sobota, 16 sierpnia 2014

Chirurg z Czukotki jedzie na wojnę za Donbas


Z położonej po sąsiedzku z Alaską dalekowschodniej Czukotki do Donbasu jest blisko 10 tys. kilometrów. Denis Kłoss, chirurg z Anadyru, uznał jednak, iż może się donbaskim separatystom przydać, jako lekarz. Był uczestnikiem krwawych wydarzeń na lotnisku w Doniecku. Obserwował bierność miejscowej ludności. Był świadkiem chaosu organizacyjnego w szeregach separatystów. O swoich przeżyciach w Donbasie opowiedział dziennikarce Annie Bykowej.
 



Rozmowę przeprowadziła Anna Bykowa




Niemal natychmiast po przyjeździe do Donbasu dr Denis Kloss stal się uczestnikiem
krwawej bitwy o donieckie lotnisko. 



Denis Kłoss urodził się w Tarnopolu. Studia medyczne zakończył na Ukrainie, stąd wyjechał na Czukotkę, gdzie pracowali jego rodzice. Denis ma 33 lata, obecnie pełni funkcję głównego specjalisty w zakresie chirurgii urazowej w Czukockim Okręgu Autonomicznym. Wykorzystując swój letni urlop, Denis jako ochotnik poleciał z Czukotki na południowy-wchód Ukrainy.

Denis Kłoss:
Przede wszystkim chciałem pojechać do Słowiańska. Najpierw przyleciałem do Rostowa. Tutaj zacząłem szukać sposobu, jak tam się dostać i w ogóle jak przekroczyć granicę, dla mężczyzn oficjalne przejścia graniczne były już zamknięte. Skontaktowałem się z miejscowym oddziałem Czerwonego Krzyża, współpracuję z tą organizacją jako instruktor. Powiedzieli mi, żebym poczekał aż do chwili, kiedy granica zostanie na nowo otwarta. Ale ja korzystałem z urlopu – miałem do dyspozycji tylko ograniczoną ilość czasu. Ktoś poradził mi, bym się skontaktował z Kozakami Dońskimi. Od nich dostałem odpowiedni kontakt i adres, w tym miejscu zbierano ochotników gotowych do walki. Takich z wojskowym doświadczeniem.

Alena Bykowa:
Miał pan już tego rodzaju doświadczenie?


Nie umiem strzelać. 



Kłoss:
Nie. Nie umiem strzelać. Jestem specjalistą w dziedzinie chirurgii urazowej. Mam dziesięcioletnie doświadczenie, miałem do czynienia z ranami postrzałowymi, tak od odłamków, jak od miny, czy wybuchu. Od razu mnie wzięli. Spędziłem zaledwie jedną noc pod Rostowem. Potem posadzili nas na trzy Kamazy i z ominięciem oficjalnych przejść wysłano przez granicę. Nasi przewodnicy – ochotnicy jechali przodem. W następnej ciężarówce jechali już Rosjanie. Posługuje się tym terminem umownie, bo tam byli i Ormianie i Osetyjczycy, kogo tam nie było. Jeszcze jeden samochód wiózł Czeczeńców, zaś w ostatniej ciężarówce umieszczono Ukraińców gotowych do walki. Wśród nich było wielu przybyłych z takich miast, jak Charków, Dniepropietrowski, Odessa.

23 maja dotarliśmy do Doniecka. Wieźliśmy ze sobą ładunek o charakterze humanitarnym: lekarstwa, artykuły higieniczne.

Zajmowałem się organizacją pomocy medycznej w oddziale ochotników. Dostałem broń, ale przez cały czas, ani razu z niej nie wystrzeliłem.

W końcu nie udało się mi się dostać do szpitalu w Słowiańsku. Miasto zostało zablokowane. 26 maja znalazłem się na polu walki o donieckie lotnisko.

Bykowa:
Niech Pan o tym opowie więcej.


Maszynka do mielenia mięsa. 



Kłoss:

Denis Kłoss pracuje jako chirurg na
dalekiej Czukotce. 
Trafiliśmy tam na maszynkę do mielenia mięsa. Na lotnisku są dwa terminale, nowy i stary. W nocy zajęliśmy nowy terminal, w starym znajdował się specnaz z Kirowogradu. To była jednostka regularnej armii ukraińskiej ochraniająca lotnisko. Zadanie naszych ochotników polegało na tym, by uniemożliwić lądowanie samolotów z nowymi oddziałami wysyłanymi przez Kijów. Zaczęto je wysyłać zaraz następnego dnia, po przeprowadzonych na Ukrainie wyborach prezydenckich. Dogadaliśmy się wstępnie z chłopakami z Kirowogradu, że nie będziemy do siebie strzelać nawzajem.

Coś jednak poszło nie tak. Już potem analizowaliśmy tę sytuację, tam natychmiast po naszym przybyciu pojawiły się ukraińskie ochotnicze oddziały zbrojne, ich najemnicy otworzyli ogień do nas i do chłopaków z Kirowogradu. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że oni tam będą. Ani my, ani specnaz ukraiński nie rozumieliśmy, kto do nas strzela. Potem już zrobiło się nieważne, kto strzelał i do kogo.

Zaczęto nas też bombardować z powietrza, wtedy,  gdy Czeczeńcy znaleźli się na dachu. Wszyscy trafili pod ogień. Pobiegliśmy na górę, zaczęliśmy wyciągać rannych, jeden zginął, 15 odniosło rany. Ściągnęliśmy wszystkich, zaczęliśmy się wycofywać, nie mieliśmy większych szans, by się utrzymać. Strzelali do nas snajperzy, kirowogradczycy walili z moździerzy, na koniec pojawiły się wyrzutnie granatów.

Bykowa:
Mieliście wyrzutnie rakietowe?

Kłoss:
Mieliśmy. Atrapę. Budowa nowego terminalu kosztowała kupę pieniędzy, więc nikt się nie spodziewał, iż Ukraińcy będą go teraz burzyć. To był fatalny błąd z naszej strony. Do wieczora wycofaliśmy się z lotniska.

Nie mogliśmy porzucić rannych i wycofać się od razu. Gdybyśmy tak zrobili, nasz oddział można było by rozpuścić od razu, kto by w przyszłości podejmował ryzyko? Z powodu rannych, ich ewakuacja była trudna, zatrzymaliśmy się tam zbyt długo. Kiedy już cofaliśmy się, ostrzelano nas jeszcze raz na wjeździe do Doniecka.

Na Kamaz z rosyjskim oddziałem spadła rakieta przeciwczołgowa, samochód został całkowicie zniszczony, na miejscu zginęło ok. 35 ludzi, przeżyło 3-4. Znajdowałem się w drugiej ciężarówce, przewoziliśmy rannych Czeczeńców, ukraińscy ochotnicy nas przykrywali. Wpadliśmy na minę, maszynę przewróciło, oderwały się przednie koła. Potem zaczął się ostrzał, zaczęliśmy na drodze zatrzymywać samochody, tak wywoziliśmy rannych, przenosząc ich do szpitala.

Bykowa:
Nic się Panu nie stało, kiedy Kamaz wyleciał w powietrze?


Nieźle oberwałem 



Kłoss:
Nieźle oberwałem. Zorientowałem się jednak później. Przekazałem rannych do szpitala, emocje trochę opadły, patrzę, jestem cały we krwi, tylko niejasne, własnej, czy cudzej. Całe nogi miałem poharatane odłamkami, ciało było sine. Sam zrobiłem sobie opatrunek, zabandażowałem się, pojechałem dalej.

Bykowa:
Co działo się z Panem potem ?

Kłoss:
Czeczeńcy mieli już dość takiej wojny, wyjechali do siebie do Czeczenii. Pół ich oddziału ewakuowano jako "Ładunek 300" (pod takim kryptonimem wywożeni są ranni żołnierze), trzeba było zabezpieczyć ich wyjazd. Pojechałem z nimi. Do końca urlopu zostało mi 8 dni.

Bykowa:
Co im przestało się podobać w tej wojnie?

Kłoss:
Ta historia z donieckim lotniskiem była jakaś ciemna. Potem zaczęliśmy rozumieć, kto strzelał do ciężarówki podczas naszej ewakuacji. Wyglądało na to, że to byli swoi.

Bykowa:
Powstańcy?

Kłoss:
Powstańcy. Zaczęliśmy zadawać sobie pytanie, co się stało, czy była to zdrada, czy zwykły rosyjski burdel. Na lotnisku byliśmy zablokowani,  jednostki batalionu „Wschód” starały się do nas przerwać. Więc albo oni nie wiedzieli, kto znajdował się w nowym terminalu, albo mieliśmy do czynienia z aktem dywersji, im w rozkazie powiedziano, że tam siedzi armia ukraińska.

Bykowa:
Z jakiej broni korzystali Wasi przeciwnicy?


Na początku bitwy oddziały separatystów zajęły pozycję na dachu
donieckiego lotniska. 



Kłoss:
Mieli sporo ciekawego uzbrojenia. Tam na przykład byli najemnicy, wśród nich strzelały kobiety – snajperki. Jedną z nich udało się odstrzelić z wyrzutni granatów, zabrano jej amerykański karabin dużego kalibru „Barrett”. Z takiej broni kula przebije drzewo, straszna sztuka.

Bykowa:
Jak Pana bliscy zareagowali na pański wyjazd na Ukrainę?

Kłoss:
Rodzice o niczym nie wiedzieli. Powiedziałem iż, że jadę do Rostowa, pracować w Czerwonym Krzyżu. Kiedy docierasz do bazy, tłumaczą ci: jesteś ochotnikiem, jedziesz na wojnę, może się z tobą zdarzyć wszystko. Musisz to rozumieć. Jeśli cię zabiją, to prawdopodobnie pochowają cię na miejscu, twoja rodzina nie ma co myśleć o kompensacji. Dlatego, możesz powiedzieć dokąd jedziesz najbliższemu przyjacielowi, jeśli potem, po wyjeździe nie skontaktujesz się z nim przez miesiąc, będzie to dla niego sygnał, że może wszystko opowiedzieć twoim najbliższym. Tak zrobiłem. Telefon i dokumenty, wyjeżdżając na Ukrainę, zostawiłem w Rostowie.


Dlaczego tam pojechali? 



Bykowa:
Musiał pan rozmawiać z innymi ochotnikami… Tłumaczyli dlaczego tam pojechali?

Kłoss:
Nie mieliśmy specjalnie czasu na jakieś duchowe rozmowy. Jak zrozumiałem dla Rosjan głównym motywem działania, była potrzeba zemsty za wydarzenia w Odessie (pożar w Domu Związków Zawodowych z 2 maja). Ktoś inny przyjechał, by bronić swoich zamieszkałych w Donbasie bliskich. Nikt nie mówił o pieniądzach. A jeśli idzie o ochotników ukraińskich, to jakoś specjalnie się nie kontaktowaliśmy.

Bykowa:
A pana co skłoniło do wyjazdu?

Kłoss:
Jestem lekarzem. Samemu nie jest mi łatwo zrozumieć własną motywacje. Po co człowiek w Rosji idzie na medycynę? W jednym i drugim wypadku kierowały mną te same impulsy.

Bykowa:
Więc po co?

Kłoss:
Nie mam ani żony, ani dzieci. Moi rodzice jeszcze pracują, są w wieku produkcyjnym. A ja mam własne samodzielne życie. Może dlatego miałem moralne prawo, żeby pojechać. W Rostowie mnie pytano: doktorze, zdaje Pan sobie sprawę z tego, dokąd pan jedzie? Zdaję  – odpowiedziałem. Zrozumiałeś, czym to pachnie? Zrozumiałem. I nawet wtedy mogłem się wycofać. Wielu się wycofywało. Nikt nikogo za to nie osądzał. Wszyscy mamy jedno życie. Nie miałem innych możliwości, by dostać się na Ukrainę, więc się nie wycofałem.

Bykowa:
Pojechałby pan jeszcze raz?

Kłoss:
Pojechałbym, ale pod jednym warunkiem. Tam potrzebna jest lepsza organizacja. Jeśli pojawiłoby się lepiej przygotowane kierownictwo, jakaś jednak władza, lepsza łączność, odpowiednia koordynacja, a nie tak, jak jest teraz, rozdrobnione oddziały, każdy ze swoim dowództwem. Powstańcy są w stanie zadbać o odpowiednią organizację. Ale tam jest zbyt dużo dowódców, dochodzi do tego, że zaczynają walczyć między sobą. Obecnie, nawet nie wiadomo z kim tam rozmawiać, z kim prowadzić dialog.



Podczas ucieczki z lotniska w Doniecku na oddział separatystów spadł grad kul i rakiet. 



Na przedniej linii frontu lekarz nie ma nic do roboty. Tam potrzebny jest felczer, instruktor sanitarny. Więc w rzeczywistości wypełniałem funkcje sanitariusza, choć w szpitalach potrzebni byli lekarze. Co za idiotyzm. Gadałem kiedyś z człowiekiem uczestniczącym w pierwszej wojnie czeczeńskiej, wtedy także ciągnięto lekarzy na pierwszą linię frontu. Opowiadał, jak w ciągu pierwszego miesiąca stracili 26 wysokiej klasy chirurgów. Z drugiej strony, duch bojowy ochotników jest o wiele większy, jeśli razem z nimi znajdują się lekarze. Wtedy rośnie ich gotowość do ryzyka.

Mieliśmy za mało czasu, by się zgrać pod względem bojowym. Przyjechaliśmy i od razu znaleźliśmy się w ogniu.

Bykowa:
Co pan może powiedzieć o reakcji ludności cywilnej? Jaki jest jej stosunek do powstańców? Do idei Noworosji? Do samej Rosji?


Ludność była pasywna



Kłoss:
Jeśli mówić o wschodzie, to w tamtym przynajmniej okresie, ludność była bardzo pasywna. Przeprowadzono referendum – i co dalej? Sami nie wiedzieli czego chcieli, federalizacji, niepodległości, przyłączenia Rosji... To się czuło. Ludzie byli zajęci własnym życiem, jak gdyby nic się nie działo. Chodzili do kawiarni, na dyskoteki, za miasto. Donieck ma ponad milion ludności, ale w batalionie „Wschód” służyło kilka tysięcy żołnierzy. W okręgach wiejskich powstańców było więcej, ludzie w mieście muszą chodzić do pracy, na wsi są w stanie wykarmić się sami.

Jeśli idzie o zwolenników jedności Ukrainy, to oni byli na nas wkurzeni za Krym. Im się nie dało wytłumaczyć, że ludzie na Krymie zawsze chcieli do Rosji.

Tłum. ZDZ

Oryginał ukazał się na łamach magazynu sieciowego Russkaja Płanieta:

http://rusplt.ru/society/u-opolchentsev-slishkom-mnogo-komandirov-12007.html





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






wtorek, 12 sierpnia 2014

Ługańsk: bez prądu i wody, pod ostrzałem


Z każdym dniem sytuacja ludności w położonym na wschodzie Ukrainy Ługańsku staje się coraz bardziej dramatyczna. W okupowanym przez separatystów i obleganym przez oddziały ukraińskie mieście nie ma prądu, wody i łączności ze światem zewnętrznym. Nie wywożone są śmieci, w gruzach leżą miejscowe placówki oświatowe. Ługański dziennikarz Andriej Dechtiarienko, choć opuścił miasto, obserwuje rozwój sytuacji. W rozmowie telefonicznej z radiem Swoboda opowiedział, jak wygląda życie w udręczonym Ługańsku.  



 


Andriej Diechtiarenko w rozmowie telefonicznej z radiem Swoboda.
 




Większość kobiet i dzieci wyjechała z Ługańska albo na wolną od
działań wojennych Ukrainę, albo do Rosji. 



Od przeszło tygodnia w Ługańsku nie ma prądu. Nie działają wodociągi. Praktycznie nie funkcjonuje łączność, komórkowa i stacjonarna. Z miasta w zasadzie nie da się wyjechać. Korytarz, jakim dostarczana jest pomoc humanitarna do Ługańska starają się kontrolować oddziały separatystów.
Sytuacja w mieście jest bardzo trudna. Już od miesiąca żyje ono w warunkach katastrofy humanitarnej. 

Chaos


Kończą się zapasy żywności. Ługańsk tonie w śmieciach, nie funkcjonuje ani kanalizacja, ani usługi komunalne, odpowiedzialne za wywóz śmieci. Przez cały czas trwa ostrzał artyleryjski. Strzelają od środka miasta, strzelają z okolicy, armia ukraińska kieruje ogień na pozycje separatystów. Kilka dni temu ostrzelano terytorium ługańskiej fabryki im. Rewolucji Październikowej. Wchodzi ona w skład holdingu „Ługansktiepłowoz” (w Ługańsku działa do dziś największa w byłym Radzieckim fabryka lokomotyw – „mediawRosji”), w fabryce znajdowała się główna baza terrorystów, z niej prowadzono masowy ostrzał tak miasta, jak i pozycji ukraińskich. Wszelkimi możliwymi sposobami wolontariusze przewożą mieszkańców Ługańska, Stachanowa, Pierwomajska do miasteczka Sczastje. Stąd wysyłani są na terytorium Ukrainy, tam gdzie toczy się normalne życie. Ogromne kolejki powstały na przejściu granicznym w Izwarino, stąd masa uciekinierów przenosi się do Rosji. Ludzie starają się wyjechać z miasta, ale jest to coraz trudniejsze. Nie da się kupić benzyny. 

Podczas próby wyjazdu z miasta przez miasteczko Sczastje bojownicy batalionu „Ajdar” zatrzymali mera Ługańska. Podobno jego zastępca pozostał w mieście i stara się, na ile to możliwe, kontrolować sytuację. Ale miastem nie da się już administrować. Panuje w nim pełny chaos. W wyniku ostrzałów giną ludzie. Jest bardzo dużo rannych odłamkami, kontuzjowanych i poległych.

Sam pomagałem wolontariuszom przewozić lekarstwa. Przedostać się na terytorium Ługańska jest bardzo trudno. Żeby dojechać tam ze Sczastja trzeba zawrzeć porozumienie z separatystami i z armią ukraińską. Zwykle we wczesnych godzinach rannych dociera do miasta kilka samochodów z pomocą humanitarną. Ale w związku z tym, że terytorium Ługańska kontrolowane jest przez separatystów większa część pomocy humanitarnej i zapewne uzbrojenia dociera z Rosji. Był i taki przypadek, bojownicy oddziałów separatystycznych ograbili supermarket „Metro”, potem rozdawali zdobyte w nim artykuły żywnościowe jako pomoc humanitarną przywiezioną z Rosji. Oczywiście ta sytuacja humanitarna wykorzystywana jest w celach propagandowych. Do wielu ludzi już dotarło, iż ci, którzy się tym zajmują, zachowują się cynicznie, są gotowi do wykonania dowolnych rozkazów, najbardziej nieludzkich.

Krążące pogłoski są często ze sobą sprzeczne. Pojawiła się nowa informacja pochodząca ze źródeł w Ługańsku, iż otrzymując pomoc humanitarną, ludzie nie przestawali zadawać jednego pytania, kiedy skończy się ten koszmar. W odpowiedzi bojownicy oddziałów separatystycznych rozprzestrzeniają plotki, iż 17 sierpnia rozpocznie się regularna rosyjska interwencja wojskowa.

Jak złowić sieć komórkową? 


Ludzie gromadzą się we wschodniej części miasta, gdzie telefony komórkowe jeszcze odnajdują sieć.

Jednak przez większość czasu brak połączenia Ługańska ze światem zewnętrznym. To dla ludzi jest dodatkowa udręką, także dla ich krewnych, którym udało się wyjechać. Ługańsk, tak jak i cały wschód Ukrainy w dziedzinie łączności komórkowej obsługiwany był przez kompanię MTS Ukraina. Sam nie wiem, tu krążą różne domysły i hipotezy, MTS w Ługańsku nie działa, w niektórych miejscach można złowić komórkowa sieć „Kievstar”. Już mówiłem o tym, dlatego ludzie gromadzą się we wschodnich dzielnicach miasta, gdzie można jeszcze złapać łączność. Ale tam też pojawiali się żołnierze z oddziałów separatystycznych, niekiedy pod wpływem alkoholu i rozpędzali ludzi. Nie wiem, na ile informacja ta jest wiarygodna, ale podobno uniemożliwiano ludziom telefonowanie, zabierano ich stamtąd, pod pretekstem, że przekazywane przez nich wiadomości mogą nosić charakter „wywiadowczy”. 

Były też przypadki, kiedy właściciele długoterminowych umów z operatorem „Kievstar” sprzedawali je innym po spekulacyjnych cenach. To także fragment akcji humanitarnej, kiedy do Ługańska przekazywane są sim karty z pakietem usług „Kievstar”.

Nowy rok szkolny


Za dwa tygodnie teoretycznie dzieci powinny pójść do szkoły, ale obecnie nikt o tym nie myśli.  Na szczęścia większą część dzieci udało się wywieźć z miasta. Ewakuację zaczęto od kobiet i dzieci. Po drugie dziesiątki szkół zostały zniszczone w wyniku ostrzałów i bombardowań. W Ługańsku prowadzono właśnie zakrojoną na szeroką skalę akcję rekonstrukcji starych szkół. W latach 2012-2013 wiele właściwie zbudowano na nowo. Ale te szkoły teraz leżą w ruinach. Jestem pewien, 1 września w Ługańsku nie będzie rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Jeśli idzie o szkoły wyższe, to na razie akcję przyjmowania nowych studentów na terytorium obwodów donieckiego i Łużańskiego odłożono do października. A rok szkolny dla dzieci? Nawet jeśli miasto zostanie wyzwolone, trudno mi sobie wyobrazić by było na tyle bezpieczny, by dzieci mogły podjąć w nim naukę.



Oryginał ukazał się na stronie internetowej Radio Swoboda. Jest to fragment większego materiału o sytuacji humanitarnej na wschodzie Ukrainy: http://www.svoboda.org/content/article/26524678.html




Inne teksty o Ługańsku na blogu „Media-w-Rosji”:


Ługańsk w ogniu: sceny z Dzikiego Wschodu


Wymiana ognia w Ługańsku trwa niemal bez przerwy. W mieście coraz więcej śladów wojny, rozbitych okien, dziur po kulach, zrujnowanych zabudowań. Zatrwożeni ludzie przekazują sobie wiadomości o porwaniach, zabójstwach, rabunkach. Na dworcu kolejowym tłum szuka okazji do ucieczki z miasta. O życiu w oblężonym Ługańsku, na łamach portalu slon.ru pisze miejscowy nauczyciel Nikołaj Siemionow.

Autor: Nikołaj Siemionow


Widziane z Ługańska


Od tygodnia przeciwnicy władz w Kijowie okupują w Ługańsku budynek obwodowego zarządu ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa SBU. Mumin Szakirow z Radia Svoboda przepytał ługańskiego socjologa i prawosławnego duchownego Jewgienija Gnatienko co to znaczy być patriotą Donbasu i dlaczego wschodniej Ukrainie tak trudno porozumieć się z zachodnią.




Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com








poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Wszystko zamienia się w chaos


Już kilka lat temu wybitny rosyjski reżyser filmowy Aleksander Sokurow ostrzegał, iż możliwy jest konflikt zbrojny miedzy Rosją i Ukrainą. Teraz, jego zdaniem najważniejsze jest, by pomóc pozostałym na obszarze działań bojowych ludziom. W rozmowie z Wiktorem Riezunkowem krytykuje także posługiwanie się policją w życiu politycznym Rosji, ostrzega iż skutki gospodarcze przyłączenia Krymu mogą być katastrofalne oraz że Czeczenia wciąż pozostaje miną o opóźnionym działaniu.
 


Z Aleksandrem Sokurowem rozmawia petersburski korespondent Radio Swoboda Wiktor Riezunkow.
 



 

Wybitnego reżysera filmowego Aleksandra Sokurowa zawsze charakteryzowała
niezależność poglądów i samodzielność myślenia. 





Wiktor Riezunkow:
Rosja ostatnio dokonała zasadniczego zwrotu w swojej polityce zagranicznej i wewnętrznej. Jest Pan zaskoczony?

Aleksander Sokurow:
Nie ma w tym dla mnie żadnej niespodzianki. Już w 2008 roku występując publicznie, powiedziałem, że wojna z Ukrainą jest nieunikniona. 

Riezunkow:
Jak się wydaje Władimir Putin wpędził się w ślepy zaułek. Wygląda na to, że nie ma alternatywy. Jego wybór jest prosty, albo należy wprowadzić na Ukrainę siły zbrojne, albo wstrzymać wsparcie udzielane separatystom, choć dla niektórych ten krok oznaczałby zdradę. Widzi pan wyjście z tej sytuacji?

Sokurow:
Tylko nam się wydaje, że nie ma alternatywy. W polityce, w rzeczywistości, zawsze istnieje szereg możliwości. Robimy krok do przodu, cofamy się na dwa kroki, robimy krok w bok. Jeśli komuś się zdaje, że polityka to wyrąbana przez las prosta przesieka, myli się. To nie tak. Zawsze istnieją drogi okrężne. Zawsze istnieje możliwość, by stworzyć sytuację umożliwiająca krok wstecz. W życiu takie manewry są trudne, w polityce nie. Zawodowi politycy dobrze to rozumieją.

Riezunkow:
Aleksander Newzorow (kontrowersyjny publicysta rosyjski – „mediawRosji”) zaproponował Wladimirowi Putinowi pójście trzecią drogą, jego zdaniem to jest sposób na wyjście ze ślepego zaułka. Niewzorow uważa, iż rosyjskie siły pokojowe wraz z armią ukraińską powinny podjąć współdziałanie, w ramach operacji antyterrorystycznej wymierzonej w separatystów na południowym wschodzie wschodu Ukrainy. Podoba się panu taki plan?

Pisze do mnie wielu ludzi


Sokurow:
Moim zdaniem dopuszczalne są wszystkie sposoby i metody, które zahamują pogarszanie się sytuacji mieszkających tam ludzi. W propozycji Niewzorowa nie dostrzegam niczego nadzwyczajnego, zaskakującego. Mamy tu do czynienia z kwestią, jaka da się ująć w kilku słowach. Władza w Rosji i na Ukrainie znajduje się w rękach konkretnych ludzi, idzie o to, by ci ludzie zaczęli się zachowywać w sposób racjonalny. Oczywiście trudno dać dziś odpowiedź na pytanie, jakie skutki polityczne przyniósłby taki krok. Te siły pokojowe będą przecież musiały w pewnym momencie opuścić Ukrainę, określone terytoria powinny znów znaleźć się w składzie państwa ukraińskiego. Co się jednak stanie z prorosyjską częścią ludności, wielu tak, czy inaczej wspierało ideę samookreślenia. To budzi trwogę. 

Dostaję obecnie bardzo wiele listów od znajomych i całkiem nieznanych mi ludzi. Ich głównym motywem jest obawa o życie. Ludzie są przekonani, ze Ukraina dąży do rozprawy z Rosjanami. Dostałem dziesiątki podobnych listów, czytam w nich, że taka rozprawa jest nieunikniona. Te listy pisze ludzie w żaden sposób nie związani z ruchem separatystycznym, czy jakimiś uzbrojonymi oddziałami. Pisze do mnie wielu studentów, młodych ludzi, boją się. Nie odpowiadam im, nie wydaje mi się, by moje słowa miały jakieś szczególne znaczenie. Znajdują się w okropnie trudnej sytuacji, a ja nie potrafią dawać jakichś jednoznacznych uproszczonych odpowiedzi.

Riezunkow:
Obserwujemy w Rosji wzrost nastrojów nacjonalistycznych. Władze przy pomocy propagandy i określonych działań politycznych wspierają te nastroje. Mamy podstawy do obaw, iż w niedalekiej przyszłości do oficjalnej ideologii państwowej przenikną hasła radykalnego nacjonalizmu.

Sokurow:
Ja bym nie nadawał temu zjawisku jakiegoś specjalnego znaczenia. W mniejszym, lub większym stopniu mieliśmy zawsze w Rosji do czynienia z oficjalnym nacjonalizmem. To naturalne, iż władze funkcjonujące w warunkach krańcowego zaostrzenia się sytuacji politycznej, będą korzystać z wszelkich możliwych instrumentów w swojej obronie. Tak funkcjonuje obecnie władza: to co wcześniej otworzyli, mogą zamknąć. Więc i z wentylem nacjonalizmu będzie tak samo, może zostać zamknięty w dowolnej chwili. Także dlatego, iż doskonale rozumiemy, do czego to prowadzi, także na przykładzie Ukrainy. Umocnienie motywacji nacjonalistycznej ma zawsze charakter antypaństwowy. Każdy nacjonalizm, każdy radykalizm działają zawsze przeciw państwu. Państwo, jeśli chce pozostać strukturą regulującą musi z nimi walczyć. Nacjonalizm nie sprzyja równowadze, nie ma w nim potrzebnego państwu ducha twórczego. Dobrze to znamy z własnej historii. Więc moim zdaniem, ta nacjonalistyczna histeria nie ma większego znaczenia, choć wciąż wszelkie warianty rozwoju sytuacji są możliwe. 

Znaczna część ludności wspiera nastroje nacjonalistyczne, im podoba się obecna polityka państwa. Wydaje mi się, że ci ludzie się mylą. Wielu z nich nie chce nie tylko uważnie przyjrzeć się temu, co się dzieje, lecz także się nad tym zastanowić, jakie to przyniesie skutki dla państwa. Inni nie potrafią, nie są w stanie ocenić, zrozumieć, przeanalizować, na ile złożona jest obecna sytuacja. Skąd się wzięła w naszym kraju tak wielka liczba ludzi niezdolnych do prawidłowej oceny? Może stąd, iż wielu z nich zmusza się do rozwiązywania problemów, choć nie są do tego zdolni. Wyobraźmy sobie ucznia trzeciej klasy, wysyłamy go na uniwersytet i domagamy się, by rozwiązywał zadania na uniwersyteckim poziomie. Tak robić nie wolno. Obecna agresywna polityzacja życia to zabieg zakazany, w naszym kraju nie działają systemy amortyzujące, umożliwiające współistnienie różnych partii politycznych. One są także instytucjami ułatwiającymi łagodzenie napięć. Podgrzewanie nastrojów politycznych przy pomocy telewizji i posłusznej wobec władzy prasy jest zdecydowanie szkodliwe. Korzystanie z tych instrumentów w kontaktach ze społeczeństwem jest niesłuszne.

Riezunkow:
W społeczeństwie obserwujemy dziś rosnące podziały. Jak pana zdaniem, to wygląda w środowisku inteligencji twórczej. Obserwując je, coś jeszcze może pana zdziwić?

Degradacja artystyczna – kara za obłudę


Sokurow:
Dziś już nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. Ani pana, ani mnie. Dobrze pamiętamy, jak zachowywała się inteligencja w czasach radzieckich, co działo się z naszymi geniuszami, wielkimi ludźmi. Z jakim zapałem i gniewem rzucano się na Szaliapina, Szostakowicza, Sołżenicyna, jak ich wdeptywano w ziemię, niszczono.

Dziś także nie da się nie zauważyć cynizmu, a także obrzydliwej obłudy niektórych naszych twórców. Proszę zauważyć, przejście moralnej granicy oznacza także degradację jako artysty. Nie będę wymieniać nazwisk, i tak wiadomo o kogo chodzi. Obserwujemy u niektórych całkowity spadek formy artystycznej. To jest kara za obłudę. Tak się dzieje w społeczeństwie pozbawionym moralnego fundamentu, zorientowanym na pieniądze, to one mają u nas największą moc, większą niż w USA, czy Europie. Pieniądze, to u nas potęga i władza. W takim społeczeństwie możliwe jest wszystko.

Riezunkow:
Po zestrzeleniu malezyjskiego Boeinga Rosja stała się krajem pariasem. Wystarczy obejrzeć okładki wiodących europejskich magazynów. One najlepiej pokazują jakim „potworem” w oczach Europy i świata stal się Władimir Putin. Odczuł pan na własnej skórze, jak świat zmienia swój stosunek do Rosji.

Sokurow:
Nie, na mnie to się nie odbiło. Jednak jeszcze do końca nie wiemy, co naprawdę stało się z malezyjskim samolotem. Jedno wiemy, że był to nieopisany koszmar. Jak mi się wydaje, mamy do czynienia z grami w słowa, ćwiczeniami językowymi prowadzonymi przez ludzi, którzy manipulują opinią publiczną, stoją na mostku kapitańskim.  

A jeśli idzie o wprowadzone sankcje… To mi przypomina historię dwóch sąsiadów z tej samej klatki schodowej. Jeśli grzeszymy my, to nasi oponenci wypijają nie mniej od nas. Mam na myśli „chłopców z Ameryki”. To co wyprawiają na Bliskim Wschodzie, w Iraku, dzieje się w o wiele większej skali i niesie ze sobą poważniejsze skutki, niż wszystkie nasze błędy w stosunkach z Ukrainą. To nie najlepszy dla nas sędzia. Wypada żałować, że nasi europejscy przyjaciele w żaden sposób nie są w stanie uwolnić się od tej psychiczno-politycznej, psychiczno-ekonomicznej presji.

Kiedy istniał ustrój komunistyczny, mieliśmy wielobiegunowość, jasny podział na strefy odpowiedzialności i wpływu, było to tak oczywiste, że aż przejrzyste. Teraz tej wielobiegunowości i przejrzystości już nie ma. Wszystko w rezultacie zamienia się w chaos. Zacierają się granice. Wszystko zamienia się w chaos i przepychanki pod dywanem, wzajemne telefony jednego prezydenta do drugiego. Dziś zadzwonili, a jutro już nie. I znów potem zadzwonili. I o czym rozmawiali? Nie wiemy. 

Nigdy nie są publikowane protokoły i stenogramy tych rozmów. Nie rozumiem dlaczego, przed kim są skrywane, po co ta tajemnica państwowa? Bardzo chciałbym przeczytać na przykład, stenogram rozmowy Merkel z prezydentem USA…. Powstała taka sytuacja, że powinniśmy znać treść tych rozmów, my też tkwimy w tym wszystkim, sytuacja dotyczy i nas. Ale ani ta, ani tamta, ani żadna inna strona tego nie robi, nie publikuje podobnych rozmów. Niech pan zapyta dlaczego, a uznają pana za idiotę. Choć, jak mi się wydaje, jest to pytanie jak najbardziej uzasadnione.

Riezunkow:
Po przyłączeniu Krymu, znów zaczęto mówić o niebezpieczeństwie, iż w przyszłości Władimira Putina na Kremlu może zamienić, jakiś pozbawiony skrupułów nacjonalista. Że przyjdzie  dyktator faszysta, w porównaniu z nim Putin będzie nam się wydawał gołębiem i budowniczym pokoju. Też pan odczuwa to niebezpieczeństwo?

Sokurow:
Nie wydaje mi się, że to największe aktualnie niebezpieczeństwo. Jak mi się wydaje człowiek, który przyjdzie na miejsce Putina, będzie jeszcze bardziej ostrożny, niż Putin. To po pierwsze. A po drugie, dziś obawiałbym się przede wszystkim problemów z Czeczenią. Tylko z nią. Jeśli Władimir Putin nie stanie do wyborów w 2018 roku, jeśli nie wróci na stanowisko prezydenta, to grożą nam przede wszystkim problemy z Czeczenią. To jest mina z opóźnionym działaniem. Tam działają mechanizmy niewidoczne gołym okiem, mamy też do czynienia z ogromnym stopniem militaryzacji i kryminalizacji społeczeństwa.

Jeśli zostaną uruchomione procedury demokratyczne prowadzące do zmiany władzy, to nie wykluczałbym, iż na czele państwa stanąć może człowiek o innym światopoglądzie. Najważniejsze, żeby taki scenariusz udało się zrealizować. I żeby ten nowy człowiek rozumiał, iż w polityce nie wolno posługiwać się maczetą, tym bardziej w polityce wewnętrznej. Trzeba w niej postępować ostrożnie, a przede wszystkim, po wielokroć więcej uwagi należy poświęcać gospodarce. Spójrzmy na Krym, niebezpieczeństwa z nim związane nie wiążą się z polityka zagraniczną. Poważniejsze mogą być następstwa gospodarcze, jego przyłączenie do Rosji przyniesie naszej gospodarce gigantyczne straty. Trzeba będzie zatrzymać wiele inwestycji na Syberii, zamrozić szereg projektów z dziedziny transportu, kultury, itd. Krym to specyficzny region, ludzie w nim prawie nigdy nie pracowali. Wynajmowali mieszkania, żyli jak rentierzy., Tam nie ma poważnego przemysłu. Za to ludzie pragną stabilizacji, dobrze opłaconej pracy, regularnie wypłacanych pensji, systemu opieki społecznej. Z tego punktu widzenia Krym jest trudnym regionem. Jego wewnętrzne problemy są poważniejsze niż w regionie kaukaskim.

Najbardziej niepokoi mnie sytuacja gospodarcza. Proszę zwrócić uwagę, ceny wzrosły prawie o 25%. Ja sam na wiele produktów nie mogę już sobie pozwolić. Ale jeśli idzie o mnie, to mogę jeszcze zaciągnąć pasa, ale jak to odbierają inni ludzie? Jak to będzie, kiedy na progu zimy zaczną rozumieć,  co dzieje się w kraju? Żadnego finału na razie nie widać.

Riezunkow:
Wydał pan ostatnio oświadczenie, iż zamierza pan wystąpić z Rady do spraw Budownictwa przy merii Petersburga. Podjął pan tę decyzję, gdy zobaczył pan, jak członkowie rady zareagowali na pańską prośbę o wystąpienie w obronie „warszawskiego więźnia”, Denisa Lewkina. Został on skazany na 4 lata za udział w obronie starego budynku Dworca Warszawskiego, zarzucono mu stawianie oporu funkcjonariuszom OMONu. Architekci zasiadający w radzie odmówili, poprosili by nie okazywał pan moralnej presji na ich sumienia. Proszę wytłumaczyć, o co chodziło w pana proteście.

Policja nie jest potrzebna w życiu politycznym


Sokurow:
Najwyższa pora, by w naszym życiu politycznym przestały uczestniczyć Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, czy OMON. Kwestiami politycznymi powinny zajmować się partie polityczne. W kraju istnieją partie, jest także partia rządząca. I ona także powinna uczestniczyć w dyskusji, także z partiami o najbardziej radykalnym charakterze, z grupami politycznymi, powinna prowadzić dialog z młodym pokoleniem. Kiedy naprzeciw grupy studentów ustawiaja się chłopcy z OMONU, nie mogę ukryć oburzenia. Tym bardziej, iż funkcjonariuszy OMONu oszukuje się, mówi nieprawdę na temat zamiarów uczestniczących w akcjach młodych ludzi. Społeczeństwo jest o wiele ważniejsze od władzy, a wciąż wobec niego stosowane instrumenty nie do zaakceptowania.

Riezunkow:
Jakie jest źródło tej sytuacji?

Sokurow:
Brak profesjonalizmu. Brak rozwiniętych instrumentów stosowanych w polityce. Brak świadomości politycznej, charakterystyczny przede wszystkim dla ludzi sprawujących władzę. Społeczeństwo dziś jest o wiele bardziej mobilne, aktywne, mądrzejsze, niż ludzie wałczący tylko o zachowanie władzy. Obserwuję to także w dziedzinie ochrony zabytków. Regularnie spotykamy się z gubernatorem, jego zastępcami. Te spotkania trwają po kilka godzin. Zgłaszamy do dyskusji problemy nabrzmiałe i aktualne. Oczywiście, to wzbudza niezadowolenie urzędników, biurokracji. Swego rodzaju dyskomfort. Ale to przecież naturalne.

Riezunkow:
Nad czym pan obecnie pracuje?

Sokurow:
Kończę właśnie film wspólnie z producentami z Francji, Holandii i Niemiec. Opowiada o wydarzeniach 1940 roku, kiedy wojska niemieckie zajęły Paryż. O tym, co się wtedy działo w tym mieście, w całej Francji. Jaki los spotkał Luwr. To Duzy, pełnometrażowy film. Myślę, że do grudnia uda się go zakończyć.


Tłum.: ZDZ


Wywiad ukazał się na stronie internetowej Radio Svoboda: http://www.svoboda.org/content/article/26518812.html




*Aleksander Sokurow (ur.1951), wybitny rosyjski reżyser filmowy, laureat wielu nagród na najważniejszych festiwalach filmowych. Do najwazniejszych w jego twórczości obrazow należą: "Faust" (2011), "Moloch" (1999), "Rosyjska Arka" (2002), "Aleksandra" (2007). Mieszka w St, Petersburgu. 









Aleksander Sokurow na blogu Media-w-Rosji:


Pozbawiona dostępu do sieci kablowych niezależna telewizja Dożd’ walczy o przetrwanie. W jej obronie list otwarty do prezydenta Putina napisał wybitny reżyser filmowy Aleksander Sokurow.

„Ktoś sieciom kablowym powiedział, że to Pan, Władimirze Władimirowiczu, wydał takie polecenie. Nie wierzę w to. Nie wierzę, że prezydent Federacji Rosyjskiej przestraszył się satyry i krytyki."

Z młodymi trzeba prowadzić dialog. Nie wolno uciekać od odpowiedzi na najtrudniejsze pytania – apeluje Aleksander Sokurow. 




Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com





piątek, 8 sierpnia 2014

Gdzie się podział Putin, pragmatyk, zwolennik „Realpolitik”?



Dokładnie piętnaście temu schorowany Borys Jelcyn mianował Władimira Putina na stanowisko premiera i ogłosił swoim następcą. Putin okazał się twardym pragmatykiem, zwolennikiem ”Realpolitik” dążącej do umocnienia na świecie równowagi sił. Dzięki niemu Rosja znów stała się znaczącym graczem na arenie międzynarodowej. Jednak włączenie do konfliktu ukraińskiego retoryki narodowo-romantycznej przekreśla ambicje Rosji w globalnym świecie. Skazuje ją na prowincjonalność i izolację. Co się stało z twardym pragmatykiem Władimirem Putinem – zastanawia się politolog i publicysta Fiodor Łukianow.
   


Autor: Fiodor Łukianow, gazeta.ru






Piętnaście lat temu, 9 sierpnia 1999 roku, prezydent Rosji Borys Jelcyn powierzył stanowisko premiera Władimirowi Putinowi, wtedy dodał także, iż widzi w nim swego następcę. Dla wielu były to tymczasowe „zawijasy” (by posłużyć się terminologią samego Jelcyna) rządzącej kliki. Nie trudno było zauważyć, jak nerwowo poszukiwała wówczas sposobu na zachowanie kontroli w państwie borykającym się z kryzysem swego modelu politycznego.

Realpolitik Władimira Putina


Po piętnastu latach nazwisko Putina używane jest na arenie międzynarodowej, niemal jak synonim samego pojęcia „Rosja”, świat analizuje jego działania i zamiary (starając się je odgadnąć), fenomenowi „putinizmu” poświęcono niejedną pracę naukową.

Władimir Putin nie jest strategiem. A jednak nie brakuje mu intuicji, skonstruował dla siebie możliwie całościowy obraz świata, potrafi myśleć systemowo. Jego posunięcia o charakterze taktycznym, mają często „reaktywny” charakter, bywają nieuniknione, w określonych okolicznościach rozumieją się same przez się, a jednak dzięki osobowości Putina wolne są od wewnętrznych sprzeczności.




Przez 15 lat Władimir Putin odnosił sukcesy dzięki swej stanowczej pragmatycznej
orientacji zwłaszcza w polityce międzynarodowej. 





Logika zachowania prezydenta Rosji była dla mnie czytelna zawsze, z wyjątkiem ostatniego okresu, o nim porozmawiamy poniżej. Putin jest zwolennikiem tej szkoły myśli, jaką specjaliści w dziedzinie stosunków międzynarodowych nazywają „realistyczną” (realipolitk).

Współistnieniu państw towarzyszą niekończące się konfrontacje, prowadzona różnymi metodami walka o wpływy, znaczenie, prestiż. Pokój (w rozumieniu braku wojny, czy ostrych konfliktów) jest możliwy do osiągnięcia dzięki równowadze sił. Brak równowagi, czyjeś nieuzasadnione przewagi powodują wzrost napięcia, prowokują konfrontację. Podejście realistyczne zakłada zrozumienie dla granic tego, co możliwe, dopuszczalne, trafną ocenę własnych sił i zamiarów, niezbędną, by uniknąć konsolidacji przeciwnika przeciw nam. Realista będzie się starał stworzyć system zasad wynikający z równowagi sił obliczony na jej umacnianie. Wszystko to z resztą ma charakter czasowy, nie istnieją zasady obowiązujące na zawsze.

Na Zachodzie takie podejście uważane jest za staromodne. Jednak trudno zaprzeczyć, iż jest ono zgrabne i nie pozbawione pewnej precyzji, zwłaszcza, iż w tle mamy do czynienia z motywowanym ideologicznie, a przez to sprawiającym wrażenie sztucznego i dwulicowego, kursem państw zachodnich i ich organizacji. Po zakończeniu „zimnej wojny” ich polityka stała się z założenia „antyrealistyczna”, gdyż zaprzecza ona konieczności budowania równowagi.

Zygzakiem między dogmatami i rzeczywistością


Państwa zachodnie kierując się swymi wyborami w sferze wartości, w obliczu coraz bardziej wielobarwnego i zaplątanego obrazu świata globalnego, poruszają się zygzakiem pomiędzy dogmatami, rzeczywistością i własnymi interesami.

Tego rodzaju hipokryzja, obecna od dawna w prowadzonej na wysokim poziomie polityce Zachodu,  przekształca się jednak w imię własnych interesów w otwarte manipulowanie różnymi pojęciami. Brutalna prostota Władimira Putina, który zwykle otwarciej przedstawiał swoje poglądy od politycznych partnerów sprawiała na nich wrażenie. Demonizacja Putina częściowo wyrażała odczuwaną na Zachodzie dysfunkcjonalność podejmowanych tam działań politycznych. Wynikała także z pragnienia by odpowiedzieć Putinowi, za to, że „udawało mu się” częściej, niż innym.


Odbudować znaczenie Rosji


Władimir Putin został premierem, gdy obserwując rozkład okresu przejściowego w latach dziewięćdziesiątych, na świecie zaczęto zastanawiać się, jak może wyglądać „Świat bez Rosji”. Artykuł pod takim tytułem opublikowany w USA na dwa miesiące przed przyjściem Putina odbił się szerokim echem. Jego zadanie na arenie międzynarodowej było oczywiste, polegało na odbudowie statusu Rosji w hierarchii międzynarodowej, udowodnieniu, iż pozostaje ona ważnym graczem na światowej arenie. Tak można określić jego linię przewodnią.

W sierpniu 1999 roku Rosja pogrążona była w ostrym kryzysie. Istniała obawa rozpadu kraju. Najważniejsze zadanie polegało na zachowaniu państwa jako „jednego podmiotu”. Należało ratować wewnętrzną spójność społeczeństwa i reprezentującej go klasy politycznej zdezintegrowanych na skutek szoku poradzieckiego okresu przejściowego. Nikt wtedy nie myślał o wpływach na skalę globalną.

Symbolem utraty przez Rosję strategicznego znaczenia stała się wówczas wojna NATO przeciw Jugosławii. Wzbudziła ona sprzeciw nie tylko w społeczeństwie, podobnie zareagowały jej władze, wówczas prawie całkowicie zorientowane na Zachód. Jednak Rosja w żaden sposób nie była w stanie okazać sprzeciwu.

W porównaniu z końcem lat dziewięćdziesiątych, czy choćby połową pierwszej dekady 21 wieku pod koniec 2013 roku znaczenie Rosji na arenie międzynarodowej wzrosło znacząco.  Kraj odbudował swoje instrumentarium gracza na skalę światową. Nie staliśmy się znów supermocarstwem, jednak okazało się, iż jesteśmy państwem, bez którego nie da się rozwiązać najważniejszych problemów na świecie. Realistyczne podejście Putina, jego talent prawidłowego formułowania zadań bieżących i chłodnego pragmatycznego ich rozwiązywania przyniosły rezultaty.

W pierwszym akcie dramatu jaki rozegrany został jeszcze zimą i na początku wiosny tego roku, Rosja przyłączyła do siebie Krym w ślad za prozachodnim przewrotem w Kijowie. Moskwa wówczas podniosła licytację, gambit krymski był adresowany do tych podmiotów, od których zależy kształt globalnego ładu. Co przede wszystkim zachęciło ją do działania? Niewątpliwe chodziło o zagwarantowanie obecności floty rosyjskiej na Morzu Czarnym i niedopuszczenie do wstąpienia Ukrainy do NATO.  Wiązało się to z odmową do udziału w grze o narzuconych z góry zasadach. Rosja wykonała ryzykowny ruch obliczony na obronę swoich własnych interesów strategicznych i umocnienie pozycji. Był on przemyślany, w duchu „Realpolitik” Putina.

Retoryka romantyczna


Jednak później Kreml wybrał inne boisko. Przypomnijmy głośne przemówienie Putina z 18 marca. Było ono prawdziwym osiągnięciem kunsztu oratorskiego, jednak przeniosło nas ono z płaszczyzny „realpolitik” na narodowo-romantyczną. Wprowadzenie do polityki ideologii, tym bardziej romantycznego nacjonalizmu to krok bardzo zobowiązujący, wręcz wiążący ręce. Realista-pragmatyk reaguje elastycznie na zmiany okoliczności. Jeśli jakieś działania nie przynoszą oczekiwanych skutków, można cofnąć się, przemyśleć taktykę, zaproponować nowe rozwiązania.

Ale kiedy do własnego arsenału włącza się retorykę romantyczną, nawet jeśli podobna decyzja nosi charakter instrumentalny, to poruszone zostają drzemiące w społeczeństwie emocje i nastroje. Pojawia się brak racjonalizmu, osiągając niekiedy stadium narodowej egzaltacji. Jak do tej pory Władimir Putin zawsze pamiętał, by w polityce zagranicznej tego rodzaju emocji unikać, ostro także krytykował Zachód za jego motywowane emocjami, wsparte ideologią, nieprzemyślane działania, a także za skoncentrowaną propagandę wymierzoną w aktualnych przedstawicieli „sił zła”.  

Inną stroną nowego rosyjskiego paradygmatu jest sprzeczność z tymi zadaniami, jakie sam Putin formułował w przeszłości. Wciągnięcie Rosji w ukraińską przepaść odpowiada interesom państw i polityków zainteresowanych niedopuszczeniem umocnienia roli Rosji na arenie międzynarodowej. Wszelkiego rodzaju programy o charakterze narodowo-romantycznym, one uruchamiały wydarzenia polityczne na przestrzeni ubiegłych stuleci, w świecie globalnym skazują państwa na prowincjonalność, izolacjonizm.  W historii z Rosją ta sytuacja oznacza dla nas brak jakiegokolwiek wsparcia. Nie istnieją na świecie mocarstwa gotowe same z siebie, wesprzeć wysiłki innego mocarstwa walczącego o „historyczną sprawiedliwość”, nie ma takich ani na Wschodzie, ani na Zachodzie. Zdarza się, iż taka walka odpowiada także cudzym interesom, ale to poparcie może trwać bardzo krótko.

Z poziomu globalnego na lokalny


Wojna domowa na wschodzie Ukrainy przeniosła Rosją z poziomu globalnego na lokalny.

Rosja grzęźnie w lokalnym konflikcie, jej cele nie są jasne,  a zastosowane metody pozostają wątpliwe. Od rezultatu tego konfliktu nie zależy ani przebieg wielkiej polityki światowej,  ani potrzebna równowaga sił.

Twardy pragmatyk-realista, bronił idei stabilności i utrzymania procesów politycznych pod kontrolą, nie rezygnował z obrony interesów, ale wzywał do racjonalnych transakcji zawieranych w oparciu o równowagę sił – taki obraz Władimira Putina pomógł mu stać się jednym z najbardziej wpływowych polityków w społeczeństwie globalnym, zmęczonym rosnącym chaosem i dominacją Zachodu., Jednak nowa rola Rosji niesie ze sobą wielkie ryzyko. Dla romantyka nie ma drogi powrotnej, trzeba będzie iść do przodu pod patetycznymi hasłami, tu brakuje miejsca na przemyślenia.

Przez 15 lat poznaliśmy trochę prezydenta Rosji. Ale jego nowy obraz całkiem nie pasuje do starego.

Tłum. : ZDZ


Artykuł ukazał się na łamach internetowego wydania www.gazeta.ru
http://www.gazeta.ru/comments/column/lukyanov/6163529.shtml



*Fiodor Łukianow (1967), politolog, publicysta, redaktor naczelny magazynu „Rosja w Polityce Globalnej”. W swych wystąpieniach publicznych reprezentuje zwykle punkt widzenia oficjalnej Moskwy, jednak w wersji „soft”, bez propagandowej przesady. Jest aktywnym uczestnikiem międzynarodowych konferencji, chętnie widzianym przez gremia zachodnie partnerem do rozmów i konsultacji.




Inne artykuły Fiodora Łukianowa na naszym blogu:




Rozmowa z Fiodorem Łukianowem, politologiem, redaktorem naczelnym magazynu „Rosja w Polityce Globalnej”.

Kreml zrobi wszystko, by nie dopuścić do przyłączenia się Ukrainy do wrogich sojuszy – przyznaje politolog Fiodor Łukianow. Destabilizacja na wschodzie kraju ułatwia Rosji realizację tego zadania. Trudno sobie wyobrazić bezpośrednią interwencję wojskową, jednak nie można wykluczyć, iż wydarzenia wymkną się spod kontroli. Jednak najlepszą szansę na uregulowanie kryzysu stwarza federalizacja Ukrainy. 



Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com