ani Facebook, w ich sprawie nie zwracano się do nas ani razu. W kwestiach politycznych funkcjonariusze szukali informacji przede wszystkim podczas protestów na Placu Blotnym, albo w czasie wyborów. W ciągu miesiąca przychodziło po pięć wniosków, a tak dostajemy średnio nie więcej niż 3.

W 80% przypadków muszę zatelefonować i przepytać ich, żeby zrozumieć dokładnie, o co im chodzi. Pytanie musi być sformułowane prawidłowo, to połowa sukcesu. Mamy także dziedziny, gdzie chętnie współpracujemy. Bezpłatnie, na zasadach społecznych, pomagam w walce z działalnością nielegalnych klubów hazardowych. Nie potrzeba wiele, by udowodnić tego rodzaju działalność, wystarczy sieć i wyjście do Internetu dla wszystkich wchodzących w nią komputerów. Ale funkcjonariusze na co dzień zajmują się rabunkami, albo gwałtami, im na prawdę trudno poruszać się w internetowym chaosie. Próbowałem porozmawiać z ich informatykami (funkcjonariuszami Centrum do Walki z Ekstremizmem). Poznaliśmy się na jakimś seminarium. Zaproponowałem im bliższą, lepszą współpracę, ale oni też okazali się wyjątkowo tępi.

Siedź cicho!

Może więc ta paranoja jest nieuzasadniona? Od roku jednak widzę, jak próbują zrobić porządek. Nie da się już założyć sieci tak, by cię nie zauważyli. Zaczęto dokręcać śrubę. Dlatego nasza firma nie chce zajmować się telefonią. Wcześniej to wszystko było czysto formalne, ale teraz jeśli chcesz w to wejść, musisz obowiązkowo wdrożyć SORM. Inna sprawa, iż jeśli zmniejszą się rozmiary rynku legalnego, to czarny szybko to sobie odbije. Im silniej będzie ograniczany Internet legalny, tym większe będzie zapotrzebowanie na czarny.

Zgadzam się z tym całkowicie, że przestępców trzeba łapać. Ale w dzisiejszych warunkach, jeśli system SORM-2 zostanie wdrożony całkowicie, to z Internetu będzie się korzystać także w sposób nielegalny. Kiedy przejdziemy na SORM-3,  funkcjonariusze FSB będzie mógł bez sankcji prokuratora zajrzeć do sieci za pośrednictwem dostawcy i zorientować się jaką fotkę wykłada właśnie jego klient, albo o czym rozmawia, korzystając z komunikatorów.

Dostawcy będą mieli obowiązek przechowywać tego rodzaju dane przez dwie doby, to znaczy cały nasz strumień danych, 5 gigabitów na sekundę będziemy musieli gdzieś zapisywać na dwie doby. Rozmiary potrzebnej pamięci osiągną wariackie rozmiary. O ile się orientuję, SORM-3 na razie nie działa w zwykłym Internecie, ale niewykluczone, że posługują się nim na poziomie Federalnej Służby Ochrony, albo informatycy zatrudnieni w obiektach o znaczeniu strategicznym.

Zdecydowana większość internautów nie chce się ukrywać. Z szyfrowania korzysta ułamek procenta. Naprawdę musimy się wysilić, żeby analizując naszą bazę danych znaleźć kogoś posługującego się TORem (przeglądarka dla anonimowego podłączenia się do sieci). Żeby nie zwrócono na człowieka uwagi, wystarczy nie rozrabiać, nie chodzić na demonstracje i wrzucać do sieci zdjęć zajadłych opozycjonistów. Najlepsza ochrona polega na tym, by się nie wyróżniać… Wówczas FSB się tobą nie zainteresuje. Ale, jeśli już się wyróżnisz, to masz przechlapane. Wtedy radziłbym, żeby pójść na giełdę i kupić sim karte zarejestrowaną na Kazbeka Alijewicza. Potem przy pomocy programu PGP trzeba zaszyfrować wszystko na komputerze. Na telefonie komórkowym warto zainstalować VPN. No i potrzebna będzie sesja realizowana przez Telegram. Inaczej wszystko będzie do chrzanu. Teoretycznie FSB powinno dysponować kluczem i algorytmem do rozszyfrowywania Telegramu, ale jak się wydaje, na razie im tego nie udostępniono.

Będzie jak w Korei Północnej?

Niedawno pisano, iż Roskomnadzor przeprowadził trening na wypadek, iż Rosja zostanie odłączona od Internetu. Podobno nie bardzo się udał, zawinili mali dostawcy usług sieciowych, którzy przesyłają nie rejestrowany "ruch". My sami nie zauważyliśmy ani wyłączeń, ani jakichś zakłóceń, choć w naszym wypadku 30 procent ruchu generują dostawcy zagraniczni. Tak, jak istnieją nielegalne ropociągi, tak istnieje też masa nielegalnych kabli, nigdzie nie zarejestrowanych.

Nawet na poziomie czysto fizycznym, materialnym całkowite odłączenie nie jest takie proste. Jeden z największych punktów wymiany ruchu znajduje się we Frankfurcie. Tam podłączona jest masa kanałów, w tym także rosyjskich. To jest wygodne rozwiązanie, przy pomocy kilku krótkich przewodów można połączyć ze sobą różnych operatorów. Jeśli będą blokowane kanały w punktach wymiany ruchu, to potrzebne będzie odcięcie kanałów wychodzących za granicę, na przykład do Europy. Ale to oznacza, że potrzebny będzie ośrodek wymiany danych na własnym terytorium.

Tak, czy inaczej w dalszym ciągu będą wykorzystywane kanały "nielegalne",  prowadzące do Frankfurtu. Żeby wszystko wyłączyć, trzeba wszystko kontrolować. Już teraz jest wiele różnych punktów, a z czasem ich ilość tylko wzrośnie - wszystkiego kontrolować się nie da, nie ma jeszcze takich możliwości. Obecnie najwyraźniej, ruch transgraniczny między różnymi krajami nie jest kontrolowany. Podejmowano próbę stworzenia jednego operatora odpowiedzialnego za ruch zagraniczny, ale skończyło się tylko na gadaniu.

Jeśli rzeczywiście testowano możliwości całkowitego wyłączenia, to jak mi się wydaje, chodziło zapewne o przygotowanie się do pełnej izolacji internetowej grożącej nam, gdyby zostały zaostrzone sankcje. Teoretycznie to jest możliwe, by globalne organizacje w rodzaju tych kontrolujących nazwy domen, czy rozdzielających numery IP wyłączyły jakiś kraj. W takim wypadku na początku powstanie chaos, ale w ciągu kilku dni rozwiniemy swój runet. Prawie tak jak w Korei Północnej.


Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciołowski


Oryginał ukazał się na portalu The Insider: http://theins.ru/obshestvo/15487



*Dmitrij Okrest, rosyjski dziennikarz niezależny, publikował na łamach "The New Times", "The Insider", Colta.ru," Russkij reportior"







Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego. 




poniedziałek, 2 listopada 2015

Dylemat Putina: wojować, czy handlować?



Rosyjska elita unika jak ognia krytyki prezydenta Putina, jednak w swej ocenie prowadzonej przez Kreml polityki pozostaje podzielona. Tatiana Stanowaja w artykule opublikowanym na portalu Moskiewskiego Centrum Fundacji Carnegie dzieli rosyjską elitę władzy na trzy grupy: "wojowników", "handlowców" i "duchownych". Każda z nich ma inne priorytety, zwłaszcza w odniesieniu do polityki zagranicznej. W oczach prezydenta Putina ich współistnienie jest harmonijne, jednak i dla niego w czasach daleko posuniętej izolacji Rosji na arenie międzynarodowej podstawowy obecnie dylemat to pytanie: wojować, czy handlować? 



Autor: Tatiana Stanowaja





Tylko na pozór rosyjska elita władzy sprawia wrażenie jednomyślnej. W rzeczywistości jest podzielona na frakcje, klany i obozy. 



Wewnątrz rosyjskiej elity widzimy kilka grup zwolenników różnych i jasno określonych długoterminowych projektów organizujących stosunki Rosji ze światem zewnętrznym. Do grup tych będą pasowały swego rodzaju umowne nazwy, takie jak "wojownicy", "handlowcy" i "duchowni".


Podziały i konflikty

Czy rosyjska elita boi się izolacji międzynarodowej? Czy można zaobserwować w niej podziały i konflikty w związku z obecną linią rosyjskiej polityki zagranicznej? Dla Kremla strategia już od dawna utraciła znaczenie, najważniejsze są zadania taktyczne. Za to wśród rosyjskiej elity nie brakuje różnorodnych projektów o charakterze strategicznym. Konkurujące ze sobą propozycje o charakterze długoterminowym, jak budować stosunki Rosji ze światem zewnętrznym mają swoich licznych zwolenników.

Odwiedzając prezydenta Putina, przedstawiciele owych grup rosyjskiej elity, przekazują mu zawierające odmienne pomysły teczki z dokumentami. Znaleźć w nich można najróżniejsze rekomendacje i oceny możliwego ryzyka. Przypomnijmy sobie skandal, jaki wywołało opublikowanie w "Nowej Gazietie" notatki analitycznej przygotowanej, jak można było domniemywać przez Konstantina Małofiejewa w styczniu 2014 roku: w niej przedstawiono szczegółowy scenariusz przyłączenia Krymu do Rosji. Na pozór publikacja ta ułatwiła zadanie ludziom poszukującym dowodu na to, iż Kreml zawczasu szykował się do aneksji półwyspu. Z drugiej jednak strony, przeprowadzona tam operacja przypominała pospieszną improwizację. W jakiejś chwili Putin zdecydował, iż z różnych złożonych na jego biurku teczek wybierze tę jedną, której zawartość, jego zdaniem, najlepiej odpowiadała na wyzwania chwili. Od tego momentu zaczyna się wprowadzanie w życie proponowanych się w niej rozwiązań.

Do prezydenta Putina ze swymi troskami i obawami docierają różni ludzie, można ich podzielić na trzy szerokie grupy zwolenników tych, lub innych koncepcji politycznych.

Wojownicy gotowi są używać siły

Grupa pierwsza, i jak się wydaje dziś najbardziej uprzywilejowana (ze względu na możliwości i rolę odgrywaną w prowadzonej obecnie polityce) to "wojownicy". Odnajdziemy w niej nie tylko struktury siłowe (przede wszystkimi Ministerstwo Obrony i FSB). Należą do niej wszyscy, o których można powiedzieć, iż są zwolennikami stosowania siły. Na szczytach naszej władzy takich ludzi jest bardzo dużo, choćby spiker parlamentu Siergiej Naryszkin, ekonomista Siergiej Głaziew, autorzy projektu "Noworosji", wicepremier Dmitrij Rogozin, lobbyści kompleksu wojskowo-przemysłowego, itd. Wszyscy oni spodziewają się rozszerzenia swoich wpływów i przywilejów, gdyby doszło do daleko idącej realizacji scenariusza izolacjonistycznego.

Trudno grupę tę nazwać partią wojny, nic w niej nie jest podobne do partii. Możemy mówić jedynie o szeregu rozrzuconych po różnych dziedzinach naszego życia politycznego i gospodarczego działaczach zainteresowanych i opowiadających się za scenariuszem konfrontacji. Im bardziej nasze stosunki z Zachodem będą się pogarszać, tym bardziej będą się rozszerzać granice ich wpływów. Trzeba to zrozumieć, "wojownicy" są całkowicie zdeterminowani, by wyprzedać swoje zachodnie nieruchomości, zamknąć rachunki bankowe i doprowadzić do powrotu do kraju swoich dzieci. Po spełnieniu tych warunków mogą liczyć na jeszcze większą dywidendę, jednak już tylko wewnątrz samej Rosji.

Handlowcy nie chcą konfrontacji  

Druga grupa to "handlowcy". Nie ma w tym nic dziwnego, im właśnie najbardziej odpowiada realizowana obecnie przez państwo rosyjskiej linia: ani pokoju, ani wojny. Pozwala ona "handlowcom" w maksymalnym stopniu zachować swobodę manewru. Putin jest nieprzewidywalny, nie da się całkowicie wykluczyć, że już jutro Kreml wybierze drogę porozumienia i rozpocznie promowanie demokracji oraz zachodnich wartości.

"Handlowcy" reprezentują biznes. Jedni ten stary, uformowany jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, inni zbudowany na przyjaźni z Putinem w latach dwutysięcznych. Tak państwowy, jak i duży biznes prywatny gotowe są do wspierania Putina. Pierwszy nie potrafiłby działać inaczej, drugi, w przeciwnym wypadku mógłby wszystko stracić. Ludzie związani z biznesem państwowym zostali objęci sankcjami, to jeszcze bardziej zbliżyło ich do Putina, jest on dla nich monopolistycznym źródłem wszelkich korzyści. Weterani biznesu z lat dziewięćdziesiątych także ponieśli straty w wyniku obecnego kryzysu geopolitycznego, jednak nie w każdym wypadku uderzyły w nich bezpośrednio. Starają się więc minimalizować ryzyko, solidaryzując się z władzą. "Nie lubię, kiedy nie jestem kochany" - w wywiadzie dla agencji TASS stwierdził Władimir Potanin (właściciel "Norylskiego Niklu" - "mediawRosji"). Rosyjski oligarcha wciąż jeszcze nie utracił wiary w wielbiących Rosję zachodnich biznesmenów. Być może uważa też, iż politykom demonstrującym wobec Rosji destrukcyjne, agresywno-emocjonalne stanowisko już nie długo będzie z tego powodu wstyd.

"Handlowcy" nie chcą konfrontacji z Zachodem. Pragną jak najszybszego zniesienia sankcji. Igor Sieczyn skarży się, iż ucierpiała kapitalizacja jego firmy. Gennadij Timczenko zrestrukturyzował swoje aktywa, by zminimalizować straty. Władimir Potanin jest niezadowolony, iż ograniczono mu dostęp do kredytów. Oleg Deripaska powiedział Ksieni Sobczak, iż "należy starać się o zmniejszenie eskalacji napięcia w stosunkach z USA i z innymi wpływowymi krajami opowiadającymi się po ich stronie, a także z Europą".

Ale ani Potanin, ani Deripaska nie ośmielają się krytykować Władimira Putina. Obecna rzeczywistość z popularnością prezydenta na poziomie 90% jest dla nich czymś oczywistym. Putin w dzisiejszej Rosji pozostaje dla nich częścią niezniszczalnego wszechświata, trzeba go czcić niczym słońce nad głową. Z drugiej strony jednak, pod żadnym pozorem nie chcą traktować sankcji jako oczywistości.  Chcą wierzyć, iż za jakiś czas, zostaną one niechybnie anulowane.

Dla "handlowców" obowiązywanie sankcji przez dłuższy czas to scenariusz najgorszy z możliwych. Wszystko jakoś się ureguluje, wypowiadają te słowa pod nosem niczym swoista mantrę. "Po pewnym czasie piana zniknie. Najbardziej powierzchowne pójdzie w niepamięć. Komuś z pewnością będzie wstyd za dzisiejsze niepotrzebne emocje i obraźliwe słowa. W żaden sposób nie damy sobie rady bez Europy i Ameryki. I oni bez nas też. Może nie będziemy się przyjaźnić, ale trzeba będzie  w jakiś sposób uregulować stosunki" - mówił Potanin. Choć zapewne trudnym, Zachód pozostaje dla niego partnerem.
Konsolidacja wokół figury Putina nie zasypała przepaści, jaka istnieje w stosunkach między "wojownikami", a "handlowcami". Różni ich stosunek do niektórych czysto rosyjskich problemów. Anatoli Czubajs prowadzi dialog z Aleksiejem Nawalnym, choć zdaniem resortów siłowych opozycjonista dawno winien trafić za kratki i to jako zwykły przestępca. Potanin charakteryzuje Dmitrija Zimina (założyciela fundacji "Dynastia", uznanej przez reżim za agenta obcego państwa - "mediawRosji") jako "prawdziwego rosyjskiego patriotę" (zupełnie jak Ramzan Kadyrow podejrzanego o zabójstwo Niemcowa Zaura Dadajewa). Równocześnie dla autorów filmu pokazanego przez telewizję NTV Zimin jest po prostu agentem Departamentu Stanu. Wspólnie szykują w Rosji kolorową rewolucję wiodącą ku rozpadowi państwa. Trudno nie zauważyć, iż w ocenie Aleksieja Nawalnego i Dmitrija Zimina "handlowcy" i "wojownicy" różnią się tak bardzo, iż można mówić o przepaści.

Duchowni i ich werble

Istnieje jeszcze jedna wpływowa grupa. Jej orkiestra potrafi grać głośniej od pozostałych. Jednak najwyraźniej jej rzeczywiste wpływy są o wiele mniejsze. Mam tu na myśli "duchownych" - Rosyjską Cerkiew Prawosławną, zapalczywych parlamentarzystów, prawosławnych aktywistów i propagandystów. Ich dziełem jest propaganda wojny. Podgrzewanie agresji społecznej i nienawiści jest dla nich najważniejszym instrumentem, sensem życia i działania (dla samego Putina to wyłącznie kwestia pragmatyczna, na ile będą użyteczne w polityce).

"Duchowni" budują fundamenty reżimu. Na nowym etapie władzy Putin potrzebuje wsparcia ideologicznego. W proponowanej przez nich nowej ideologii odnaleźć można wiarę, tradycyjne wartości, potępienie dla zachodniego stylu życia, przeświadczenie o upadku cywilizacji zachodniej. W przeszłości na Kremlu za kwestie ideologiczne odpowiadał Wiaczesław Surkow, teraz walka o czystość ideową odbywa się na zewnątrz kremlowskich ścian. W ten sposób grupa "duchownych" dała o sobie znać, dowiodła, iż na jej światopogląd istnieje zapotrzebowanie. W końcu jej przedstawiciele trafili na ekrany telewizorów, na górze uznano, że ludzie ci zasługują na promocję. Ideologia konserwatywna jest ich chlebem codziennym i gwarancją pomyślnej przyszłości.

"Duchowni" cieszą się uznaniem, gdy Zachód wywiera na Rosję presję, kiedy Putinowi wykręcane są ręce i wrogowie depczą nasze interesy narodowe. Im więcej wrogów, tym bardziej rozszerza się pole bitwy. W tego rodzaju okolicznościach łatwiej z budżetu ukraść pieniądze, łatwiej o karierę. Jedna istotna cecha odróżnia "duchownych" od "wojowników", tym pierwszym zależy na tym, by Zachód był pozostawał dostępny. Ostrzejsza konfrontacja z Zachodem sprawiłaby, iż ogromna armia propagandystów przestałaby być potrzebna. Dziś przedmiotem ich zabiegów propagandowych jest Zachód, wojna prowadzona jest na froncie ideologicznym. Ale w rzeczywistości, choć formalnie ich działalność skierowana jest na zewnątrz, ich przesłanie skierowane jest i do władzy i do prostego obywatela.

Putin obserwuje wszystkich z góry. W jego oczach te policentryczne konglomeraty (nawet używana wcześniej nazwa grupa do nich nie bardzo pasuje) składają się na zrozumiały dla niego obraz świata. "Wojownicy" są dla niego istotnym źródłem siły, "handlowcy" niezbyt skuteczną formacją polityczną. "Duchowni" obecni są w tle i gdy trzeba biją w werble. Putin żyje w swoim własnym świecie, tam między nimi panuje harmonia. Jednak zapewne ani "wojownicy", ani "handlowcy" nie są zadowoleni z podziału ról w tym spektaklu. Im bardziej tworzone przez partię wojny instrumenty okazują się potrzebne i użyteczne, tym bardziej rosną jej wpływy w rzeczywistej polityce. W rezultacie, do pewnego stopnia Kreml staje się zależny od skuteczności ich działań. "Handlowcy" z kolei stają się ofiarą nowych trendów. Dziś nabierają one trwałego charakteru, przestają być tymczasowe i koniunkturalne. "Wojować", czy "handlować" - to teraz główny dylemat przed którym stanął Władimir Putin.



Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciołowski



Oryginał ukazał się na portalu Moskiewskiego Centrum Fundacji Carnegie: http://carnegie.ru/2015/10/28/ru-61774/ikgx




 *Tatjana Stanowaja, rosyjska publicystka, analityk, politolog, współpracownica Ośrodka Technologii Politycznych kierowanego przez Igora Bunina. Autorka artykułów publikowanych w mediach rosyjskich i międzynarodowych. Regularnie współpracuje z portalem slon.ru. Mieszka we Francji. 











Artykuły Tatiany Stanowej na "Media-w-Rosji":



Wydarzenia na kijowskim Majdanie wybuchły rok temu. Na Ukrainie rewolucja odniosła zwycięstwo. Dla Wladimira Putina taki rozwój wydarzeń był nie do zaakceptowania. Działania podjęte przez Kreml, zajęcie Krymu, sprowokowanie działań zbrojnych na wschodzie Ukrainy pociągnęły za sobą daleko idące następstwa, śmierć ludzi, zniszczenia, zmiany granic.Publicystka i politolog Tatiana Stanowaja zastanawia się, jaki jest dla Rosji bilans strat i zysków związanych z kryzysem na Ukrainie.






Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego. 






niedziela, 1 listopada 2015

Architekt Putina



Pierwsze zamówienie z Rosji otrzymał dzięki przyjacielowi z Mediolanu. Po przyjeździe do Moskwy szybko zdobył odpowiednie znajomości. Budował dacze, rezydencje, apartamenty, biura. Wśród jego klientów znalazło się 43 rosyjskich miliarderów. Jest obecnie właścicielem biura architektonicznego w stolicy Rosji, ale jego firma nie ma nawet strony w Internecie. Nie musi się reklamować. Opinia publiczna zwróciła uwagę na Lanfranco Cirillo, gdy okazało się, iż to on jest projektantem pysznego pałacu zbudowanego w Gelendżyku nad Morzem Cazrnym, prawdopodobnie dla samego Władimira Putina. Teraz włoskiemu architektowi marzy się zwycięstwo w konkursie na projekt nowej siedziby rosyjskiego parlamentu.



Autorzy: Tom Balmforth, Carl Schreck






Zaczęto nazywać go "architektem Putina" w związku z rolą jaką odegrał w zaprojektowaniu wielkiego budowanego w głębokiej tajemnicy pałacu - jak głosi plotka - dla prezydenta Rosji. Niedawno, liczący sobie 56 lat Lanfranco Cirillo otrzymał rosyjskie obywatelstwo . Chlubi się także tym, iż dobrze zna szefa rosyjskiego państwa. Obecnie marzy o tym, bo otrzymać zamówienie na projekt nowej, ogromnej siedziby dla Parlamentu Rosji. Dzięki podobnemu zamówieniu mógłby stanąć w jednym rzędzie ze swymi wielkimi włoskimi poprzednikami, autorami budowli będących przez stulecia siedzibami rosyjskich władz, takich jak moskiewski Kreml, czy Pałac Zimowy w Petersburgu.




Pochodzący z Lombardii Lanfranco Cirillo chciałby nawiązać do tradycji wielkich włoskich architektów, autorów  Pałacu Zimowego w Petersburgu i Kremla w Moskwie. 




Nazwisko Cirillo pozostawało w Rosji nieznane, aż do chwili, gdy w okolicach miasta Gelendżyk podjęto budowę luksusowego "pałacu Putina". Dla opozycji rosyjskiej ta inwestycja stała się symbolem korupcji. Wcześniej jego nazwiska nie znali nawet specjaliści w dziedzinie architektury. Do dziś niewiadomo, jakim cudem temu zagranicznemu specjaliście udało się zdobyć tak wielkie zamówienie oznaczające pracę w najbliższym otoczeniu prezydenta Putina.

Pierwsze zamówienie

Cirillo nie chce się wypowiadać na temat budowy pałacu. Stara się zachowywać skromnie. Jego zdaniem nie ma w tym nic dziwnego, on sam po prostu przyjechał do Rosji, bo chciał tu zarobić pieniądze. W końcu udało mu się odnieść sukces. Cirillo pochodzi z miasta Brescia w Lombardii. Jak przyznaje, pierwsze zamówienie z Rosji otrzymał dzięki pośrednictwu znajomego z Mediolanu. Chodziło o budowę daczy. Cirillo nie chce ujawnić nazwiska klienta, który poznał go z Wagitem Alekpierowem, szefem korporacji Lukoil. Od niego dostał propozycję dalszej współpracy. W 1995 roku włoski architekt otworzył na Arbacie swoje pierwsze biuro architektoniczne. Cirillo budował domy dla samego Alekperowa, dla jego zastępców, zaprojektował pomieszczenia biurowe na Bulwarze Sretienskim. Przez lata projektował dacze, apartamenty, biura. Tak to trwało do 2002-2003 roku.

43 miliarderów

Dalsze zamówienia napłynęły od klientów koncernu Gazprom, oraz korporacji Novatek - jej współwłaścicielem jest przyjaciel prezydenta Putina, Gennadij Timczenko. Jak twierdzi sam architekt, projektował on domy dla 43 rosyjskich miliarderów.

Co ciekawe biuro Cirillo nie posiada strony w Internecie. Nigdzie też nie reklamuje swoich usług. Włoski architekt śmieje się, niektóre zamówienia nowych rosyjskich bogaczy były po prostu "dzikie", nie chce jednak podzielić się szczegółami. On sam jest jak "ksiądz". W żadnym wypadku nie wolno mu zdradzić tajemnicy spowiedzi. Może opowiedzieć jedną historię, pewna klientka, zajmująca wysokie stanowisko w jednej z korporacji naftowych poprosiła by zbudowano dla niej basen położony po sąsiedzku z pokojem gościnnym. Zażądała, by ogrodzono go pół przezroczystym szkłem. Zależało jej na tym, by kapiąc się nago nie tracić kontaktu z gośćmi.

Cirillo przyznaje, iż pracował nie tylko w Moskwie, ale i w wielu rosyjskich regionach. Tłumaczy prosto, dlaczego pozostaje nieznany w środowisku architektonicznym: "Czuję się dobrze, kiedy nikt mnie nie zna. Więc jaką miałbym korzyść z tego, że o mnie słyszano?"


48 milionów dolarów na materiały budowlane

Zapewne nazwisko Lanfranco Cirillo pozostałoby nieznane, gdyby nie list otwarty biznesmena Siergieja Kolesnikowa skierowany na adres ówczesnego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa. W nim znajdowała się informacja o budowie ogromnego pałacu pod Gelendżykiem. Kolesnikow był wcześniej współwłaścicielem firmy "Pietromed", prosperującej dzięki licznym zamówieniom państwowym na dostawy sprzętu medycznego. Firma powstała na początku lat dziewięćdziesiątych. Jej założycielem był Komitet Spraw Zagranicznych petersburskiego magistratu, jego szefem był wówczas Władimir Putin. Kolesnikow twierdzi, iż dziesiątki milionów dolarów przeznaczone na realizację kontraktów zostało wytransferowane z Rosji za pośrednictwem zarejestrowanej w Belize firmy Lanaval. Kontrolę nad nią sprawowali przyjaciele Putina Nikołaj Szamanow i Dmitrij Gorełow. Dane, jakimi dysponuje Kolesnikow, a także wyniki śledztwa przeprowadzonego przez agencję Reutera pozwalają przypuszczać, iż Lanaval przekazał co najmniej 48 milionów dolarów należącej do Cirillo amerykańskiej firmie Medea Investment. Za te właśnie pieniądze zakupiono materiały niezbędne do budowy "pałacu Putina."

Cirillo potwierdza, iż jego firma otrzymała zamówienie z Rosji. Jednak jak sam mówi, projektował "nie dla prezydenta, a dla klienta, który go o to poprosił".  Architekt zainkasował za swoją pracę honorarium i nie widzi w tym "niczego złego. "

W zeszłym roku w wywiadzie udzielonym Radiu Swoboda Siergiej Kolesnikow powiedział, iż pałac w Gelendżyku został zakupiony przez bogatego biznesmena Siergieja Ponomarienko, i że obecnie jego właścicielem jest firma zarejestrowana na Cyprze. Z kolei kontrolny pakiet akcji cypryjskiej firmy należy do spółki zarejestrowanej w raju podatkowym, na Wyspach Dziewiczych. "Ale kto jest rzeczywistym właścicielem, tego nie wie nikt' - stwierdził wówczas Kolesnikow.

Włoskie "palazzo"

Ze źródła pragnącego zachować anonimowość Radio Swoboda dowiedziało się, iż Cirillo wybrano jako architekta dlatego, iż miał on już doświadczenie w budowie podobnych obiektów dla Gazpromu i przedsiębiorstwa "StrojGazKonsalting". Teraz powierzono mu odpowiedzialność za design nowobudowanego pałacu.

"Cirillo zaproponował stylistykę  włoskiego "palazzo" - stwierdził informator Radio Swoboda. Jak mu się wydaje, to właśnie skojarzenia z pałacami Petersburga i Peterhofu zachęciły zleceniodawców. Od naszego informatora dowiedzieliśmy się, iż brama wejściowa do pałacu w Gelendżyku jest bardzo podobna do bramy Pałacu Zimowego.

Cirillo potwierdza, iż współpracował ze "StrojGazKonsaltingiem" 7-8 lat temu. Nie kwestionuje także informacji podanej swego czasu przez Aleksieja Nawalnego, iż sam jest właścicielem kilku nieruchomości w pobliżu Gelendżyka. Według Nawalnego, sąsiadką Cirillo jest żona byłego wysokiego funkcjonariusza Federalnej Służby Ochrony Olega Kuzniecowa. Jej mąż występuje w dokumentach jako główny zleceniodawca budowy pałacu Putina.

Ze słów Cirillo wynika, iż prawo dzierżawy swojej działki kupił od Romana Zołotowa, syna byłego szefa Służby Bezpieczeństwa Putina Wiktora Zołotowa. W 2013 roku Zołotow został mianowany na stanowisko dowódcy Wojsk Wewnętrznych MSW Federacji Rosyjskiej. Architekt podkreśla jednak, że w żaden sposób nie naruszył prawa i że wszystkie jego transakcje były całkowicie legalne. Cirillo przyznał, że kocha morze, i że z jego inicjatywa powstała szkoła jachtowa dla dzieci z Kraju Krasnodarskiego.

Tajemnicza rozmowa

Rosyjskie i zagraniczne media opublikowały wcześniej fragmenty rozmowy z udziałem (prawdopodobnie) Cirillo, Kuzniecowa, Goriełowa (były większościowy udziałowiec Banku Rosja, w Ameryce ta właśnie instytucja finansowa określana bywa jako "prywatny bank zajmujących najwyższe stanowiska urzędników Federacji Rosyjskiej") oraz Szałamowa (razem z Putinem był współzałożycielem letniskowej spółdzielni "Jezioro"). Szałamowa objęto reżimem sankcji nałożonych na Rosję przez Unię Europejską w związku z rosyjską interwencją na Ukrainie.

W pewnej chwili jeden z rozmówców (wszyscy inni zwracają się do niego po imieniu Lanfranco) zadaje pytanie o możliwe problemy, jakie mogłyby pojawić się w związku z przekazaniem do Ameryki "brudnych pieniędzy" ("black money").  Zapis rozmowy nie pozwala zrozumieć dokładnie, co Cirillo miał na myśli.  Podczas rozmowy człowiek rozpoznany jako Cirillo stale skarży się, iż jest "biedakiem".

Swój dyplom Cirillo uzyskał na jednym z uniwersytetów Wenecji. W Rosji jednak go nie uznano, dlatego architekt nie może podpisywać projektów swoim nazwiskiem. Na początku swojej rosyjskiej kariery zaraz za podpisem umieszczał inicjały BIA, dla wielu jego klientów były świadectwem jego arystokratycznych korzeni. W rzeczywistości był to skrót od słów "biedny włoski architekt".



Choć do dziś nie znaleziono stu procentowego potwierdzenia, mało kto w Rosji ma wątpliwości, iż pyszny pałac w położonym nad Morzem Czarnym Gelendżyku zostal zudowany dla Władimira Putina. 


Cirillo jednak nie jest wcale biedny i stać by go było, by nie pracować w ogóle. Zajmuje się jednak projektowaniem z myślą o "swoich pracownikach". Zatrudnia obecnie nie mniej niż 200 osób, w tej statystyce należałoby także uwzględnić 600 podwykonawców i architektów zatrudnionych w należącej do niego firmie "StrojGazKompliekt". Jej biuro znajduje się w pobliżu Kremla, ozdobione jest obrazkami na tematy religijne. Cirillo uważa się za katolika, jak sam jednak przyznaje także prawosławie darzy "wielkim afektem".

Nowa siedziba parlamentu

Cirillo marzy o tym, by zaprojektować nowy budynek Dumy Państwowej. Wyobraża sobie, iż siedziba parlamentu winna być budowlą na wielką skalę z klasycznymi portalami, kolumnami i atrium. W obecnej chwili wartość projektu szacowana jest na 1,5 miliarda dolarów. Na lipiec planowano przeprowadzenie przetargu, jednak odwołano go w związku z krytyką, iż jego warunki nie są transparentne. Nowy termin przetargu wyznaczono na koniec roku. "Fioravanti wybudował Kreml, Rastrelli Palac Zimowy. To naturalne, że chciałbym stać się kontynuatorem włoskiej tradycji kulturalnej zaszczepionej przez naszych budowniczych" - mówi rozmarzony Cirillo. Dodaje także, iż o przetargu na nowy budynek "dowiedział się z gazety" i "zwyczajnie wysłał list w tej sprawie na adres administracji prezydenta". W odpowiedzi przysłano mu "informacje na temat przetargu"

Cirillo twierdzi, iż jeśli wysyła się list do administracji Putina, to "to działa". Podobny list, jak twierdzi architekt, skłonił prezydenta do podpisania decyzji o przyznaniu mu 16go sierpnia 2014 roku obywatelstwa Federacji Rosyjskiej. Zdobył się na ten krok, gdy "praktycznie utracił nadzieję" na uzyskanie rosyjskiego paszportu. "Marzył o nim od dawna", nie chciał bowiem "żyć w tym wielkim kraju jak gastarbeiter".  



Tłumaczenie: ZDZ



Artykuł ukazał się na portalu www. svoboda.org:




*Tom Balmforth jest moskiewskim korespondentem Radio Free Europe/Radio Liberty. Publikuje w czołowych tytułach prasowych w Anglii i w Ameryce.











*Carl Schreck jest dziennikarzem (senior correspondent) Radio Free Europe/Radio Liberty w Waszyngtonie 










Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com





Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego.