środa, 15 kwietnia 2015

Ambasador Polski ogarnięta antyrosyjskim amokiem



Oficjalna propaganda rosyjska grzmi: ofiarowaliśmy Polsce wyzwolenie, dla niego zginęły setki tysięcy naszych żołnierzy. "Związek Radziecki sam nie był państwem wolnych ludzi, nie mógł nikomu zapewnić wolności" - odpowiada w Moskwie polska ambasador, pani Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. W rosyjskim Internecie posypał się na nią grad obelg.


Jednak nie wszyscy Rosjanie popierają punkt widzenia oficjalnej, propagandy. Na swojej stronie w Facebooku, polską ambasador wziął w obronę Alfred Koch, polityk, publicysta, jedna z najbarwniejszych postaci na rosyjskiej scenie politycznej: "Nie da się jednostronnie przyznać sobie tytułu wyzwoliciela. Pod tym względem potrzebna jest także zgoda wyzwolonego. Może nie?"


Publikujemy streszczenie wypowiedzi ambasador Pełczyńskiej-Nałęcz i komentarz Alfreda Kocha.
 



 

Ambasador Polski:  Żołnierze radzieccy nie dali Polsce wolności.



Uroczysty moment: Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz składa
na Kremlu list uwierzytelniające.




Ambasador Polski w Rosji, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz uważa, iż żołnierze radzieccy nie przynieśli narodowi polskiemu wolności. Podobne słowa padły z jej ust na antenie "Rossijskoj Służby Nowostiej".



"Chciałam podkreślić, iż otaczamy szacunkiem żołnierzy walczących o wolność ojczyzny. Ale to byli żołnierze Związku Radzieckiego. To nie był kraj wolnych ludzi, ci żołnierze nie mogli przynieść wolności narodowi polskiemu i nie przynieśli." - oświadczyła Pełczyńska-Nalęcz.

Pani ambasador podkreśliła także, iż Warszawa gotowa jest do udziału w dyskusji na ten temat, przede wszystkim dlatego iż Druga Wojna Światowa była wydarzeniem o ogromnym znaczeniu.

Wcześniej Pełczyńska-Nałęcz wyraziła opinię, iż Auschwitz został wyzwolony przez wojska radzieckie.

"Prezydent Polski i polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zajęły w tej sprawie oficjalne stanowisko. Ambasada przekazała je do wiadomości publicznej. Wiele razy podkreślaliśmy, iż nikt w Polsce nie twierdzi, iż rosyjscy żołnierze nie brali udziału w wyzwalaniu Oświęcimia." - oświadczyła Pełczyńska-Nałęcz. "Tę operację przeprowadziła Armia Czerwona, radzieckie siły zbrojne, w nich służyli Rosjanie, Ukraińcy, i wielu innych."

W ocenie polskiej pani ambasador,  konflikt wokół wypowiedzi na temat wyzwolenia obozu Auschwitz został rozdmuchany w sztuczny sposób.





Streszczenie wypowiedzi Ambasador Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, do którego odniósł się Alfred Koch można znaleźć pod następującym adresem:
http://point.md/ru/novosti/v-mire/posol-poljshi58-sovetskie-sldati-ne-prinesli-svobodu-poljskomu-obschestvu



*                                   *                                *



Alfred Koch: 




Alfred Koch na Facebooku pisze dosadnie i demonstruje wielkie poczucie humoru. 



W komentarzach ludzie się wściekają: jak to? my ich nie wyzwoliliśmy? Nie zawdzięczają nam wolności? Może pod panowaniem Niemiec mieliby lepiej? Jak gdyby ich ambasadorkę ogarniętą rusofobskim amokiem poniosło nie wiadomo dokąd. Co za zaraza! Czemu nie powie nic o milionach naszych żołnierzy poległych podczas wyzwalania Polski? O co tu chodzi? Wolne żarty! W głowach im się calkiem pop…….iło!


Nie uważajmy się za świętego wyzwoliciela


Więc zróbmy może krok do tyłu. Przyda się trochę spokoju. Nie będę się tu rozwodził o radziecko -niemieckim pakcie 1939 roku…. Nie napiszę o tym, jak 17 września Armia Czerwona napadła na Polskę, czy o katyńskim morderstwie 22 tysięcy polskich oficerów. Nie wspomnę o niewytłumaczalnym wyczekiwaniu wojsk radzieckich (w ten sposób w rzeczywistości udzielono pomocy wojskom niemieckim) pod Warszawą, gdy Niemcy rozprawiali się z Powstaniem Warszawskim, a także o prześladowaniu żołnierzy Armii Krajowej, koszmarnych represjach stalinowskich wymierzonych w polską inteligencję. Przemilczę narzucenie Polsce własnego nieefektywnego modelu gospodarczego, a także wprowadzenie w 1980 roku stanu wojennego. Wystarczy przypomnieć sobie choćby o jednym z tych faktów, byśmy przestali uważać się za świętego wyzwoliciela.







Napiszę teraz o czym innym. Posłużmy się trochę siłą wyobraźni. Wyobraźmy to sobie, przed wiekami teutońscy Krzyżowcy napadli na Ruś. Zajęli Nowogród, Psków. Doszli do Kijowa, Moskwy, Władimira, Suzdala. Nie byłoby w tym nic dziwnego, mniej więcej, w tym samym czasie Krzyżowcy zajęli Konstantynopol, pokonali Bizancjum. I w rezultacie na wiele lat zamiast prawosławnego mocarstwa na terenie dawnego Drugiego Rzymu powstało Imperium Łacińskie.

Aż tu nagle ze wschodu nadciągnęły mongolskie ciemności. Za jednym zamachem Tatarzy rozbili Krzyżaków i podnieśli swój buńczuk na Świętą Rusią. Zaczęła się epoka tatarsko-mongolskiej niewoli. Ruscy kniaziowie stali się wasalami Wielkiego Chana Złotej Ordy. A lud ruski popadł w niewolę Mongołów.


Czy Tatarzy nas wyzwolili?


Pytanie: mamy prawo określić Tatarów jako wyzwolicieli i powiedzieć, że zawdzięczamy im uwolnienie spod panowania teutońskiego? Zapewne tak, po ich przyjściu, panowanie niemieckie się skończyło. Ale czy dali nam wolność? Nie. Niewolę niemiecką zastąpiła teraz nowa, tatarska.

Teraz po wielu latach, potomkowie zawadiackich bojowników Ordy nie ukrywają zdziwienia: nie uważacie nas za wyzwolicieli? Zapomnieliście już o tysiącach dzielnych wojów poległych w bitwie z Krzyżakami? Czyż nie polegli w boju o wyzwolenie Rusi spod Niemców? Rosyjskie świnie, wciąż są z czegoś niezadowolone! Nie czuja się wolni pod naszymi rządami? Niech lepiej robią wymówki swoim własnym kniaziom. To oni jeździli do nas do Saraju, błagali byśmy wzięli ich pod opiekę.

Kolejne pytanie: czy mamy za sobą lata tatarsko-mongolskiej niewoli? Słyszałem o tym, teraz modna jest teoria, iż w historii naszej nic podobnego się nie zdarzyło. Tylko dlaczego, w relacjach zapisanych w tamtych czasach niewoli (której jakoby miało nie być) można znaleźć wiele barwnych szczegółów?  Jak porywano ludzi i brano ich do niewoli, co wyprawiali namiestnicy tatarscy. Jak ordyńcy najeżdżali mieszkańców, by zmusić ich do zapłacenia daniny. O co robili nieproszeni goście…

Więc nie przeklinajcie tej kobiety. Nie da się przecież jednostronnie przyznać sobie tytułu wyzwoliciela. Pod tym względem potrzebna jest także zgoda wyzwolonego. Może nie?


Komentarz Alfreda Kocha ukazał się na jego stronie w Facebooku:
https://www.facebook.com/koch.kokh.haus?fref=nf




*Alfred Koch (ur.1961), rosyjski polityk, biznesmen, publicysta. W połowie lat dziewięćdziesiątych, pod rządami Borysa Jelcyna, jako prezes Komitetu Skarbu Państwa, a także wicepremier rządu odegrał znaczącą rolę w procesie prywatyzacji rosyjskiego przemysłu. Jako polityk związany był z obozem prawicowych liberałów Jegora Gajdara i Anatolija Czubajsa. W ostatnich latach przeszedł całkowicie na stronę demokratycznej opozycji. W obawie przed represjami emigrował do Niemiec. Jego strona na Facebooku cieszy się gigantyczną popularnością. Jest jedną z barwniejszych postaci na rosyjskiej scenie politycznej. 






Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com





wtorek, 14 kwietnia 2015

Sankcje, scenariusze



Europejskie sankcje odcięły Rosję od zachodnich kredytów. Gospodarka zjada wewnętrzne rezerwy w błyskawicznym tempie. Już w lipcu, Unia Europejska podejmie decyzję, czy przedłużyć działanie sankcji, czy je znieść. Wystarczy veto jednego państwa członkowskiego, by przestały obowiązywać. To dlatego - zdaniem Władimira Miłowa, rosyjskiego działacza opozycyjnego i publicysty - Władimir Putin, spotykając się z przywódcami Grecji, Cypru, Włoch i Węgier próbuje aktywnie skleić "anty sankcyjną" koalicję. Nawet jednak ewentualne zniesienie sankcji, nie poprawi położenia rosyjskich przedsiębiorstw i banków. Rosja w oczach rynków finansowych stała się krajem podwyższonego ryzyka: może napaść na każdego swojego sąsiada.




 Autor: Władimir Miłow
 

 



Dla Putina i jego otoczenia głównym problemem jest teraz, choćby częściowe, zdjęcie  sankcji europejskich, nałożonych na Rosję w lipcu zeszłego roku, po zestrzeleniu malezyjskiego Boeinga nad Donbasem. Sankcje te wprowadzono na 1 rok, przed upływem tego terminu nie ma szans na ich zniesienie. Taka decyzja wymagałaby pełnej zgody wszystkich 28 państw członkowskich Unii Europejskiej - o tym nie ma co marzyć. Ale przedłużenie sankcji też nie będzie proste, dla takiej decyzji, także potrzebna będzie jednomyślność.




Władimir Putin liczy na to, iż grecki premier Alexis Cipras będzie jednym z tych przywódców
państw UE, który w lipcu sprzeciwi się przedłużeniu sankcji nałożonych na Rosję. 




Klejenie koalicji


Dlatego więc Putin stara się teraz skleić koalicję zorientowanych na Rosję państw UE, gotowych zablokować przedłużenie sankcji. Na przestrzeni dwóch ubiegłych miesięcy Putin odbył spotkania z czwórką przywódców państw członkowskich UE. Byli wśród nich premier Węgier Istvan Orban, prezydent Cypru Nicos Anastasiades, Premier Grecji Alexis Cipras i premier Włoch Matteo Rienzi. Rosja usiłuje także porozumieć się z kilkoma innymi państwami, one też zachęcane są do udziału w tej koalicji, są wśród nich Austria, Czechy i Słowacja.

Sytuacja chyba wygląda tak, iż jeśli Putinowi uda się przekonać do zablokowania sankcji jedynie małe państwa, takie jak Grecja, Węgry, czy Cypr, to szanse jego na osiągnięcie zaplanowanego celu będą niewielkie. Europejscy gracze wagi ciężkiej wywrą na nich presję i będzie po wszystkim, wystarczy, że Merkel chrząknie. Dlatego właśnie Putin & Co robią wszystko, by w tej kolacji znalazły się też większe kraje, takie jak Włochy. Czas pokaże, czy Putinowi się uda. Wygląda jednak na to, iż na zniesienie sankcji Europa nie ma wielkiej ochoty, napięcie wojskowe w Donbasie wciąż jest spore, na razie mamy do czynienia z czasowym zawieszeniem broni. W strefie konfliktu nie dokonała się żadna poważne deeskalacja, demilitaryzacja. Bliżej lipca, zwolennicy sankcji będą w stanie zagrać publicznie jeszcze silniejszą kartą. Mogą opublikować raport o rezultatach śledztwa prowadzonego w sprawie katastrofy Boeinga nad Donbasem, w nim prawdopodobnie winą zostaną obarczeni rosyjscy wojskowi (od samego początku uważałem, że Boeing nie został zestrzelony przez donbaskich separatystów, że zrobiła to przetransportowana przez granicę rosyjska bateria. Małpy nie potrafią posługiwać się skomplikowaną techniką wojskową, brak im kwalifikacji, by zestrzelić samolot lecący na wysokości 10 tys. metrów).


Dlaczego zniesienie sankcji europejskich ma dla Putina tak wielkie znaczenie?


Po ich wprowadzeniu biznes rosyjski dotknęła prawie całkowita międzynarodowa blokada kredytowa. Nikt już nam nie pożycza pieniędzy. Ofiarą tej blokady padły nie tylko przedsiębiorstwa objęte sankcjami. Na wszelki wypadek nie pożycza się Rosjanom w ogóle. Wszystkich dręczy pytanie, czy przypadkiem Rosja nie zaatakuje jeszcze kogoś. To oczywiście doprowadziłoby do objęcia sankcjami jeszcze większej ilości banków i przedsiębiorstw.  W rezultacie, na międzynarodowych rynkach finansowych, Rosję dotknęły bezprecedensowe ograniczenia kredytowe. Najświeższe dane Banku Centralnego mówią o tym, iż całkowite zadłużenie rosyjskich banków i przedsiębiorstw zmniejszyło się z 660 miliardów dolarów 1 lipca 2014 roku, do 509 miliardów 1 kwietnia roku bieżącego. Odnotowaliśmy spadek o 150 miliardów na przestrzeni 9 miesięcy.

Nie ma czym tych pieniędzy zastąpić. Nasz system finansowy nie potrafi zdobywać ich na rynku wewnętrznym. Chińczycy wbrew rozbudzonym nadziejom nic nie dali i nie dadzą. Gospodarka zetknęła się z wielkim kryzysem w dziedzinie finansowania. Na razie pomaga sobie, wykorzystując stare rezerwy. W ciągu 2 miesięcy, fundusze rezerwowe Ministerstwa Finansów zmniejszyły się o 2 biliony rubli. W tym tempie, bilion co miesiąc, rezerw nie starczy na długo.

Stąd bierze się obecna strategia Kremloidów - zrobimy wszystko, by znieść sankcje europejskie, by uruchomić ponownie zachodnie kredyty dla Rosji. To dlatego, Putin tak bardzo kadzi gotowym do kontaktów przywódcom państw UE.


Płonne nadzieje


Ale i ta strategia nie przyniesie rezultatu, tak jak wiele podobnych pomysłów zgłaszanych w zeszłym roku. Najpierw słyszeliśmy, iż zachód nie wprowadzi poważnych sankcji wymierzonych w rosyjski sektor korporacji i banków, iż ograniczy się jedynie do sankcji "punktowych" wymierzonych w urzędników, tak postąpiono wobec Białorusi. Po drugie, wmawiano nam, iż Europa w odróżnieniu od USA nie jest gotowa na wprowadzenie poważnych sankcji. Po trzecie, przekonywano nas, iż czeka nas chiński potop finansowy. Wszystkie te nadzieje okazały się płonne.

Także nadzieja na zniesienie sankcji europejskich już w lipcu okaże się płonna. Jeśli nawet podjęte zostaną, pozytywne z punktu widzenia Kremla, decyzje to nie rozwiążą one najważniejszego obecnie problemu - nie tylko rządy ograniczają z nami kontakty, robią to także banki. Instytucje finansowe już dokonały na poważnie nowej kalkulacji ryzyka politycznego związanego z pożyczaniem pieniędzy rosyjskim kredytobiorcom. Rosja traktowana jest dziś jako państwo nieprzewidywalne. 

Może zwyczajnie napaść na swoich sąsiadów. Jeśli więc sankcje zostaną zniesione, nie ma co oczekiwać, iż strumień udzielanych nam kredytów osiągnie dawne rozmiary. Rosjanom będą dawać niewiele i bardzo ostrożnie. Ale co ważniejsze, wciąż nie ma podstaw dla zniesienia sankcji. Przywódcy państw będących zwolennikami ich utrzymania dysponują na pewno nowymi, poważnymi argumentami i nie zawahają się, by ich użyć.







Tak długo, jak Putin prowadzi grę obliczoną na zniesienie sankcji, prawdopodobieństwo, iż podjęte zostaną działania bojowe przeciw Ukrainie na większą skalę jest niewielkie. Dokąd nie zostaną podjęte główne decyzje Putin stara się zachowywać jak "porządny facet". Ale, gdy zorientuje się, że jego starania nie przynoszą rezultatu, może wierzgnąć. Tak, jak stało się to w styczniu w Mariupolu, po tym jak odwołano spotkanie w formacie normandzkim, zaplanowane w Astanie. W końcu jednak odbyło się spotkanie w Mińsku, gdzie podpisane znane porozumienie.


Ofensywa na wielką skale? Chyba nie…


Jeśli Europejczycy przedłużą działanie sankcji, można spodziewać się eskalacji działań wojennych na Ukrainie. Jednak osobiście, nie spodziewałbym się ofensywy na wielką skalę. W ciągu ostatniego roku Ukraina, w większym, lub mniejszym stopniu, zwiększyła swój potencjał bojowy. Ludność położonych na wschodzie regionów Ukrainy dala znać, czego chce (ludzie nie popierają Putina). W obecnych warunkach, jakakolwiek poważna ofensywa przeciw Ukrainie ugrzęźnie podczas szturmu większych i średnich miast. Dla Putina oznaczać to będzie wielką i krwawą wojnę miejską "a la Sarajewo", zwłaszcza wówczas, gdyby podjęto próbę sforsowania Dniepru.

Obecna sytuacja znajduje się w stanie zamrożenia. Stare niebezpieczeństwa nie zniknęły. Zachowanie Putina dalej jest niezrównoważone. Nie udało mu się zrealizować większości celów, nie wiadomo co robić dalej. W drugiej połowie roku można także oczekiwać, iż Rosja będzie się domagać, by w nowej konstytucji Ukrainy zapisano prawo regionów wschodnich nałożenia veta na wstąpienie do NATO, itd.

Może się mylę, ale tak widzę obecną sytuację.


Tłumaczenie: ZDZ




Oryginał ukazał się na blogu Władimira Miłowa publikowanym także na portalu radiostacji "Echo Moskwy": http://www.echo.msk.ru/blog/milov/1529632-echo/




*Władimir Miłow jest dyrektorem Instytutu Polityki Energetycznej. W 2002 roku przez kilka miesięcy zajmował stanowisko wiceministra energetyki w rządzie Michaiła Kasjanowa. Znany jest także ze swej działalności w szeregach opozycji demokratycznej. W roku 2008 wspólnie z Borysem Niemcowem opublikował krytyczny raport „Putin. Rezultaty.” W 2012 r. został wybrany przywódcą opozycyjnej parti „Demokratyczny Wybór”. 









Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






wtorek, 7 kwietnia 2015

Kryzys rosyjski i 50 miliardów dla Ukrainy



Kryzysu rosyjskiej gospodarki nie wywołały ani sankcje, ani spadające ceny ropy naftowej. Jej stary model rozwoju, oparty o wydobycie surowców i pobudzanie popytu wewnętrznego, wyczerpał się już kilka lat temu. Dziś gospodarkę rosyjską ogarnęła stagnacja. Aleksander Auzan, ceniony rosyjski ekonomista, dziekan wydziału ekonomii  Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego, rysuje także różne scenariusze wyjścia z obecnego kryzysu. Jego zdaniem, Rosja mogłaby także wziąć udział w ratowaniu, zagrożonej bankructwem, gospodarki Ukrainy.




Autor: Aleksander Auzan






Ukraina nas skłóciła, Ukraina nas pogodzi



Ekonomista Aleksander Auzan tłumaczy, iż rosyjsko-europejski projekt uratowania Kijowa przed bankructwem tworzy szansę na przerwanie wojny.

W ramach XXII sympozjum "Rosyjskie drogi", zorganizowanego przez Moskiewską Wyższą Szkołę Nauk Społecznych i Ekonomicznych, profesor Aleksander Auzan, dziekan wydziału ekonomiki Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego wystąpił z wykładem zatytułowanym "Wojna i gospodarka: scenariusze dla Rosji". Lenta.ru zapisała jego najważniejsze fragmenty.






Aleksander Auzan jest jednym z najbardziej cenionych rosyjskich ekonomistów. Realistycznie ocenia
położenie gospodarki rosyjskiej, jego zdaniem Rosja razem z Europą powinny pomóc Ukrainie. 





Jako ekonomista chciałbym zaprezentować trzy tezy, pokażą one, jak ta wojna związana jest z gospodarką. Jak mi się wydaje, nie potrzebne tu są jakieś wyjaśnienia,  będziemy mówili o wojnie w Donbasie. Ma ona charakter bardziej globalny i złożony, niż czysto wewnętrzny konflikt w sąsiadującej z nami Ukrainie.


Interpretacje ekonomiczne


Możliwe są różne ekonomiczne interpretacje tej wojny. Dla przykładu, dwa miesiące temu, na posiedzeniu Rady Naukowej Akademii Nauk wystąpiłem z polemiką wobec Siergieja Głaziewa (doradca prezydenta - red.). W jego interpretacji wojna jest związana ze zmianą stosunków technologicznych. Jego zdaniem, jesteśmy świadkami przejścia na kolejny, szósty już poziom rozwoju technologicznego. Z tego wynika konieczność przeprowadzenia modernizacji, przyspieszenia rozwoju wiodących państw, zwłaszcza USA. Wiąże się z tym potrzeba destabilizacji stosunków  międzynarodowych i skierowanie strumieni finansowych w innych kierunkach. Być może jest to interesujący punkt widzenia, jednak nie do końca się z nim zgadzam. Moim zdaniem, istnieje prostsza interpretacja, tego co się wydarzyło. Nie koniecznie musimy mówić o zjawiskach o charakterze "cyklicznym".

Kiedy zaczyna się czytać niemieckich ekonomistów z początku XX wieku, trudno oprzeć się zdumieniu, na ile nasze własne teksty pisane sto lat później podobne są do tego, co pisali Kessler, Kautsky i inni: "Świat jest ze sobą powiązany w takim stopniu, iż żadna wojna nie jest możliwa". Ale zaraz potem zaczęła się I wojna światowa. Najwyraźniej procesy internacjonalizacji, lub jak mówimy dziś globalizacji, mają charakter cykliczny. Jeśli przyjrzymy się kryzysowi z lat 2008-2009, to musimy stwierdzić, iż rzeczywiście był on dość niezwykły. Zobaczyliśmy dysproporcję pomiędzy wzajemnym powiązaniem państw za pośrednictwem jednego, wspólnego handlu giełdowego, a stopniem w jakim koordynują swoje działania. Jeśli w ramach jednego organizmu, walczą ze sobą płuca i wątroba, inaczej mówiąc, ośrodki finansowe z przemysłem, to organizm ten nie może czuć się dobrze. Gospodarka światowa znalazła się w fazie trwającej coraz dłużej obniżonej dynamiki. Na takim skrzyżowaniu należy dokonać wyboru. Dla przykładu, można radykalnie zwiększyć stopień wzajemnej koordynacji pomiędzy różnymi państwami, trudno jednak wyobrazić sobie powstanie rządu światowego, choćby na poziomie teoretycznym. Można zapewne zwiększyć rolę światowego systemu sądowniczego, taki postulat zgłoszono na forum Grupy G9 w 2009 roku, czy jednak daleko udało się nam zajść po tej drodze? Nawet Francja i Anglia nie potrafią porozumieć się w kwestii uregulowań z dziedziny finansów, a cóż dopiero mówić o Gwinei i Norwegii, czy Mongolii i Gwatemali.

Wariant numer dwa - deglobalizacja i powołanie do życia bloków regionalnych. To jeden z możliwych sposobów adaptacji i Ukraina moim zdaniem, stała się pierwszą ofiarą tej zaostrzającej się walki konkurencyjnej. To rezultat tego, iż zderzyliśmy się z pierwszą falą deglobalizacji.


Rady Grzegorza Kołodki


Wydział ekonomiczny  moskiewskiego uniwersytetu MGU często odwiedzają koledzy z różnych krajów Europy. Prowadzimy z nimi dyskusję. Opowiem o jednej z nich, to dobry przykład. W 2007 roku odbyła się w Jałcie konferencja z udziałem ekonomistów ukraińskich i europejskich. Na niej znany polski specjalista Grzegorz Kołodko (minister finansów Polski od 1994 do 2003 roku - red.) zwracając się do ukraińskich kolegów powiedział: "Ukraina jest zbyt dużym krajem, radziłbym wam nie liczyć na pomoc europejską. Europa nie weźmie jej na swoje barki. Daj Bóg, byśmy dali sobie radę z Bułgarią i Rumunią. Postarajcie się dogadać z Rosjanami".







Pojechałem do Kijowa w grudniu 2013 roku, Majdan miał wtedy charakter pokojowy, ale od razu zrozumiałem, że sytuacja się zmieniła. Tłumaczyłem kolegom z Europy, na czym polegała różnica. W 2007 roku traktowali oni Ukrainę jako obiekt pomocy i wsparcia dla reform instytucjonalnych, jednak między sobą konstatowali, iż "to się nie uda, nie starczy nam pieniędzy." Teraz Unia Europejska ma pieniędzy o wiele mniej (tak jak i Rosja), a Ukraina nie jest dla niej wyłącznie krajem, któremu niezbędne są reformy instytucjonalne. Teraz jest dla Europy nowym rynkiem. To wielki kraj - nadaje się.

Ta zmiana podejścia wynika z tego, iż to logika istnienia bloków regionalnych wymusza ocenianie krajów jako rynku. W tym zaś wypadku, mamy do czynienia z otwartym i ostrym starciem dwóch formujących się bloków regionalnych. Proszę zwrócić uwagę, aż do 2008 roku Euroazjatycki Blok Ekonomiczny, a więc do chwili, gdy zaczęliśmy smażyć się na kryzysowej patelni,  pozostawał porozumieniem pozbawionym treści. Jednak, gdy tylko okazało się, iż trzeba udzielić pomocy finansowej Mińskowi i Astanie, procesy integracji uległy przyspieszeniu. Nie będę twierdził, że ta wojna ma wyłącznie przyczyny ekonomiczne, ale moim zdaniem przyczyny te także odegrały swoją rolę. Ważne byśmy je sobie uświadomili, gdyż to zapewne nie jedyny i nie ostatni przypadek, gdy fala deglobalizacji przyniesie ze sobą wojny zimne i gorące.

Co to oznacza dla Rosji? 4 marca odbyło się zebranie u szefa rządu, spotkaliśmy się w wąskim kręgu. Dyskutowano o najważniejszych kierunkach działalności rządu. Dokument, jaki je opisywał, w  nowej sytuacji wymagał rewizji. Nie będę tu opowiadał o szczegółach zebrania, ale chciałbym podkreślić,  iż szereg tez z jakimi teraz chcę się podzielić, sformułowałem wówczas w obecności premiera.


Stary model rozwoju


Napięcia o charakterze geopolitycznym osiągnęły nowy etap. Proszę zwrócić uwagę na problem, jaki  naszemu krajowi, w nowej sytuacji, doskwiera najbardziej. Ponownie weźmy za punkt wyjścia kryzys z lat 2008-2009. Wówczas dał o sobie znać ten model rozwoju, z jakiego Rosja korzystała w ciągu minionych siedmiu lat, a w rzeczywistości nawet dłużej - ok. 30 lat. Był to model surowcowy, uzupełniano go niekiedy, pobudzając popyt wewnętrzny. Autorzy "Strategii 2020" jednym chórem podkreślali, iż wyjście z kryzysu przez te same drzwi będzie niemożliwe. Nie tylko dlatego, że ceny na surowce spadają. Także dlatego, iż prawie całkowicie zahamowaliśmy popyt wewnętrzny - ludzie tkwią w kredytach po uszy. W latach 2014-2015 rynek kredytowy zacznie się kurczyć, spłaty kredytów przewyższą sumy, jakie obywatele będą w stanie pożyczyć. Tak więc ten instrument, jakim są kredyty konsumpcyjne został zużyty, gospodarce trudno iść dalej.

Tempo rozwoju zaczęło zwalniać nie w 2014 roku, a w 2011, gdy kresu dobiegła faza wzrostu związanego z odbudową gospodarki. Ogólnie rzecz biorąc, naszą gospodarkę ogarnął obecnie stan paraliżu (jeśli nie wręcz śmierci klinicznej). Sankcje nie mają tu znaczenia, podobnie cena ropy naftowej. Rzecz idzie o tym, iż wyczerpał się dotychczasowy model rozwoju. Mamy dwa warianty, by na nowo uruchomić silnik gospodarki. Pierwszy z nich, to aktywne, liberalne reformy o charakterze strukturalnym, mające na celu stworzenie w kraju sprzyjającego klimatu inwestycyjnego. Drugi, to uruchomienie w gospodarce inwestycji państwowych (ok. 10 bilionów rubli, należy na nie wydać sumę, jaka znajduje się w rezerwach rządu). W ten sposób można będzie osiągnąć niewysokie, choć zauważalne tempo wzrostu do roku 2018. Mamy także do dyspozycji wariant trzeci, typowo rosyjski, nie zrobimy nic i pozostaniemy w stanie bezwładu. Ale i ten trzeci wariant wymaga sporych nakladów, a nasze zapasy finansowe ulegają skurczeniu. Z tego punktu widzenia, cena ropy naftowej ma rzeczywiście wielkie znaczenie.




Stary surowcowy model rozwoju Rosji uległ wyczerpaniu. Nie tylko dlatego, iż ceny na rynkach
światowych drastycznie spadły. 


Nawiasem mówiąc, nie wierzę w dość popularną u nas teorię, iż spadek cen ropy jest skutkiem spisku geopolitycznego. Mamy tu do czynienia z najprostszym równaniem, na poziomie pierwszego roku studiów ekonomicznych. Na rynku naftowym, obserwujemy jednocześnie recesję w eurostrefie i spowolnieniem tempa wzrostu w Chinach, zapotrzebowanie tamtejszej gospodarki na energię jest szczególnie wysokie, ze względu na stosowanie często przestarzałych technologii. Równocześnie rozpoczyna się walka o rynki zbytu pomiędzy Arabią Saudyjską, a korzystającą z innowacyjnych technologii wydobycia z łupków Ameryką. Spadkowi popytu towarzyszy konkurencyjna walka o rynki zbytu - co w takiej sytuacji musi się stać z cenami Szanowni Studenci? O jakich może tu być mowa wojnach geopolitycznych, nie mam pojęcia. Ale dla naszego scenariusza bezwładu w gospodarce, to niebezpieczeństwo śmiertelne.


Wybór scenariusza


A teraz kwestia wyboru pomiędzy różnymi scenariuszami. Bardzo podoba mi się scenariusz liberalny, mógłby okazać się bardzo efektywny. Ale jego skuteczność zależy od jednego - zakończenia wojny. Mechanizmy zachęcające kapitał prywatny do inwestycji nie będą działały, gdy nie zostaną uchylone sankcje, gdy inwestowaniu wciąż towarzyszyć będzie gigantyczne ryzyko. Jeśli zaś idzie o wpompowanie do gospodarki pieniędzy z budżetu, równolegle należałoby wprowadzić ograniczenia walutowe. Odpowiedź na pytanie retoryczne, co przyjdzie nam łatwiej? zakończenie wojny, czy narzucenie przez państwo różnych ograniczeń będzie oczywista. Ten drugi scenariusz nie podoba mi się wcale, ale z punktu widzenia niezbędnych kosztów jest znacznie łatwiejszy.

Jeśli więc ceny na ropę nie spadną zbyt drastycznie, prawdopodobieństwo realizacji jednego z opisanych scenariuszy oceniałbym następująco: 45% - gospodarka pozostaje w stanie bezwładu, 50% - wariant "mobilizacyjny", 5% - przeprowadzamy reformy strukturalne (rząd i kierownictwo Banku Centralnego są za). Tak więc to wojna pozostaje największym problemem, jak długo będzie trwać,  szanse wyboru któregoś z przedstawionych scenariuszy nie będą przedstawiały się inaczej.


Potrzeba 50 miliardów


I wreszcie ostatni temat, jaki chciałbym poruszyć. Czy istnieje jakieś wyjście z obecnej sytuacji? Nie da się zamknąć oczu na wojnę, coś trzeba z nią zrobić. Zdaję sobie sprawę, iż to, co w tej sprawie mam do powiedzenia, może się wydać dyskusyjne, jednak zaryzykuję…. Spróbujmy spojrzeć na Ukrainę z dwóch punktów widzenia, co musi zrobić ona sama i co dla niej zrobić mogą inni. Wojenny zgiełk spowodował, iż z naszego pola widzenia zniknął jeden z aspektów - Ukraina jest krajem znajdującym się na progu niewypłacalności i bankructwa. Właściwie, mówiąc wprost, Ukraina już jest bankrutem, jednak o tym nie poinformowano oficjalnie. Na razie żaden kredytorów  nie zgłosil swoich żądań w wystarczająco ostrej formie, by fakt bankructwa rządu i Banku Centralnego został uznany przez instytucje międzynarodowe. Czy można jednak dopuścić do bankructwa państwa położonego w środku Europy, o pięćdziesięciomilionowej ludności? Moim zdaniem, nie. Trudno wręcz wyobrazić sobie następstwa, jakie bankructwo mogłoby mieć dla ukraińskiej infrastruktury społecznej. Jedną z konsekwencji wojny jest niekontrolowane masowe przesiedlanie się ludności. Co się stanie, gdy dodatkowo zawali się cała infrastruktura socjalna?

Ile potrzeba pieniędzy, by uratować Ukrainę przed bankructwem? W 2013 roku dokonano odpowiednich rachunków. Ukrainie niezbędna jest pomoc finansowa w wysokości 50 miliardów dolarów. W gruncie rzeczy, to nie tak dużo - o wiele mniej, niż znaleziono dla Grecji. Jednak to więcej, niż samodzielnie może zaproponować każda z zainteresowanych stron. Ani Europa, ani Rosja (Amerykanów bankructwo Ukrainy w ogóle nie dotyczy) nie mogą ofiarować 50 miliardów. Rosja mogła dać takie pieniądze reżimowi Janukowicza, ale dziś, nie tylko na Ukrainie mamy inny rząd, zmieniła się także Rosja. Stanowisko Europy jest następujące: obiecaliśmy Ukrainie 20 miliardów i tyle damy. Ale to za mało.

Ukraina nas skłócila, Ukraina może nas pogodzić. Potrzebny jest wspólny rosyjsko-europejski projekt mający na celu zapobieżenie bankructwu Ukrainy. Rząd ukraiński znajduje się nieomal w sytuacji bez wyjścia. Trochę znam premiera Jaceniuka, o wiele lepiej znam Petra Poroszenkę, chcę powiedzieć, iż obydwaj są tej sytuacji świadomi. Dlatego wydaje mi się, iż być może warto, rozumiejąc gospodarcze przyczyny i współrzędne tej wojny, dokonać jej oceny, jako zjawiska z dziedziny gospodarki. I na tym polu poszukać instrumentów do jej zakończenia.



Zapisał: Paweł Szczelin
Tłum.: ZDZ



Tekst ukazał się na portalu lenta.ru:
http://lenta.ru/articles/2015/04/01/auzan/






*Aleksander Auzan (ur.1954), ceniony rosyjski ekonomista, dziekan wydziału ekonomii Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego, członek prezydenckiej Rady Gospodarczej. Autor licznych publikacji naukowych.   











Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com











wtorek, 31 marca 2015

Car wszystkich carów



Dla Władimira Putina 70 rocznica zwycięstwa miała być szczególnym świętem. Jednak światowi przywódcy postanowili mu je popsuć. Rosję czeka bojkot międzynarodowy na skalę moskiewskiej Olimpiady 1980 roku. Michaił Zygar, redaktor naczelny jedynej w Rosji niezależnej stacji telewizyjnej TV DOŻD' tłumaczy, dlaczego nieobecność w Moskwie wielu światowych przywódców tak bardzo zaboli Władimira Putina. Prezydentów obowiązuje wobec siebie szczególna lojalność, są członkami wyjątkowo elitarnego klubu. Decydują o losach świata. Ich nieobecność w Moskwie, oznaczać będzie, że on sam nie należy już do klubu wybrańców. Tej obelgi rosyjski przywódca nie zniesie w milczeniu.
 


Autor: Michaił Zygar





W 2005 roku na uroczystości 60ej rocznicy zwycięstwa nad Niemcami przyjechali do Moskwy
niemal wszyscy najważniejsi światowi przywódcy. Dziesięć lat później nie przyjedzie żaden z nich. 




Niewykluczone, że kwiecień okaże się najważniejszym miesiącem roku w polityce rosyjskiej. Trwać będzie odliczanie przed 9 maja, 70tą rocznicą Zwycięstwa, głównym spektaklem politycznym przygotowanym na ten rok. W zeszłym roku największe emocje związane były z Olimpiadą, ale Majdan i rewolucja na Ukrainie zepsuły prezydentowi Putinowi tę przyjemność. Czym to wszystko się skończyło, zapamiętaliśmy dobrze.

Nowe święto też nie będzie udane. Wiemy o tym zawczasu. Już dziś rozumiemy, iż uroczystości 9go maja 2015 roku przejdą tak historii, podobnie do Olimpiady 1980go roku. Dotknie nas poniżający i głośny bojkot, tak w naszej historii bywało rzadko.


Ekskluzywny klub


Dlaczego sytuacja ta ma aż takie znaczenie? Dlaczego obecność, lub nieobecność prezydentów podczas defilady na Placu Czerwonym okaże się wskaźnikiem, na ile reżim działa skutecznie?  Może dlatego, iż dla prezydenta Putina jedną z najważniejszych wartości w polityce zagranicznej jest szacunek dla przywódców. Kiedy dyplomaci rosyjscy publicznie podkreślają, iż zachodni system wartości nie jest dla nas odpowiedni, i że z naszego punktu widzenia istnieją kwestie ważniejsze od praw człowieka, najpewniej mają na myśli prawa szefa.

Dlaczego Rosja występowała zawsze przeciw jakimkolwiek kolorowym rewolucjom? Dlaczego Władimir Putin wspierał kolegów prezydentów, nawet wtedy, gdy znajdowali się w krytycznej sytuacji? To dlatego, iż szczególnymi uczuciami, darzy tych obywateli krajów innych państw, którzy nazywają się prezydentami.

We współczesnym świecie - tłumaczył mi niedawno wysoko postawiony urzędnik administracji kremlowskiej - głowy państw odgrywają szczególną rolę. O wiele ważniejszą, niż jeszcze pięćdziesiąt, lub sto lat temu. Do nich należy szczególna misja. Ważne, by utrzymywali ze sobą łączność, prowadzili dialog, dyskutowali najważniejsze problemy, od nich zależy los świata. Od chwili, gdy na świecie zaczęto przeprowadzać wszelkiego rodzaju spotkania na szczycie, grupy ośmiu, grupy dwudziestu, szefowie państw uświadomili sobie, iż należą do ekskluzywnego, zamkniętego klubu, jego członkowie decydują o wszystkim na świecie. Nie ma wątpliwości, iż w taki właśnie sposób widzi świat i panujący w nim porządek Władmir Putin.






Dlatego Putin w pokazanym niedawno filmie "Krym. Powrót do ojczyzny" przyznał się, iż to on, osobiście,  wydał polecenie, by bez względu na cenę, uratować życie prezydentowi Ukrainy Wiktorowi Janukowiczowi.

Właśnie dlatego, dyplomacja rosyjska wspiera zawsze wszystkich prezydentów państw członkowskich Wspólnoty Niepodległych Państw, nawet wówczas, gdy wygląda to po prostu śmiesznie. To pytanie narzuca się samo przez się, po co było wydawać oświadczenie, iż przeprowadzone w minioną niedzielę wybory prezydenta Uzbekistanu, były przejrzyste i demokratyczne? To przecież dowcip, demokratyczne wybory w Uzbekistanie, czemu więc narażać się na śmieszność?


Obłudnicy


Kiedy w Libii został zabity Muammar Kaddafi, prezydent Putin zareagował z oburzeniem. Właśnie dlatego. Nie wolno głowy państwa pozbawić życia, jak gdyby był zwykłym śmiertelnikiem. Można w ten sposób zabić kogokolwiek, tylko nie człowieka numer jeden w państwie.

Tutaj właśnie możemy dostrzec porażającą sprzeczność miedzy Wladimirem Putinem, a jego europejskimi kolegami. Putinowi wydaje się, że przywódcy zachodni są kłamcami i obłudnikami, w oczy potrafią mówić jedno, a za plecami co innego. Oto przykład: w 2009 roku Muammar Kaddafi był pełnoprawnym uczestnikiem szczytu grupy G8, we włoskim mieście L'Aquila. Barrack Obama, Nicolas Sarkozy i Gordon Brown wymienili z nim uściski dłoni. Lecz już po dwóch latach ci sami ludzie, Barrack Obama, Nicolas Sarkozy i Gordon Brown wydali zgodę na operację wojskową przeciw Kaddafiemu. I w rezultacie tłum rozstrzelał libijskiego przywódcę. W oczach Putina, to dowód podłości Zachodu. Przywódcy światowi zdradzili swojego, kolegę z klubu dla wybranych. Ze swoimi, tak się nie postępuje.

Świadomością przywódców zachodnich rządzi odmienna logika. Tam nie uważa się, iż czyjakolwiek legitymacja do sprawowania władzy wynika z przynależności do jakiegokolwiek klubu, choćby nawet do G8. Jesteś dziś szefem państwa, więc z tobą prowadzimy rozmowy. Jutro przegrałeś wybory, albo społeczeństwo przeciwko Tobie się zbuntowało, oznacza to, że nie masz już upoważnienia do sprawowania władzy. Nie ma mowy o żadnym cudownym błogosławieństwie, przynależności do grona wybrańców, szefowie państw nie różnią się od innych ludzi. można więc podać rękę szefowi innego państwa, nawet jeśli jest ludojadem, tak jak wymagają tego zasady etykiety dyplomatycznej. Ale można też później (nie w oczy) powiedzieć mediom, iż ów prezydent jest ludojadem, i wydać zgodę na przeprowadzenie przeciw niemu operacji wojskowej.

Takie zachowanie przywódców zachodnich wynika z tego, iż wszyscy oni znajdują się u władzy tylko na pewien czas, dokąd nie wygasną ich pełnomocnictwa. Owi prezydenci i szefowie państw w żadnym wypadku nie są członkami szczególnej kasty. Przez jakiś czas sprawują swój urząd państwowy, a potem przestają.


Szachinszach


Być może i Władimir Putin kiedyś, w taki sam sposób, myślał o sprawowanym przez siebie urzędzie prezydenta. Jednak mogło tak być, tylko w bardzo odległej przeszłości. Dziś jest on szachinszachem, carem wszystkich carów, szefem wszystkich szefów. Jest najdłużej sprawującym swój urząd prezydentem, najbardziej doświadczonym spośród wszystkich szefów państw na całym świecie. Z resztą, co to dla niego za partnerzy? Oni są tymczasowi, on zaś przyszedł na długo. Dlatego 9go maja dla Władimira Putina, to nie tylko święto. Z tej okazji do Moskwy winni zlecieć się wszyscy szefowie świata. Cały elitarny klub winien zebrać się w stolicy Rosji, by zademonstrować swoją lojalność.

Jak jednak święto to wyglądać będzie w rzeczywistości? Szef ministerstwa spraw zagranicznych, Sioergiej Ławrow mówi, iż do Moskwy przyjedzie 26 prezydentów, o dwóch mniej, niż 10 lat temu. Ale pomija milczeniem fakt, iż w 2005 roku w Moskwie obecni byli niemal wszyscy szefowie państw grupy G8 z George'em Bushem na czele (nie przyjechał tylko Tony Blair). Teraz zaś przyjadą Chiny, Indie, KRLD, Mongolia, Kuba, kraje WNP i na koniec, gdzieś tak z piętnastu szefów państw trzeciego świata. Z państw Unii Europejskiej obecny w Moskwie będzie tylko prezydent Czech, Milosz Zeman.

Jednak ci zachodni prezydenci nie zdają sobie sprawy, z tego co zamierzają zrobić. Dla nich to zaledwie dyplomatyczne wyjście z sytuacji. Ale dla Władimira Putina to uderzenie, niczym obuchem po głowie. Jak wiele utraci na tym jego prestiż, czy nie pojawią się pytania o legitymność jego rządów?  9go maja zobaczymy, iż prezydent Putin nie należy już do klubu wybrańców. Być będzie jeszcze gorzej, gdy okaże się, że w ich oczach, nie jest już nawet szefem.

To by oznaczało, że także w polityce wewnętrznej możemy spodziewać się wielkich zmian. Mała szansa, że taki cios Władimir Putin zniesie w pełnym milczeniu.



Tłum. K.W.



Oryginał ukazał się na portalu slon.ru:
https://slon.ru/posts/49896







*Michaił Zygar (ur. 1981), wyróżniający się dziennikarz rosyjski młodszego pokolenia. Jego kariera w mediach jest olśniewająca. Po studiach pracował w dzienniku "Kommersant", później objął stanowisko zastępcy redaktora naczelnego rosyjskiego wydania magazynu "Newsweek". Obecnie jest redaktorem naczelnym jedynej w Rosji niezależnej stacji telewizyjnej "TV DOŻD'". 













Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com









niedziela, 29 marca 2015

Muzeum Gułagu "Perm-36": likwidacja



Do obozu "Perm-36" Siergieja Kowaliowa zesłano w latach siedemdziesiątych za antyradziecką agitację i propagandę. Najgorszy był karcer, panował w nim wieczny chłód, skazańcom zmniejszano racje żywnościowe. Po upadku Związku Radzieckiego Kowaliow poparł inicjatywę, by w starym obozie zorganizować muzeum poświęcone ofiarom represji. Ale w Rosji Putina, ekspozycja w dawnym kształcie nie jest potrzebna, podjęto więc decyzję, by upamiętniała także zasługi funkcjonariuszy Gułagu. W rozmowie z portalem "Otkrytaja Rossija" Siergiej Kowaliow bije na alarm, najgorsze jest to, że władze przejęły również całe zbiory i archiwum muzeum.



 

Z Siergiejem Kowaliowem rozmawia Roman Popkow
 

 




Istniejące na terenie starego obozu dla więźniów politycznych muzeum "Perm-36" ulega likwidacji. Przyczyną jest konflikt z władzami Kraju Permskiego. Pozarządowa organizacja "Perm-36" wydała oświadczenie o zakończeniu działalności, zaś nowe kierownictwo kompleksu muzealnego podjęło decyzję o radykalnej zmianie polityki programowej. Tam, gdzie istniał obóz powstanie teraz "Muzeum historii obozowej i załogi Gułagu". Członek zarządu pozarządowej organizacji "Perm-36" i działacz ruchu na rzecz praw człowieka, Siergiej Kowaliow w czasach radzieckich, w tym właśnie obozie odsiedział kilka lat. Teraz opowiedział portalowi "Otkrytaja Rossija", jak wyglądała jego historia i o motywach jakimi kierowały się władze, podejmując decyzję o likwidacji legendarnego muzeum.





Sędziwy dysydent z czasów radzieckich, Siergiej Kowaliow jest legendą rosyjskiego ruchu na rzecz praw człowieka. 





Roman Popkow:
Obóz "Perm-36" znany jest przede wszystkim jako instytucja należąca do systemu represji z czasów Breżniewa. Mało wiemy o jego historii w czasach Stalina....


"Czerwony Kapturek"


Siergiej Kowaliow:
Wówczas był to niewielki obóz. Dopiero później "Perm-36" stał się instytucją o szczególnym znaczeniu. W żargonie zeków takie zony nazywano "Czerwony kapturek". Kierowano do nich byłych sędziów, prokuratorów, milicjantów mających na sumieniu przestępstwa kryminalne. W roku 1972 powstał tu obóz dla więźniów politycznych. Przywieziono ich z obozów położonych na terytorium Mordowii. Podróż była ciężka, więźniów przewożono latem, w okropne upały, w ciasnocie, w starych wagonach stołypinowskich.

Ale oczywiście, nie da się porównać obozów z czasów Breżniewa i Stalina. Stalinowskie łagry, rzecz jasna, były o wiele surowsze, istniały jednak pewne plusy. Miały ogromne rozmiary, w każdej trzymano wielką liczbę więźniów, niech pan przypomni sobie "Jeden dzień z życia Iwana Denisowicza". Główny bohater nosił obozowy numer "SZ-854". W takim wielkim obozie łatwiej represjonować ludzi na masową skalę, ale z drugiej strony niemożliwa była pełna kontrola każdego osadzonego tu więźnia. Kiedy ja dotarłem do Perm-36 liczba więźniów wynosiła 140, wszyscy byliśmy jak na widelcu.

Jednak nas nie bito, niczego takiego nie było. Próbowano nas jednak wychowywać przy pomocy innych metod, wysyłano do karceru, w  nim było bardzo zimno. Przysługuje wówczas specjalna norma żywnościowa "9-B". Gorący posiłek należy się co drugi dzień, porcje jedzenia są też zmniejszane. W te dni, kiedy nie ma gorącego posiłku, przysługuje jedynie wrzątek, chleb i 7 gramów soli. W takich warunkach organizm broni się i zjada się sam. Najpierw pochłania własne zapasy tłuszczu, w obozie trwa to bardzo krótko. Potem funkcje życiowe podtrzymywane są przez trawienie białka. W ustach pojawia się zapach acetonu. Człowiek powoli "zjada" własne mięśnie. Tak samo przebiega w czasie dłuższa głodówka. Jeśli człowiek musi przetrwać na normie" 9-B" dwie kary regulaminowe w całości, to znaczy miesiąc, to bijący od niego zapach acetonu staje się coraz wyraźniejszy.




W czasach stalinowskich nikt o nim nie słyszał. Międzynarodową sławę uralski obóz "Perm-36"
zdobył w latach siedemdziesiątych, tutaj zesłano wielu wybitnych dysydentów. 




Najgorszy był brak wolności


Popkow:
W jakich warunkach siedzieli pozostali skazani? Jak ich karmiono?

Kowaliow:
Jedzenia było mało, jakość parszywa. Osobiście, tak jak to pamiętam, nie czułem się głodny. Jeśli dostaje się pełną, niezmniejszona normę żywnościową, od czasu do czasu przychodzi paczka i udaje się przemycić coś z długiego widzenia, to da się żyć. Ale, kiedy popatrzałem na swoją fotografię wklejoną do zaświadczenia o zwolnieniu, nie poznałem się. Zobaczyłem czaszkę obciągniętą skórą. W obozowym jadłospisie, do jedzenia, nadawała się tylko jako tako zupa na obiad. W niej zgodnie z regulaminem powinno było nawet znajdować się mięso, choćby 50 gramów, ale oczywiście w zupie go nie było. Gotowano ją na kościach, ale więźniowie też ich nie dostawali, wcześniej je z niej wyjmowano. Ale była to w końcu prawdziwa, zawiesista zupa. Niczego innego z obozowego jadłospisu, ludzie z wolności nie wzięliby do ust.

Popkow:
Czym zajmowali się skazańcy? Gdzie pracowali?

Kowaliow:
Możliwa była praca w najróżniejszych dziedzinach. Mieliśmy tokarnię - w naszym warsztacie stały maszyny tokarskie. Ale ilość miejsc pracy w niej była ograniczona, przez cały czas chciałem się w nim zatrudnić, nie udało się. Ten rodzaj pracy był dla mnie zabroniony. Pracowałem jako palacz w kotłowni, piłowałem deski, więźniowie w naszym obozie montowali także jakieś części potrzebne do produkcji żelazek.

Jednak nie fizyczna praca była najcięższa. Najgorszy był brak wolności. Odczuwało się to szczególnie boleśnie w konfrontacji z samowolą administracji. Często traktowano nas bezczelnie, cynicznie, demonstracyjnie naruszano naszą godność.

Popkow:
A teraz próbuje się zacierać pamięć o przestępstwach popełnionych przez państwo. Taka właśnie jest główna przyczyna likwidacji muzeum, pamięć nie jest potrzebna....




Muzeum "Perm-36" i organizowany na jego terytorium doroczny festiwal "Piłorama" były
prawdziwym "terytorium wolności".



Kowaliow:
Chodzi o coś więcej. Nie tylko o to, że w muzeum można było obejrzeć baraki dla zeków, strefę przemysłową, i tak dalej, albo, że zwiedzającym opowiadano, jak wyglądał Gułag w czasach Breżniewa.

Wszystko to oczywiście miało znaczenie, ale o wiele ważniejsza była sama reputacja muzeum, mówiono o nim "Perm-36 - terytorium wolności". W ostatnich latach była to rzeczywiście strefa wolności. Co roku organizowano festiwal "Piłorama". Zwykle gromadził po kilka tysięcy widzów, ale kiedy występował Jurij Szewczuk, ich liczba rosła wielokrotnie. Odbywały się koncerty, wystawy, na "Piłoramie" można było spotkać artystów reprezentujących różne kierunki w sztuce, w tym z petersburskiej grupy "Mitki". Ludzie zbierali się na seminariach, na nich dyskutowano otwarcie o tym, co dzieje się dziś w Rosji.

Na festiwal docierały też grupy młodzieży z organizacji Siergieja Kurginiana (politolog i działacz pro kremlowskiej orientacji - "media wRosji"), w czerwonych koszulkach ozdobionych radzieckimi symbolami. Samego Kurginiana na festiwalu nigdy nie było, ale wychowani przez niego młodzi ludzie zachowywali się zgodnie z instrukcjami, usiłowali przerywać nasze imprezy, występowali z przemówieniami wychwalającymi władze. Te grupy oczywiście, wyróżniały się na tle reszty publiczności, były obcym ciałem, nikt jednak ich nie zaczepiał, nie wzywano milicji, nie usuwano siłą.

Popkow:
Kiedy zorientowaliście się, że muzeum zetknęło się z poważnymi problemami?



Odpowiednie publikacje



Kowaliow:
Najpierw w prasie miejscowej zaczęły się ukazywać odpowiednie publikacje. Były obrzydliwe, obrzucały błotem starych zeków. Pisano, iż nikt nigdy nie prowadził żadnej głodówki, a jeśli już to więźniowie  dokarmiali się wówczas, tak by nikt nie zauważył. W tych artykułach wynoszono pod niebiosa administrację obozową. Ta pisanina milicyjna, niektórzy autorzy twierdzili, iż sami należeli do załogi obozu, zawierała także napaści i na mnie. Można było przeczytać, iż "Kowaliow sam odprowadzał ludzi do karceru", stawiano mi inne nieprawdziwe zarzuty.

Potem zaczęliśmy odczuwać presję ze strony permskiej administracji krajowej.

Trzeba tu wspomnieć, iż gdy powstawało muzeum, władze permskie udzielały nam daleko idącej pomocy. Muzealne pomieszczenia trzeba było odremontować, po zamknięciu obozu, wszystko zaczęło się rozwalać. By teren uporządkować, potrzebne były pieniądze. Budynki obozu oficjalnie stanowiły własność samorządową, należały do kraju permskiego, muzeum wynajmowało je bezpłatnie. Od czasu, do czasu władze przyznawały też jakieś subsydia, przez cały czas prowadzono prace restauracyjne.

Muzeum działało bardzo aktywnie. Zatrudniało pracowników naukowych, przewodników, wszystkim trzeba było płacić pensje. Wsparcie dla muzeum ze strony władz regionalnych było niemałe. Rzecz jasna, pieniędzy brakowało, ale dodatkowo udawało się zdobywać różne granty.

W pewnym momencie, przeciwnikom obozu przestały wystarczać działania czysto propagandowe. Do ich zarzutów o działalność antypaństwową, podważanie państwowego porządku prawnego, doszła rzeczywista presja ze strony władz. Próbowaliśmy, jak mi się niekiedy wydaje niepotrzebnie, dogadać się z gubernatorem. W tych rozmowach uczestniczyła administracja prezydenta Federacji Rosyjskiej. Jej urzędnicy przejmowali naszych kolegów z Rady Społecznej muzeum. Powtarzano frazesy o potrzebie kompromisu. Urzędnicy w swoich aluzjach dawali do zrozumienia, iż stanowisko muzeum nie powinno być aż tak krytyczne, sugerowano by ograniczyć program wykładów prowadzonych na festiwalu.






Ale w końcu, permska administracja krajowa postanowiła z powrotem objąć kontrolę nad terytorium i pomieszczeniami muzeum. Zwolniono znaczną część pracowników. Podjęto prace organizacyjne mające na celu powołanie do życia "Muzeum Funkcjonariuszy Gułagu". Wszystko stało się jasne. Podjęto decyzję, by zlikwidować "terytorium wolności". A  teraz wprowadzono ją w życie.

Popkow:
Nowe muzeum będzie poświęcone funkcjonariuszom Gułagu. Ciekawe, jaka będzie jego ekspozycja, o czym będą opowiadać przewodnicy?


Przyszłość archiwum


Kowaliow:
Nie mam pojęcia. Największy problem polega na tym, że tam przejęto także całą kolekcję, dokumenty. Muzeum zebrało ogromną liczbę eksponatów, wielkie archiwum, permska administracja krajowa nigdy tym się nie zajmowała.

Samolikwidacja organizacji "Perm-36" była konsekwencją jej zadłużenia, przypisano nam dług w wysokości ok. 600 tys. rubli. Innego wyjścia poza samolikwidacją nie mieliśmy. Trzeba było ogłosić bankructwo, ze wszystkimi jego następstwami i sądowymi procedurami. Ale ja znam dobrze rosyjski system sądowniczy, nie spodziewam się, że sądy podejmą korzystne dla nas postanowienia.

"Terytorium wolności" istniało 10 lat. Ale jak widać wyraźnie, ewolucja naszego państwa nie biegnie obecnie ku wolności. Historia muzeum "Perm-36" dobiegła końca. Musimy sobie uświadomić,  że instytucja, która tam powstanie, nie będzie już prawdziwym muzeum Gułagu. Będzie jego przeciwieństwem. Będziemy mieli do czynienia, z wersją historii radzieckich represji zaadaptowaną do dzisiejszych warunków w polityce wewnętrznej i zagranicznej.

Zamknięto nas, zlikwidowano z przyczyn politycznych. Im "terytorium wolności" nie jest potrzebne, obecne władze prowadzą własną politykę. Ich zdaniem, określone siły antyrosyjskie chciałyby zniszczyć nasze państwo. I likwidacja muzeum "Perm-36" to fragment walki z tymi wyimaginowanymi siłami.




Tłumaczenie: ZDZ




Oryginał ukazał się na portalu openrussia.org:







*Siergiej Kowaliow (ur. 1930), wybitny rosyjski działacz ruchu na rzecz praw człowieka, dysydent z czasów radzieckich, więzień polityczny. W poradzieckiej Rosji, do roku 2003 był deputowanym do parlamentu.











Z naszego archiwum: o losach Muzeum "Perm-36":

 

 

Batalia o Perm 36. Czy przetrwa Muzeum Gułagu?

http://media-w-rosji.blogspot.com/2014/07/batalia-o-perm-36-czy-przetrwa-muzeum.html

Muzeum zorganizowano w połowie lat dziewięćdziesiątych na terytorium dawnego obozu Perm 36. Tutaj w czasach radzieckich w ciężkich warunkach więziono dysydentów i obrońców praw człowieka. Ale obecnie szansa, że muzeum przetrwa są coraz mniejsze. Dawni funkcjonariusze łagrowi wytoczyli mu wojnę. Z muzeum walczą „patroci” i zwolennicy silnej ręki. Pamięć o represjach z czasów radzieckich utrudnia odbudowę „wielkiej” Rosji.

Historia konfliktu między najważniejszym w Rosji muzeum represji „Perm-36” i byłymi funkcjonariuszami łagru.

 

Autorki: Jelena Raczewa i Anna Artemiewa, „Nowaja Gazieta”







Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com