piątek, 4 października 2013

Pussy Riot: więzienne życie Nadii Tołokonnikowej

Nadieżda Tołokonnikowa z zespołu Pussy Riot odsiaduje wyrok w Zakładzie Karnym numer 14, w wiosce Parts, w Republice Mordowia. Przez 9 dni w końcu września prowadziła strajk głodowy, by zaprotestować przeciwko panującym w obozie warunkom. 

Jelena Masjuk, dziennikarka opozycyjnej Nowej Gaziety jest jednocześnie członkiem prezydenckiej Rady Praw Człowieka. Z tego tytułu dwukrotnie była członkiem komisji prowadzącej inspekcję w obozie Tołokonnikowej. Podczas ostatniej wizyty komisji Tołokonnikowa prowadziła już swój strajk głodowy. Jelena zapisała z nią obszerną rozmowę opublikowaną na łamach "Nowej Gaziety". 

Jak wynika z najświeższych wiadomości dochodzących z mordowskiego łagru Nadia Tołokonnikowa po 9 dniach ze względów zdrowotnych zawiesiła głodówkę. Zapowiada jednak, gotowość do jej wznowienia, jeśli jej postulaty nie zostaną spełnione. 

Publikujemy na naszym blogu pełny tekst  przejmującej rozmowy Jeleny Masjuk i Nadieżdy Tołokonnikowej. 

System Wychowania Zbiorowego.

Jelena Masjuk:
- Nadiu, znajduje się tu Pani już prawie rok, spotkałyśmy się wcześniej prawie 9 miesięcy temu. Mówiła Pani wtedy, że wszystko tu Pani odpowiada, że wszystko jest w porządku. Co więc zmieniło się, że poczuła się Pani zmuszona do ogłoszenia głodówki.

Nadieżda Tołokonnikowa: 
- Dziewięć miesięcy temu rzeczywiście nie mogłam powiedzieć niczego innego. W stanowczej formie wyjaśniono mi wówczas co się ze mną stanie, jeśli powiem coś innego. Głównym źródłem tej informacji były te skazane, które utrzymują kontakty z administracją zakładu karnego. Na przykład Starsza Dyżurna naszego oddziału, to jest ta kobieta, która ustala zasady zachowania i odpowiada za przestrzeganie regulaminu.

- Jak brzmi jej nazwisko?

- Ładina. Długo myślałam o tym, czy wolno mi w ogóle wymieniać nazwiska innych skazanych. To kwestia moich zasad etycznych. Chodzi o to, iż wymieniając niektóre nazwiska, mogę tym samym zaszkodzić innym skazanym. Ale w końcu doszłam do wniosku, iż mogę wymienić niektóre, choćby po to, by moje wypowiedzi nie były gołosłowne. Milczałam zbyt długo, próbowałam ukrywać ich działania, działania sprzeczne z prawem. Ale teraz czuję się zmuszona, by wymienić te osoby.

Nadieżda Tołokonnikowa podczas rozmowy z Jeleną Masjuk. 
W jaki sposób nasze starsze dyżurne egzekwują w oddziale regulamin? Od pierwszych dni pobytu w zakładzie karnym Ładina dała mi do zrozumienia, iż w żadnym wypadku nie wolno mi wysyłać jakichkolwiek skarg, wniosków, czy próśb pod adresem administracji zakładu karnego, lub innych kompetentnych instancji. Od samego początku tłumaczono mi to z pomocą wulgarnych obelg, krzyków, gróźb. Sens tego wszystkiego da się objaśnić tak, my tu siedzimy od dawna, przeszłyśmy wiele, ty się z czymś takim nigdy nie stykałaś, nigdy nie doświadczyłaś tych okropności z jakimi my zetknęłyśmy się w „Dwójce” (to jest w Zakładzie Karnym numer 2, one przyjechały tutaj w 2009 z ZK2, wtedy kiedy dzielono skazane, na te, które siedzą po raz pierwszy, i te które trafiły do obozu po raz kolejny). I rzecz jasna, poprzez Ładinę dano mi do zrozumienia, że nie powinnam składać jakichkolwiek skarg, a jeśli się nie posłucham, to konsekwencje poniosą wszystkie skazane. Regulamin jest tu tak skonstruowany, iż jeśli skarży się choć jedna skazana, na warunki więzienne, na warunki pracy, to cierpią przez to wszystkie. Nazywa to się „system  zbiorowego wychowania”.

W grudniu, kiedy rozmawiałyśmy ze sobą, wypowiadałam się na temat kolonii bardzo ostrożnie, przede wszystkim dla tego, że nie chciałam zaszkodzić pozostałym skazanym. Słyszałam już o tym systemie wychowania zbiorowego. Wszyscy tu i tak byli zmęczeni przygotowaniami do wizyty komisji, byłyśmy wykończone jeszcze przed Waszym przyjazdem.

- A co tu robiono przed naszym przyjazdem?

- Kilka dni przed waszym przyjazdem rozpoczął się staranny remont. Tak dzieje się zawsze przed przyjazdem komisji, administracja usiłuje usunąć jakieś usterki, jednak wszystkie skazane zmuszane są wówczas do wysiłku ponad ludzkie siły. Skazane wykonują dniówkę w strefie produkcyjnej, potem wracają do swoich oddziałów i nocami wykonują pracę niezbędne do usunięcia usterek, tak by zdążyć przed przyjazdem komisji.

Oto co zrobiono wówczas w grudniu. Zarządzono wówczas pełną wymianę łóżek. Wcześniej spałyśmy na łóżkach piętrowych, ale jak się zdaje, jest to niezgodne z przepisami, tu chodzi o ilość metrów kwadratowych przeznaczonych na jednego człowieka. Tak więc w ciągu tych dwóch dni wymieniłyśmy wszystkie łóżka, najpierw przenosiłyśmy łóżka z drugiego piętra na parter, a te z parteru, piętrowe wystawiałyśmy na dwór. Do zakładu przywieziono dywany, jakich wcześniej nie było tu nigdy, to pewnie dlatego, iż postanowiono pokazać komisji jakie tu mamy świetne warunki, jak u nas miło i sympatycznie, dlatego położono dywany w naszej sypialni. I co jeszcze? W całej kolonii przeprowadzono totalne sprzątanie, szczotkami do zębów udrażniałyśmy kaloryfery, tak jak to robią w wojsku. Musiałyśmy odmalować wszystkie pomieszczenia, instalowałyśmy dodatkowe termometry, ocieplałyśmy nasze pomieszczenia. Trzeba było usunąć wszystkie usterki, które mogłaby zauważyć komisja. Dzień pracy podczas pobytu komisji zostaje skrócony do czwartej po południu, ze skazanym przeprowadzone zostały dodatkowe rozmowy wychowawcze, wytłumaczono nam, iż jeśli któraś zechce się poskarżyć, iż nasz dzień pracy trwa zwykle 16, albo 12 godzin na dobę, albo na jakiekolwiek inne naruszenia Kodeksu Pracy, to pretensje należy mieć do siebie, nie do Administracji.

Wówczas, bezpośrednio przed wizytą Komisji zostałam wezwana przez Kuprianowa (zastępca naczelnika Zakładu Karnego IK-14). Powiedział mi, iż powinnam wziąć pod uwagę, iż jeśli swoim zachowaniem dam im powód do niepokoju, to potem oni zrobią ze mną to samo. Rozumiesz wszystko jak trzeba? I ja odpowiedziałam: - "Rozumiem".

Przede wszystkim nie niepokoiłam się o siebie, byłam gotowa na wiele, że wyślą mnie do aresztu karnego, lub w jakieś inne bezpieczne miejsce. Problem polegał na tym, że jednocześnie także na innych wywierano presję. Jest mi nieprzyjemnie, kiedy ta presja związana za mną, przenoszona jest na innych. Administracja specjalnie zastawia na mnie tego rodzaju pułapkę, rozumiem, że moje skargi w żadnym wypadku nie przyczynią się do poprawy sytuacji, przeciwnie wszystkim z tego powodu stanie się jeszcze gorzej.

- W swoim podaniu pisze Pani:  „Zwracam się z prośbą do administracji Zakładu Karnego IK-14 o podjęcie kroków mających na celu odizolowanie mnie w oddzielnym pomieszczeniu.” Jakie pomieszczenia miała Pani na myśli, celę, jaka nazywana jest oficjalnie „bezpieczne miejsce”, to w jakim znajduje się Pani teraz, czy jakieś inne miejsce?

- Miałam na myśli izolację w czasie głodówki, tak o tym stanowi prawo, i obserwację przez pracownika służby zdrowia. Wydawało mi się, że do tego nadaje się więzienna izba szpitalna. Ale ja nie miałam na myśli „bezpiecznego miejsca” tak, jak to jest ujęte w artykule 13 (Prawo skazanych do osobistego bezpieczeństwa – przyp. EM) Kodeksu Postępowania Karnego Federacji Rosyjskiej. Przede wszystkim dlatego, iż odizolowanie w takim miejscu nie daje gwarancji osobistego bezpieczeństwa. Ja o tym pisałam w swoim podaniu dotyczącym głodówki, bowiem najbardziej zagraża mi niebezpieczeństwo ze strony administracji, dopiero potem ze strony skazanych, które ogólnie rzecz biorąc traktują mnie nie najgorzej, lub po prostu obojętnie. Współwięźniarki zaczynają zachowywać się gorzej, jeśli skłoni je do tego administracja. Niebezpieczeństwo grozi mi ze strony administracji. Ja na prawdę nie rozumiem, co się chce osiągnąć, przez przetrzymywanie mnie w zakładzie karnym.

Mam wrażenie, że moja sytuacja może zmienić się w dowolnej chwili i zależy to głównie od administracji, oni mogą ze mną zrobić co zechcą, jak tylko poczują, że prasa i opinia publiczna przestają mi poświęcać tyle uwagi co przedtem.

- Nadiu, w swoim podaniu napisała Pani o tym, że Kuprianow groził Pani śmiercią. Jak konkretnie brzmiały jego pogróżki?

- Rozmawialiśmy a zamianie szesnastogodzinnej dniówki na dwunastogodzinną.

- A dlaczego nie na ośmiogodzinną?

- Ja zdawałam sobie sprawę, że jeśli równocześnie nie zostaną zmniejszone normy produkcyjne, to skazane na pewno nie zdążą uszyć tyle samo w ciągu ośmiogodzinnego dnia pracy. To się po prostu nie da, czysto fizycznie. Dlatego podeszłam do sprawy realistycznie, poprosiłam o wprowadzenie 12 godzinnego dnia pracy. Jestem przekonana, że 12 godzin wystarczy, by uszyć tyle, ile przewidują normy. Praca po 16 godzin na dobę jest wyczerpująca. Wszystkim stale chce się spać i w rzeczywistości w ciągu tych 16 godzin udaje się zrobić tyle, ile bez tego zmęczenia można by zrobić w ciągu 12. Bardzo długo nie mogłam zrozumieć komu i po co potrzebny jest ten 16 godzinny dzień pracy, w sytuacji, kiedy ludzie śpią po 4 godziny na dobę. Mam swoja roboczą odpowiedź na to pytanie – kiedy ludzie są zmęczeni, łatwiej ich zastraszyć i łatwiej nimi komenderować. Zwłaszcza, że na normy produkcyjne nie ma to wpływu.

- A co szyjecie obecnie?

- Czarne mundury dla policji z czerwonym lampasem.

- Co powiedział Kuprianow, kiedy poprosiła Pani o zmianę 16 godzinnej dniówki na 12 godzinną?

- Mówiłam, że kiedy ludzie pracują po 16 godzin na dobę, to jest źródłem wielkich napięć między nimi. Powiedziałam, że jak mi się wydaje, takie warunki nie są dla na odpowiednie, także i dla mnie osobiście. Na to on odpowiada:  „W porządku, zrobię tak, że Twoja brygada od poniedziałku będzie wychodzić przed czwartą, ale powinnaś przy tym zrozumieć, że już więcej nie będziesz skarżyć się na nieodpowiednie warunki. Na tamtym świecie nikt się nie skarży". To są jego słowa.

- Wydało się Pani, że to groźba pod jej adresem?

- Oczywiście, potraktowałam to jako pogróżkę. Mam wszelkie podstawy, by tak to rozumieć. Powinnam wspomnieć o jeszcze jednym, bardzo ważnym w tej historii, epizodzie majowym. W maju również usiłowałam zorientować się jak w rzeczywistości funkcjonuje nasz zakład karny. Mój adwokat Dmitrij Dinze wysłał skargę do Prokuratury Generalnej na zakład karny, na to jakie panują w nim warunki życia i pracy. Kiedy skarga została wysłana znajdowałam się w Potmie, na rozprawie sądowej, brałam w niej udział, to była pierwsza rozprawa w kwestii zwolnienia warunkowego. Kiedy wróciłam do Zakładu Karnego, gdzieś po dziesięciu dniach, poczułam jakąś straszną wywieraną na mniej presję.

- Kiedy to się działo?

- Kiedy wróciłam do Zakładu poddano mnie niewiarygodnej rewizji, takiej jakiej nigdy u nikogo nie było. Rewidowali mnie funkcjonariusze, oprócz tych młodszych stopniem, którzy zajmują się tym na co dzień, przyszli także pracownicy wydziału do spraw bezpieczeństwa i wydziału operacyjnego, przyszedł także osobiście sam Kuprianow. Kiedy funkcjonariusze sprawdzali moje rzeczy, on sam zrobił mi uwagę, że się z nim nie przywitałam w regulaminowy sposób. To jest podstawa do nagany, ale w tym wypadku nagany nie ogłoszono. Ale całą tę sytuację mogłam jednoznacznie zinterpretować jako przejaw niezadowolenia pod moim adresem, ze strony administracji. Na początku nie zrozumiałam dlaczego tak się stało, myślałam, że może to jest związane z moim wystąpieniem w sądzie.

- A dlaczego na wiosnę zrezygnowała Pani z usług mecenasa Dinze?

- Przyczyną była gigantyczna presja jaką zaczęto na mnie wywierać w związku z jego skargą dotyczącą warunków życia w Zakładzie Karnym FKU IK – 14. Natychmiast, po kilku dniach, po moim powrocie z sądu do zakładu, dano mi do zrozumienia, że moja sytuacja się zmieniła, że tak jak przedtem już nie będzie, że czeka mnie życie o wiele  trudniejsze. Dlaczego zrezygnowałam z pomocy Dinze? Zaczęto wówczas wywierać nacisk na najbliższych mi ludzi, zrozumiałam wtedy, iż jeśli nie zerwę kontaktów z tym człowiekiem, on najbardziej rozdrażniał administrację Zakładu (mówiono mi o tym, że to właśnie ten adwokat nie podoba im się najbardziej), to presja na bliskich mi ludzi i ich i cierpienia się nie skończą.

- Ale obecnie wznowiła Pani współpracę z tym adwokatem?

- Tak, tak właśnie jest. Obecnie mam dwóch adwokatów, Chrunową i Dinze. Ale zaprzestałam też milczenia, bo zrozumiałam, ze w sposób pokojowy, poprzez rozmowy…. Jak mówili mi w maju: „Po co wynosisz to wszystko tam, dalej, my możemy tu na miejscu dogadać się w każdej sprawie. Jeśli coś ci się nie podoba, przychodzisz, opowiadasz co ci doskwiera, mówisz o tym nam i my to naprawiamy". Ale ja zrozumiałam, że tak to działać nie będzie.

Ja mogę wytrzymać rewizję, bo nie mam niczego zabronionego. Ale rozpoczęły się naciski na ludzi, z którymi w tym, albo innym momencie, tu, w Zakładzie Karnym nawiązywałam jakieś kontakty. Administracja w ten sposób podjęła próbę odizolowania mnie i pozbawienia kontaktów ze współskazanymi.

- Jakiego rodzaju to były naciski? Na kogo je wywierano?

- Albo grożono oficjalną naganą, albo ją ogłaszano w raporcie. Mogę tu wspomnieć kierowniczkę biblioteki, skazaną Swietłanę Rozenrauch, kiedyś oddawałam jej książki. Opowiadałam o tym w naszej rozmowie grudniowej.

- Ja widziałam te książki, jakie Pani przywiozła z aresztu śledczego.

- Tak. Ale Rozenrauch powiedziano, że ode mnie nie wolno niczego przyjmować. Może z wyjątkiem magazynu „Murziłka”, a i to lepiej nie. Za przyjęcie przywiezionych przeze mnie książek, zagrożono jej raportem. Spotkałam się z nią, powiedziała, to wszystko, piszą na nią raport, ona nie będzie więcej się ze mną kontaktować, bo znajomość ze mną stwarza dla niej poważne problemy. Od tej pory już się nie kontaktowałyśmy.

- Oficjalnie nie da się napisać raportu w sprawie Rozenrauch i oskarżyć ją o to, że przyjęła od Pani książki. Pewnie więc poszukano innego pretekstu?

- Nie, to właśnie było przyczyną. Oni tam znaleźli jakieś nieprawidłowości w dokumentach dotyczących przyjęcia tych książek. Teraz, kiedy podaję do wiadomości jej nazwisko, nie można wykluczyć, że znów stanie się ona obiektem nacisku, wystarczy, iż administracja dowie się, iż wymieniłam jej w nazwisko w rozmowie z Panią. Dlatego, bardzo mi na tym zależy, chciałabym, jeśli to możliwe, żeby Pani spróbowała dopilnować, by w stosunku do niej, po naszej rozmowie, nie stosowano jakichkolwiek bezprawnych sankcji.

Oczywiście, jestem pewna, że jeśli Pani pójdzie teraz do Rozenrauch, ona pewnie nie potwierdzi, tego co powiedziałam ja. Ona chce uniknąć problemów z administracją. Ja od tamtej pory jej nie spotkałam.

- I już potem żadnych innych książek do biblioteki Pani nie oddawała?

- Nie, już nie oddawałam żadnych książek. Od tamtej pory książki odnosiłam do kotłowni, bo ludzie bali się je ode mnie przyjmować.

- Do kotłowni, żeby książki spalili w piecu?

- Tak, ja zrozumiałam, że jeśli będę je oddawać innym skazanym, to po pierwsze, one same tego nie chcą, a jeśli już ktoś zdecyduje się je przyjąć, to będzie z tego powodu miał problemy.

Na sen osadzonym w Zakładzie Karnym numer 14 zostaje zaledwie kilka godzin. 

Oddział karny 

- Kolejny przykład wywierania presji na ludzi, którzy się ze mną kontaktowali, to historia kobiety z mojego oddziału, Jeleny Sorokiny. Bardzo bym nie chciała, żeby spotkały ją jakieś dodatkowe problemy. Jelena to inteligentna kobieta w wieku około 50 lat. Nigdy przedtem swoim zachowaniem nie stwarzała administracji najmniejszych problemów. Pretensje wobec niej pojawiły się, gdy zorientowano się, że czyta razem ze mną i wspólnie ze mną studiuje zasady wewnętrznego regulaminu. Wezwano ją od oddziału operacyjnego i uprzedzono, że jeśli i w przyszłości Jelena będzie wspólnie ze mną analizować nasz regulamin, to oni znajdą na nią „haka”, znajdzie się w spisie „niebezpiecznych skazanych”, oskarżą ją działania naruszające dyscyplinę, o skłonności do takich działań. To wszystko za to, że wspólnie ze mną czytała zasady wewnętrznego regulaminu.

Zastanawiałyśmy się na przykład nad zakazem przemieszczania po terytorium naszego zakładu bez nadzoru ze strony ochrony. W regulaminie zapisano, iż skazany ma prawo do przemieszczania się po terytorium zakładu bez ochrony jeśli otrzyma zgodę administracji. Jeśli wzywają cię do obozowego cenzora, to można pójść do niego i odebrać wysłany do nas list bez czekania  na konwojentów. Ale w naszym Zakładzie Karnym regulamin zaostrzono, za każdym razem, kiedy trzeba dokądś pójść, na przykład do gabinetu lekarskiego, albo do cenzora, to musimy czekać na konwojowanie przez strażników. To oznacza, że Zakład Karny zmienia swój profil, staje się zakładem o zaostrzonym regulaminie, regulamin przecież określa, iż przemieszczanie na terytorium zakładu pod konwojem obowiązuje w koloniach o zaostrzonej dyscyplinie. Na ten właśnie temat dyskutowałyśmy z Jeleną.

Zastanawiałyśmy się także nad zasadnością witania funkcjonariuszy za każdym razem, gdy przechodzą obok nas. Jeśli znajdujesz się razem z nim w tym samym miejscu, powiedzmy w tym samym pomieszczeniu, administracja domaga się, byśmy za każdym razem, gdy funkcjonariusz się do nas zbliża, wygłaszały formułę powitania. Jeśli zrobiłyśmy to zaledwie minutę temu, to po co to robić jeszcze raz?
W rezultacie Jelenę przeniesiono do III Oddziału. To czerwony oddział. W nim funkcję starszej dyżurnej sprawuje Ludmiła Kniaginina, ona także ma za sobą staż w II Kolonii, siedzi już bardzo długo. Jak mówimy o tym oddziale to sekta, tam siedzą sektanci. Starsza dyżurna zabrania swoim podopiecznym kontaktować się ze skazanymi z innych oddziałów. Więc skazane z tego oddziału rozmawiają z nami z najwyższą ostrożnością, jeśli robią to w ogóle. Ze mną żadna z nich nigdy nie rozmawiała, w tym oddziale w stosunku do mnie działa oddzielny zakaz. W nim praktykuje się kary cielesne, przede wszystkim wtedy, kiedy skazana nie wykonuje normy produkcyjnej. Tylko dwie osoby sprawują kontrolę nad tym oddziałem, to Ludmiła Kniaginina i jej siostra Katia Kniaginina, one siedzą razem w jednym oddziale.

Przez jakiś czas ta Jekatierina Kniaginina była brygadzistką, to znaczy praktycznie szefem produkcji nadzorującym skazane w tym oddziale. Tam bardzo często za karę stosowano pobicia.
Słyszałam o tym od wielu skazanych, praktycznie opowiadała o tym cała zona, jak mi się wydaje nie ma podstaw by temu nie wierzyć. W 2012 roku miał miejsce przypadek Cyganki, nazwisko jakie mi podano brzmiało Jelena Ogły. Ona umarła z pobicia. Bito ją długo i wytrwale, ona była właśnie w tym oddziale karnym.

- A za co ja bili?

- Ja nie wiem za co. Coś musiało się zdarzyć, że stała się ofiarą. Albo nie wypełniła normy produkcyjnej. Albo była też inna przyczyna o charakterze osobistym. Jeśli pojawiają się tego rodzaju motywy osobiste, to bardzo łatwo stworzyć sytuację, w której ofiara nie wypełnia normy produkcyjnej. Wystarczy skinienie palca ze strony brygadzistki, to od niej zależy, jakie operacje wykonują skazane. Wystarczy, że każe jej wykonywać operację, jakiej ona nigdy przedtem nie wykonywała, trochę bardziej skomplikowaną. Oczywiście, ona nie da sobie z tym rady, tym bardziej, że w Zakładzie Karnym nie ma żadnego systemu kształcenia zawodowego, co moim zdaniem także stanowi naruszenie regulaminu.

Mówiłam o tym naczelnikowi jeszcze latem tego roku. Ale on odpowiedział, iż jest gotów udowodnić każdemu adwokatowi, iż u nich wszystko odbywa się zgodnie z prawem. Ale kiedy czytam Kodeks Postępowania Karnego Federacji Rosyjskiej, to z niego wynika, iż skazanym należy zagwarantować podstawowe kształcenie zawodowe. Po to, by byli w stanie wykonywać powierzane im operacje. Naczelnik odpowiedział wtedy, iż w naszym Zakładzie kształcenie odbywa się bez przerywania procesu produkcyjnego. Ale jeśli poczytać Kodeks, to tam jest paragraf mówiący o tym, iż szkolenie zawodowe bez przerywania produkcji możliwe jest tylko w wypadku skazanych na wyrok dożywotniego więzienia. Ale nas nie skazano na dożywocie, więc mamy prawo oczekiwać, iż powinno nam się gwarantować jakieś szkolenie, które w rzeczywistości nie jest organizowane. Tak więc potrafimy wykonywać tylko te operacje, jakich nas nauczono po naszym przyjeździe. Niczego więcej nie potrafimy. Oczywiście, kto siedzi dłużej, potrafi robić więcej. Ale dla każdego można znaleźć operacje, której on wcześniej nie wykonywał.

Tak więc Jelena Sorokina znalazła się dokładnie w tej sytuacji, polecono jej wykonywać operację, której nie znała. Poddano ją ogromnej presji. Nie potrafię Pani powiedzieć, czy ją bito, czy nie, ona nic mi na ten temat nie mówiła, ale Jelena stała się ofiarą potężnego nacisku psychicznego.

Nie mamy prawa pójść do toalety….

- Jaką Pani wykonuje operację w obozowej szwalni?

- Ja wykonuję sprawdzanie kontrolnego paska mocowania szlufek (w nie wkłada się pas). Odpowiadam za jeszcze inną operację, za wykonanie zakładek na spodniach.

- Nadiu, a ile Pani zazwyczaj zarabia? W czerwcu zarobiła Pani 29 rubli (2 złote 90 groszy), a ile w lipcu?

- Nie pamiętam. Ale przez ostatnich kilka miesięcy, sierpień-wrzesień, nie wiem z czym to jest związane zaczęłyśmy dostawać wynagrodzenie mające coś wspólnego z ustalonym przez prawo Minimalnym Wynagrodzeniem za Pracę. Moja pensja wynosi gdzieś ok. 1300 rubli (130 złotych), oczywiście ze wszystkimi odliczeniami. Wcześniej dostawałam różne wynagrodzenia, od 29 do 200 rubli (wynagrodzenie Nadieżdy Tołokonnikowej za styczeń 2013 roku – 102 ruble 70 kopiejek, za luty – 215 rubli 27 kopiejek, za marzec 453 ruble 31q kopiejek – E.M.)

- Przez ten czas była Pani bita?

- Nie, mnie nie bili.

- Inne skazane, nie próbowały wobec Pani siły fizycznej?

- Nie, one boją się. Rozumieją, kim jestem. No mówiono mi wielokrotnie, że jeśli nie byłabym Tołokonnikową, to już niejeden raz dostałabym w kość. To dzięki temu, że nie jestem Jeleną Ogły z III Oddziału, w jej wypadku nie zareagował nikt, być może ona nie miała ani krewnych, ani adwokatów. Ale na początku września podjęto próbę zburzenia mojego obozowego status quo.

- W jaki sposób?

- Poddano mnie bezwzględnej presji. Podjęli się tego ludzie, skazane, które zajmują określone miejsca w hierarchii mojego oddziału. To Starsza Dyżurna i Szef Produkcji. Te działania nastąpiły od razu po mojej rozmowie (30 sierpnia) z zastępcą naczelnika Zakładu Karnego Kuprianowem. Stałam się ofiarą całej serii zdarzeń. Na przeprowadzonych w oddziale zebraniach poinformowano skazane o tym, iż będą karane do tej pory, dokąd nie nauczą się prawidłowo postępować z Tołokonnikową i nowymi.

- Nie brała Pani udziału w tych zebraniach?

- Byłam na nich. Mówiono o tym przy mnie. Wypowiadała się starsza dyżurna Jekatierina Ładina i nasza brygadzistka, szef produkcji, Albina Spirczina, to jest osoba śledząca za procesem szycia, rozdziela zadania między skazane, pilnuje, kto ile uszył. W oddziale tworzono specjalnie wyjątkowo nerwową sytuację, nie pozwalano nam chodzić do naszego magazynku z jedzeniem, to znaczy nie wolno nam było jeść naszych własnych produktów. Zakazano nam wchodzenia do kuchni, żeby nalać sobie herbaty. W hali produkcyjnej odebrano nam przerwy na papierosy i na wyjście do toalety.

- Ile zwykle trwa przerwa?

- Do pracy przychodzimy zwykle o 7.30, przerwa jest o 9,45, następna przerwa jest na obiad, mniej więcej o 12, 20.

- A bez przerwy można pójść do toalety?

- Nie, nie mamy do tego prawa. Za bezprawne wyjście do toalety grozi nam raport.

- Ale jeśli człowiek musi?

- Można zaryzykować i wyjść z hali produkcyjnej, ale jeśli spotka nas funkcjonariusz, to napisze raport, iż skazana wyszła z hali w nieprzepisowym czasie. W tamtej sytuacji, te przerwy zostały zlikwidowane, ta o 10ej i ta na obiad, nie mogłyśmy wyjść na papierosa. Oczywiście, robiłyśmy to ukradkiem, inaczej po prostu nie mogłyśmy.  Wydano nam formalną instrukcję, jeśli nawet idziecie na obiad, nie wolno Wam zatrzymywać się na papierosa.

Następna przerwa na papierosa przewidziana jest o 16ej. Przerwa na toaletę także została anulowana. W hali produkcyjnej zakazano nam korzystać z jakichkolwiek napojów. Zwykle podczas przerwy na papierosa wolno nam było napić się herbaty, zjeść cukierek,, ale teraz wszystko to stało się zakazane.
Być może komuś żyjącemu na wolności wszystko to wyda się nie bardzo ważne, herbata, papieros, ale dla skazanej pracującej po 16 godzin na dobę, to wszystko ma zasadnicze znaczenie. Dla wielu herbata jest ratunkiem.

- Kiedy spotkałyśmy się w grudniu, Pani już pracowała po 16 godzin dziennie?

- Ja sama zawsze pracuję po 8 godzin, w moim wypadku administracja przestrzega przepisów. Historia polega na tym, iż kiedy przywieziono mnie na kwarantannę rozmawiałam z naczelnikiem tego Oddziału, powiedziałam mu od razu, że będę pracować tylko po 8 godzin dziennie. Nie mam pojęcia, czy decydujące okazały się moje słowa, czy to, że wszędzie o mnie głośno. Tylko jeden raz zdarzyło się, że pracowałam dłużej, niż 8 godzin. Na początku koleżanki skazane stwierdziły, że są  jeszcze rzeczy, których muszę się nauczyć.

- Nadiu, tu uruchomiona jest taśma produkcyjna, jeśli Pani pracuje tylko 8 godzin, a pozostałe w Pani brygadzie po 16, to komu powierzana jest Pani operacja, wtedy, kiedy Pani wychodzi z pracy.

- To jest oddzielne i dosyć złożone pytanie, na nie także starałam się dostać odpowiedź od administracji Zakładu. Zwłaszcza, że miałam w tej sprawie spore problemy. Sprawa polega na tym, że tej pracy nie powinien wykonywać nikt, wszystkie szyją, tyle ile powinny szyć,  i tak z trudem dążą ze swoją robotą. I rzecz jasna, nikomu nie chce się wykonywać mojej pracy. W rezultacie powstają zaległości. Przychodzę o ósmej, niekiedy w pół do ósmej, i wtedy ta góra wysypuje się na mnie. I ja powinnam wszystko to zszyć jak najszybciej. To oczywiście wzbudza rozdrażnienie tych, których operacja wypada zaraz po mojej, to budzi złość naszej szefowej Albiny Spiricznej. Z tego powodu moje stosunki z nią zawsze były złe. Albina zawsze usiłuje mi przeszkodzić, kiedy wychodzę na papierosa, jej zdaniem i tak pracuję mało. 8 godzin w pracy – wszyscy uważają tu, że to mało. Dla ludzi to jak gdyby przyjść i wyjść, zajrzeć do hali i pomachać ręką.

- Nadiu, dlaczego pozostałe skazane kobiety godzą się pracować po 16 godzin. Są im potrzebne pieniądze, czy lękają się okazać sprzeciw administracji?

- One się boją, tylko dlatego.

- A ile zarabiają? Pani ostatnio zarabiała 1300 rubli (130 złotych) na miesiąc.

- W ostatnich miesiącach zarabiały tyle samo.

- To znaczy, że Pani pracuje 8 godzin, one po 16, a zarabiacie tyle samo.

- Tak, wynagrodzenie jest identyczne. Czas pracy nie wpływa na pensje. Zarobki zależą od tego jaki procent normy został wykonany. Ilość godzin spędzonych w pracy nie ma znaczenia. Przez kilka ostatnich miesięcy, nie rozumiem dlaczego, obliczają mi normalne procenty, 100, czasem 105 procent. A ja szyję teraz, tak jak i wcześniej. Ale wcześniej zapisywano mi tylko 30%, za to teraz aż 100. Podejrzewam, że to także jeden ze sposobów, który ma skłonić mnie do milczenia. Dlatego także sama zastanawiałam się, jak mogę wykonać normę w ciągu 8 godzin. Chodziłam nawet do naczelnika i prosiłam, by pozwolono mi zostać choćby na dwanaście godzin, konfliktowe sytuacje w zonie przemysłowej, związane z tym, ze pracuję dwa razy mniej, niż inne stawały się coraz częstsze. To zupełnie naturalne, że ta sytuacja drażniła inne skazane, one nie chcą pracować za mnie, napięcie z tym związane robiło się coraz większe. Więc po prosiłam, by pozwolono mi pracować po 12 godzin, żeby nie było tych psychicznych emocji, i żebym mogła wykonywać swoją normę. Ale naczelnik stwierdził, że proces mojej reedukacji nie zaszedł dość daleko, że wciąż składane są na mnie skargi, więc w żadnym wypadku nie można mi było na to pozwolić.

Jak mi się wydaje źródło zła w tym wypadku, to normy produkcyjne. Zarzut jaki stawiam przede wszystkim administracji tego Zakładu Karnego polega na tym, iż przyznało ono sobie status gospodarza w niewielkim gospodarstwie o charakterze niewolniczym. Ten obóz, nie jest jak ma to w nazwie instytucją karno-reedukacyjną, jest po prostu obozem pracy. To jest źródło całej biedy, nikt tu nie uważa skazanych za ludzi, oni są traktowani jak pozbawieni praw niewolnicy. Stąd wynika i tej sytuacji towarzyszy brak możliwości zabrania ten temat publicznie głosu. Jeśli powiesz coś na ten temat organom zwierzchnim, zeżrą Cię na miejscu. Zrobią to swoi. A swoi, to ci którzy boją się administracji i spełniają jej żądania. Administracja ma jedno pragnienie, by ludzie zachowywali się spokojnie, by zmęczeni byli jej całkowicie podporządkowani.

- Nadiu, przez ten czas, od kiedy Pani tu się znajduje, praca była zawsze? Zawsze mieliście do szycia jakieś komplety ubrań? Czy zdarzały się przestoje, okresy, kiedy nie było pracy?

- W końcu marca, przez dwa tygodnie nie mieliśmy zamówień. W czasie pracy przechodziłyśmy  do strefy produkcyjnej, ale pomagałyśmy innym brygadom w ich pracy, obcinałyśmy nitki, ale same byłyśmy bez zajęcia. Te dwa tygodnie były wyjątkowe, a tak pracujemy przez cały czas. Zakład Karny podpisał znaczący kontrakt na szycie policyjnych mundurów. Teraz roboty nam nie zabraknie. Ale czy to dobrze? Powtarzam jeszcze raz, chciałabym to podkreślić, to normy produkcyjne określone przez administrację zmuszają skazane do takiej pracy. One pracowałaby z przyjemnością po 8 godzin, lub choćby po 12. Wielokrotnie zwracano się do mnie, bym coś z tym zrobiła. Jeśli normy produkcyjne byłyby mniejsze, a do tego jeśli nie pozwalanoby sobie na radykalne zmiany parametrów (ze 100 kompletów na przykład do 150), to jestem przekonana, iż normę produkcyjną dałoby się wykonać w ciągu 8 godzin. To by dało szansę na zajęcie się sobą, samokształcenie, nareszcie można by znaleźć czas na pisanie do bliskich listów, albo czas na refleksje duchową, religijną. W obecnych warunkach na to wszystko nie ma szans.

- Czy w niedziele też jesteście zmuszane do pracy?

- Do mnie przychodzą skazane z mojego oddziału, one dzięki kontaktom a administracją zajmują u nas wysokie stanowiska , na przykład brygadzistka, (to one rozdzielają miejsca pracy i wszystko to, co w więziennym slangu nazywamy „Łachmate”), kładą zwyczajnie przed człowiekiem kartkę papieru, żebyś mogła napisać podanie o zgodę na pracę w niedzielę. Kiedy tu przyjechałam, pytałam o to co się stanie, jeśli ja tego podania nie podpiszę. Wtedy mi wytłumaczono, że zostanie ukarana cały brygada.

- I w końcu podpisała Pani?

- Tak podpisywałam takie podanie co niedzielę.

- A jakie kary mogą spaść na brygadę?

- Zmniejszone zostaną porcje wyżywienia, ograniczony dostęp do toalet, albo możliwości wyjścia na papierosa.

Ten mój gest jest całkowicie szalony

- Nadiu, jak można było przeczytać w Internecie, naczelnik Zakładu Karnego IK-14 Kułagin usiłował Panią uprzedzić o grożącej Pani odpowiedzialności karnej w związku ze składaniem świadomie fałszywych doniesień, tak jak to ujmuje paragraf 306 Kodeksu Karnego Federacji Rosyjskiej. Co to za historia, proszę ją opowiedzieć.

Zdjęcie Nadii zrobione po jej przyjeździe do Zakładu
Karnego numer 14
- To się zdarzyło dwukrotnie. Po raz pierwszy otrzymałam oficjalne ostrzeżenie. Poprosiłam o kopię tego ostrzeżenia, ale jej nie otrzymałam. Co więcej, wyrwano mi z rąk ten dokument, kiedy starałam się go uważnie przeczytać. Przede mną ustawiono kamerę i oświadczono, iż powinnam ten dokument przed nią przeczytać na głos. Odmówiłam. Nie rozumiem, dlaczego miałabym czytać na głos. I powiedziałam: „ja mogę sama przeczytać ten papier, umiem sama czytać”. Wtedy Swietłana Wasiliewna Żatkina, pracownica Oddziału Operacyjnego, która brała w tym wszystkim udział, oświadczyła: „W takim razie sporządzimy protokół stwierdzający, iż odmówiłaś wykonania rozporządzenia administracji”. Więc mówię: „w porządku, sporządzajcie protokół”. Ale taki raport oznacza też, iż należy wyznaczyć skazanej jakąś karę. To właśnie wtedy po praz pierwszy przeczytałam oficjalne ostrzeżenie z powołaniem się na paragraf mówiący o oszczerstwie. Wtedy tez Żatkina przy wszystkich nazwała mnie kłamczuszką. Wtedy odpowiedziałam, iż ten właśnie paragraf o oszczerstwie można zastosować i w stosunku do niej samej, a ja mówię i piszę w swoich podaniach tylko prawdę.

Po raz drugi podobna sytuacja miała miejsce 23 września, wtedy, kiedy Naczelnik Zakładu Karnego wysłał mnie w „bezpieczne miejsce”. Wtedy także próbowano zdobyć mój podpis pod oficjalnym ostrzeżeniem o karze grożącej za składanie „świadomie fałszywych doniesień”. „Dlaczego to robicie?” – spytałam. „Mamy nadzieję, że w końcu zmienisz swoje poglądy i zrozumiesz, że się mylisz. Zrozumiesz, że możesz za swoje czyny ponieść przewidziana przez prawo karę. Dlatego mamy obowiązek złożyć ci oficjalne ostrzeżenie.?

- Chciałabym sprawdzić niektóre nazwiska wymienione w Pani liście. Opowiada Pani o kobiecie, która 
poprosiła o zezwolenie na wyjście do strefy mieszkalnej….

- To była właśnie Sorokina. Ja niestety nie wiem, jak zagwarantować bezpieczeństwo tym wszystkich, których nazwiska tu wymieniamy. Naprawdę nie wiem, choć bardzo mi na tym zależy. Obawiam się, że ją mogą tu zabić, tym bardziej, iż znajduje się teraz w Oddziale Karnym. Tam grozi jej realne niebezpieczeństwo. Opowiadałam już o Jelenie Ogły, która straciła życie na skutek pobicia. Oficjalnie napisano, że przyczyną jej śmierci był albo HIV, albo wylew, podano całkiem inną, niż prawdziwa. Rodzina nic z tym nie mogła zrobić, tutaj ukrywa się wszystko. Dlatego mam wszelkie podstawy, by obawiać się o bezpieczeństwo tej kobiety.

- Nadiu, pisze pani dalej o kobiecie, która w Oddziale II odmroziła sobie nogi i ręce.

- Niestety, ja nie pamiętam jej nazwiska, ale kontaktowałam się z nią osobiście. Myślę, że można by ją rozpoznać, pamiętam, iż była dosyć drobnej budowy ciała. Nie ma jednej nogi, porusza się o kulach. Ale problem w tym, że i ona nie zechce podać prawdziwej przyczyny, z nią też już porozmawiano. Ja je mówię: „Ty nie chcesz złożyć w tej sprawie doniesienia? To jest skandaliczna historia.” Na to usłyszałam jej odpowiedź: „Chciałabym pozwać ich do sądu, ale zrobię to dopiero po wyjściu na wolność.”  Jej do końca kary zostało mniej, niż rok. O ile wiem,  starała się o warunkowe zwolnienie, ale nie udało się, administracja jej nie znosi, regularnie wysyłają ją do karceru, nie zwracając uwagi na jej niepełnosprawność. Chciałam też opowiedzieć, jak przeniesiono ją z Oddziału Piątego do Drugiego. Jedna z kobiet osadzonych w Piątce pomagała jej. Więc ona próbowała tam wrócić, w Dwójce już jej nikt nie chciał pomagać, w tym właśnie Oddziale znajdują się wszyscy niepełnosprawni i skazane w wieku zaawansowanym. Więc kobieta napisała podanie do Naczelnika Kuprianowa. Kuprianow przez miesiąc nie reagował, nie wzywał jej do siebie, wtedy ona sama postanowiła, że pójdzie do niego. Kiedy do niego dotarła wytłumaczyła mu, dlaczego stara się o powrót do Oddziału Piątego. Wtedy on odpowiedział, że nie ma zamiaru niczego zmieniać, na odwrót "zaraz wyślemy Cię do karceru – zapowiedział – bo pozwoliłaś sobie na przyjście do mnie, do administracji, bez zezwolenia, mamy podstawy by Cię ukarać". Dali jej naganę i wysłali do karceru.

- Nadiu, pisze Pani dalej, że biją tu po twarzy i po nerkach, może Pani wymienić jakieś nazwiska?

- Ja nie mogę wymieniać nazwisk tych ludzi. W moim własnym oddziale jeśli zdarzają się pobicia, to nie są one ciężkie, noszą, jakbym powiedziała, kosmetyczny charakter. Ale to się zdarza, mogą człowiekowi dać po buzi. Tak robią same skazane. Administracja Zakładu Karnego, sama, o ile mi wiadomo, nie pozwala sobie na bicie skazanych. Tu wszystko robi się rękami samych skazanych. Opowiem świeży przykład, w Oddziale Siódmym pobito nową dziewczynę, przywieziono ją tutaj jakieś trzy tygodnie temu. Umieszczono ją w „Siódemce”, tam brygadzistką jest Simonowa. Tę nową dziewczynę pobiły inne skazane, za to, że nie nauczyła się szybko szyć.

- Zna Pani jej nazwisko?

- Nie, nie znam.

- Nadiu, dalej czytam Pani list. „Całkiem niedawno pobito nożyczkami jedną z młodych skazanych, za to, że na czas nie oddala gotowych spodni.”

- To się wydarzyło w mojej brygadzie. Ale ja nie podam nazwiska. Gdybym to zrobiła, mogłyby ją spotkać poważne nieprzyjemności.

- Napisała Pani, że "tymi nożyczkami” przebito jej głowę. Na pewno trzeba jej było okazać pomoc medyczną.

- Jak rozumiem, tam doszło do powierzchownych uszkodzeń tkanki, więc ustalono, iż samo się zagoi, ona jakoś się zabandażowała i tak potem chodziła.

- Następna historia, „zupełnie niedawno jedna ze skazanych usiłowała nożem przebić sobie brzuch”…

- Nie nożem, a nożycami. To się wydarzyło w sąsiedniej brygadzie. Również nie znam jej nazwiska, wiem tylko, ze taki incydent się zdarzył. Proszę mnie zrozumieć, w szeregu wypadków, naprawdę nie mogę wymieniać nazwisk, nie mam żadnych możliwości, by tym ludziom zagwarantować potem bezpieczeństwo. Poczuwam się do odpowiedzialności za nich i dokładnie z tego powodu aż do tej pory nie składałam żadnych skarg.

- Ale jeśli nie wymienia Pani nazwisk, to w jaki sposób chce Pani doprowadzić do zmian? Zapowiada Pani głodówkę, i że będzie ona trwała do tej chwili aż zmieni się sytuacja. Ale co możemy zrobić, jeśli nie jesteśmy w stanie dowiedzieć się w odniesieniu do kogo konkretnie naruszono prawo?

- Proszę zrozumieć, kara spadnie nie na tych, kto na nią zasłużył. Proszę bardzo, weźmy tę sytuację, kiedy jedna skazana drugiej uszkodziła głowę nożycami. Ale tę, która to zrobiła doprowadzono do takiego strasznego stanu, całkowitego wyczerpania psychicznego, kiedy człowiek zamienia się w zwierzę. Ją do tego doprowadzono.

Jeszcze jedną kobietę przeniesiono z mojego oddziału do innego, na inny odcinek, dano jej nowe miejsce pracy, inną zmianę, żebyśmy w żadnym wypadku nie mogły się spotkać. Napisano na nią raport, w konsekwencji uniemożliwiono jej starania o warunkowe zwolnienie, ona siedzi już 6 lat i robiła wszystko, żeby zasłużyć na przedterminowe zwolnienie.

- Może Pani podać nazwisko?

- A co to da?

- Proszę mnie zrozumieć, kiedy Pani mówi pewna kobieta, jedna kobieta, to nie są fakty…..

- Ale co to da? Co wy z tym zrobicie? Proszę bardzo, wymienię teraz jej nazwisko, właśnie teraz rozpatrywana jest kwestia jej warunkowego zwolnienia, ona wciąż ma na nie nadzieję. Ale jeśli ja wymienię teraz jej nazwisko, to w jej sprawie zostanie napisanych jeszcze szereg nagan i raportów, i o żadnym warunkowym zwolnieniu nie będzie już mowy. A koniec jej kary wypada dopiero w końcu przyszłego roku. Więc jak mam postąpić? Ja rozumiem, o co mnie Pani prosi, ale ja nie mam prawa niszczyć ludzkich losów, z tego powodu zrezygnowałam ze swojej skargi w maju, wycofałam ją, kiedy zorientowałam się, jak rozpoczęto na moich oczach łamać ludzkie losy. To się działo z mojego powodu.

- Nadiu, pisze Pani jeszcze: „Skazane powiązane z administracją zachęcały Oddział do rozprawienia się…”. Mogłaby Pani wymienić nazwiska tych kobiet?

- Już je wymieniałam, to Ładina i Spirczina. To one uprzedzały, że będą nas karać, aż do chwili, kiedy nie nauczymy się zachowywać właściwie. A jak zachowywać się właściwie? Jak obchodzili się z ludźmi „starożyły’? Trzeba bić? Bijcie ! A jeśli ona pójdzie na skargę? Nic wam za to nie grozi, nigdzie nie będzie się skarżyć, nie odważy się. Krzyczeli na mnie, starano się wywierać na mnie presję psychiczną, to wszystko robiono na zamówienie, wśród nich byli i ludzie, z którymi w normalnym życiu moglibyśmy ułożyć sobie normalne kontakty, ale tu ludzie się degradują, krzyczeli na mnie, bu musieli. Takie były polecenia wydane przez nasze funkcyjne skazane. I jeśli one by tego nie zrobiły, uniemożliwiono by im choćby mycie się. Ale jeśli idzie o jakieś ataki fizyczne, tego nie było.

Nie zjem bodaj jednego cukierka podczas głodówki.

Funkcjonariuszka Zakładu Karnego IK-14:  Pora obiadu. Będziesz brać obiad?

- Nadiu, będzie Pani brać obiad?

- Mam obowiązek przyjęcia obiadu. Potem muszę go tu trzymać przez dwie godziny. Ale ten obiad nie jest w żadnym stopniu podobny do tego, jakim karmią nas w stołówce.

- Ten obiad jest lepszy?

- O wiele. Zwykle dostajemy, jak wypadnie, może jedną czwartą tej porcji ryby i chleba. Ale tylko chleb jest tu świeży.

- Nadiu, prowadzi Pani głodówkę, przyniosą Pani jedzenie, Pani nakrywa je torbą, to po to, żeby nie czuć zapachu jedzenia?

- Bardzo chciałabym się dowiedzieć, czy rzeczywiście jedzenie musi u mnie pozostawać przez dwie godziny. To prawda, nie czuję się z tym komfortowo. Powiedziano mi nawet, iż jeśli to jedzenie będę wylewać, albo wyrzucać, to oni uznają, że ja przerwałam głodówkę i wszystko zjadłam.

- Kiedy przynoszą jedzenie trudno Pani zapanować nad sobą? Chce się Pani jeść?

- Bardzo chce mi się jeść, ale nie trudno mi zapanować nad sobą. Nie ciągnie mnie do tego jedzenia, nie pragnę się na nie rzucić, rozumiem, że to pewnego rodzaju szatańska pokusa. Dobrze rozumiem, że jeśli zakończę głodówkę, a moje żądania nie zostaną spełnione, to moje prawa i prawa innych skazanych zostaną ograniczone w jeszcze większym stopniu. To byłby sygnał w kierunku administracji, iż każdego skazanego można złamać, nawet tego, kto upomniał się o prawa swoje i innych skazanych. To dlatego nie odczuwam najmniejszego pragnienia, bu choć cokolwiek wziąć do ust. Mnie tu specjalnie przyniesiono wszystkie moje własne zapasy, pewnie idzie o to, żeby mnie sprowokować, żebym się na coś skusiła. Ale ja tego nie zrobię. Podczas głodówki nie wezmę do ust nawet jednego cukierka.

- Podczas Pani pobytu w Zakładzie, ktoś wcześniej próbował głodować?

- Nie, skąd. Przy mnie nikt tu na nic się nie skarżył, nie wysyłał żadnej skargi, tutaj wszystko znajduje się pod taką kontrolą, wszyscy się boją, w końcu muszą odsiedzieć swoje wyroki. Ten mój gest jest całkowicie szalony. Co ze mną będzie dalej nie wie nikt, wszyscy tu jednak uważają, że to szaleństwo. Ludzie popierają mnie, większość jest po mojej stronie, ale wszystkim się wydaje, że moja głodówka, to jak prawie podpisanie dla siebie wyroku śmierci. 

- Na dzień przed ogłoszeniem głodówki, szukała Pani rady u kogoś w swoim oddziale?

-  Tak rozmawiałam z niektórymi, ale to była maleńka liczba osób. Niektóre skazane mówiły, że jeśli zobaczymy, iż na ciebie wywierana jest nadzwyczajna presja, jeśli zobaczymy, że jest ci bardzo źle, albo, ze źle Cię traktują, my też ogłosimy głodówkę.

Dziewczyny z Pussy Riot nie zostały zapomniane. Protesty przeciw ich uwięzieniu odbywają się na całym świecie. 

Potrzebna będzie cierpliwość

- Nadiu, rozmawiała Pani o głodówce ze swoim adwokatem, mecenas Chrunową?

- Tak.

- Ona Panią wsparła?

- Adwokat, to nie ten człowiek, który w takiej sprawie może nas poprzeć, lub nie. Dostałam od niej kilka porad prawnych, po to bym wszystko robiła prawidłowo. Pani się pyta, dlaczego ogłosiłam głodówkę właśnie teraz? Całe lato zastanawiałam się, co powinnam zrobić. W tej, lub innej formie zwracałam się do przedstawicieli administracji, by choćby w niewielkim stopniu poprawić sytuację skazanych znajdujących się w tym zakładzie karnym. Prowadziłam jakieś nieformalne rozmowy, sama formułowałam dla siebie postulaty.

- Niech Pani poda jakieś przykłady, jak zamierzała Pani poprawić sytuację?

- Dajmy taki przykład, w stołówce brakowało łyżek, szłam do nich i mówiłam o tym, że mamy taki problem. Oni odpowiadali: „w porządku, my to naprawimy”. W rezultacie odebrano łyżki u nas w oddziale i przeniesiono je do stołówki, teraz w stołówce łyżek rzeczywiście tyle, ile potrzeba, ale w oddziale ich nie ma. To przecież nic strasznego, iż wypowiadałam się w sprawie stołówki. Problem polega na tym, że administracja Zakładu Karnego nie ma zamiaru słuchać skazanych. Tutaj tak przyjęto, skazany powinien milczeć. Jeśli poprosisz o cokolwiek, to oni zwykle zrobią gorzej – to tak tutaj działa. To główna zasada. I w rezultacie zostałyśmy na oddziale bez łyżek.

- Poprosiła Pani w swoim podaniu o przeniesienie do innego Zakładu Karnego.

- Tak, pragnę tego. 

-  Myśli Pani o jakimś konkretnym Zakładzie Karnym ?

- Nie, takiego nie ma. Chciałabym tylko trafić do takiego, w którym przestrzega się prawa w pełnej mierze i odpowiednio do tego traktuje skazanych.

- Słyszała Pani o takich zakładach karnych?

- To co mi wiadomo, nie mogę przecież wypowiadać się o koloniach, w których nigdy nie byłam, ale adwokatka opowiadała mi o kolonii w Niżnim Nowgorodzie (IK-2), tam gdzie obecnie przebywa Aliochina. Tam sytuacja z prawami człowieka wygląda zupełnie inaczej. Dochodziły do mnie informacje także o innych zakładach karnych, ale nie będę ich teraz wymieniać, chcę uniknąć gołosłowności, ale opowiadały mi inne skazane, iż choćby pod względem warunków zatrudnienia w niektórych jest o wiele lepiej.

- Nadiu, proszę powiedzieć jakie są Pani podstawowe żądania związane z głodówką? W jakich warunkach będzie Pani gotowa przerwać głodówkę? Przecież nie będzie Pani głodować wiecznie?

- Nie dam rady. Najważniejsze, to przestrzeganie warunków zatrudnienia, tak by odpowiadały one Kodeksowi Pracy Federacji Rosyjskiej. Należy zacząć od zapewnienia skazanym odpowiedniej ilości snu. W ideale powinnyśmy mieć zagwarantowane 8 godzinny dzień pracy, ale  być może, jeśli miałby to być 12 godzinny dzień pracy, a normy produkcyjne zostałyby zmniejszone, tak by kobiety dawały radę je wykonywać – nad takim wariantem tez gotowa się jestem zastanowić. Tak więc idzie mi albo o 8-godzinny, albo 12-godzinny dzień pracy, w żadnym wypadku nie może to być 16 godzin.

Punkt drugi, to zmniejszenie norm produkcyjnych, dziś są one sztucznie zawyżone.

Stąd nie da się poskarżyć na cokolwiek, wystąpić z jakimkolwiek wnioskiem. Kiedy przyjeżdża kolejna komisja, wszystko jest ukrywane. Już opowiadałam, jak szykujemy się na przyjazd komisji. Kiedy Pani i Wasza komisja przyjeżdżała w grudniu, wszystko odbyło się w taki sam sposób. Tak samo i teraz. Każdy człowiek boi się rzecz jasna sam za siebie, zwłaszcza jeśli znajduje się w tego rodzaju zamkniętym miejscu, to naturalne. I on to rozumie, wy wyjedziecie, a on tu zostanie.

Chciałabym także wspomnieć o cenzurze korespondencji. Za każdym razem, kiedy człowiek stara się w liście opisać jak nasze życie  wygląda na prawdę, wzywają go potem do Wydziału Operacyjnego , albo do Wydziału Bezpieczeństwa i informują, iż nawet bliskim krewnym, nie wolno opowiadać o pewnych sprawach. 

- Panią także tam wzywali?

- Oczywiście. Wzywali mnie z powodu rozmów telefonicznych. Kiedy tu przyjechałam, podzieliłam się z moim mężem informacją, iż bolą mnie ręce. Długo musiałam rąbać lód. Nawet nie skarżyłam się wtedy, po prostu opowiadałam mu, jak tu jest. Nie prosiłam go o co cokolwiek, by coś z tym zrobił. Ale już następnego dnia wezwano mnie do Kuprianowa, zapytał mnie po co to robię i podkreślił, że tego rodzaju postępowanie w zakładzie karnym są nie do przyjęcia.

Uważam także, iż znaczącemu ograniczeniu poddano nasze prawo dostępu do informacji rozprzestrzenianych przez środki masowej informacji. Zgodnie z artykułem 94 Kodeksu Postępowania Karnego Federacji Rosyjskiej dostęp skazanych na tymczasowe pozbawienie wolności do filmów fabularnych, programów telewizyjnych, audycji radiowych jest reglamentowany. Ale ten artykuł podkreśla także nasze prawo dostępu do mediów. Jesteśmy pod pewnym względem ograniczane, ale to nie oznacza, że straciłyśmy prawo dostępu do informacji. Jedyna gazeta jaka jest prenumerowana przez Zakład Karny, to „Kazionnyj Dom„ ("Instytucja Państwowa”). W tej gazecie publikowane są materiały na temat zakładów karnych. Jej lektura nie rozwiązuje kwestii naszego dostępu do środków masowej informacji.
W oddziałach zwykle nie działają telewizory, nie odbieramy żadnych stacji, jesteśmy w ten sposób całkowicie oderwane od świata zewnętrznego.

Chciałabym jeszcze poruszyć problem odbiornika radiowego. Zgodnie z paragrafem 84 Kodeksu Postępowania Karnego Federacji Rosyjskiej pomieszczenia mieszkalne, pomieszczenia produkcyjne, karcery, czy cele więzienne winny być wyposażone w głośniki radiowe, koszty z tym związana ponosi Zakład Karny. Ale w ani jednym miejscu nie widziałam sprawnego głośnika radiowego. Jedyny sprawny głośnik radiowy nadaje programy wewnętrznego radia Zakładu Karnego IK-14. Regularnie czytane są regulaminy więzienne, nigdy jednak nie słyszałam wiadomości aktualnych, lub audycji nadawanych przez nasze radiostacje. Jesteśmy całkowicie pozbawione dostępu do informacji.

Naruszane jest także nasze prawo, by funkcjonariusze Zakładu Karnego zwracali się do nas uprzejmie i grzecznie. Funkcjonariusze często rzucają pod naszym adresem przekleństwami.

- Nadiu, czy podejmując głodówkę zgłosiła Pani jakieś żądania we własnej sprawie? Czy chce Pani osiągnąć coś dla siebie, nie dla innych skazanych?

- Chciałabym, żeby znaleziono miejsce, w którym byłabym wolna od nacisku ze strony tak administracji, jak i tych skazanych, które z nią współpracują. Wydaje mi się, że powinnam trafić do innego oddziału. Sama próbuję znaleźć odpowiedź na pytanie, czy w tym właśnie zakładzie możliwe będzie znalezienie takiego miejsca, w którym byłabym wolna od nacisków ze strony administracji. Ja bym na miejscu administracji spróbowała je znaleźć. Jestem przekonana, iż jeśli administracja nie będzie wywierać nacisku na skazane, to same z siebie w takiej neutralnej sytuacji będą się do mnie odnosić normalnie. Tak jak odnosiły się do mnie wcześniej.

- Do jakiego oddziału chciałaby Pani zostać przeniesiona?

- Do jakiego konkretnie oddziału? Może nadawałby się Oddział 8, jemu powierzają roboty specjalne. On by się nadawał, gdyby oni zgodzili się wysłać mnie do innej pracy.

- Co to znaczy „roboty specjalne”?

- Tu chodzi o wszystkie prace, inne niż wykonywane w szwalni.

- Na przykład prace porządkowe?

- Nie, w naszym zakładzie nie ma specjalnego oddziału do prac porządkowych, tu raczej chodzi o prace takie, jakie na przykład wykonuje teraz moja Masza (Aliochina). Ona odpowiada za grafik zajęć w szkole wieczorowej. Tego rodzaju zajęcia nazywane są u nas robotami specjalnymi.
Domagam się przeniesienia do innej pracy, także dlatego, iż jeszcze w styczniu, odwiedziłam przychodnię profilaktyczno-leczniczą w Baraszewo, zwróciłam się do nich w związku z nasileniem bólów głowy, to było związane z pracą w szwalni. Informowałam o tym komisję odpowiedzialną za przydział do konkretnej pracy jeszcze w listopadzie 2012 roku, mówiłam o tym, że cierpię na osteochondrozę, i że prawdopodobne jest w tej sytuacji nasilenie bólów głowy.

- Nadia, zrozumiałam. Na pewno chciałaby Pani znaleźć się w pracowni artystycznej, ale tam….

- Nie, niekoniecznie. To nie musi być pracownia artystyczna, zgodzę się pracować w dowolnym miejscu.

- W pracowni artystycznej, gdzie robią lalki matrioszki czuć zapach lakieru, tam trudno oddychać.

- Myślę, że dałam bym sobie radę. Ale to kwestia do zastanowienia się. Wspomniałam o pracowni artystycznej nie w trybie ultimatum, to dla mnie przykład miejsca, dokąd można by mnie przenieść. Jak mówiłam to może być dowolne miejsce.

Zależy mi także, żeby przestano mnie prześladować w związku z  moimi wystąpieniami pod adresem administracji, a także, żeby przestano prześladować inne skazane w związku z tym samym.

- Zrozumiałam. Wszystko co Pani powiedziała, w obecnych warunkach będzie trudne do zrealizowania. I jeśli nawet uda się spełnić któreś z Pani postulatów, to zajmie to więcej niż 2-3 dni. Ale jak Pani wie, po 10 dniach od rozpoczęcia głodówki zaczną Panią karmić przymusowo. Jest Pani na to gotowa?

- Tak, jestem. A co mogłabym zrobić. To znana praktyka.

- A jeśli administracja wypełni choć jedno z Pani żądań, jest Pani gotowa zakończyć głodówkę?

- Nie. Zależy mi na tym, żeby były spełnione wszystkie moje żądania.

- Nadiu, jak się Pani czuje teraz?

- No jak? Bardzo chce mi się jeść, mam mdłości, kręci mi się w głowie. To wszystko.

- Czy bada Panią lekarz?

- Lekarz, tak. Przychodzi raz na dzień.

- Nadia, czy wierzy Pani w to, że przy pomocy głodówki uda się Pani zmienić sytuację?

- Tak, wierzę. Naprawdę to takie trudne? Trzeba przede wszystkim zmniejszyć normy produkcyjne. A jeśli idzie o przeniesienie mnie do innego oddziału, albo do innej pracy, to tu też nie ma niczego strasznego. Jak mówi Kuprianow, on jest autorem oświadczenia, iż domagam się od niego ulgowych warunków, ale tu nie chodzi o warunki ulgowe. Dziesiątki skazanych wykonują tu inne prace, nie pracują w szwalni, czy to oznacza, że pracują w warunkach ulgowych? Więc może sprawdzimy, dlaczego tam pracują. Dlaczego nie pracują w szwalni? Dlaczego powierzono im w różnych miejscach stanowiska dyżurnych? Może mamy to do czynienia z elementem korupcji.

- Nadiu, Pani oskarża Kuprianowa o poważne przestępstwa, ale tak na prawdę nie dysponuje Pani dowodami.

- Skąd miałabym wziąć dowody, jeśli rozmawiałam z nim w cztery oczy w zamkniętym pomieszczeniu.

- Więc jak Pani zamierza dowieść swojej racji? On oskarży Panią o oszczerstwo.

- Niech oskarża, to jego prawo. Opowiadam tylko o tym co działo się ze mną. I jeśli organy władzy państwowej dojdą do wniosku, że to dla nich lepiej, by przedstawić tę historię inaczej, proszę bardzo, to ich prawo. Zdobędę się na cierpliwość. 

środa, 18 września 2013

Nawalny: dlaczego zrezygnowaliśmy z protestów ulicznych?

Proces w Kirowie, trzy miesiące kampanii wyborczej w Moskwie i nieoczekiwanie pomyślny wynik głosowania zmieniły status Aleksieja Nawalnego. Dzięki nim stal się on dzisiaj najbardziej perspektywicznym opozycjonistą i politykiem zdolnym do działania w skali całej federacji. Ale nie zapominajmy, proces zakończył się wyrokiem skazującym, a sukces wyborczy nie rozwiązal ani osobistych problemów Nawalnego, ani dylematów przed którymi stoi rosyjska opozycja. „Słoń” porozmawiał z Aleksiejem Nawalnym jak on sam zmienił się na przestrzeni ostatniego pół roku i co zamierza robić w przyszłości.

Fragmenty wywiadu dla portalu www.slon.ru

Słoń:
Na wyborach w Moskwie 27% wyborców oddało za Ciebie swój glos. Z takim rezultatem większym niebezpieczeństwem dla władzy będzie pozostawienie Cię na wolności, czy wysłanie za kratki?

Nawalny:
Nie mam pojęcia, w jaki sposób procent głosów zdobytych przeze mnie na wyborach w Moskwie może wpłynąć, na to czy mnie posadzą, czy nie. Tego rodzaju pomiary, ich odcienie rodzą się wyłącznie w głowie u Putina. Ale ja nie wiem, co dzieje się teraz w jego głowie.  Jedna z wersji głosi, iż władze zgodziły się na przeprowadzenie w Moskwie stosunkowo wolnych wyborów, by dokonać swoistego pomiaru „temperatury” w społeczeństwie, by zrozumieć co się w  nim naprawdę dzieje. Te wybory szczególnie jaskrawo zademonstrowały degradację naszej socjologii, teraz nikt nie ma na ten temat wątpliwości. Nikt wcześniej nie potrafił przewidzieć nowego politycznego rozkładu sił. Teraz jednak możemy dostrzec nowe kontury, mają dla nas wielkie znaczenie, i na pewno mają spore znaczenie dla Kremla. Jakie z tego na Kremlu zostaną wyciągnięte wnioski (posadzić-nie posadzić, wzmocnić kompromitującą propagandę na ekranach telewizyjnych, choć z drugiej strony trudno mi sobie wyobrazić co jeszcze można zrobić w tym kierunku, lub jeszcze coś innego), nie chcę bawić się we wróżkę. Ja nie wiem, co się dzieje u nich w głowach. Z tego co widzę, to chyba nie wiele. Może powinienem być bardziej precyzyjny, w głowie u Putina coś się dzieje, ale ponieważ wszystkie decyzje podejmuje tylko on, to pojawia się inny problem, nie wiadomo ile czasu potrzeba by jego pomocnicy dotarli do jego głowy. Na ile mogę to obserwować, Kremlem zawładnął jakiś nieskończony chaos, zatrudnieni w nim ludzie nie zajmują się wykonywaniem swoich zwykłych urzędniczych obowiązków. Urzędnicy Kremla albo zajęci są zarabianiem pieniędzy, albo podejmują działanie obliczone na poszerzenie swojej strefy wpływów. Te ostatnie prowadzone są za kulisami. Dlatego, jak mi się wydaje, nie mam sensu wdawanie się w spekulacje, na ile zostanie zmieniona strategia stosowana wobec mnie, lub całej opozycji .

Słoń:
Kiedy więc prowadziłeś kampanię wyborczą, nie zastanawiałeś się nad tym, iż jej sukces to twoja ostatnia szansa, by uniknąć odsiadki?

Nawalny:˛
To jakieś głupstwo. Nie wiadomo dlaczego wielu ludzi uważa, iż tak bardzo boję się aresztowania. Tak, to oczywiste, więzienie, to coś bardzo nieprzyjemnego. Nie mam najmniejszej ochoty trafić za kratki. Ale chciałbym podkreślić, nie podejmowałem żadnych działań, lub nie rezygnowałem z nich, zadając sobie równocześnie pytanie, na ile wpłynie to na prawdopodobieństwo mojego zamknięcia. Jeśli już tak bardzo chciałbym go uniknąć, na pewno działabym w jakiś inny sposób. Ale mnie jest całkowicie obojętne, co oni sobie tam pomyślą. Ja nie mam na to żadnego wpływu. Jeśli Putin jutro podejmie decyzję, by kogoś posadzić, mnie lub kogokolwiek innego, na to nic się już nie poradzi.

Słoń:
Po wyborach prezydenckich w marcu 2012 roku stanąłeś razem z Siergiejem Udalcowem na fontannie na placu Puszkina. Wtedy wezwaliście uczestników demonstracji, by się nie rozchodzili, by pozostali na miejscu. Ale to nie były twoje wybory, nie mieliście wówczas żadnego kandydata, który choć w niewielkim stopniu reprezentowałby twoje interesy. Dziś jednak, kiedy pojawiła się konieczność obrony wyników wyborów przeprowadzonych z twoim udziałem, kiedy wszystko wskazuje na to, iż władze zablokowały w sztuczny sposób możliwość przeprowadzenia drugiej tury głosowania, poprosiłeś ludzi zebranych na demonstracji, by się rozeszli. Dlaczego tak postąpiłeś?

Nawalny:
To co wydarzyło się 5 marca zeszłego roku, to w znacznym stopniu był gest solidarności pod adresem Udalcowa. W końcu to on wezwał do tego rodzaju zachowania. To po pierwsze. A po drugie, tak, wyników trzeba bronić.  Wiemy bardzo dobrze, że te procenty głosów potrzebne, by odbyła się II tura zostały nam ukradzione. Wiemy bardzo dobrze, że skradziono nam II turę. Jednak powstaje pytanie, jakimi metodami bronić osiągniętego przez nas wyniku. Jaka metoda okaże się najmniej przyjemna dla administracji Moskwy. I jaka metoda odpowiada obecnie naszej linii strategicznej. Ja nie mogę tak po prostu wezwać ludzi, by zostali, lub nie. Jako odpowiedzialny polityk i po prostu w miarę rozumny człowiek, ja wyczuwam nastroje ludzi. Więc jeśli czuję ich nastrój, i rozumiem, że nie mają ochoty, by pozostać na placu, byłoby głupio do tego ich nawoływać.  Zapewne kilka tysięcy ludzi było gotowe do okazania ze mną solidarności. Ale zastanawiałem się nad tym bardzo starannie, dyskutowałem o tym ze wszystkimi, zdawałem sobie sprawę, że podejmuję ważną decyzję. Zrozumiałem też, że w oczach wielu ludzi cała kampania okazała się potężnym sukcesem i zwycięstwem. Ale nie mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której Sobianin otrzymałby w pierwszej turze 43% głosów, a ja 48%, co by oznaczało, iż my musimy zrobić co w naszej mocy dla obrony wyniku, wyjść na ulicę i zablokować wszystko.

Nasi obserwatorzy w większości lokali wyborczych nie dostrzegli jakichś drastycznych przykładów naruszenia procedury wyborczej. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że potrzebne nam głosy zostały ukradzione podczas glosowania w domu. Odniosłem wrażenie, że ludzi nie byli gotowi do udziału w protestach ulicznych. Im nie wydawało się, że w tej konkretnej sytuacji, to byłoby prawidłowa i najbardziej adekwatna decyzja. Wydaje mi się, że w związku z tym wybraliśmy rozumny sposób postępowania na przyszłość.

Jeśli na placu pozostałyby 3 tysiące ludzi i zostaliby oni rozpędzeni przez oddziały specjalne OMONu, wszyscy poddalibyśmy się poczuciu klęski. A to przecież było inaczej.

Będziemy więc korzystać z innych metod możliwych do zastosowania w tej sytuacji. Wypuściliśmy gazetę w nakładzie jednego miliona egzemplarzy. Właśnie zajmujemy się dystrybucją. Nasza kampania dowiodła, iż wiele rzeczy możemy robić bardzo skutecznie. Tak powinniśmy postępować dalej. Myślę tu o naszej agitacji prowadzonej przez zwykłych ludzi . W sieci nawalny.ru zarejestrowało się już 36 tysięcy internautów. 

niedziela, 8 września 2013

Kto wymyślił termin pieriestrojka? Pożegnanie z Tatjaną Zasławską.

W końcu sierpnia zmarła w Moskwie Tatjana Zasławska, wybitny socjolog, ekonomistka, działaczka na rzecz demokratyzacji Rosji. To ona podsunęła Michaiłowi Gorbaczowowi termin "pieriestrojka" na określenie programu reform w ogarniętym stagnacją Związku Radzieckim. Dzięki niej w 1988 roku Biuro Polityczne zdjęło z socjologii jako nauki anatemę nałożoną na nią w czasach stalinowskich. Wybrano ją wówczas przewodniczącą Radzieckiej Asocjacji Socjologicznej, powierzono jej stanowisko dyrektora pierwszej w ZSRR instytucji zajmującej się badaniem opinii publicznej, WCIOM. 

Wcześniej, w różnych okolicznościach odeszli Andriej Sacharow, Aleksander Jakowlew, Galina Starowojtowa, Jegor Gajdar, Anatoli Sobczak. Różnili się poglądami, dokonywali rozmaitych wyborów życiowych. Wszystkim jednak zależało na zasadniczej przebudowie radzieckiej rzeczywistości.

Niniejszy zapis powstał po jednej z wizyt u Tatjany Zasławskiej w domu. 

Autor: Zygmunt Dzięciołowski





Siedzimy przy dużym okrągłym stole w salonie, w  moskiewskim mieszkaniu przy ulicy Profsojuznej, mieszka w budynku przeznaczonym przez władze Moskwy dla środowiska naukowego, jej sąsiadami są profesorowie, członkowie Akademii Nauk. Dziś w warunkach gospodarki rynkowej, w przestronnym holu można by wygospodarować pomieszczenia dla prywatnej uczelni, gdyby wykładali w niej mieszkańcy domu ze względu na poziom naukowy, zapewne cieszyłaby się wielkim wzięciem. Na szczęście, na razie, ten pomysł nikomu nie przyszedł do głowy, żartujemy czekając aż gosposia przyniesie kawę.


Jak się zmieniła dzielnica "Nowyje Czieriomuszki"...




Kiedy odwiedziłem ją po raz pierwszy, jeszcze w latach osiemdziesiątych, z północy Moskwy jechałem zatłoczonym metrem ponad godzinę, kiedy wynurzyłem się na powierzchnię wokół kipiało wielkomiejskie życie handlowe, w dziesiątkach rozstawionych wzdłuż ulicy kiosków kupić można było wódkę, papierosy, prezerwatywy, artykuły kosmetyczne, bieliznę, gazety, towary gospodarstwa domowego, bez trudu znalazłem kwiaciarnię, nie wiadomo dlaczego pomyślałem, że najbardziej spodobają się jej róże, za każdym razem kiedy przynoszę kwiaty znajomym Rosjankom w podobnym wieku wpadają w zachwyt, wąchają je zmysłowo, podnoszą ku oczom, jakie piękne wykrzykują, zachwytu dla kwiatów nauczyło ich ascetyczne radzieckie życie, gdy kupienie zwiędłego goździka było osiągnięciem podobnym do zdobycia olimpijskiego medalu.

Ale także  dzielnicy Nowyje Czieriomuszki pod rządami Władimira Putina nie ominęły zmiany. 

- Cała  dzielnica bardzo się zmieniła - potwierdza, gdy odwiedzam ją na kilka dni przed  jubileuszem osiemdziesięciolecia. W 2007 roku po handlowym chaosie z poprzedniej epoki nie zostało już ani śladu. Schody z tunelu kolejki podziemnej prowadzą wprost do olbrzymiego centrum handlowego, na parkingu przed nowo otwartą restauracją „Planeta Sushi” parkują luksusowe BMW, Lexusy i Subaru. Współczesna Rosja, wciąż archaiczna i biedna na prowincji, tu w typowej dzielnicy moskiewskiej klasy średniej chełpi się swoim dobrobytem, teraz kiedy ceny na ropę i gaz wzleciały do nieba, także na ziemi da się nieźle żyć.

Wielka dama rosyjskiej nauki

Przez te lata prawie się nie zmieniła. Jest wysoka, zadbana, ze starannie ułożonymi włosami, za każdym razem kiedy ją odwiedzam, czuję, ze spotyka mnie wielki zaszczyt. Prawdziwa wielka dama rosyjskiej nauki, jest członkiem rzeczywistym Rosyjskiej Akademii Nauk. Po herbacie w salonie zaprasza mnie do gabinetu, za nami trop w trop wślizgują się tu jej ulubiony piesek i kotek. Przez cały czas starają się zwrócić na siebie uwagę, Tatjana Iwanowna reaguje dopiero wtedy, gdy kot wskakuje na szczyt sięgającej sufitu półki z książkami. Wciąż promienieje energią, nie boi się prowadzić samochodu po zatłoczonych moskiewskich ulicach, nauczyła się posługiwać komputerem i co najważniejsze orientuje się świetnie w realiach współczesnej polityki.

I nie dziwi się, kiedy podczas każdej kolejnej wizyty wracam do wydarzeń z sierpnia 1983 roku. O to pytają ją wszyscy. Czy to prawda, że to ona w sierpniu 1983 roku, zaraz po śmierci Leonida Breżniewa na jednym ze swoich seminariów w Akademgorodku koło Nowosybirska jako pierwsza użyła słowa „pieriestrojka”? I że zainspirowała w ten sposób Michaiła Gorbaczowa, który w kilka lat później, po objęciu stanowiska sekretarza generalnego partii uczynił je głównym hasłem polityki reform? 

- Prawda.

Nie owijając niczego w bawełnę, podniosła alarm. Związek Radziecki, jego ideologia i przegniły system państwowy wymagały natychmiastowej, gruntownej przebudowy, reform, zmiany. W kilka miesięcy później tekst jej wystąpienia przemycono na Zachód. Kiedy nadano go w programie Głosu Ameryki, władze potraktowały ją jak antyradzieckiego dysydenta. Przesłuchaniami objęto socjologów z instytutów w Leningradzie i w Moskwie, na Kremlu koniecznie chciano się dowiedzieć od kogo Głos Ameryki otrzymał wykład Zasławskiej.

Przez ponad dwa tygodnie tajna policja KGB sprawdzała w jej własnym instytucie papiery, szpargały, szafy, magazyny. Odkryto, że przepadły gdzieś dwa numerowane egzemplarze jej wykładu wydrukowanego na rotaprincie.

- Szukano wszędzie. Na wszystkich wydziałach. Ludzie nie mogli pracować. Myślałam, że będą na mnie wściekli. Zdziwiłam się, okazywali mi solidarność, nic się nie martw szeptali na korytarzach, jakoś przetrzymamy. – razem doczekali czasów pieriestrojki.



Działanie z pobudek antypartyjnych


W końcu wezwano ją i jej szefa Abla Aganbegiana do Nowosybirska na spotkanie z kierownictwem obwodowej organizacji partyjnej. Wylano im na głowy kubły pomyj, słuchając ich czuła się poniżona. W wielkiej sali ozdobionej biustem Lenina partyjni bossowie siedzieli na podwyższeniu, za stołem prezydialnym. Patrząc na nią z góry, zarzucili jej  działanie z pobudek antypartyjnych, na rękę wrogom socjalizmu.

- Towarzyszka Zasławska sama chce się rozstać z legitymacją partyjną – inkwizytorzy z komitetu obwodowego warczeli sadystycznie.

Nigdy nie była antyradzieckim dysydentem, w Akademgorodku między sobą rozmawiano o nich wiele, nieraz czytała samizdatowe kopie zakazanych utworów, jednak wystąpienia radykalnych opozycjonistów wydawały jej się niekonstruktywne. Radzieckie życie można było zmienić, przekonując władze, by same rozpoczęły reformy. Chciała im pomóc, poczuwała się do współodpowiedzialności, przecież nie mogła fałszować wyników badań, by podlizywać się dygnitarzom.

Na nowosybirskim zebraniu wymierzono jej karę partyjną, naganę. Upokorzona przez kilka miesięcy wracała do równowagi. Nawet ona przekonana, iż jej ponura diagnoza w pełni odpowiada rzeczywistości, nie przewidywała, iż zgniły radziecki koszmar potrwa już tylko niewiele ponad rok.






Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com



wtorek, 3 września 2013

Nawalny: biegacz ze związanymi nogami

Lew Gudkow, dyrektor Centrum Lewady, uważa, iż pod koniec moskiewskiej kampanii wyborczej można zaobserwować wzrost popularności wszystkich kandydatów. Jego zdaniem, jednak prawdopodobieństwo, iż w Moskwie dojdzie do drugiej tury wyborów mera nie jest wysokie. Fragmenty wypowiedzi Lwa Gudkowa w programie Radio Swoboda.


Lew Gudkow: 

Jeśli zanalizować badania przeprowadzone przez wszystkie ośrodki badania opinii, to widzimy, iż w niewielkim stopniu spadł wskaźnik popularności obecnego mera  Siergieja Sobianina, zaś wzrósł on w odniesieniu do wszystkich pozostałych uczestniczących w wyborach kandydatów,  z wyjątkiem przedstawiciela partii Żyrynowskiego,  LDPR. Ogólnie rzecz biorąc, stosunek mieszkańców miasta do wyborów jest obojętny. Ludzie jak zwykle gotowi są oddać swój głos za polityka reprezentującego obóz władzy. Wydaje się im, że związki kandydata z aparatem władzy i doświadczenie w zarządzaniu pomogą mu jeśli nie poprawić sytuację w mieście, to przynajmniej nie dopuścić do jej pogorszenia. Tak wyglądają tradycyjne paternalistyczne zachowania wyborcze moskwian. Z drugiej strony wzbudza zainteresowanie wzrost popularności Aleksieja Nawalnego. Władze blokują mu dostęp do telewizji  i pozostałych wiodących środków masowego przekazu. Poparcie dla Nawalnego rośnie przede wszystkim dzięki Internetowi i sieciom społecznym, w niewielkim stopniu pomogło mu radio i agitacja osobista. Trzeba jednak zwrócić uwagę, iż zaledwie 3 % wyborców uczestniczyło osobiście w spotkaniu z którymkolwiek z kandydatów. Tak więc swoją rolę odegrały nie tylko same spotkania wyborcze, ale raczej pewien rodzaj promieniowania informacyjnego pobudzanego przez te spotkania. Większość obywateli i tak uważa, iż znów będziemy mieli do czynienia z wyborami przeprowadzonymi nieuczciwie, których wynik jest z góry określony. Jak mi się wydaje jest to ocena sprawiedliwa, dwaj główni kandydaci Sobianin i Nawalny mają nierówne warunki startu. Ich pozycja startowa jest całkowicie odmienna. Wygląda to jak pojedynek biegowy, w którym jeden z uczestników biegnie ze związanymi nogami, temu drugiemu nie przeszkadza zaś nic.

Radio Swoboda:
Zwrócił Pan uwagę na wzrost wskaźnika popularności wszystkich kandydatów. Z drugiej strony wskazuje Pan na to, iż zgodnie z dostępnymi danymi, druga tura wyborów w Moskwie jest mało prawdopodobna.

Aleksiej Nawalny kontra Siergiej Sobianin. Wśród wyborców w stolicy Rosji, Moskwie od lat dominuje apatia. Mieszkańcy wierzą, iż związki mera z Kremlem pomogą mu w rozwiązywaniu ich problemów. 

Lew Gudkow:

Na razie nie mamy podstaw, by prognozować drugą turę. Jeśli oprzeć się na danych z sondaży (które z drugiej strony też nie mogą być traktowane jako źródło absolutnej mądrości) poziom poparcia dla kandydatów różni się zasadniczo. Nasze dane mówią o tym, że za Siergieja Sobianina będzie glosować 58% wyborców. Nawet jeśli ostateczne wyniki będą się róznić choćby o trzy procent w dół, tak czy inaczej Sobianin odniesie zwycięstwo już w pierwszej turze. Nie  można także wykluczyć, iż władze skorzystają z tych możliwości jakie daje im kontrola nad aparatem władzy. Nie wykluczone są fałszerstwa wyborcze. Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych ich skala w stolicy była znacząca, według naszych szacunków na poziomie 14%. Na jeszcze wcześniejszych wyborach szacowaliśmy poziom fałszerstw i manipulacji na 12%. Tak więc nie da się wykluczyć, iż tego rodzaju manipulacje zostaną zastosowane obecnie. Dzięki temu Siergiej Sobianin może się czuć faworytem moskiewskich wyborów. 

czwartek, 22 sierpnia 2013

Kampania Aleksieja Nawalnego. "Liczymy na drugą turę." Wywiad z Władimirem Aszurkowem.

Kampania wyborcza Aleksieja Nawalnego nabiera przyspieszenia. Do wyborów mera Moskwy pozostały 3 tygodnie. Wokół postaci opozycjonisty narasta też dyskusja, były doradca Putina do spraw ekonomicznych Andriej Iłłarionow oskarża Nawalnego o wspieranie Kremla w walce z opozycją, pisarze Borys Akunin i Dymitri Bykov widzą w nim autentycznego lidera antyputinowskiej opozycji. 

Dzisiaj publikujemy fragmenty rozmowy przeprowadzonej dla Radio Swoboda przez Michaiła Sokołowa z czołowym współpracownikiem Nawalnego do spraw ekonomicznych Władimirem Aszurkowem. 

Aszurkow wschodząca gwiazda wielkiej rosyjskiej grupy finansowej Alfa został zmuszony do odejścia z powodu bliskich związków z Nawalnym. Jednak dla części obserwatorów rosyjskiej polityki obecność Aszurkowa w gronie najbliższych współpracowników Nawalnego świadczy o rosnącym wsparciu dla niego w środowisku rosyjskiego biznesu. 

--------------------------------

Michaił Sokołow:
Interesuje mnie Pana biografia, dlaczego odszedł Pan z biznesu do polityki, a przede wszystkim dlaczego związał się Pan z Aleksiejem Nawalnym?

Władimir Aszurkow:
Poznałem Aleksieja na początku 2010 roku. Całe życie interesowałem się polityką, zarządzaniem państwem, jednak nikt z aktywnych na scenie polityków, nie podobał mi się na tyle, bym chciał mu pomagać. W tym jednak przypadku spotkałem młodego człowieka zainteresowanego problematyką bardzo bliską mojemu doświadczeniu. Mam na myśli zarządzanie korporacjami, czy finansowe machinacje wielkich przedsiębiorstwach. Od kiedy spotkaliśmy się, zacząłem mu pomagać w prowadzonych przez niego śledztwach dotyczących szeregu wielkich korporacji – banku WTB, Transniefti, Gazpromu. Moje zaangażowanie w działalność Nawalnego nie było tajemnicą dla moich ówczesnych zwierzchników….

Michaił Sokołow:
Mam Pan na myśli Michaiła Fridmana i Grupę Finansową Alfa?

Władimir Aszurkow:
Przede wszystkim kilku akcjonariuszy Alfy, którym byłem podporządkowany…. To, że pomagałem Nawalnemu nie było dla nich tajemnicą, wiedzieli, że zajmowałem się tym wszystkim w czasie wolnym od pracy. Jednak 2012 roku okoliczności złożyły się tak, że odszedłem z pracy. Jak rozumiałem taka była decyzja akcjonariuszy, dla nich dobre kontakty z władzą na różnych szczeblach są niezbędne i obecność w ich strukturach człowieka zajmującego się aktywnie polityką nawet w wolnym od pracy czasie rodziła zwiększone ryzyko. Nie mam do nich pretensji. Z drugiej strony taki bieg zdarzeń zdopingował mnie bardziej, umocnił moją motywacje, by walczyć w przeprowadzenie w Rosji niezbędnych zmian. Sytuacja w jakiej żyjemy nie jest normalna.

Michaił Sokołow:
Niech Pan powie coś więcej, o tym jak rosyjski biznes odnosi się do waszej kampanii wyborczej…

Władmir Aszurkow:
Władimir Aszurkow, do niedawna jeden z menedżerów
grupy finansowej Alfa, dziś należy do grona najbliższych
współpracowników Aleksieja Nawalnego, foto: VOA
Przedsiębiorcy, ludzie interesów lepiej, niż ktokolwiek inny rozumieją ograniczenia zakorzenione w obecnym systemie: korupcję, brak konkurencji w polityce wewnętrznej, przekraczającą dopuszczalne normy ingerencje państwa w gospodarkę. Im jak najbardziej zależy na zmianach, ale większość z nich w obecnych warunkach boi się o tym mówić głośno. Niemniej jednak i pod tym względem mamy sygnały, że i w tym środowisku sytuacja zaczyna się zmieniać.

Dla przykładu, dwa tygodnie temu Aleksiej wziął udział w spotkaniu z grupą około 50 przedsiębiorców z branży internetowej. W następstwie przyjęto tak zwane porozumienie socjalne, w ramach którego najpierw 38 osób, a potem około 200 wsparło otwarcie kandydaturę Aleksieja Nawalnego. W ich oczach Aleksiej Nawalny reprezentuje ich interesy, zwłaszcza, gdy chodzi o zreformowanie obecnego w Rosji systemu rządów autorytarnych, walkę z korupcją, czy stworzenie systemu sprawiedliwych zasad regulujących prowadzenie biznesu i działalności politycznej.

Michaił Sokołow:
Proszę opowiedzieć co udało się zrobić Fundacji do Walki z Korupcją przy Pana bezpośrednim współudziale? Jak udało się Panu wykorzystać w tej działalności swoje doświadczenie biznesowe?

Władimir Aszurkow:
Fundacja do walki z korupcją została zarejestrowana w końcu 2011 roku. To jest nasza platforma organizacyjna dla realizacji wszystkich projektów inicjowanych przez Aleksieja Nawalnego i jego zespół. Spory sukces odniósł projekt „Rozpił” (od rosyjskiego czasownika „pilit’”, dzielić majątek, grabić budżet). W jego ramach kontrolowane są zamówienia państwowe. Dzięki nam, odwołano szereg państwowych konkursów, w których dostrzegliśmy elementy korupcji. Ich wartość osiągnęła sumę 60 miliardów rubli.

Działa kilka uruchomionych przez nas projektów, ROSJAMA, ROSŻKCH (ŻKCH - rosyjski system gospodarki komunalnej, przyp, tlum.). Ten  ostatni cieszy się popularnością, daje obywatelom możliwość kontrolowania i  wpływania na działalność organów zarządzających substancją mieszkaniową. Chodzi o ty, by mieszkańcy mieli wpływ na to co dzieje się w ich klatkach schodowych, czy mieszkaniach. Ten projekt może się pochwalić stabilnym finansowaniem, pieniądze dostajemy od osób prywatnych, mamy stałych ofiarodawców wpłacających znaczne sumy, mniejsze sumy wpłacane są za pośrednictwem różnych systemów płatniczych, jak na przykład „Yandex – Diengi „ (popularny w Rosji system płatności internetowych, przyp. tłum.) . Dochodzą do nas przekazy bankowe. Finansowanie tego projektu jest absolutnie przejrzyste. Wiosną 2012 roku, grupa biznesmenów, tak zwanych „16 śmiałków” ogłosiła, iż wspiera naszą fundację, wśród nich byli tak znani przedsiębiorcy, jak Borys Zimin, Aleksander Lebiediew (bankier, współwłaściciel Aerofłotu i opozycyjnej Nowej Gaziety, znany ze swego krytycznego stosunku do Władimira Putina), a także grupa intelektualistów formujących opinię publiczną, na przykład ekonomista Siergiej Gurijew, pisarze Dymitri Bykow i Borys Akunin.

Michaił Sokołow:
Gurijew i Sokołow na pewno dziś żałują, że związali się z Waszą fundacją. Żaden z nich nie uchronił się przed nieprzyjemnościami ze strony państwa.

Władimir Aszurkow:
Trudno powiedzieć. Na przykład Siergiej Gurijew wsparł obecną kampanię wyborczą Aleksieja, także finansowo.

Michaił Sokołow:
Niech Pan wytłumaczy w jaki sposób zamierzacie przeciwstawić się kampanii propagandowej waszego przeciwnika obecnego mera Moskwy, Siergieja Sobianina? Jeśli przyjrzeć się jego programowi, jest tam masa różnych obietnic. A to zapowiedź „zbudowania 160 kilometrów nowych linii metra do 2020 roku, a to otwarcia 79 stacji metra. Zapowiadane jest stworzenie trzeciego centrum przesiadkowego, dzięki temu dostęp do metra zostanie dodatkowo zapewniony dwóm milionom mieszkańców Moskwy.” I tak dalej.

A wy co? Możecie obiecać budowę 89 stacji metra? Jak sobie dać radę z tymi obiecankami? Sobianin jest sprawującym swój urząd funkcjonariuszem państwowym, za jego słowami stoją fakty, jego zapowiedź, iż przeznaczy budżet na te nie inne cele brzmią wiarygodnie.

Władimir Aszurkow:
Rzeczywiście w telewizji, w programach ogólnopaństwowych, o Siergieju Sobianinie mówi się pięć razy więcej, niż o Aleksieju Nawalnym. My także domagaliśmy się większego dostępu do najpopularniejszych programów telewizyjnych. Nie doczekaliśmy się odpowiedzi, nas tam nie puszczają. I oczywiście, kiedy istnieją takie różnice w dostępie do najpopularniejszych środków masowej informacji, uznać te wybory za absolutnie uczciwe można tylko z wielką dozą dobrej woli.

Jak możemy się temu przeciwstawić? Możemy używać instrumentów niedostępnych dla władz. Mam na myśli szerokie poparcie dla Aleksieja, tysiące wolontariuszy, obecnie w naszej bazie danych zarejestrowaliśmy już ich blisko 10 tysięcy. Oni właśnie realizują różnego rodzaju agitacyjne zadania. 200 ludzi pracuje na stałe w naszym sztabie.

Michaił Sokołow:
Bezplatnie?

Władimir Aszurkow:
Większość wolontariuszy rzeczywiście pracuje bezpłatnie. Na tym polega otwartość naszej kampanii. Ważne jest uczestnictwo w debatach, spotkania z wyborcami, aktywna kampania w Internecie. Do wyborów pozostało mniej, niż trzy tygodnie, uważamy, że nasze zwycięstwo jest całkiem realne.
Mamy specjalną grupę socjologiczną, stale przeprowadza sondaże, także na ulicach Moskwy. Ostatnie wyniki mówią o tym, iż spośród tych, którzy podjęli już decyzję o tym jak będą głosować, 55% jest za Sobianina, 25% za Nawalnego. Mamy jeszcze do dyspozycji dwa tygodnie, przygotowaliśmy określony program mobilizacji wyborców. Nasi socjologie mówią, iż 30% ludzi podejmuje decyzję o wyborze kandydata w ostatnim tygodniu przed wyborami. Wydaje się nam, że jesteśmy w stanie przejść do drugiej tury i w niej odnieść ostateczne zwycięstwo. 

czwartek, 15 sierpnia 2013

Był sobie pewien pop….Jak wierzył i służył ojciec Pawieł Adelheim...

Marina Borisowa 

Magazyn "Russkij Rieportior"


5 sierpnia został zamordowany ojciec Paweł Adelheim, prawosławny duchowny. Rok temu podbił serca liberalnej części społeczeństwa, występując publicznie w obronie Pussy Riot. I kiedy dowiedzieliśmy się, że jest on także surowym krytykiem kierownictwa Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, ojciec Paweł zrobił się modny. A teraz zamordowano go w nie całkiem jasnych okolicznościach. Przez cały tydzień to zagadkowe morderstwo było jednym z głównych tematów poruszanych przez media. Jedni nazywali ofiarę ostatnim niezależnym duchownym Patriarchatu Moskiewskiego, inni malowali portret - ikonę, nie brakowało spiskowych teorii wyjaśniających przebieg tragedii. Russkij Reportior podjął próbę wyjaśnienia dlaczego historia życia i śmierci ojca Pawła okazała się tak ważna dla wielu z nas.

Ojciec Pawieł Adelheim po swym wystąpieniu w obronie Pussy Riot zdobył wyjątjkowe uznanie w kregach rosyjskiej liberalnej inteligencji. 
 Ojciec Paweł sprawiał dziwne wrażenie. Wysoki, siwy, o twarzy jakby zdjętej z prawosławnej ikony. Był niezrównanym mówcą…  Ale kiedy poruszał temat dla niego wyjątkowo bolesny, wzajemnych stosunków pomiędzy parafialnym duchownym, a  cerkiewną władzą, zaczynał się denerwować, powtarzał się. Mogło się wydawać, iż obecnie to jedyna sprawa, która go naprawdę obchodzi.

Ale tak się zachowywał w Moskwie, uczestnicząc w konferencjach, lub seminariach, u siebie w parafii pozostawał zupełnie inny.

Jego dom na skraju Pskowa zawsze był otwarty dla ludzi. Ojca Pawła można było obudzić w nocy – nie odmawiał potrzebującym pomocy przez całą dobę. Jeśli ktoś stukał w furtkę, otwierał, nie pytał kto stuka. Sędziwy, chory, inwalida…. Kiedyś przygarnął sierotę, który ukradł pieniądze, nie własne ojca Pawła, a parafialne. I ten przypadek w jego życiu niczego nie zmienił. Także jego zabójca, chory psychicznie, przyjechał do ojca Pawła w poszukiwaniu pomocy. Mieszkał u niego trzy dni, a potem go zabił…. Nie wiadomo, czy duchowny zdawał sobie sprawę jak bardzo ryzykuje. Wydaje się jednak, że rozumiał.
„Misja pasterza odróżnia się od działalności pedagogicznej. Informując studentów o swojej specjalizacji ktoś, kto jest profesorem nie bierze na siebie odpowiedzialności moralnej. Misja pasterska jest wyrazem życia wewnętrznego pasterza, który dzieli się z wierzącymi doświadczeniem własnego życia duchowego.” – pisał ojciec Pawieł Adelheim na swoim blogu.

Tak myślał i żył. Zapominał co złe, przebaczał, pomagał. W odległości pięciu kilometrów od Pskowa kupił dom. W nim mieszkali młodzi ludzie, po zakończeniu pobytu w domu dziecka dla inwalidów. Udało mu się znaleźć kobietę do pilnowania spraw bytowych. Założyli ogród, w piwnicy powstała pracownia produkująca świeczki, by w jakiś sposób zarabiać na utrzymanie domu.

Razem z parafianami odbudował świątynię. Kiedy ją odzyskano w latach dziewięćdziesiątych, podczas nabożeństwa ludzie stali pod parasolami. Dziś aż trudno uwierzyć jak wiele zrobiono. W pobliżu wybudowano szkołę prawosławną, udało się dla niej zdobyć licencję oświatową, dzięki niewiarygodnej energii ojca Pawła.

Ludzie, którzy znali go blisko, podkreślają, iż był niesłychanie mądry, dobry, subtelny. Nie był jednak ani pokorny, ani specjalnie łagodny. Bez przerwy znajdował się z kimś w konflikcie, najpierw z władzą radziecką, później z władzą cerkiewną.

Jego oceny wielu wydawały się zbyt surowe. Nie raz prowokowały burzliwą reakcję w Internecie. Ojciec Paweł mówił, to co myślał. Był przyzwyczajony do stałej konfrontacji z jakąś siłę zewnętrzną, dla niego tego rodzaju postępowanie było czymś naturalnym – tego nauczyło go życie. Władza radziecka zniszczyła niemal całkowicie całą jego rodzinę. Dziadka ze strony ojca, przed rewolucją właściciela majątku pod Kijowem rozstrzelano w 1938 r. Ojca w 1942. Dziadek ze strony matki, półkownik wojsk carskich zaginął bez śladu podczas wojny domowej, matkę aresztowano w 1946ym.

Z pochodzenie Niemiec, syn i wnuk wrogów narodu znalazł się w domu dziecka, kiedy wojna była wciąż świeżym doświadczeniem, słowa „fryc” i „faszysta” były synonimami, tak więc można sobie wyobrazić tę szkołę życia, jaką ojciec Paweł przeszedł w dzieciństwie.

Potem w jego życiu zdarzyła się Karaganda i pierwsze zetknięcie z ludźmi, którzy za swoje poglądy religijne zapłacili obozowymi wyrokami po 15-20 lat i mimo to nie wyrzekli się wiary. Niedawnych więźniów obowiązywał zakaz odprawiania nabożeństwa, oni jednak je odprawiali, późno wieczorem, w prywatnych mieszkaniach. „Podjąłem decyzję, że zostanę kapłanem, kiedy miałem 13 lat” – opowiadał ojciec Paweł.

Z Karagandy wyjechał do rodziny w Kijowie i został „posłusznikiem” w Kijowsko-Pieczerskiej Ławrze. Ta służba także była nielegalna – ojciec Paweł mieszkał w celi u starego zakonnika, dyrygenta chóru. Dopiero w wieku 18 lat, kiedy osiągnął pełnoletniość  wyszedł z „podziemia”  i wstąpił do seminarium duchownego. Na trzecim roku wybrał się do rektora, by zaprotestować przeciw decyzji , by w seminarium zorganizować uroczyste zebranie w związku ze świętem 1 go maja. W tamtym roku 1 maja wypadał także Wielki Piątek. Wtedy wyrzucono go z seminarium.

A jednak został duchownym. Kiedy los rzucił go do miasteczka Kagan w pobliżu Buchary, ojciec Pawieł postanowił wybudować świątynię. Nie przerażało go, iż w tamtych czasach nawet na wbicie jednego gwoździa w pochyły płot cerkiewny potrzebna była paczka zezwoleń. I to, iż głównym zadaniem władzy było wówczas zamykanie cerkwi, nie zaś otwieranie nowych.

Wówczas aresztowano go po raz pierwszy, wlepiono mu 3 lata za „zniesławianie władzy radzieckiej”. Z obozu wyszedł jako inwalida bez nogi.

Jak się powszechnie uważa, wielu byłych łagrowiczów z trudem wytrzymuje najmniejsze bodaj zewnętrzne naciski. Ojcu Pawłowi się udało: przez wiele lat jego bezpośredni zwierzchnicy cerkiewni traktowali go z szacunkiem i zrozumieniem. Ale zwierzchnictwo zostało zmienione. Zaczęły się problemy. W pewnym momencie konflikt przestał mieć wyłącznie osobisty charakter, pojawiły się także głębokie różnice ideowe. Ojciec Paweł zdobył się na podjęcie bezprecedensowego kroku, pozwał diecezję do sądu powszechnego. Oskarżył ją o naruszenie federalnej ustawy o wolności sumienia. Ten na pierwszy rzut oka zdumiewający czyn, z punktu widzenia ojca Pawła był jak najbardziej uzasadniony. Z czysto niemiecką powagą odnosił się do kwestii statusu prawnego prawosławnej parafii. Przegrana w powszechnym sądzie, a potem w cerkiewnym, nie powstrzymała od publicznej obrony swego stanowiska.

„Ta modlitwa była wyrazem protestu przeciwko związaniu się ze sobą dwóch porządków nie do pogodzenia: mechanizmu władzy państwowej z substancją cerkwi, wolności z przemocą, miłości z interesownością. Sprowokowało ją państwo ze swoją pogardą dla opinii publicznej i Rosyjska Cerkiew Prawosławna odpychająca od siebie lud boży. Jeśli organy władzy państwowej naruszają prawa i wolności obywateli, nie ma komu się poskarżyć. Oparte na prawie sposoby obrony nie funkcjonują. To państwo popycha obywateli do „niesymetrycznej odpowiedzi”, a później rozprawia się z nimi przy pomocy „prawa.”

Ojciec Pawieł Adelheim o modlitwie grupy w moskiewskiej cerkwi Chrystusa Zbawiciela. Wypowiedź na blogu z okazji 1 rocznicy wyroku w sprawie Pussy Riot 

Ojciec Pawieł wierzył święcie w potęgę słowa. W sędziwym wieku został nawet bloggerem. „Bywa iż proces tworzenia natrafia na przeszkodę, usunąć ja można wówczas, gdy w pełni uświadomimy sobie cerkiewną nieprawdę i oczyścimy się przez pokutę. Zanim zaczynamy budowę, należy oczyścić plac budowy od śmieci. W tym właśnie dostrzegam sens analizowania wad życia cerkwi” – pisał ojciec Pawieł.

Nie był ani dysydentem cerkiewnym, ani schizmatykiem. Zawsze czuł się częścią Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, nie miał najmniejszego zamiaru, by się od niej odłączyć. Tak właśnie odpowiadał sam, kiedy go o to pytano. Z drugiej strony, wydaje się, iż gdyby doszedł do wniosku, iż wszystko, co dzieje się w Cerkwi jest niewłaściwe i nie odpowiada duchowi Ewangelii, zapewne poszukałby dla siebie innego wariantu, dostawał propozycje tego rodzaju.

Ojciec Paweł po chrześcijańsku był gotów umrzeć, często o tym mówił. Choć na pewno nie przypuszczał, iż jego życie dobiegnie kresu w taki sposób. Ale we współczesnej Rosji  i taki scenariusz trzeba uwzględniać, gdy wstępuje się do seminarium duchownego. Przed takim ryzykiem stoją dziś prawosławni duchowni.
Rosyjska Cerkiew Prawosławna, to nie tylko bogate parafie miejskie. To także tysiące parafii na głębokiej prowincji, tam gdzie cerkwi nie było przez lat pięćdziesiąt. Tam gdzie ludzie wciąż spijają się i dziczeją od beznadziejnego życia. Do batiuszki przychodzą przede wszystkim nie ci, których życie jest udane. Batiuszka nie może odmówić nikomu.




Ojciec Pawieł Adelheim po
zwolnieniu z łagru

Dossier:

Protojerej Pawieł Adelheim:

Urodził się 1 sierpnia 1938 roku w Rostowie nad Donem. Po aresztowaniu matki w 1946 roku przeniesiono go do Domu Dziecka, później razem z nią w Kazachstanie. Najpierw  w zsyłce, potem w Karagandzie, skąd wyjechał do Kijowa. Tam został „posłusznikiem” w Kijowsko-Pieczerskiej Ławrze.  Wstąpił do Kijowskiego Duchownego Seminarium, skąd usunięto go w 1959 roku.

W tym że roku arcybiskup Hermogen (Gołubiew) wyświęcił go na diakona Taszkenckiego Soboru Katedralnego. W 1964 roku ukończył Moskiewską Akademię Duchowną. Powierzono mu wówczas parafię w miasteczku Kagan w Uzbekistanie. Aresztowano go w 1969 roku, w 1970 skazano go na 3 lata obozu za „szkalowanie ustroju radzieckiego”.

W 1971 roku podczas buntu w kolonii karnej w osadzie Kyzył-Tiepa stracił prawą nogę. Zwolniono go z łagru w 1972 roku. Służył w diecezjach Taszkenckiej i Ryskiej, a od 1976 roku w Pskowie. W 1992 roku przy swoje cerkwi stworzył szkołę dyrygentów chórów cerkiewnych. W 1993 roku przy chramie św. Apostoła Matwieja w wiosce Piskowicze założył przytułek dla dzieci inwalidów. Do 2008 roku był zwierzchnikiem Cerkwi „Swjatych Żon Mironosic”. Zwolniono go wówczas na podstawie decyzji arcybiskupa, nie odebrano mu jednak prawa odprawiania mszy.
Był członkiem Rady Opiekuńczej przy Prawosławno-Chrześcijańskim Instytucie św. Filareta.

Żonaty, miał troje dzieci i sześcioro wnuków.

Zamordowany 5go sierpnia 2013 roku. 

niedziela, 11 sierpnia 2013

Aleksiej Nawalny: jestem pewien, że to wszystko dobrze się skończy

Odpowiedzi Aleksieja Nawalnego na pytania ankiety przeprowadzonej przez moskiewskie czasopismo Nowaja Gazieta wśród kandydatów w zbliżających się wyborach mera Moskwy

Moskiewska kampania wyborcza nabiera tempa. Codziennie Aleksiej Nawalny odbywa po kilka spotkań z wyborcami w różnych dzielnicach miasta. W jego sztabie wyborczym pełno młodych ludzi z zaangażowaniem wypełniających powierzone im zadania. Popularność Aleksieja Nawalnego rośnie, jeśli na pierwszych przedwyborczych spotkaniach zbierało się po 50-100 osób, to dziś przychodzi na nie po 500 i więcej. Sondaże mówią o poparciu ze strony ponad 20 procent mieszkańców. Na naszych oczach odbywa się batalia, która może okazać realny wpływ na przyszłą historię Rosji.

1. Nowaja Gazieta:
Dlaczego mieszkańcy Moskwy powinni wybrać właśnie Pana na stanowisko swojego mera?

Aleksiej Nawalny:
Będę pracował dla nich, tak jakbym pracował dla siebie. Jestem moskwianinem. To moje miasto. Chociaż urodziłem się pod Moskwą, tutaj wyrosłem, tutaj spędziłem znaczną część życia. Mieszkam w zwykłym mieszkaniu w dzielnicy Mar’ino, stoję w korkach razem ze wszystkimi, moje dzieci uczą się w zwyklej moskiewskiej szkole. Nasza rodzina korzysta z naszej zwykłej przychodni rejonowej.

Jako mieszkańcowi tego miasta nie jest mi wszystko jedno. Stwierdzam z żalem, że Moskwa choć cieszy się statusem jednej ze światowych metropolii, nie do końca nań zasługuje. Daleko nam do realizacji prawdziwego potencjału miasta. Moskwa jako gigantyczne przedsiębiorstwo komercyjne nie zaspokaja potrzeb swoich mieszkańców, a jedynie wąskiej grupy ludzi. Ja się z tym całkowicie nie zgadzam. Chcę to zmienić, dla siebie jako moskwianina i dla milionów mieszkańców miasta, takich jak ja.



Być może różnię się od innych tylko tym, że jak mi się wydaje, stać mnie na to by pokierować procesem zmian, jestem gotów wziąć na siebie odpowiedzialność za ich wyniki. Ale też rozumiem, że zmiany o których mówię, nie będą możliwe bez zdemontowania systemu, jaki został skonstruowany przez Putina i „Jedną Rosję” . Ma tu na myśli fakt, iż obecna władza na każdym szczeblu jest nie wymienialna, nie transparentna,  bezkarna i nie podlega społecznej kontroli.

Zamierzam zmienić ten system. Władze muszą być wymienialne, transparentne, kontrolowane i w przypadku wyjawienia naruszenia prawa karane ! Będziemy wprowadzać zmiany metodami pokojowymi, cywilizowanymi, ale twardo i bezkompromisowo. Tylko w taki sposób można stworzyć system „dla obywatela” , a nie klanów i gospodarkę zorientowaną na realizację celów społecznych.

Przez lata zebrałem kolosalne doświadczenie badając, wprowadzając i kontrolując projekty, które sprzyjały realizacji przekształceń, nakierowanych na upowszechnienie nowych standardów w kwestii kontroli władz, a także na zachęcenie obywateli do udziału w zarządzaniu miastem i całym krajem. Idzie o to, by i obywatele zdobyli konkretne możliwość samodzielnego rozwiązywania własnych problemów. Tylko projekt „Rozpił” zapobiegł nie uzasadnionym wydatkom z budżetu na poziomie ponad 50 miliardów rubli. Wszystkie te projekty zostały stworzone z myślą o obywatelach, o systemie sprawowania władzy zorientowanym na społeczeństwo.

2. Nowaja Gazieta:
Kto jest dla Pana głównym konkurentem?

Aleksiej Nawalny:
Moim przeciwnikiem jest  ukształtowany w naszym kraju autorytarny i skorumpowany reżim. Jego głównym celem jest wyłącznie wzbogacenie wąskiej grupy ludzi zbliżonych do władzy, reżim ten robi wszystko dla zachowania swoich wpływów. Moskiewskie władze, nie wyłączając obecnie wypełniającego czasowo obowiązki mera Siergieja Sobianina są częścią reżimu i tego systemu sprawowania władzy.
A nasz główny konkurent – powszechny nastrój apatii i zobojętnienia. Ale przecież ten zastój jaki obserwujemy obecnie w gospodarce  i życiu społecznym – nie będzie trwał wiecznie. Kiedy obejmę urząd mera Moskwy rozpoczną się przemiany.

3. Nowaja Gazieta:
Jakie będą Pana pierwsze decyzje na stanowisku mera Moskwy?

Aleksiej Nawalny:
Powołam zarząd Moskwy przy otwartej kurtynie. Proces podejmowania decyzji na każdym etapie będzie jawny i znany wyborcom, poczynając już od 2013 roku. Jakiekolwiek zmiany taryf mieszkaniowych muszą być uzasadnione z ekonomicznego punktu widzenia i jawne dla mieszkańców. Dlatego więc zainicjuję niezależny audyt wszystkich przedsiębiorstw podwykonawców i wszystkich instancji zarządzających. Do momentu uzyskania wyników audytu podejmiemy decyzję o zamrożeniu taryf komunalnych, unieważnię też decyzję o podwyżce czynszów wprowadzoną od 1 sierpnia.

Uchwalimy zakaz na zatrudniane nielegalnych migrantów przez wszystkie przedsiębiorstwa obsługujące gospodarkę miasta, przede wszystkim komunalną.

4. Nowaja Gazieta:
Czy otacza Pana jakiś zespół ludzi? Jakie osoby zajmą kluczowe stanowiska w zarządzie miasta? Czy mógłby Pan nazwać choćby kilka nazwisk?

Aleksiej Nawalny:
Nie jestem samotnikiem, na co dzień odczuwam masowe wsparcie aktywnej części mieszkańców miasta, tych którzy podzielają moje poglądy. Najlepiej wyraża je jedno zdanie: „nie wolno kłamać i kraść”. Wśród nich przeważają młodzi, wykształceni, energiczni zaangażowani ludzie. Znajdują wspólny język nie w oparciu o zasady klanowe, przynależności rodzinnej, czy odpowiedzialności zbiorowej, łączy ich wiara w skuteczność starań o przemiany w kraju, gotowość do ich realizacji.

To są tysiące ludzie aktywnie zaangażowanych w działalność „Fundacji do Walki z Korupcją” i w realizowane przez nią projekty. Są to dziesiątki tysięcy wolontariuszy współpracujących obecnie ze sztabem wyborczym, biorących udział w kampanii wyborczej. W moim sztabie pracują ludzie z doświadczeniem na kierowniczych stanowiskach w wielkich przedsiębiorstwach, specjaliści w zakresie współczesnych koncepcji urbanistycznych, eksperci w dziedzinie gospodarki komunalnej.

Wiem dobrze, że popierają mnie już setki tysięcy specjalistów z różnych dziedzin. Jestem pewien, że znajdę wśród nich odpowiednich współpracowników zdolnych do przestrzegania zasad jawności i otwartości, o których mówiłem wcześniej. Dla obsadzenia najważniejszych stanowisk przeprowadzimy publiczne konkursy. W każdej dziedzinie powołamy odpowiednią radę konsultacyjną złożoną ze specjalistów, powołaną do oceny zgłoszonych kandydatur. Wtedy dopiero będę mógł mówić o konkretnych nazwiskach.

5. Nowaja Gazieta:
Czy jest Pan gotów korzystać w zarządzaniu Moskwą z przedstawicieli „systemowej” i „pozasytemowej” opozycji?

Aleksiej Nawalny:
Nie mamy żadnej „systemowej opozycji”. Tylko „pozasystemową”. Ale jestem gotów współpracować z dowolnym człowiekiem, który posiada odpowiednie kwalifikacje.

6. Nowaja Gazieta:
Któremu z obecnych kandydatów na stanowisko mera jest Pan gotów (i tak w ogóle, czy ma Pan taki zamiar) zaproponować stanowisko w swojej przyszłej administracji?

Aleksiej Nawalny:
Siergiej Sobianin, obecny mer Moskwy,
wcześniej szef kremlowskiej administracji

W miejskiej administracji sformowanej przeze mnie nie widzę miejsca dla Siergieja Sobianina, on sam jest cząstka putinowskiego systemu. Ale poza tym, moje decyzje kadrowe będą uwzględniać stopień kompetencji zawodowych, doświadczenia  kandydatów w powierzanej im dziedzinie. Ważne będą momenty etyczne, a nie tylko poglądy polityczne.




7. Nowaja Gazieta:
Co powiedzą o Panu moskwianie, kiedy już opuści Pan stanowisko mera?

Aleksiej Nawalny:
Ze ten człowiek zbudował zespół ludzi rozdzielających tę same wartości. Że udało mu się zlikwidować skorumpowany i nadmiernie scentralizowany system kierowania Moskwą. Miasto stało się bliższe jego mieszkańcom, Moskwa stała się normalnym europejskim miastem. W jego działaniach nie zabrakło błędów, ale był to mer, który zawsze prowadził politykę otwartą, publiczną, nie zepsuła go pokusa władzy, i że zagwarantował, iż zmiana w niej dokona się w oparciu o procedury demokratyczne.

8. Nowaja Gazieta:
Jakie Pana zdaniem były najpoważniejsze błędy obecnego mera Siergieja Sobianina. A może dostrzega też Pan jakieś jego osiągnięcia?

Aleksiej Nawalny:
Błąd obecnego mera polega na tym, iż nie czuje się on odpowiedzialny za to, co robi przed mieszkańcami stolicy, a przed władzami federalnymi i osobiście przed Władimirem Putinem. Jego obowiązek polegał na zagwarantowaniu lojalności części urzędników i szerzej rozumianej elity, miał im nie przeszkadzać w budowaniu majątku. Ten błąd przekreśla jakiekolwiek inne jego osiągnięcia. Skorygować swój błąd, stać się reprezentantem mieszkańców Sobianin nie może. Korupcja pozostała nie usuwalnym składnikiem naszej gospodarki komunalnej. Zamiast realnej walki z nielegalną migracją, Sobianin ucieka się do jej imitacji. Za jego kadencji brakowało realnego dialogu między władzami, a obywatelami, decyzje podejmowano skrycie.

9. Nowaja Gazieta:
Kiedy zostanie Pan merem, czy podejmie Pan starania o likwidację municypalnego filtra (oznacza on, iż kandydaci zgłaszani do wyborów muszą uzyskać wsparcie określonej liczby miejskich i dzielnicowych radnych, w zasadzie absolutnie lojalnych wobec aktualnej władzy)?

Aleksiej Nawalny:
Opowiadam się za likwidacją wszelkich sztucznych ograniczeń utrudniających obywatelom korzystanie z pełni przysługujących im praw wyborczych. W ich liczbie, także, rzecz jasna systemu municypalnego flitra.

10. Nowaja Gazieta:
Jakie miasto, albo światowa stolica, Pana zdaniem, jest najbliższa ideału?

Aleksiej Nawalny:
Na świecie istnieje wiele miast o wysokim poziomie życia. Przede wszystkim w Europie, USA, Kanadzie. Moskwa jest w naszym kraju centrum działalności gospodarczej, kulturalnej i politycznej. Pod tym względem jest podobna do największych światowych metropolii. Pod względem ducha, intensywności życia Moskwa nie ustępuje ani Nowemu Jorkowi, ani Londynowi. Moje zadanie polega na tym, bo nasza stolica także pod względem jakości życia mogła się równać z najlepszymi stolicami świata. Chciałbym, że ludziom w niej żyło się wygodnie, żebyśmy mieli dobrze rozwinięty system transportu miejskiego, czystą ekologię, i żeby nasze życie społeczne toczyło się w duchu harmonii. Wtedy i dla mnie Moskwa stanie się miastem idealnym.

11. Nowaja Gazieta:
Kogo z ludzi, lub jakie z wydarzeń zasługuje na uwiecznienie w Moskwie? Komu jeszcze należałoby postawić pomnik?

Aleksiej Nawalny:
W oczywisty sposób w Moskwie brakuje pomnika Władimira Wysockiego.

12. Nowaja Gazieta:
Czy Pan często spaceruje po Moskwie? Ma Pan w niej swoje ulubione miejsca? I takie, których Pan nie lubi?

Aleksiej Nawalny:
Mar'ino: w tej połozonej na poludniu
Moskwy dzielnicy Aleksiej
Nawalny mieszka od 17 lat
Bardzo podoba mi się moja dzielnica Mar’ino, mieszkam w niej od 17 lat, wszystkie drzewa w naszym dzielnicowym parku, gdzie często spacerujemy z rodziną,  wyrosły na moich oczach. Kocham swój moskiewski kąt, mam w związku z nim wiele wspomnień. W dni wolne od pracy, kiedy mniej samochodów parkuje na chodnikach, odwiedzam Kitaj Gorod, ulice dookoła Soljanki, to bardzo moskiewskie miejsca. A kawałek Moskwy, który lubię najmniej? – to korek na skrzyżowaniu ulicy Lublinskiej i Wołgogradzkiego Prospektu. Spędzam w nim zbyt dużo czasu w drodze z domu do pracy i z powrotem.


13. Nowaja Gazieta:
W jaki sposób przemieszcza się Pan po mieście? Czy korzysta Pan z osobistej ochrony?

Aleksiej Nawalny:
Jeżdżę samochodem Landrover Freelander z kierowcą. W ten sposób lepiej wykorzystuję swój czas, zwłaszcza iż tak wiele spędzam go w korkach. Ale nie rzadko, żeby zdążyć na spotkanie jadę metrem. Podczas publicznych, masowych akcji, niestety musze korzystać z ochrony, to na wypadek prowokacji i nie przewidzianych zdarzeń.

14. Nowaja Gazieta:
Dalej Pan nie żałuje, że wplątał się Pan w tę wyborczą historię?

Aleksiej Nawalny:
Ani trochę nie żałuję. Jestem pewien, że wszystko dobrze się skończy. 

czwartek, 8 sierpnia 2013

Obama i Putin. Amerykańsko-rosyjskie stosunki ocenia Masza Lipman.

Rezygnacja prezydenta Obamy z osobistego spotkania z Władimirem Putinem, gospodarzem zbliżającego się szczytu dwudziestu najbardziej rozwiniętych państw to wydarzenie bez precedensu. W Rosji odbiło się szerokim echem. Konsekwencje decyzji Obamy oceniła na antenie telewizji „Dożd’”  Masza Lipman, ekspert moskiewskiego Centrum Carnegie i redaktor naczelny czasopisma „Pro et Contra”.  Pytania zadawał dziennikarz stacji Nikita Biełogołowcew. Blog www.media-w-rosji publikuje najbardziej interesujące fragmenty rozmowy.

Nikita Biełogołowcew:
Na ile rezygnacja prezydenta Obamy ze spotkania z Władimirem Putinem jest wydarzeniem znaczącym? Czy Pani zdaniem wpłynie w zasadniczy sposób na przyszłe stosunki amerykańsko-rosyjskie?

Masza Lipman:
Wydaje mi się, że to bardzo poważna historia. To wydarzenie praktycznie bez precedensu. Prasa amerykańska pisała w czwartek o tym, że przynajmniej, ze strony Stanów Zjednoczonych przez ostatnich kilkadziesiąt lat nie zdarzało się, by prezydent rezygnował ze spotkania ze swoim partnerem z innego kraju, takich precedensów nie było. W historii ZSRR mieliśmy tego rodzaju epizod, Nikita Chruszczow odwołał spotkanie z prezydentem Eisenhowerem na skutek amerykańskiego lotu wywiadowczego pilota Garry Powersa, to w Rosji dobrze znana historia z 1960 roku. Tego rodzaju wyjątkowe okoliczności skłoniły Chruszczowa do odwołania spotkania. Więc już choćby wyjątkowość decyzji amerykańskiej świadczy o jej powadze. Strona amerykańska podkreśla na każdym szczeblu, że Obama nie przyjedzie do Moskwy, i że nie odbędzie się osobiste spotkanie z Putinem podczas petersburskiego szczytu G-20. Amerykanie dodają, iż nie chodzi tu o Snowdena, że ta historia to ostatnia kropla, która przelała czarę goryczy. Zwyczajnie na świecie stosunki amerykańsko-rosyjskie utraciły konstruktywny charakter.

Nikita Biełogołowcew:
Wydaje się Pani, że to prawda, a nie próba ukrycia najważniejszej przyczyny tej decyzji?

Masza Lipman:
Mnie się wydaje, że to istotna przyczyna. Od jakiegoś czasu narastało napięcie, coraz powszechniejsze stawało się przekonanie, iż Obama traci masę sił i swego cennego czasu, by porozumieć się z Rosją na przykład w kwestii przedłużenia rozmów na temat zbrojeń strategicznych. Z upływem czasu widać coraz lepiej, iż najważniejsze kwestie w ramach stosunków dwustronnych, to rzeczywiście negocjacje w sprawie rozbrojenia strategicznego,  a także obrony przeciwrakietowej, tutaj należy także wspomnieć o Syrii i Iranie. We wszystkich tych sprawach nie widać najmniejszego zbliżenia stanowisk, jak twierdzi strona amerykańska Rosja praktycznie przestała reagować na składane jej propozycje. We wszystkich tych sprawach zabrnęliśmy w ślepy zaułek, a historia ze Snowdenem, to rzeczywiście ostatnia kropla.

Nikita Biełogołowcew:
Czy w arsenale Obamy znajdują się jakiekolwiek instrumenty, przy pomocy których mógłby okazać realny wpływ na to, co robi Rosja? Rozumiemy dobrze, że nie doczekamy się bojkotu Igrzysk Olimpijskich w Soczi, bojkotu szczytu ósemki także na 99% nie będzie. Czy Obama może posunąć się dalej, czy do jego dyspozycji jest coś  więcej poza czystą retoryką, czy ma w zapasie jakieś realne kroki, które ludzie niezbyt dobrze zorientowani w polityce mogliby zauważyć?

Masza Lipman:
Jak mi się wydaje Obama nie dysponuje jakimiś instrumentami, które mogłyby zmusić Wladimira Putina do ustępstw. Putin wielokrotnie demonstrował i rosyjskiemu społeczeństwo i wspólnocie międzynarodowej, że w żadnym wypadku nie godzi się na ustępstwa pod naciskiem. Raczej na odwrót. Kiedy Putin odczuwa presję, jeśli obserwuje jakieś działanie jego zdaniem obraźliwe, lub pozbawione szacunku  pod adresem Rosji, odpowiada twardo, odpowiada często asymetrycznie, tak jak to zdarzyło się z ustawą w sprawie Magnickiego. Putin odpowiada w każdym wypadku i nie godzi się na ustępstwa. W odpowiedzi reaguje nieproporcjonalnie ostro, często o wiele ostrzej, niż to jak można by ocenić inicjujące działania strony przeciwnej. Tak więc w zapasie u Obamy nie ma jakichś skutecznych instrumentów, jeśli rozumiemy przez nie jakieś konkretne, realne decyzje. Ale w całej tej historii, tu w Rosji powinniśmy się nad tym zastanowić. Na ile sprzyja rozwojowi Rosji brak jakichkolwiek sojuszników, i ograniczona liczba partnerów politycznych.

Nikita Biełogołowcew:
Pani ocena ma symboliczne znaczenie w dniu, w którym wypada piąta rocznica wojny z Gruzją.

Masza Lipman:

Rzecz jasna. Już dość dawno Putin powiedział: „Ja nie dowierzam nikomu”. Może wypowiedział się wówczas zbyt emocjonalnie, ale jak się wydaje taka ocena wypływa z jego osobowości. Prawdopodobnie Putin tak właśnie pozycjonuje Rosję, to co z nami się dzieje, nie odbywa się bez jego udziału, to właśnie kierunek wybrany przez niego. Więc zadajmy pytanie, czy to dobre dla Rosji, że żyjemy w częściowej izolacji? Te izolacjonistyczne tendencje czujemy w kraju bardzo wyraźnie. To oczywiście nie pełny izolacjonizm, to nie zimna wojna, ale tendencje izolacjonistyczne narastają. Tylko czy w dwudziestym pierwszym wieku to dla nas dobre? Czy to w porządku, iż żyjemy w potężnym kraju w przekonaniu, iż otaczają nas sami wrogowie? Ze żyjemy w oblężonej twierdzy i dlatego najlepiej, byśmy się odseparowali, uważnie obserwując, gdzie by tu jeszcze zdemaskować zagranicznych agentów, i jak ograniczyć wpływy wroga? Po to, by nikt nie przeszkadzał nam w rozwoju. Jak w takich warunkach będziemy się rozwijać? Za to wszystko Obama nie ponosi odpowiedzialności, myśleć o tym wszystkim powinniśmy my sami. To co się stało, już się nie odstanie. Nie wydaje mi się, że to już na zawsze. I sam Obama też nie jest na zawsze. Ale w obecnych warunkach brak kontaktów pomiędzy dwoma szalenie ważnymi państwami wzbudzać może tylko lęk. 

wtorek, 6 sierpnia 2013

Oni i My. Korespondencja pisarzy Borysa Akunina i Michaiła Szyszkina



Dwaj wybitni pisarze Borys Akunin i Michaił Szyszkin w pisanych do siebie listach dyskutują, na ile sytuacja w Rosji jest uwarunkowana  jej historią. Rozmyślają także o głębokiej przepaści rozdzielającej dwa narody będące częściami jednej nacji i o tym, jak ją zasypać.




Blog media-w-rosji publikuje krótkie fragmenty korespondencji obu pisarzy opublikowanej w końcu lipca na stronie moskiewskiego magazynu Afisza (a także w jego wersji drukowanej). Z pewnością na przekład polski zasluguje calość tej publikacji, tak jak i wcześniejsza korespondencja  Borysa Akunina z Aleksiejem Nawalnym. Niestety dla naszego skromnego bloga to zadanie ponad siły. 




Michaił Szyszkin:

...Powiedzmy to otwarcie, kochamy obydwaj naszą monstrualną ojczyznę, a przy okazji zadajmy sobie kilka pytań. Na przykład, dlaczego Brodski nigdy nie wrócil do Rosji? Albo, czy i ty czujesz mrowienie, kiedy czytasz w testamencie Gogola: „Rodacy ! Wokół strasznie !”? Choć, rzecz jasna, wszystkie pytania zadawane na świecie maja charakter retoryczny. Lecz jednak. Oto na przykład, drobne wyzwanie jakie los stawia  każdemu, kto na skutek złośliwości diabła urodził się w Rosji, a nie brakuje mu rozumu i talentu. 


To wiadomo: Rosja jest świetnym krajem dla łajdaków, albo dla bohaterów walki z podłością. To imperium nie zostało stworzone dla tych, którzy chcieliby nacieszyć się zwykłym życiem. Jeśli z natury nie jesteś ani bohaterem, ani łajdakiem, a chciałbyś przeżyć godnie swoje życie, zarabiać uczciwie na utrzymanie rodziny, to w zasadzie i tak nie masz wyboru. Każdego dnia czujesz jak cię spycha w kierunku jednych, albo drugich. Nie chcesz być łajdakiem wspólnie z innymi, zostajesz tragicznym bojownikiem gotowym na wszelkie ofiary, łącznie z rodziną, po to by podjąć walkę.

Zadam więc nasze najważniejsze pytanie: co robić? Co robić dziś, jeśli z jednej strony nie chcesz stać się częścią świata przestępczego – a przecież całe nasze państwo i całe życie w Rosji to jeden wielki świat przestępczy, a z drugiej nie chcesz działać na rzecz rewolucji.

Borys Akunin:

W Rosji żyją ramię w ramię dwa różne, zupełnie do siebie niepodobne narody. Te narody od dawno odczuwają wobec siebie wrogość (niechby przepadł ze szczętem ten bizantyjski orzeł z dwoma głowami – schizofreniczny symbol, wybrany przez Iwana III jako herb naszego państwa). Tak więc jesteśmy My i są Oni. My mamy swoich bohaterów, to Czechow, Mandelsztam, Pasternak, Sacharow. Oni mają swoich bohaterów, to Iwan Groźny, Stalin, Dzierżyński, a teraz także Putin. Przedstawiciele obu tych narodów rozpoznają się nawzajem na pierwszy rzut oka i od razu odczuwają wobec siebie wrogi impuls. Nie podoba się Nam u Nich wszystko, to jak Oni wyglądają, rozmawiają się, zachowują się, odczuwają radość i gorycz, ubierają i rozbierają. Robi się nam niedobrze, kiedy słuchamy ich ulubionych piosenkarzy, oglądamy ulubione przez nich filmy, czy programy telewizyjne. Oni odpłacają nam podobna monetą i z naddatkiem. Ale oprócz Nas i Nich, są jeszcze ludzie, którzy stanowią większość ludności  – i My z Nimi staramy się wiecznie przeciągnąć to coś Co-Nie_Jest_Ani_Rybą-Ani-Mięsem na swoją stronę i narzucić im swoje wartości. Więc co robić z tą rzeczywistością? Mamy się pozabijać nawzajem?

Michai Szyszkin:

Znosić? Znów wszystko znosić? Jeśli poszukiwać punktów stycznych, to z kim? Z władzą? Z bandytami? To przecież jedno i to samo. Ale nie da się tego znosić, bo w historii brakuje nam czasu. Ludziom żyjącym dziś w nieludzkich warunkach nie pomoże happy end w dalekiej przyszłości. Przecież to nie chodzi teraz o jakiś dyskomfort psychologiczny, mamy do czynienia z wymieraniem ludzkiego gatunku na terytorium Rosji.  Do Gułagu zapędzono nie tylko nas wszystkich, zapędzono tam także samą przyrodę. Jeśli ludzie są w stanie zaadaptować się do życia w dowolnym więzieniu, to przyroda nie jest do tego zdolna. Ona ginie i zabiera nas razem z sobą. Wyrośliśmy przecież w kraju, w którym nic nie należało do nikogo. To był zdumiewający kraj niewolników, a Ci co nami rządzili, byli najwyżej głównymi niewolnikami. A jeśli chodzi o niewolników, to jak wiadomo jeszcze z zamierzchłej przeszłości, charakteryzuje ich niewolniczy stosunek do wszystkiego: „Nihil habeo, nihil curo”. A dziś Oni ukradli przyrodę i dobijają ją.

Borys Akunin:

Bywały jednak czasy o wiele gorsze, niż dzisiejsze. Jak mi się wydaje, świt już nie daleko, choć jak to bywa w takich przypadkach, ciemność, która go poprzedza jeszcze zgęstnieje. Interesuje mnie bardziej, jak rozwinie się sytuacja po początkowym przejaśnieniu….

Spróbujmy więc popatrzeć na niedaleką przyszłość. W końcu autorytarny reżim zgnije do końca, My jeszcze postaramy się proces ten przyspieszyć. Do władzy przyjdą Nasi. Co będzie dalej? Z pewnością Nasi przegonią do diabła ludzi ze służb specjalnych, posadzą prokuratorów i sędziów, którzy zhańbili swój zawód. Zostanie przeprowadzona lustracja sług poprzedniego reżimu. Z Placu Czerwonego zostanie usunięta świątynia przegranej strony. Rozprawimy się z klerykałami, i tak dalej. Nasi wieczni oponenci na jakiś czas przycichną, ale powoli zaczną rejestrować krzywdy jakie ich spotykają. Tak jak teraz robimy to My. Będą czekać, aż znów wróci ich czas. Doczekają się z pewnością, jeśli Nasi będą się zachowywać tak, jak to starałem się opisać. I wszystko rozpocznie się od nowa. Twoja recepta walki z tym zamkniętym kołem – to oświata i swobodne rozpowszechnienie informacji. Jestem za. Ale mam wątpliwości, czy to wystarczy. Tak czy inaczej, będziemy musieli dogadywać się z Nimi, z najlepszymi spośród nich, rozmawiać o wspólnej Rosji, szukać kompromisu pomiędzy koncepcją „państwa dla człowieka? i koncepcją „człowieka dla państwa”. To jedna z lekcji jaka wyniosłem z prowadzonych ostatnio pospiesznych badań nad historią naszej ojczyzny.


Tłum: ZDZ

Oryginał tekstu ukazał sie na portalu afisha.ru:
http://gorod.afisha.ru/archive/akounin-vs-shishkin/






*Michaił Szyszkin, zamieszkały w Szwajcarii, wybitny pisarz rosyjski, laureat wielu rosyjskich i międzynarodowych nagród literackich. Charakterystyczną cecha jego pisarstwa jest zanurzenie w dwóch różnych tradycjach, rosyjskiej i zachodniej. Po polsku w 2008 roku ukazała się jego powieść „Włos Wenery”.



*Borys Akunin (Grigorij Czchartiszwili), wybitny pisarz, tłumacz, działacz opozycji demokratycznej. Autor popularnych na całym świecie powieści detektywistycznych. Obecnie pracuje na popularno- naukową Historią Rosji.





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com